szczęśliwi…

…czekałam na P. , który wrócił się przed spacerem na chwilę do domu. Było już ciemno jak to zimą o tej porze, więc widziałam ich jak nadeszli najpierw jako zarysy postaci. Trzymali się za ręce, rozprawiali w taki sympatyczny sposób i wydawali się bardzo szczęśliwi. „Młodość!” pomyślałam, kiedy mnie mijali i chwilę potem nieopodal wymieniali namiętne pocałunki. Te chwile kiedy wydaje ci się, że jeszcze wszystko przed tobą, że wydarzy się, ba musi wydarzyć, tylko to dobre… bo i dlaczego by nie, zasługujesz na to…Nadszedł P. i ruszyliśmy za nimi. „Patrz”- wyszeptałam-„zakochani, już kolejny raz sprzedają sobie buziaki. Wydają się bardzo szczęśliwi”… Kiedy ich mijaliśmy okazało się, że są co najmniej w naszym wieku, jeśli nie starsi. Szczęście jednak może przyjść w każdej chwili i nie ma monopolu na wiek. Tak myślę…

„Insekt”. Claire Castillon.

Insekt

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2009).

Przełożyła Hanna Igalson-Tygielska.
Tytuł oryginalny Insecte.
Książka wydana w „Serii z miotłą”. 

Decyzja o zakupie styczniowego Bluszczu z książką „Insekt”  Claire Castillon (która jest niemal moją rówieśniczką) okazała się bardzo dobrym pomysłem. Nie planowałam czytać jej od razu ale zajrzałam do pierwszego z dziewiętnastu opowiadań i…wsiąkłam. Tym bardziej, że bardzo chętnie zapoznaję się ze współczesną prozą francuską.

Od razu uprzedzam, opowiadania są przedziwne. Mogą szokować. Podejściem do tematyki relacji jednej z najbardziej mnie zawsze intrygujących i frapujących czyli matek i córek.
Sama zresztą od zawsze wiedziałam, że urodzę córkę co też się stało…dlatego być może aspekt tej relacji zawsze interesuje mnie w literaturze.

Bardzo trudno jest mi napisać coś sensownie o tych opowiadaniach, z których najdłuższe mają najwyżej cztery kartki treści. Ale za to jakiej. Skondensowanej, poprowadzonej z sensem, z pomysłem. Treściwej i dającej do myślenia. Do przemyślenia bardzo wielu spraw. Parę razy autorka mocno przejaskrawia sytuację, wydobywa na wierzch jedno wydarzenie, wokół którego buduje akcję opowiadania ale to właśnie jest plusem całej opowieści.

Na niektóre sprawy Castillon patrzy w pewien przewrotny sposób i dopiero na końcu opowiadania coś, co wydawało się nam takie a nie inne ukazuje swoje drugie dno.

Przedstawione w zbiorze opowiadań relacje matek i córek na ogół są dość trudne. Nie brak tu więc matek trudnych, chorych psychicznie, matek toksycznych, tych, którym przemieszało się kto tak naprawdę w relacji powinien być dorosłym a kto dzieckiem bądź w przypadku dzieci dorosłych matką i córką. Są jak wspomniałam, matki toksyczne, co przypomniało mi, że za czasów mojej wczesnej młodości wśród znajomych rekordy popularności była książka o toksycznych rodzicach co zawsze mnie zastanawiało bowiem nie do końca rozumiałam, po co moi znajomi musieli dopiero podczas lektury odkrywać tak zwane prawdy oczywiste, które i tak instynktownie czuli w swoich relacjach z rodzicami, ale to taka uwaga na marginesie.

Jak już wspomniałam, nie brak w tych opowiadaniach matek złych, które najprawdopodobniej matkami raczej być nie powinny. Nie brak też jednak i złych córek, tych, które matek nie lubią, nie kochają, które obwiniają matki o wszelkie niepowodzenia w swoim życiu. Są relacje chore. Tak naprawdę nie ma praktycznie żadnej, którą moglibyśmy nazwać zwykłą, poprawną, właściwą. Zainteresowało mnie to spojrzenie na matki i córki Castillon tym bardziej, że zadedykowała ona tę właśnie książkę swojej własnej matce. 

Podoba mi się jednak ujęcie tematu przez autorkę. Podoba mi się jej pewnego rodzaju przewrotność.

Zbiór nosi tytuł drugiego z opowiadań, aczkolwiek mój prywatny pomysł na tytuł tego niezwykłego zbioru to „Pasożyt”. 

Czytając te opowiadania odnosiłam wrażenie, jakby autorka przedstawiła w nich głównie sytuacje, w których w relacji matek i córek nastąpił jakiś wyłom. Tak, jakby pomiędzy narodzinami dzieci a osiągnięciem przez nie pewnego wieku nastąpiła jakaś czarna pustka, brak kontaktów tych kobiet , nie wiem, czasowa to czy bardziej mentalna pustka w czasie której nie zdarzyło się siłą rzeczy nic, co stworzyło by więź pomiędzy matkami a córkami. 

W tej książce niemal nie ma mężczyzn. Jeśli są zostali oni w najlepszym przypadku zmarginalizowani. Tak jakby powstali w opowiadaniu z ręki autorki jedynie w celu dania życia córkom, których relacjom z ich matkami bacznie się potem przyglądać będzie Castillon podczas swojej gorzkiej analizy i wędrówki przez rozmaite aspekty relacji matek i córek.

Bo jednak, trzeba to przyznać, ogólny obraz rysujący się w książce nie jest optymistyczny i raczej smutny. 

Pierwszy raz od dawna zdarzyło mi się czytać zbiór opowiadań z których to praktycznie każde zrobiło na mnie równe wrażenie, po lekturze którego nie mogę chyba wyszczególnić tego jednego jedynego, które zrobiło na mnie największe wrażenie. 

Gdybym jednak miała napisać, które opowiadania jednak zrobiły to większe od innych wrażenie były by to: „Powiedziałam: jedna”, „Insekt”, „Kurtka i futrzane botki”, „Pili szampana w restauracji”, „Różowe niemowlę”, „Guzik z pętelką”.

Moja ocena to 5.5 / 6.

 

 

 

 

 

20-sty finał WOŚP.

Czas leci. I pomyśleć, że pamiętam pierwszą akcję, jak przez mgłę ale pamiętam. Świadomie zaczęłam wspierać chyba tak od drugiej akcji i…poszło. Ściskało mnie w gardle, że na ten jeden dzień tak wielu rodaków uruchamiało w sobie te pokłady życzliwości dla drugiego człowieka, okazywało serce po prostu. Z roku na rok coraz więcej bardzo niefajnych komentarzy na temat Orkiestry, zapewne z ust osób, którym ta pomoc nigdy nie była potrzebna. Żyją najwyraźniej w innym niż ja świecie. Na demotach krąży obrazek dzieciaczka w inkubatorze z podpisem cytuję „pogląd na WOŚP zmienia się wówczas gdy widzi się SWOJE dziecko w inkubatorze z logiem WOŚP”. Szczerze? Mój pogląd (jak to już napisałam w innym miejscu) zawsze był taki sam, ZA i płaciłam i będę płacić bo taką mam chęć i żadne złe , niewrażliwe słowa tego nie zmienią. Płaciłam, jak nie miałam własnego dziecka, bo chciałam w jakiś tam sposób pomóc innym, w tym roku mieliśmy osobiste doświadczenie czyli fakt, że tak, nasze Dziecko leżało na OIOMIE właśnie również ze sprzętem z WOŚP. Dookoła inkubatory dla wcześniaków wszystkie oczywiście z tym najsłynniejszym czerwonym serduchem na nich, i wiele, wiele naprawdę innego potrzebnego do badań analiz itd sprzętu właśnie kupionego przez WOŚP. Irytują mnie gadki o tym, jak to skandaliczne jest, że naród musi kupować sobie sprzęt. Po pierwsze, naród nic nie musi. NIKT nic NIE MUSI. Możesz nie wpłacić, nie musisz być serdeczny, nikt ci nie każe, na szczęście, tylko nie rzucaj obrazą na tych, którzy chcą. Na zachodzie, o czym niewielu chce pamiętać, również są fundacje, które również fundują sprzęt do szpitali.
Poznaliśmy osobiście profesora Burczyńskiego, znalazł dla nas moment na konsultację w okresie najgorętszym, właśnie rok temu, niemal tuż przed 19 Finałem WOŚP, przez CZD stały już wozy transmisyjne telewizji, pewnie nagrywano pierwsze wywiady na temat. Pamiętam, że mnie rozedrganej wtedy (parę dni wcześniej wyszła jednak w badaniu prenatalnym wada serca Emilii) profesor ogromnie wtedy pomógł. Wsparł wspaniale, postawił do pionu, można tak powiedzieć, za co będę Mu wdzięczna zawsze.

Rok temu też o Orkiestrze pisałam, o, w tym wpisie:

http://chiara76.blox.pl/2011/01/WOSP.html

wtedy domyślałam się, że po operacji serca moje Dziecko będzie korzystać z tego sprzętu. Nie miałam świadomości, że stanie się to w zupełnie innych okolicznościach, praktycznie walki o Jej życie…

Niech gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy do końca świata i jeden dzień dłużej! 

informuję uprzejmie…

…iż nabyłam drogą kupna styczniowy numer miesięcznika „Bluszcz” wraz z dodaną książką Claire Castillon „Insekt”. Kupiłam na totalnego czuja, ale na biblionetce widzę, że ten zbiór dziewiętnastu opowiadań oceny ma dobre więc się cieszę. Dla mnie już sam fakt, że jest to książka wydana w lubianej przeze mnie „Serii z miotłą” jest dodatkową zachętą. Daję znać, bo być może ktoś się skusi i będzie mieć i pismo na temat literatury i książkę;)

„James Bond. Doktor No”. Ian Fleming.

doktor No

 

Wydana w Przedsiębiorstwie Wydawniczym Rzeczpospolita SA. Warszawa (2008).

Przełożył Robert Stiller. Tytuł oryginału Dr No.

Sylwestra i Nowy Rok oraz parę następnych dni witałam nie tylko w towarzystwie P. ale i najsłynniejszego chyba agenta na świecie, Jamesa Bonda czyli słynnego 007:)
Nie wiem, czy już to kiedyś pisałam (chyba raz) jestem miłośniczką Jamesa Bonda. Moim ulubionym filmowym odtwórcą tej roki jest Sean Connery. Mogę do tych filmów wracać i wracać i nic mi nie przeszkadza, że niektóre części już stareńkie się zdają. Może i Bond nie ma w nich telefonu komórkowego czy komputera ale jakoś zawsze daje sobie radę.

Z chęcią więc sięgnęłam po „Doktora No” tym bardziej, że w piątek przed Sylwestrem TVP pokazała tę właśnie część. Tak więc mogłam spokojnie czytać sobie o tym, jak to Bond po raz kolejny ratował świat przed bardzo złymi ludźmi skoro wiadomo było z góry, że wszystko skończy się dobrze. 

Akcja książki rozpoczyna się gdy na Jamajce ginie dwoje ludzi. Dla władz Jamajki jasne jest, że to ucieczka pary kochanków, jednak pewni ludzie w Londynie woleliby się o tym upewnić. Nie sami oczywiście. M. wzywa się Bonda, który dociera do biura po miesiącach rekonwalescencji w szpitalach w wyniku obrażeń odniesionych w części poprzedniej czyli „Pozdrowieniach z Rosji”. M. nie dość, że jest niezadowolony, to nakazuje Bondowi wymianę ulubionej broni i również wyjazd na Jamajkę w celu sprawdzenia sytuacji. Tajemnicze zniknięcie dwójki ludzi nawet M. początkowo nie wydaje się aż taką poważną sprawą jaką jest a o czym szybko dowie się o tym Bond, który oczywiście z kolejną akcją na Jamajkę się uda.

Tam już szybko akcja toczy się ukazując jak niewinne z pozoru zdarzenie może skrywać wielkie międzynarodowe wręcz afery i powiązania a to wszystko ma coś wspólnego z tajemniczym mężczyzną, który osiadł na wysepce nieopodal stałego lądu. Bond oczywiście będzie musiał się z tym zmierzyć i naprawić wszelkie zło, jakiego dopuścili się inni.

Moja ocena to 5 / 6.

 

 

„Gwiazdy na ziemi”. Reż. Aamir Khan.

Tytuł oryginału „Taare Zameen Par”. Tytuł ang. Stars on earth.

 

Muszę powiedzieć, że jeśli spojrzałabym na pierwszy film obejrzany przeze mnie w Nowym Roku pod kątem zapowiedzi jaki pod kątem filmowym okaże się 2012 wyglądało by, że będzie idealny.

Otóż zaczęłam go od obejrzanego po raz kolejny na niezawodnym (dostępny jedynie na terenie Polski) http://www.iplex.pl

Uprzedzę krytykantów, tak, zdaję sobie sprawę z tego, że obejrzałam poniekąd kolejną „bajkę dla dorosłych”. Szczerze? Bardzo mi to pasowało. Miałam chęć na coś takiego i cieszę się, że jakoś zupełnie przypadkiem (szukając nawiasem mówiąc zupełnie innego , jakże odmiennego od tego filmu a mianowicie „Dwunastu gniewnych ludzi”) na „Gwiazdy na ziemi” natrafiłam. Tym bardziej, że próbowałam jakiś czas temu zacząć po raz kolejny książkę polskiego autorstwa dotyczącego Indii i szczerze mówiąc, utkwiłam na temacie aborcji dziewczynek. Niby znam temat dotyczący Indii, nie jest to tajemnica, jednak nie byłam w nastroju na takie klimaty. Chciałam, potrzebowałam czegoś optymistycznego, pocieszającego, krzepiącego. I to otrzymałam w tym ponaddwugodzinnym filmie! 

Zdaję sobie sprawę, że film jest przesłodzony, że przedstawia świat nieco zbyt kontrastowo i czarno biało (chyba, że naprawdę istnieją rodzice dzieci , nie mówię tu o patologii!, którzy ewidentnie widząc, że ich dziecko ma problem nie udają się z nim do specjalisty a wręcz mają do tego dziecka pretensje) przedstawiony. Zdaję sobie też sprawę, że nieco zbyt gra na emocjach (uprzedzam, to film, na którym oczy nie zostaną suche, nawet oczy największych twardzieli!). I co z tego? Dalej twierdzę, że na coś takiego właśnie miałam chęć. Takie spojrzenie na świat, czułe, pełne szacunku i miłości do drugiego Człowieka (którym jest przecież każde Dziecko) było mi właśnie wczoraj potrzebne.

Oto poznajemy czteroosobową rodzinę Awasthi. Nie są milionerami ale z pewnością żyje im się nieźle, w którymś z miast w Indiach. Mama zajmuje się domem, podczas kiedy tata zarabia na rodzinę. Starszy z synów odnosi w szkole i nie tylko same sukcesy. Młodszy, dziewięciolatek, sprawia rodzicom same problemy. Nie radzi sobie w szkole, powtarza trzecią klasę, poza tym nie umie nawiązać kontaktów z rówieśnikami, jak też jest krnąbrny. Rodzice załamują ręce aż do chwili, kiedy wpadają na pomysł wysłania dziecka do szkoły z internatem. Początkowo wydawać się może, że jest to jeden z najgorszych pomysłów jaki mógł im przyjść do głowy. Chłopiec, Ishaan, nie umie się tam odnaleźć. Popada w depresję, wręcz dziczeje, przestaje nawet rysować, co do tej pory było jego największą przyjemnością podpartą niewątpliwym talentem. Być może powodem tego jest to, że i w tej szkole nauczyciele głównie złoszczą się na malca i nie chcą mu w żaden sposób pomóc. Nawet nauczyciel rysunku jest niesympatyczny i srogi. Co jednak szybko na szczęście ulega zmianie. 
Do szkoły trafia nowy, naprawdę niezwykły nauczyciel rysunku (a przede wszystkim wspaniały pedagog) pan Ram Shankar Nikumbh. Który jako jedyny jak do tej pory w życiu małego Ishaana poważnie zainteresuje się tym, dlaczego chłopiec zachowuje się w ten a nie inny sposób. I postanawia zgłębić, dlaczego tak się dzieje. Nie bez przyczyny takie a nie inne zachowanie nauczyciela. Pracuje on również na drugim etacie, w szkole dla dzieci niepełnosprawnych umysłowo, dla których jest nie tylko nauczycielem ale i największym przyjaciołom. Nauczyciel jest wrażliwym i bardzo dobrym człowiekiem, który darzy szacunkiem każde dziecko, widząc w nim indywidualność i stara się w każdym dziecku odkryć jego najlepsze strony, talent, to, z czym radzi sobie najlepiej.

I od chwili, gdy nauczyciel spotyka małego Ishaana życie chłopca zmieni się na lepsze.

Jak wspomniałam, zdaję sobie sprawę z pewnych niedociągnięć. Nie do końca mogę uwierzyć w to, że rodzice chłopca byli aż tak niezorientowani, nie umieli (nie chcieli???) mu pomóc. Chyba, że za mało znam kulturę Indii, być może wynika to z tego. 
I wiem, że pewnie ze świecą szukać takich nauczycieli, jak ten przedstawiony w filmie. Co nie znaczy jednak, że takich nie ma, nawet jeśli ja nie spotkałam takiego nigdy na drodze swojej edukacji. Myślę, że są tacy wspaniali, niezwykli, dla których uczeń, szczególnie ten zły nie musi być jedynie utrapieniem i kolejną notatką statystyczną ale kimś zupełnie innym bo ważnym.

Jak wspomniałam, film łzowyciskający (ze wspaniałą grą malca odtwarzającego główną rolę) ale nie szkodzi, czasem trzeba się wzruszyć, tak naprawde, poruszyć w sobie te złogi, które na co dzień staramy się ukryć, bo przecież „trzeba być silnym i do przodu!”, „inni nie mogą zobaczyć naszych słabości”, ” nie chcemy aby inni widzieli nasze łzy” bo to bo tamto. 

Ja daję mu ocenę 6 / 6. I nie muszę chyba dodawać, że polecam?