zaległy wakacyjny wpis…

…opisując kolejne książki (warte opisania i polecenia) zapomniałam skrobnąć coś niecoś na temat wakacji. Ponieważ, jak żartujemy (trochę a trochę nie) najprawdopodobniej dopóki dziecko będzie chciało z nami jeździć na wakacje , miejscówkę na wsi warmińskiej sielskiej mamy „zaklepaną” , więc szósty raz z rzędu wylądowaliśmy w tejże miejscówce. 

Tym razem było też fajnie pod kątem towarzyskim, jak w czerwcu, kiedy byliśmy z naszymi przyjaciółmi i ich dziećmi. Teraz poznaliśmy pewną fajną rodzinę z Poznania, z dziewięcioletnią córką, z którą Jaś bardzo się zaprzyjaźnił więc dni upływały nam miło. Rodzice dziewczynki też bardzo sympatyczni, szkoda, że właśnie, nie z Warszawy bo sądzę, że spotykalibyśmy się na sportach rozmaitych bo nasze dzieci miały tę cechę wspólną, że sporty wszelakie je kusiły i nęciły. Ja z K. mamą dziewczynki, z chęcią rozmawiałam o książkach. Niby nie mam problemu kiedy ktoś nie lubi czytać tak jak ja, bo zawsze jest o czym porozmawiać ale nie ukrywajmy, że dla odmiany miło jest też jak raz naprawdę mogę z kimś o książkach porozmawiać. 

Pogoda była wprost śródziemnomorska i doceniałam to, że te skrajne upały tak męczące w mieście, mogłam znosić siedząc na leżaku w cieniu sporych jabłonek. 

Jaś polubił basen, i po powrocie do Warszawy zaczął pływać, co nas bardzo cieszy. Woda to żywioł , to wie większość z nas i nie można jej lekceważyć. I zawsze lepiej jest umieć pływać niż nie. 

odnaleźliśmy swoje miejsce na ziemi…

…a na pewno zrobił to Jaś. Majówkę w tym roku, podobnie jak zeszłoroczną, spędziliśmy w naszej miejscówce na wsi sielskiej warmińskiej, którą to miejscówkę zupełnie przypadkowo znalazł P. szukając czegoś w roku 2016 po tych nieudanych pierwszych wakacjach, które miały być wakacjami, a które wakacjami nie były. Od tego czasu Jaś tak się zakochał w tym miejscu z dobrym klimatem, że nie chce jeździć nigdzie indziej. Tak więc ten wyjazd był już czwarty 🙂 
Odpoczęliśmy. Pogoda, odwrotnie niż w zeszłym roku, postanowiła nas rozpieścić. I chociaż pierwsze prognozy na weekend świąteczny były raczej niezbyt optymistyczne, na miejscu okazało się, że jest super. Praktycznie cały czas było słonecznie i ciepło, w sumie to tak, jak w zeszłym roku gdy byliśmy tam latem. Jaś wybawił się z wszystkimi psami i kotami, miał nawet przez chwilę towarzystwo. Oczywiście tradycyjnie wieczorem zbierał jaja w kurniku i okolicy (nie wiedziałam, jaką pomysłowością cechują się kury w przypadku znoszenia swoich jaj). 

W tle klekot bocianów, klangor żurawi. Na spacerach po okolicy słyszane kukające jak oszalałe kukułki (pewnie właściwie jedna lub dwie:) ), trznadle, skowronki, słowiki ! Najlepszy był ten z koncertem dawanym w środku dnia parku pod zamkiem w Reszlu. Widzieliśmy nawet ptaka drapieżnego, najprawdopodobniej błotniaka stawowego, który , ekhm, cóż, niósł młodym przekąskę w postaci żaby (nie ma to jak dobry zoom w aparacie). 

Może ktoś z Was 3 maja wspomniał o naszej małej Emilce, Księżniczce Snu, która gdyby żyła, wtedy właśnie świętowałaby swoje siódme urodziny. Nie chce mi się wierzyć, że ten czas biegnie tak szybko, pamiętam ten dzień doskonale a to już minęło tak długo. 

Jednym słowem jeśli odnieść się do tego co zwykła mawiać moja Ciocia, czyli „każdy ma taki urlop, na jaki sobie zasłużył” to wychodzi na to, że zasłużyliśmy sobie na niego bardzo.

Mam nadzieję, że i Wasza majówka minęła przyjemnie. 

Majówka

Po raz pierwszy od bardzo dawna zdecydowaliśmy się na majówkę. Z racji raczej wiadomego, jutro szóste urodziny Emilki.

Ale Jaś już od sierpniowego powrotu z warmińskiej, sielskiej wsi, ciągle dopytywał się kiedy tu wrócimy. I oto jesteśmy. 

Na pewno terapeutyczne działanie bycia z najbliższymi i bliskość psów  ( czterech szczeniaków), kotów i ptactwa czyni tę kolejną rocznicę nieco łatwiejszą. 

Szczęśliwie poprawiła się pogoda więc piszę to siedząc na dworze. Na stole leży kot (czarno biały) , na krześle obok siedzi tricolorka.  Naprzeciw mnie Mąż a Syn z „ciocią” podlewają rośliny. Ostatnio zdaje się, że pomidory. 

Miłej majówki dla nas wszystkich życzę. 

jeszcze…

…parę słów o wakacjach. Żeby nie było, że tylko się zaszyliśmy w wiejską głuszę (co wcale nie było takie złe ale czasem trzeba był się ruszyć:)) to coś tam przy okazji pooglądaliśmy. Niewiele bo Jasiek wolał wracać do zabawy ale zawsze coś. I tak byliśmy w Reszlu gdzie bardzo nam się podobało wejście na wieżę Zamku w Reszlu, z której to wieży rozciąga się piękna panorama miasta. Polecam też przy okazji kawiarenkę o nazwie „Kafejka”, bardzo pyszny torcik bezowy z malinami tam mają, mniam 🙂 W Reszlu świetna jest też krótka ale widowiskowa wyprawa, a raczej spacer, miejskim parkiem. Należy znaleźć Most Gotycki i tam jest wejście do parku a wchodząc zdaje się, że nagle człowiek znalazł się w górach. Idzie się bowiem wąwozem wzdłuż wartkiej rzeki Sajny. Bardzo polecam taki krótki spacer.
W Kętrzynie również obejrzeliśmy wystawę na Zamku, jak również zrobiliśmy zakupy w galerii rękodzieła mieszczącej się na zamkowym dziedzińcu a wystawiającej przedmioty wyrabiane ręcznie przez osoby ze Stowarzyszenia Konik Mazurski http://www.konikmazurski.pl/ 
O tej galerii wiedziałam od znajomej i kiedy teraz postanowiliśmy pojechać tu, gdzie byliśmy, podpytałam Ją jeszcze o namiar na galerię i nie żałuję bo bardzo ładne przedmioty tam są i nie drogie a fajne bo polskie a nie chińskie, pamiątki można przywieźć sobie i bliskim.
A w ogóle to pierwsze zakupy na wyjeździe jakie w ogóle zrobiliśmy to w …księgarni w Kętrzynie:) Niespodzianka, prawda?  
Byliśmy też na chwilę w Mrągowie, gdzie tradycyjnie przeszliśmy się nad Czos i popodziwialiśmy to, co teraz na topie podobno i modne czyli ten Flyboard, o którym najpierw usłyszałam w Lecie z Radiem, a potem zobaczyłam nie wiedząc początkowo, że to to, w Mrągowie właśnie.
Jeszcze nawiedziliśmy Park Rozrywki Mazurolandia ale szczerze, to najmniej nam się podobało. Sama idea miniatur zabytków okolicy mazurskiej bardzo fajna i rycerski kącik, ale w sumie uważam, że cena jest nieco niewspółmierna do tego, co się otrzymuje tak więc nie pojechałabym tam już więcej.

 

Pozdrawiam…

…z Warmii, z wakacji, które w dzieciństwie stanowiły moje niespełnione wówczas marzenie,czyli wakacji na wsi.

Mamy tu u gospodarzy pełen zwierzyniec bo i drób wszelakiej odmiany jak kury, koguty, perliczki, indyczki, gęsi, pawie ale i niezliczoną ilość kotów i  cztery psiaki,które wzięte że schroniska, nareszcie wiedzą co to znaczy mieć prawdziwy dom…Wreszcie wiem co znaczy ta psia radość na widok powracającego człowieka. 

Na terenie posiadłości rosną stare odmiany jabłoni a w tle jest gniazdo bocianie i obecnie dwójka młodych szykuje się do odlotu a rodzice odwiedzają młodzież regularnie. Pierwszy raz mam choć na chwilę „własne” bociany. 

Jak do tego dodam serdeczność i gościnność gospodarzy objawiającą się na przykład w częstowaniu nalewką domowej roboty a także fakt, że Jaś znalazł w  osobie prawie sześcioletniej siostrzenicy gospodarza przyjaciółkę, z którą szaleją całe dnie jak również wypełniają poważne obowiązki jak wieczorne wybieranie jaj z kurnika, zrozumiecie dlaczego nie mam czasu na wiele poza życiem wiejskim 🙂

lato…

…ma to do siebie, że obdarza nas mnogością. Owoców, warzyw, kwiatów. 
P. dostał od koleżanki z pracy cukinię. Koleżance cukinie tak obrodziły, że nie przeje z rodziną więc rozdała współpracownikom. Robimy ją na patelni grillowej, pycha 🙂 Aż mi ślinka pociekła kiedy tak o niej piszę. Dostaliśmy jeszcze jedną i na dziś wystarczy nam jeszcze a pewnie, żeby nie wyjść na sępa, następne sobie kupimy chociaż wiadomo, że z takiej domowej hodowli to najlepsza i już. No ale nie będziemy dziewczyny z cukinii objadać 😛

Mam rozterki ogrodniczki ostatnimi dniami.
Na balkonie w tym roku różę mamy, bugenwillę i lawendę. Oprócz tego rozwar (fioletowy), aksamitka i goździka.  
No i najpierw wszystko rosło pięknie i cieszyło oko i powonienie (róża i lawenda i goździk) a tu z różą zaczęły się problemy. Wiem, wiem, że z różami tak jest, już się zgadałam z tymi, którzy je hodują w przydomowych ogródkach ale zawsze żal, że głównie trzeba walczyć z czymś, co ją chce zniszczyć. Najpierw walczyliśmy z mączniakiem…Potem, gdy już wydawało się, że pokonaliśmy zarazę i róża wychodzi na prostą, dopadło ją przędziorek. Dosłownie z dnia na dzień! W zeszłym tygodniu jeszcze w czwartek ją obfociłam, a w piątek chcą się pochwalić różą przed Mamą odkryłam potwora. Na szczęście, mamy tu nieopodal szkołę roślin, mają tam porządne rośliny no i rozmaite specyfiki do ochrony roślin. Tak więc odseparowaliśmy ją od innych roślin (myślę, że już bym ewentualnie widziała coś na bugenwilli skoro tydzień temu to się działo) i P. spryskał ją tym specyfikiem na przędziorka. 
Ech, niby wiem, że róże takie delikatne i że uprawiający winorośl w winnicach sadzą róże przed winoroślą właśnie (tak przynajmniej kiedyś gdzieś wyczytałam), żeby właśnie zauważyć zarazę wcześniej niż przedostanie się na winorośle ale nie wiedziałam, że tak ta uprawa wiązać się będzie z ciągłą walką o zdrowie róży. A jest piękna i bardzo wdzięczna i widzę, że walczy. Nawet poprzycinana i wyglądająca gorzej dumnie prezentuje swe różowe i pachnące pięknie kwiaty. Może to lekcja taka poglądowa, nie poddawać się, walczyć pomimo i trwać silnie. Trzymajcie proszę kciuki za różę, tak nam na niej zależy!

Zaczęłam czytać „Opowiem ci pewną historię” Annie Barrows, autorki „Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”. To taka grubsza książka a więc nie wiem kiedy ją skończę, natomiast jak na razie czyta mi się dobrze. Lubię styl autorki, podoba mi się to, że taki klimat trochę, trochę (to oczywiście moje własne odczucia) w stylu opowieści „Smażone zielone pomidory”. 

W poniedziałek wyjęłam ze skrzynki przesyłkę niespodziankę, od Margi. Marga nic a nic się nie „zdradziła”, że coś do mnie wysłała a nawet widziałam Jej wpis o poczcie i patrzcie państwo, nie domyśliłam się, że coś tam będę z tym miała wspólnego. Jak sama napisała, zamiast pocztówki, torba materiałowa ze zdjęciami z miejscowości, w której Marga mieszka. Ponieważ kolekcjonuję torby tego typu, bo są niezwykle praktyczne, więc oczywiście ucieszyłam się a poza tym , ręka w górę, kto nie lubi otrzymywać prezentów? No a prezentów niespodzianek, to już w ogóle 😉

 

 

 

myślę, że dobrą…

…prognozą czy raczej znakiem jest dla mnie mającej nadzieję na to, że Janeczek też będzie lubił książki i lubił czytać w przyszłości, jest fakt, że pierwszym odwiedzonym przez Niego muzeum była Leśniczówka Pranie 😉 Miejsce związane, wiadomo, z Gałczyńskim , tego na pewno nie muszę Wam pisać. 
Co prawda zwiedził to miejsce (sam budynek, bo okolicę dłużej) w tempie dość ekspresowym ale według mnie się liczy. 
A z otoczenia najbardziej Janeczkowi spodobał się umiejscowiony obok budynku pomnik poety.

Leśniczówka Pranie to takie nasze prywatne, obowiązkowe miejsce odwiedzin przy każdej okazji gdy jesteśmy w tamtych stronach.
Jakaś taka dobra energia w tym miejscu panuje 😉 No i położenie przepiękne, w samym sercu Puszczy Piskiej.  

 

pamiątki z wakacji…

…to głównie ubranka i rzeczy dla Janeczka 🙂
Widać tak to już jest, że jak się zostaje rodzicem to się obkupuje małoletniego a może my tak mamy, tak czy siak, udało się nam kupić Mu parę naprawdę fajnych ubrań. W Mikołajkach odkryliśmy sklep firmowy Wójcika, firmy, której ubrania dla dzieci naprawdę lubimy i Janeczek, co najważniejsze, też. Była wyprzedaż , z której skorzystaliśmy. W Mrągowie też kolejny sklep dla dzieci i tam udało się nabyć spodnie i bluzę dresową w korzystnej cenie. Z kolei w mrągowskiej drogerii, która miała nie dość, że świetne ceny to i rewelacyjne zaopatrzenie (lepsze niż dwie sieciówki drogeryjne u nas na Kabatach razem wzięte) kupiliśmy Mu piłkę i kredę w super cenie(tak, w drogerii, cóż teraz właściwie oprócz kosmetyków w tego typu miejscach są jeszcze i innego rodzaju towary).

Ja kupiłam sobie sowę z bursztynu (ci, co wiedzą to wiedzą, że uwielbiam sowy, ci co nie wiedzą, to już wiedzą:) i zawieszkę ręcznie wykonaną przez babeczkę sprzedającą swoje dobra w Mikołajkach (z modeliny chyba albo jakowejś masy, nawet nie spytałam w sumie, szkoda) w kształcie groszku (strączku z ziarenkami), z przyczyn osobistych. Ci, co wiedzą o co chodzi, to wiedzą, ci, co nie, to się tym razem nie dowiedzą. 

A same wakacje bardzo udane chociaż nie siedliśmy na pupach, że się tak wyrażę, na pewno nie ma mowy o tym, że ktoś z nas leżał i wypoczywał 🙂 Przy dwulatku najwyraźniej tak jest.
Praktycznie nie czytałam na wyjeździe nic, nawet pism zaległych, które miałam nadzieję, że znajdzie się chwila na nadrobienie lektury. 

Byliśmy w hotelu niedaleko Mikołajek, który miał nieco za mało udogodnień dla najmłodszych (zdecydowanie nasz ulubiony karwieński pensjonat pod tym kątem lepiej się spisuje) ale nie było też najgorzej. Posiadał plac zabaw, który może właśnie dlatego, że nie miał za wiele atrakcji dla zupełnych maluszków, sprawił, że Janeczek podpatrując starsze dzieci rozwinął swoją motorykę w niesamowity sposób.
Plusem było to, że wzięliśmy domek, więc nie słychać żadnych sąsiadów i cisza, spokój. A wyżywienie na terenie hotelu, w dodatku, co na plus zawsze postrzegam, wzięli pod uwagę moją dietę eliminacyjną i spokojnie mogłam się tam stołować (a to dla mnie zawsze duży test na jakość danego miejsca).

Odwiedziliśmy ponownie znajome miejsca (jeździliśmy swego czasu bardzo dużo razy w tamte okolice i w sumie nic nowego tym razem nie odwiedziliśmy). Oprócz Mikołajek, które teraz przeszły naprawdę sporą rewitalizację i które w nowej odsłonie mnie się akurat bardzo podobają, oczywiście Mrągowo. Byliśmy też w Popielnie, w stacji badawczej PAN-u, gdzie jest hodowla Konika Polskiego a które to miejsce zrobiło na Janeczku wrażenie, bo jednego z koników mógł głaskać. Z Popielna też przywieźliśmy ubiorowy prezent dla Janeczka bo t-shirt oczywiście, bo jakżeby inaczej, z motywem Konika Polskiego z mamą. Do Popielna popłynęliśmy promem, co samo w sobie jest przyjemną atrakcją a i skraca drogę.

Byliśmy też w Wojnowie gdzie są dwie cerkwie. jedna współcześnie wciąż odwiedzana, druga to zmieniona w muzeum , a raczej nie cerkiew a klasztor Staroobrzędowców.

Są dwa miejsca, w które chciałabym pojechać ale już ze starszym Janeczkiem. Kadzidłowo , w którym niestety, ale nie da się poruszać z dziecięciem w tym wieku (a już z wózkowym to w ogóle sobie nie wyobrażam) i Kosewo, w którym też jest stacja badawcza PAN-u i do której nawet dotarliśmy. Podobnie jak w Popielnie są tam trasy, z przewodnikiem (w Popielnie odwiedza się nie tylko Koniki Polskie). Jednak względy praktyczne i tradycyjnie już na wakacjach przesunięta na wcześniejszą godzinę drzemka Janeczka sprawiła, że tę przyjemność zostawimy sobie na przyszłość, jak już chłopak będzie miał z tego naprawdę przyjemność.

Pogoda, cóż, była ok chociaż, zgodnie z tym, co powiedziałam do mojej narzekającej na upały ciągnące się przez koniec czerwca i lipiec, Mamy, oczywiście upały skończyły się prawie zaraz jak dojechaliśmy na wakacje. W mieście taka pogoda uciążliwa, nad wodą nie, więc może szkoda, że trochę cieplej nie było, tym bardziej, że pamiętamy z P. sierpnie (chociażby ten sprzed trzech lat gdy odwiedziliśmy Kotlinę Kłodzką) gdy było bardzo gorąco właśnie w końcówce miesiąca.

Teraz pozostaje wdrożyć się w tak zwaną codzienność.

ps. dopiero dziś uświadomiłam sobie, że wymieniając miejsca, w których byliśmy, zapomniałam o jednym z naszych ulubionych przecież, czyli Leśniczówce Pranie 🙂

to były wspaniałe wakacje…

…jak to omówiliśmy na wyjeździe, im mniej oczekiwań, tym lepsze realia i tak właśnie się stało. Jechałam bez oczekiwań, że to, że tamto, bez spinki i napinki, że muszę, że trzeba, że wypada.

Było wspaniale i jestem szczęśliwa, że te pierwsze wspólne wakacje z Janeczkiem były takie właśnie i że akurat nad morzem, nad którym sama w dzieciństwie spędziłam najpiękniejsze urlopowe chwile. To był dobry czas pełen czasu dla siebie wzajemnie, dla Syna, dla Przyjaciół, dla rozpieszczenia swoich potrzeb a propos wypoczynku tak jak się chce a nie tak, jak być może ktoś inny to sobie wyobraża.

To był dobry czas naładowania się pozytywną energią, czerpaną od kontaktu z Najbliższymi, Przyjaciółmi. To był też czas spotkania w drodze powrotnej z wstyd przyznać aż jak daaawno nie widzianą Rodziną i te ponad dwie godziny wspólnego obiad, takiego rodzinnego, ciepłego, pełnego śmiechu i dobrych wspominek, to też naładowało mnie niezwykle pozytywnie. Zapomniałam już jak u Wujków zawsze jest ciepło, serdecznie i jak Ciocia zagarnia w to ciepło wszystkich bez wyjątku powodując, że nikt, nawet największy mruk czy ponurak nie jest w stanie temu ciepłu się oprzeć.

Pogoda nad morze dopisała REWELACYJNIE. Naprawdę, lepszej nie mogłam sobie wymarzyć. Prosiłam jedynie o brak deszczu i niekoniecznie nawet upały, dostałam dwa przecudnej urody tygodnie. 
Publicznie ogłaszam, że powszechne narzekania na pogodę nad Bałtykiem są nadmiernie przesadzone. I spełniło się to, co mówi moja Przyjaciółka a mianowicie, jak jechać nad polskie morze to POZA sezonem, a dwa, na mapach pogody zawsze pogoda nad Bałtykiem jest gorsza niż jak tam siedzisz i odczuwasz na własnej skórze.

Karwia ma przepiękną plażę, piękny las do spacerów i świetne (ach Kabaty, możecie sobie o tym pomarzyć) chodniki z podjazdami dla wózków dla dzieci czy osób niepełnosprawnych, które tam widzieliśmy.

Moja Świętej Pamięci Ciocia Jagoda mawiała (całkiem serio) „każdy ma taki urlop na jaki sobie zasłużył”. Nasza Trójka zasłużyła sobie najwyraźniej na wspaniały wspólny czas.

pozdrowienia z Karwi…

…przesyłam:)

Pogoda na razie całkiem znośna. W weekend było zupełne lato, wczoraj nawet widzieliśmy kąpiących się w lodowatym Bałtyku:) odważni albo z klubu Morsa. Dziś chłodniej ale nie jest źle.

Pensjonat bardzo fajny, świetnie wyszukała moja Przyjaciółka. Adresowany dla rodzin z dziećmi, więc jest w nim  sporo udogodnień. 

Plaża faktycznie piękna ze złotym drobnym piaseczkiem. Dziś tak rozmawialiśmy, że gdybyż się dało połączyć ciepło Morza Śródziemnego z pięknymi plażami nadbałtyckimi to byłoby wspaniale.

No i jest jod, po który tu przyjechaliśmy, to bezcenny skarb. 

Janeczek znosi te wszystkie nowości bardzo pozytywnie, aż się dziwimy bo myśleliśmy, że będzie Mu ciężej. Począwszy od drogi, którą zniósł świetnie (spał praktycznie cały czas). Sypia też (ale to jak zwykle) wspaniale na spacerach a i nam się to przydaje bo łazikujemy po kilka godzin dziennie. Jest tu piękny las, w sam raz dla mnie, bo mocno iglasty. Za to po takiej ilości tlenu, jodu i spaceru mam ciągłe uczucie głodu (niestety, w naszym pensjonacie dają wspaniałe tiramisu:)).

Wczoraj Janeczek poznał kolegę czyli synka mojej Przyjaciółki. Na razie głównie wpatrywali się w siebie ale żadne konkretne słowa nie padły. 

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę dobrego , spokojnego tygodnia!