o prezentach…

…będzie.

Najpierw zbiorowe podziękowania raz jeszcze dla ewyzdublina za prezenty z Lizbony, które przypomniały, jak bardzo kocham to miasto i jak się cieszę, że mogłam w nim być, ica72 za kalendarz z Audrey Hepburn (nie, nie z Avanti a ze Zwierciadła, listopadowego, nie mam pojęcia, jak go zdobyłaś a ujęło mnie, że postanowiłaś go zdobyć dla mnie po naszej rozmowie, w której powiedziałam, że go przegapiłam i że z Audrey właśnie chciałabym mieć;) i Judytty za przepiękna bransoletkę do kolczykowego kompletu z kwarcami wiśniowym i różowym i kryształem górskim. Rozpieszczacie mnie Dziewczyny stanowczo, ale bardzo, bardzo to miłe (nie będę ściemniać, że nie).

Sama ostatnio kupiłam kilka prezentów, tak się złożyło. Część właśnie poszła pocztą w różne strony świata, jeden sobie czeka na razie na czas wysyłki. Mam nadzieję, że nikt się nimi gdzieś na pocztach nie zainteresuje i że moi odbiorcy ucieszą się z nich i że przede wszystkim się spodobają. O prezentach a raczej taktyce kupowania tychże pisałam już kilka razy. A na pewno raz, to wiem, bo nawet odkopałam stareńki wpis. W każdym razie ofiarodawcy dzielą się na dwa rodzaje, tych, którzy kupując prezent kierują się gustem, upodobaniami i zainteresowaniami obdarowywanego i tych, którym musi się podobać prezent, który kupują dla innych. I nie ma bata. 
Moja Mama właśnie jest z tych, sama to mówi, którym prezent musi się podobać. Ja odwrotnie, myślę tylko o tym, czy osobie, której go kupuję się spodoba. I tak, zdarza mi się kupić coś, co nie jest moim marzeniem, ale wiem, ( i potem to się potwierdza), że ktoś, komu go wręczę będzie się podobał. 

A Wy? Do której grupy prezentodawców się zaklasyfikujecie?

 

„Pozdrowienia z Rosji”. Ian Fleming.

Pozdrowienia z Rosji

 

Wydana w Przedsiębiorstwie Wydawniczym Rzeczpospolita SA. Warszawa (2008).

Przełożył Robert Stiller. Tytuł oryginalny From Russia with Love.

Przygody o najsłynniejszym agencie świata czytam nie do końca chronologicznie, ale nie szkodzi, każda z opowieści jest przecież odrębną. Tym razem przeczytałam „Pozdrowienia z Rosji”, która to na samym końcu wyjaśnia dlaczego w następnej części, czytanej już przeze mnie czyli „Doktorze No” M wysyłający Bonda na misję myślał, że 007 połączy akcję z rekonwalescencją po wydarzeniach, które miały miejsca w „Pozdrowieniach z Rosji”.

„Pozdrowienia z Rosji” rozpoczynają się od momentu kiedy służby specjalne ZSRR a szczególnie budzący największą grozę wydział Smiersz decydują się na jakąś spektakularną akcję przeprowadzoną niebawem. Oto bowiem odnoszą oni od pewnego czasu porażki i orientują się, że taka akcja, która odbije się szerokim echem w świecie pogrąży któryś z obcych wrogich wywiadów i wzmocni morale radzieckiego wywiadu. Podczas narady decyzja zostaje podjęta dość szybko, na ofiarę akcji zostaje wybrany Anglijskij szpion czyli James Bond. Opinia o nim jest dobra, i stanowi on świetny cel ataku. Tym bardziej, że zlikwidowanie go według radzieckiego wywiadu przyniesie temuż wywiadowi korzyści nie tylko pod postacią dobrej opinii ale i korzyści bardziej wymierne, jako, że jest przez radziecki wywiad oceniany jako niebezpieczny wróg ZSRR.

Trzeba tylko szybko wymyślić, jaką to słabą stronę ma ten pan i oto oczywiście odpowiedź jest szybka i prosta-jego słabość to kobiety. Wywiad więc wpada na pomysł wysłania Bondowi pięknej kobiety jako przynęty oczywiście z całą wymyślną intrygą, która zwabi go w pułapkę.

Tatiana Romanowa ma co prawda udawać zakochaną w przystojnym Bondzie ale szybko przestaje grać gdy urok Jamesa podziała na nią jak na wiele innych kobiet przed nią i po niej.

Oboje poznają się na terenie Turcji gdzie będzie działa się spora część akcji książki i to stąd ruszają do Europy słynnym pociągiem a mianowicie Orient Expressem, w którym to również będzie się działo wiele i na pewno podróży nie będzie można zaliczyć do najspokojniejszych.

Kiedy oglądam ekranizacje książek o Bondzie odnoszę wrażenie, że są o wiele bardziej seksistowskie niż książki. W książkach Ian Fleming co prawda faktycznie tworzy z Jamesa Bonda postać, który rozsiewa wokół siebie czar, któremu kobiety nie mogą się oprzeć, ale na swój sposób czyni z niego na swój sposób nawet romantyka, jak nazwałabym to. W tej na przykład części Bond daje się złapać jak dziecko na tę intrygę ale nie tylko dlatego, że lubi korzystać z życia a według mnie raczej na skutek tego, że gdzieś w nim w głębi duszy poruszona została jakaś nuta romantyzmu, uczucia nie opartego na wyrachowaniu i okazji…To oczywiście moje zdanie i jak zwykle twierdzę, że nie trzeba się z nim zgadzać.

Moja ocena to 5 / 6.