podsumowania…

…nie, nie dokonam wstrząsającego podsumowania mijającego roku jeśli ktokolwiek (mam nadzieję, że nie) na to liczył. 
Za to podsumowanie książkowe.
Jaki był ten mijający rok pod kątem lektur? Dla mnie na pewno dziwny, z wiadomych powodów osobistych. Po pierwsze, niestety, runął prywatnie przeze mnie ukuty mit dotyczący książek a mianowicie, że te są w stanie pomóc mi w każdej sytuacji, że są w jakiś sposób światem, w który mogę uciec przed problemami życia. Nie, nie są i zrozumiałam to dopiero w trzydziestej piątej wiośnie życia. Szkoda, ale tak właśnie jest.

W tym roku książek było mniej niż zwykle, ale jak przeglądam mój notes, w którym zapisuję książki przeczytane w danym roku wraz z osobistą oceną tychże, widzę, że trafiło się parę naprawdę dobrych w tym roku.

Osobistym odkryciem okazał się Bruce Chatwin i jego „Na Czarnym Wzgórzu”. Bezsprzecznie odkryciem i cieszę się, że go dokonałam.

Tak zwaną miłą „stałą” czyli autorem trzymającym poziom był oczywiście Lee Child i jego „Jutro możesz zniknąć” i „Siła perswazji” jak również Amelie Nothomb i jej „Pewna forma życia”.

Z cyklu książkowe podróże zdecydowanie ciepła i serdeczna książka o kraju przodków, czyli „Tam, gdzie urodził się Orfeusz” Ałbeny Grabowskiej-Grzyb.

Książka, która wzbudziła najwięcej emocji (nazwałabym ją swoistego rodzaju wręcz katharsis, naprawdę) okazała się pierwsza część „Japońskiego codziennika” Aleksandry Watanuki.

Miłe zaskoczenie kryminalne polskiego autorstwa to „Kobieta bez twarzy” Anny Fryczkowskiej za ciekawe spojrzenie i pomysły. 

Zawód? Na pewno Marinina i jej kolejna (według mnie przypominam) kiepska na naszym rynku książkę czyli „Obraz pośmiertny” i niestety, muszę to napisać, trylogia „1Q84” Murakamiego, na którą bardzo się cieszyłam a która z książki na książkę coraz bardziej zawiodła i pozostawiła właśnie uczucie niedosytu.

Czytadło, które poprawiło humor to oczywiście „Błękitne niebo & czarne oliwki” panów Humphrys, może powinnam wstawić do działu podróże, ale nie, właśnie tu doskonale pasuje.

Mam nadzieję, że Nowy Rok 2012 przyniesie jeszcze więcej udanych lektur. Na jedną się cieszę szczególnie, będzie to kontynuacja „Japońskiego dziennika”. 


Chciałabym również aby wydano nowe książki Lee Childa, to takie moje osobiste marzenie.

Wam też życzę tylko dobrych lektur w Nowym Roku! 

„Pewna forma życia”. Amelie Nothomb.

Pewna forma życia

 

Wydana w Wydawnictwie MUZA S.A. Warszawa (2011).

Przełożyła Joanna Polachowska. 
Tytuł oryginału Une forme de vie.

Kiedy myślę, megaloman czy mitoman od razu przed moimi oczami pojawia się postać Amelie Nothomb. I Wiecie co?  Jest to chyba jedyna megalomanka, u której mi ta jej cecha kompletnie nie przeszkadza. Ba, jest to jak dla mnie jej cecha rozpoznawcza i nie życzę sobie aby Amelie Nothomb to u siebie zmieniała. Nie nie i jeszcze raz nie! Nawet jeśli , co podejrzewam, niestety, jest to tylko dobrze sprzedający się kostium (podobnie jak oryginalne nakrycie głowy, w którym zawsze autorka jest fotografowana i widywana przez Czarę na paryskich ulicach o w tym wpisie!). 

Uwielbiam jej język, to ironiczne poczucie humoru, sarkazm, który nazwałabym raczej sarkaźmikiem.

Książki Amelie Nothomb właściwie również można by tytułować ze zdrobnieniem, jako książeczki, są one bowiem niewielkie objętościowo. Za każdym jednak razem miłym zaskoczeniem jest fakt, że w tak niewielkiej objętościowo książce zawiera się tyle interesujących pomysłów i rozwiązań. 

„Pewna forma życia” to opowieść o korespondencji. I nie tylko. Ale ja akurat ten aspekt książki wyłapałam dla siebie najintensywniej i on mnie właśnie najbardziej zainteresował. Kontakty poprzez listy czy emaile to jest to co sama lubię i czynię.

Akcja książki zaczyna się w chwili, kiedy Amelie Nothomb otrzymuje list od swojego czytelnika. Jest nim, co ją nieco zaskakuje amerykański żołnierz stacjonujący w Iraku. Żołnierz, który cierpi na pewną przypadłość, jaką jest spowodowana konkretną sytuacją bulimia i wynikająca z niej otyłość. 
Początkowo autorka nie bardzo ma ochotę nawiązywać korespondencję z tym czytelnikiem, po pewnym czasie jednak ciekawość bierze górę i zaczyna się intensywna wędrówka listów pomiędzy Paryżem a Irakiem.

Nie chcę za wiele zdradzać z tej oryginalnej korespondencji, z tego, jak opisywał swój problem żołnierz. Jest to naprawdę frapujące i ciekawe.

Jak jednak wspomniałam na początku dla mnie niezwykle istotne stały się uwagi Amelie Nothomb na temat samej korespondencji. I nie miała ona na myśli tylko tej z nowo poznanym fanem jej książek.

Jak stwierdza bowiem „Rzadkością są osoby, których towarzystwo sprawia mi większą przyjemność niż listy od nich-pod warunkiem naturalnie, że posiadają minimum talentu epistolarnego”.

i dalej:

„Nieraz już słyszałam: „Nie lubi pani ludzi takich, jakimi naprawdę są”. Protestuję : niby dlaczego jednostki siłą rzeczy miałyby być bardziej autentyczne w bezpośrednim zetknięciu? Dlaczego ich prawda miałaby nie ujawniać się pełniej, lub po prostu inacze, w korespondencji? Jedno jest pewne : wszystko zależy od ludzi. Są tacy, którzy zyskują w bezpośrednim kontakcie, i inni, którzy zyskują w czasie lektury”.

I kolejna interesująca mnie myśl:

„Jednak mam wrodzoną skłonność do unikania spotkań, nie tyle z ostrożności, ile z powodu, który tak subtelnie został wyrażony w przedmowie Prousta : lektura umożliwia poznanie drugiego człowieka, pozwalając jednocześnie zachować tę głębię, jaką ma się wyłącznie wtedy, kiedy jest się samemu”.

Niezwykle silnie do mnie przemówiły cytowane fragmenty. Niezwykle, bo ile razy sama miałam takie właśnie osobiste przemyślenia na temat korespondencji jak również tego, że bardzo często znajomość nie powinna wykraczać poza ramy jedynie znajomości listownej czy emailowej. Najprawdopodobniej jednak niewiele osób zgadza się z taką teorią.

Dużo myśli pojawiło się w głowie po tej lekturze. Bo i właśnie pytanie o samą korespondencję, na jaki wiele w niej można sobie pozwolić? Czy warto prowadzić ją z każdym kto się do nas odezwie? Czy grzechem a może dbaniem o własne samopoczucie jest urwanie tejże, jeśli czujemy, że nie jest miło z kimś pisać. 
I wreszcie coś zupełnie innego. A pisałam o tym całkiem niedawno, tak się złożyło z Tani, pewnie nie będzie pamiętać, a mianowicie, jak jest z tworzeniem podczas korespondencyjnego kontaktu naszego obrazu. Czy my pisząc z kimś tworzymy jakiś swój obraz, który prezentujemy tej osobie? Czy jest on inny w zależności od tego z kim piszemy? Na ile ta kreacja wynika ze świadomości a na ile jest podświadoma? I odwrotnie, czy nasz korespondent nie tworzy sobie sam jakiegoś naszego obrazu w swojej głowie? Tak właśnie zapewne jest stąd nie sądzę abym się myliła, tyle nieudanych spotkań już w rzeczywistości, kiedy dwie do tej pory piszące jedynie do siebie osoby spotykają się. A wraz z nimi spotykają się zapewne obustronne wykreowane obrazy i oczekiwania względem korespondenta. Stąd już naprawdę niedaleko do uczucia zawodu. Chociaż czasem na pewno i zachwytu.

I jak zwykle mówię, niby niewielka książeczka, którą czyta się szybko a ile podczas lektury rozważań i myśli. To właśnie w prozie Amelie Nothomb lubię. I dlatego z taką niecierpliwością czekam na każdą jej kolejną książkę. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Czerń kruka”. Ann Cleeves.

czerń kruka

 

Wydana w Wydawnictwie Amber. Warszawa (2009).
Przełożył Sławomir Kędzierski. Tytuł oryginalny Raven Black.

Pierwszą zagadkę tego kryminału stanowi fakt, dlaczego na okładce książki widnieje zdjęcie kawki? 🙂 

Następne są równie intrygujące. Muszę przyznać, że to spotkanie z nieskandynawskim kryminałem (akcja książki bowiem dzieje się na Szetlandach) okazało się bardzo udane. Klimat książki zresztą był dość skandynawski właśnie, przez to, że nie było w nim nagłych zwrotów akcji, a sama akcja toczyła się raczej niespiesznie. 

Oto mała wioska, w której kiedyś już zdarzyło się już zło. Oto bowiem zaginęła tam pewna mała dziewczynka, mieszkanka miejscowości. Nigdy nie znaleziono jej ciała natomiast szybko wytypowano sprawcę mordu, pewnego mężczyznę, który obecnie jest już staruszkiem. Nieważne, że nikt włącznie z policją nie udowodnił mu zbrodni, mieszkańcy miejscowości, w której nic się przed nikim nie ukryje swoje wiedzą, czyż nie? Stosując społeczny ostracyzm zdaje im się, że zdołają uniknąć zła. Czy jednak?
Mija północ i rozpoczyna się Nowy Rok, a dwie nieco pijane nastolatki Sally i Catherine w ramach osobistego wyzwania postanawiają odwiedzić tego mężczyznę. Co też czynią i jego dom opuszczają jak najbardziej żywe i zdrowe.

Dosłownie parę dni potem jednak Catherine ponownie odwiedza mężczyznę a następnego dnia jej zwłoki zostają znalezione na polu. 

W sumie, możemy spytać, ile razy to już było? Mała wioska, w której niby to każdy wie wszystko o każdym, zna grzeszki sąsiada lepiej niż swoje własne. I oto zwłoki dorastającej dziewczyny, właściwie to już stającej się kobietą, o której tak naprawdę nikt nic konkretnego powiedzieć nie umie. Łącznie z jej własnym ojcem, miejscowym nauczycielem, który pogrążając się w żałobie po śmierci żony nie zauważył, że jego córka też potrzebuje wsparcia i opieki i oddaliła się od niego.

Niemniej jednak po raz kolejny ciekawie jest podjąć trop i wraz z prowadzącym z miejskim śledczym miejscowym inspektorem o południowym nazwisku Perez rozpocząć śledztwo. 

Kto widział dziewczynę po raz ostatni? Czy Magnus starzec, którego już raz podejrzewano o zbrodnię czy może ktoś zupełnie inny? Okazuje się, że Catherine prowadziła dość bujne życie towarzyskie, o którym jej ojciec a nawet i najbliższa koleżanka Sally niewiele wiedzieli. Wychodzi też na jaw, że prowadziła ona pewien projekt, który mógł przy pewnych warunkach stać się przyczyną jej śmierci.

Po drodze poznajemy całą galerię postaci, z których wiele ma wzajemne powiązania. Jest więc Fran, artystka plastyczka po rozwodzie, która przywozi swoją córeczkę w strony rodzinne jej ojca, aby mała miała z nim większy kontakt. To Fran znajduje ciało zamordowanej nastolatki. Jest też ojciec Catherine, zagubiony po stracie żony a teraz córki. Jest też były mąż Fran, Duncan, który z kolei ma romans z pewną znaną w lokalnej społeczności kobietą. 
Jest również Robert, chłopak, który bardzo podoba się Sally koleżance Catherine i która stara się ominąwszy zakazy surowego rodzicielskiego chowu jakoś zbliżyć się do chłopaka.

Książkę czyta się dobrze, mogę powiedzieć, że faktycznie wciąga a zakończenie jest zaskakujące, co jest jej wielkim atutem. Ja w każdym razie mam ochotę sięgnąć po kolejną książkę tej autorki, która ukazała się na polskim rynku.

Moja ocena to 4.5 / 6.

 

pomiędzy…

 …Świętami a Nowym Rokiem czas zawsze wydaje mi się lekko zawieszony, jakby stary rok już resztką sił się wlókł. Kto wie? Być może tak właśnie jest?

Dziękuję jeszcze raz za wszystkie serdeczne Życzenia Świąteczne, te internetowe i te „papierowe”. 

Jednak poczta co nieco dostarczyła przed Świętami a i teraz powoli spływają kartki i przesyłki. Wczoraj z Chin:) z muzyką z…uwaga uwaga, Mongolii Wewnętrznej. Ha! Nastawiam się na ucztę w rodzaju tej, o której pisałam jakiś czas temu kiedy opisywałam swoje doznania podczas słuchania pieśni któregoś z ludów koczowniczych, kiedy to ogarnęło mnie niezwykłe uczucie tęsknoty za nie wiadomo czym dokładnie, za czymś niezwerbalizowanym co się straciło a może nigdy tak naprawdę nie miało? a jednocześnie poczucie chęci wyrwania się, wolności nieokiełznanej. Zobaczymy, jak będzie. Niestety, nie napiszę Wam jak się nazywa artysta, którego płytę otrzymałam (może Duo.na, ofiarodawczyni mnie w tym wspomoże?) gdyż nazwisko jest napisane oczywiście w języku chińskim. 
Święta upłynęły i muszę powiedzieć, że mimo tej całej strasznej sytuacji minęły nam właśnie tak, jak sobie w tym wszystkim najbardziej życzyliśmy czyli zdrowo i spokojnie, bez napinki. Były łzy, nie spodziewałam się inaczej, ale było też trochę nadziei i uśmiechu. Był też odpoczynek i leniuchowanie, którego potrzebowaliśmy. W tym roku nic u nas nie organizowaliśmy, jak to miało miejsce poprzednie lata wstecz,  Wigilię i Drugi Dzień Świąt spędziliśmy z najbliższymi i myślę, że w tym wszystkim właśnie dotknęliśmy idei tego, czego powinno się.
Przy okazji, nie wiedziałam, że w Wigilię i Święta jest na cmentarzu taki tłum ludzi. Widać, że u nas jednak nie ma w ludziach pogodzenia się z tym, że tych Najbliższych nie ma przy Świątecznym stole i jak nie można dzielić się Opłatkiem przy stole rusza się tam, gdzie w jakiś sposób można odczuć bliskość. Tak myślę…

Musiałam być bardzo grzeczna w tym roku albo ewentualnie wszyscy w jakiś sposób chcieli nas pocieszyć jak mogli, bo dostałam naprawdę dużo pięknych prezentów , w tym wszystkie z listy, o której pisałam, czyli i szlafrok (różowy puchaty;)  i czerwoną portmonetkę (muszę się do niej przepakować z rzeczami ze swojej bo moja faktycznie już zużyta, wczoraj to zobaczyłam wyraźnie). Dostałam też różne sztuki biżuterii;) aż trzy pary kolczyków, jedne od P. a dwie z kamieniami półszlachetnymi (na zamówienie specjalnie dla mnie) od koleżanki blogowej, Judytty:) bardzo dziękuję.

Mam książki, papierową „Czerń kruka” Ann Cleeves (wczoraj już zaczęłam czytać), o wdrażaniu programu Natura 2000 na obszar Podkarpacia, i cztery e-booki, w tym jedna Amelie Nothomb i Henning Mankell, „Powrót nauczyciela tańca”, dostałam również „Krawcową z Madrytu” Marii Buenas i „Sekretny język kwiatów” Vanessy Diffenbaugh.

Są też upominki muzyczne czyli wspomniana muzyka przysłana z Chin jak również nowe dla mnie nazwisko, czyli pani o nazwisku Mayra Andrade. Muzykę mam zamiar przesłuchać na spokojnie, wtedy coś więcej napiszę, na razie wydaje mi się, że jak pisała Monoli, od której ją otrzymałam, będzie to „moja” muzyka…

A teraz czas lekkiego zawieszenia, oczekiwania na nadejście Nowego Roku 2012. Niech stary już się kończy bo był okropny. 

Mały update, bo pomyślałam, że właśnie w tym wpisie będzie pasować. 


Szczerze dziękuję Wszystkim, którzy pisali, że myślą w tych dniach o naszej Emilce, którzy zapalili dla Niej świeczkę przy okazji odwiedzin na cmentarzach u swoich Bliskich, jak również tych, którzy poprosili mnie o zapalenie świeczki w Ich imieniu na Jej grobie. Mamy taki bardzo ładny znicz z Aniołem, przyniesiony na listopadowe Święto przez moją kuzynkę, w którym wymienia się wkład olejowy i jego traktuję jako znicz od Was właśnie. Tam zapalamy światełko od Was dla Niej. Melilla kiedyś napisała w komentarzu pisząc o tej całej sytuacji, że Emilia uruchomiła w ludziach bardzo wiele dobra i wspaniałych odruchów. Muszę powiedzieć, że miała rację…widziałam to zaraz po Śmierci Emilutka ale widzę, czuję cały czas. Wszystkie te dowody pamięci o Niej są dla mnie ogromnie ważne, są dla mnie, jej Mamy najlepszym prezentem w całej tej dziwnej sytuacji. Wiersz, który napisała dla Niej Czara i który do łez wzrusza i nas i moją Mamę. Etui na telefon komórkowy ze zdjęciem Emilii i moim, który dostałam od Magi-mary, kwiaty, które trafiły na Jej grób, kartka wyhaftowana przez Nuttę, na której Jest Emilka czuwająca nad nami (taką mam nadzieję) na Gwieździe…

Dziękuję Wam. Za to, że w ten sposób też pokazujecie mi to, że ten Świąteczny czas jest nim właśnie również dzięki takim gestom… 

 

„Błękitne niebo & czarne oliwki. ” John & Christopher Humphrys.

 

 

Błękitne niebo

 

Wydana w Wydawnictwie Pascal. Bielsko-Biała (2011).

Tytuł oryginalny  Blue Skies & Black Olives.

Tłumaczyła Marta Kielczewska-Konopka.

Podtytuł książki brzmi „Pełna humoru opowieść o budowie domu i życiu w malowniczej Grecji” i jest to prawda. Co mnie osobiście trochę zirytowało, to fakt, że szkoda, że na okładce są o niej opinie ale jedynie z (najprawdopodobniej) anglojęzycznych gazet. Czy u nas nikt nie czytał i nie recenzował tej książki? Szkoda. Osobiście wolałabym przeczytać opinię jakiegoś polskiego podróżnika na przykład, ale to po prostu moja uwaga.

Końcówka roku okazała się ogromnie łaskawa pod kątem książek, jako, że trafiam na lektury udane i takie, które zdecydowanie poprawiają mi nastrój. Tę książkę również nabyłam bardzo dawno temu, chyba w okolicach maja albo czerwca. Znowu z polecenia Kogoś z Was, ale szczerze, to teraz nawet nie pamiętam czyjego, w każdym razie wiadomo było, że będzie o Grecji (aczkolwiek nieudana lektura poprzedniej książki dotyczącej tego kraju, o której pisałam tu powodowała lekkie obawy, jak też będzie z tą książką, na szczęście było zupełnie inaczej i o wiele lepiej;).

Nie skłamali autorzy tekstu, ojciec John (dziennikarz brytyjski) i syn Christopher (muzyk orkiestry ateńskiej), że opowieść ta będzie pełna humoru. Taka też była i muszę powiedzieć, że niejeden kawałek musiałam przeczytać na głos P. , który i tak po lekturze powiedział jedno „historia pawia Henry’ego jest najlepsza”. Cała książka faktycznie napisana jest na wesoło, z poczuciem humoru (aczkolwiek z tej dwójki to syn wykazuje się o wiele większym poczuciem humoru i optymizmem, ale sądzę, że może to być efektem bardzo długiego już życia w Grecji, posiadaniu żony Greczynki i greckiej rodziny (rodem z filmu „Moje wielkie greckie wesele”). Ja prawie popłakałam się ze śmiechu czytając opis Chrztu Christophera ale fakt pozostanie faktem, P. ma rację, historia Henry’ego jest niezaprzeczalnie historią numer jeden tej książki. Ci, którzy ją poznają, będą wiedzieć, o czym mówię.

Są dwa kraje, o których zauważyłam, że miłośnicy tychże nie lubią, jak wypowiada się krytycznie. Jednym z nich jest Grecja. Ja takiego objawu u siebie nie zauważyłam, wady kraju niestety, ale widzę, widzę też zalety, ale nie gloryfikuję. Natomiast wiem, że są osoby, dla których Grecja jest najlepsza na świecie, nie ma żadnych wad i basta i tak ma być. Nie wiem, czy powinny czytać tę książkę, obawiam się bowiem, że po lekturze będą się zżymać, że autorzy nie znają realiów kraju, w którym żyją, nie chcą rozkoszować się kulturą i obyczajowością itd itp. Według mnie tak nie jest, autorzy doskonale wiedzą, gdzie przyszło im kupić i budować kilka lat dom (ojciec, John) albo też gdzie mieszkają już bardzo długo i mają grecją rodzinę (syn, Christopher). 

Syn jest według mnie bardziej elastyczny, nie wiem, czy wynika to z tego, że jako dziecko był wraz z siostrą wożony po całym świecie gdyż ojciec był dziennikarzem i było to wpisane w jego pracę czy też taki ma charakter. W każdym razie jego ojciec twierdzi, że Christopher jest bardziej grecki niż brytyjski i jak czytałam słowa Christophera to śmiem twierdzić, że faktycznie tak to wygląda. Co na pewno pomaga mu w życiu, pracowaniu i mieniu rodziny w Grecji właśnie. 

Ojciec najprawdopodobniej dał się wmanewrować w szaleństwo kupna ziemi i budowy nowego domu w wiosce na Peloponezie w biurokratycznej i rządzącej się jakimiś sobie tylko znanymi zasadami i prawami Grecji głównie dlatego,  że chciał być bliżej i syna i wnuków. Aczkolwiek jest szczęśliwy mając tam dom, szczególnie, że wreszcie zakończyła się żmudna i trwająca bardzo długo budowa.

Przyznaję, że fragmenty dotyczące załatwiania niekończącej się wydawać się mogło papierologii dotyczącej budowy domu zgrabnie ominęłam, bo po prostu mnie znudziły. Ale całą resztę czytałam zaśmiewając się w co lepszych momentach (paw Henry! składanie mebli z IKEI). 
Cieszę się, że pomiędzy snuciem historii o budowie autorzy opisali swoje doświadczenia z życiem codziennym w Grecji, na Peloponezie, gdzie mają dom, jak również w samych Atenach, gdzie mieszka Christopher. Przyjemnie było poczytać o ich obserwacjach na temat oliwek, tak ważnych dla Grecji, jak również z uśmiechem na temat tego, jak rodzice tam rozpieszczają dorosłe już i mające być samodzielnymi dzieci. Nie zabrakło opisów zabawnych sytuacji wynikających z nieznajomości języka greckiego jak i efektów nauki tegoż. Dowiedziałam się, że przesądy zawsze żywe (a niby jak jest w Polsce?? inaczej? akurat!). Wyciągnęłam też jedną dość smętną refleksję po tym, jak czytałam, jak głównym tematem rozmów Greków jest dobre jedzenie (to samo podkreślały wszystkie osoby piszące o Włochach). Najwyraźniej każdy naród ma swój „dyżurny” temat rozmów bez końca, Anglicy rozprawiają o pogodzie, Grecy czy Włosi o jedzeniu, a Polacy? O chorobach:(

Co mi się podoba, to fakt, że autorzy nie udają , że są Grekami. Christopher zdecydowanie bardzo jest w greckie realia wrośnięty, domyślam się, że jednak założenie rodziny to sprawiło. Mniej go dziwi niż jego tatę i chyba na więcej jest przygotowany po latach życia tamże. Ja i tak podziwiam tatę bohatera, że nie rzucił budowy w połowie i nie darował sobie, bo mogę uwierzyć, że w pewnym wieku chce się mieć spokojny czas spędzony w pięknym miejscu ale już bez walczenia z biurokracją i urzędnikami. Tym większy podziw, że jednak się nie poddał:)

Generalnie książka fajna, wesoła, bardzo przyjemne czytadło na czas Świąt i około nich. Cieszę się, że wreszcie po nią sięgnęłam. Acha i na koniec, z wielką przyjemnością odnotowuję fakt, że została ona bardzo fajnie przetłumaczona, czyta się ją bardzo dobrze. Dobra praca Pani Tłumacz.

Moja ocena 5.5 / 6.

 

„Rikszarz”. Reż. Richie Mehta.

„Rikszarz” (myślę, że na świecie znany bardziej pod tytułem „Amal”) to kolejna podróż, w jaką zabrał mnie iplex.pl (tak, od razu dodaje, o czym kiedyś pisałam, filmy na tym serwisie można obejrzeć jedynie na terytorium Polski, szkoda).

Kolejny raz po tytuł sięgnęłam zupełnie przypadkiem i znowu okazało się to udanym pomysłem. Tym razem odbyłam podróż do Indii, konkretnie do Delhi, mieście, w którym dzieje się nieco ponad miesięczna akcja filmu. Od razu powiedzmy, że film jest nieco „kontrastowy”, chce nas poruszyć obrazami nieco zbyt czarno białymi, ale…powiem szczerze, że mimo, że w innym od naszego klimacie, mimo, że nie było żadnych choinek, listów do M…ikołaja itd, to film ten okazał się być bardzo dobrym filmie w duchu, klimacie około świątecznym. 

Oto więc poznajemy ubogiego ale uczciwego rikszarza, tytułowego Amala. Amal żyje z matką w skromnym domostwie, ale ma stałą prace, jest uczciwym człowiekiem. Takim, którego się na ogół nie zauważa,, bowiem spokój, prawdziwe dobro najczęściej ginie gdzieś w tłumie innych postaw. Tak czy inaczej Amal żyje dość spokojnie, mimo, że ubogo. Ale cieszy się, że ma pracę, rikszę odziedziczył po swoim ojcu, ma swoje stałe zlecenia, jak przywożenie dzieci z prywatnych szkół do ich rezydencji czy odwożenie do pracy czy z niej do domu młodej sympatycznej dziewczyny, takiej mniejszej indywidualnej pani przedsiębiorcy, prowadzącej własny sklepik z przekąskami i wodą mineralną. 

Amal każdego człowieka traktuje z szacunkiem, nawet kiedy ktoś jest w stosunku do niego niezbyt uprzejmy czy wręcz nawet nieuczciwy. Jednocześnie poznajemy wędrowca po Delhi, mędrca, który wędrując po mieście i zaglądając do knajpek okazuje się mieć swój cel w owej wędrówce. Ten zdawało by się biedak poszukuje u schyłku swego życia skarbu, jakim jest dobry uczciwy człowiek. Wyzwanie  w dzisiejszych czasach, jak się okazuje….I oto napotyka na swojej drodze Amala, który wiezie go i mimo, że ów biedak, jak myśli o nim Amal jest dość marudny i krytykuje go, rikszarz jest dla niego grzeczny i nie irytuje się jak wiele innych osób. Nie zdradzę sekretu ,bo o tym dowiadujemy się dość szybko, że niedługi czas po tym spotkaniu starszy pan umiera. Jak w bajce, okazuje się on być nie biedakiem a właścicielem ogromnej fortuny. W ostatniej chwili cały majątek przepisuje on młodemu dobremu człowiekowi, który podwiózł go czas jakiś temu. Jest jeden warunek, ów nieznajomy rodzinie i przyjaciołom bogacza rikszarz musi zostać odnaleziony do miesiąca od zmian przeprowadzonych w testamencie. I oto rozpoczyna się wyścig z czasem, bo jak się domyślamy, nie jest łatwo w Delhi znaleźć jednego człowieka, nawet jeśli znamy jego imię i nazwisko. Do tego wszystkiego Amal zajęty jest pomaganiem pewnej małej dziewczynce, która z pewnych przyczyn znalazła się w szpitalu i bywają dni, że nie ma go w domu po kilka dni pod rząd.

Ja wiem, to trochę taka bajka dla dorosłych. Ale nie zgadzam się też z zarzutami ,które pod adresem tego filmu wyczytałam, czyli, że takich dobrych ludzi jak Amal nie ma na świecie. Są, są jak najbardziej, ale nazywa się ich inaczej. Nie mówi się o nich jako o dobrych a naiwnych, nie uczciwych a głupich, nie spokojnych a nudnych itd. 
Niby to bajka, a nie do końca bajka, bo wiele rzeczy nie potoczy się ze zgodnie z bajkowym rozwiązaniem. I wiele spraw nie będzie mieć happy endu. Najważniejsze jednak, że po obejrzeniu tego filmu ogarnął mnie jakiś spokój i wyciszenie.  

Bardzo mi się podobał i polecam go tym, którzy mają ochotę na kino nieco inne i ogólnie pokrzepiające i podnoszące wbrew pozorom na duchu.

Moja ocena to 5 / 6.


„Ostatnie fado”. Iwona Słabuszewska-Krauze.

Ostatnie fado

 

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2011).

Książkę tę zakupiłam właściwie „w ciemno” kiedy polecił mi ją ktoś, kto wie, jak fascynuje mnie Lizbona. Zaczęłam czytać w maju, ale to był straszny czas i książka została rzucona w kąt bardzo szybko po czym nastąpiła przerwa od książek w ogóle na dłuższy czas. Potem do książek wróciłam, ale ta wciąż leżała i czekała na swoją kolej. Nie ukrywam, nawet trochę pożałowałam, że ją kupiłam, jako, że zaczęłam się obawiac, że będzie to książka o miłości jak to sugerowano na okładce. Nie chcę tu krytykować tych, którzy lubią taką literaturę, ja akurat nie przepadam i jak się tak zastanawiam, to o wielkich miłościach potrafię czytać jedynie w wybranym towarzystwie latynoskim, czyli Marqueza lub Llosy. A tak, to sami wiecie, że książek o romansach czy wielkich miłościach nie czytam bo mnie na ogół nużą. Nie lubię jednak tego uczucia, kiedy książka leży zaczęta na półce i niemal patrzy na mnie w wyrzutem.

Dałam jej więc drugą szansę i okazało się to bardzo dobrym pomysłem.Owszem, jest w tej książce wątek miłości, ale…nie tylko tej między ludźmi a przede wszystkim, co mnie właśnie zachwyciło, jest miłość do miasta i do fado właśnie. 

Owo tytułowe „Ostatnie fado” to podsumowanie czyjegoś życia, jakby ostatnie fado wyśpiewane na scenie w świetle reflektorów, kiedy ponownie można zrzucić z siebie maskę , którą nosi się na co dzień i wyrzucić z siebie emocje, namiętności, wręcz porywczość drzemiącą w człowieku.
Nie tak dawno właśnie kiedy pisałam o tym, że fado zostało wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości ktoś z Was spytał mnie czym tak naprawdę jest fado. Pomimo, że odkąd byłam w Lizbonie pokochałam ten gatunek muzyki, nie umiem jasno zdefiniować, czym jest ten gatunek muzyki. W „Ostatnim fado” autorce udaje się w piękny sposób sformułować definicję tegoż. Padną w niej między innymi słowa „Kto nie zna fado, nie zna życia!” i muszę powiedzieć, że właściwie mogę się pod tymi słowami podpisać.
Trudno jest mi tak naprawdę określić, kto tak naprawdę jest głównym bohaterem tej książki. Czy Alicja, która wybiera się do Lizbony pod wpływem impulsu aby osobiscie oddać list od swego kuzyna, który prosił ją o wysyłkę tegoż do tajemniczej kobiety Rosy mieszkającej w Lizbonie właśnie? Czy może tajemnicza Rosa? A może Teresa, którą szukając Rosę Alicja w Lizbonie pozna? Może dla odmiany głównym bohaterem jest fado, gatunek muzyki przepełniony namiętnością, emocjami jak mało który? A może sama Lizbona? Może Fernando Pessoa, którego fragmenty życia również poznajemy w książce? A może nie ma tam jednego głównego bohatera, może i ludzie i muzyka i miasto są równorzędnymi postaciami, o których snuje się opowieść…

Alicja trafia do miasta niemal na krańcu Europy i poznaje je dopiero na miejscu, tak więc stanowi ono dla niej jedną wielką tajemnicę. Zaopatrzona w niezwykły przewodnik sprzed osiemdziesięciu niemal lat, którym są zapiski Fernando Pessoa na temat Lizbony jego czasów wędruje po mieście, patrzy na nie jego oczami, odwiedza miejsca, które odwiedzał on sam ale również te, które zostają jej polecone w czasie pobytu w stolicy Portugalii. Oczywiście nie zapomina o swoim głównym celu czyli odszukaniu Rosy, o której dość szybko dowiaduje się, że była ona znaną swego czasu fadistą, jednak nie jest to takie łatwe, jak początkowo mogło by się jej wydawać. Po drodze Alicja przestaje odczuwać presję odnalezienia Rosy, poddaje się natomiast rytmowi miasta, jego życiu, wtapia się w nie i odkrywa tajemnice nie tylko samego miasta jak i również napotkanych po drodze osób, w tym również swojego własnego kuzyna. Dużo tak, jak wspomniałam na temat samego fado, jego siły i mocy ale także o tym, jak można fado utracić. 

Podoba mi się opis tego gatunku muzyki poprzez opinie osób, o których jest książka, przez to, co same czują na jego temat, z przyjamnością czytałam to, co sama jakoś intuicyjnie do tej pory na temat fado odczuwałam. Na przykład czytać tam możemy, że „Senhora na pewno nie wie, że fado, jakim go wyśpiewasz, takim wraca do ciebie”.
Albo też „Fado jest piękne. Tęskne jak saudade, namiętne jak uczucie, smętne jak…życie. To muzyka ulicy. Prawdziwa, bo zrodzona z wrażliwych serc.(…) Ach, fado nie da się wytłumaczyć ani opisać, fado się czuje.”
I, co się sprawdziło w moim przypadku w stu procentach „Kto usłyszy fado, już zawsze będzie je kochał. (…) Głębokie uczucia, fatalizm, tajemniczość ubrane w słowa poruszały serca”.
I jeszcze „Ten, kto śpiewa fado, całym sobą musi oddać się tej muzyce. Całą swoją tęsknotę, wszystkie swoje uczucia i myśli, wszystkie wspomnienia…Musi podzielić się z fado tym wszystkim, co go boli, co cieszy lub smuci, co go do głębi porusza. Tak jak dzieli się życie z ukochaną osobą. Fado jest jak zaborczy kochanek”.

Tak, po tym wszystkim, co napisałam coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że bohaterem tej książki tak naprawdę jest własnie fado, ta niezwykła poruszająca serca muzyka, wyrywająca z głębi serca to wszystko, co wydawało nam się, że już dawno zostało tam pogrzebane, aby nigdy nie ujrzeć światła dziennego. 
I tak, jak fadista wychodzi na przyciemnioną scenę aby ubrana w czarną suknię, z czarnym szalem narzuconym na ramiona, przystrojona w piękną biżuterię i śpiewa nam opowieść o życiu, o tym, co się w nim zyskuje ale i co często traci, o tym, co się kocha i za czym się tęskni, co mamy a czego nam brak, tak w tej książce opowieść pewnej kobiety zdaje się być takim właśnie ostatnim wyśpiewanym przez nią fado. 
Muszę powiedzieć, że bardzo mi się ta książka podobała i w rezultacie bardzo dobrze się stało, że do niej powróciłam po pół roku.

Moja ocena książki to 5 / 6.

„Christmas”, Michael Buble.

Buble

 

Postanowiłam napisać parę słów na temat płyty „Christmas” Michaela Buble, którą się zachwyciłam. Muszę powiedzieć, że na ogół nie zwracam uwagi na te świąteczne płyty pojawiające się na rynku, aczkolwiek nie zawsze, czasem któraś mnie skusi a już na pewno kiedy usłyszałam, że Buble wyśpiewał swoje świąteczne piosenki z pewnością dość sugestywnie to okazałam, skoro Mikołaj podrzucił mi ją jako prezent. Słucham jej sobie od 6 grudnia, doszłam bowiem do wniosku, że kiedy mam jej słuchać jak nie teraz? I muszę przyznać, że po raz kolejny Michael Buble zachwycił mnie. Jest to jak się zastanowię, praktycznie jedyny mężczyzna, którego lubię słuchać.

Płyta mnie ogromnie zachwyciła i naprawdę bardzo się z niej cieszę. Nie chcę bawić się w krytyka muzycznego, bo nim nie jestem, więc napiszę po prostu parę słów na jej temat. Oto więc Michael Buble postanowił przedstawić nam swoje wersje najbardziej popularnych i co tu dużo kryć lubianych anglojęzycznych piosenek okołoświątecznych, jak ja to nazywam. Mamy i „Jingle Bells” wyśpiewane fantastycznie wraz z chórkiem Puppini Sisters (ach, KONIECZNIE wyszukajcie sobie ich zdjęcia w internecie;), mamy duet „White Christmas” wyśpiewany z Shanią Twain, mamy też duet z Thalią, meksykańską piosenkarką, z którą Buble śpiewa „Feliz Navidad” (po jej słuchaniu umiem już złożyć życzenia Świąteczne i Noworoczne tym, których rodzimym językiem jest język hiszpański;). 
Jest też także „Silent Night” wraz z dziecięcym chórem, przy której niestety, cały czas łzawią mi oczy i bardzo podniosła „Ave Maria”…
Jest zupełnie nowa i bardzo przyjemna interpretacja „All I want for Christmas is you” (przyzwyczaiłam się do wykonania Mariah Carey a tu coś nowego, świeżego i bardzo ładnego).

Cała płyta utrzymana jest w klimatach jazzowych (swingowych) i naprawdę wprowadza w miły relaksujący nastrój a mnie z pewnością pomaga w moich ostatnich niefajnych nastrojach. 
Szczerze napiszę, jestem nią dosłownie zachwycona. Praktycznie każdy utwór mi się podoba, ale jeśli już musiałabym napisać, które podobają się tak naj naj to jest to „Have yourself a Merry little Christmas”, „Santa Claus is coming to town”, „Baby please come home” i „Cold december night”.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Zajazd „Jerozolima” „. Martha Grimes.

zajazd Jerozolima

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011).
Przełożył Grzegorz Sowula.
Tytuł oryginału Jerusalem Inn.

„Zajazd „Jerozolima” ” to kolejna opowieść o inspektorze Jury i jego pomocniku, Melrose Plancie, który to zrzekł się tytułu szlacheckiego czym wpędził w nerwicę swoją arcydenerwującą cioteczkę Agathę. Drogi Jury i Planta kolejny już raz splotą się przy okazji zbrodni popełnionej na angielskiej prowincji. 

Tym razem akcja rozpoczyna się parę dni przed Świętami Bożego Narodzenia gdy Jury poznaje podczas odwiedzin na miejscowym cmentarzu pewną sympatyczną kobietę, Helen Minton. Niby niedługa rozmowa, uzupełniona odwiedzinami u kobiety a jednak Jury żegna się z nią z cieniem nadziei, że jeszcze się spotkają. Nie jest im to dane, następnego dnia bowiem dowiaduje się o śmierci nowej znajomej. Śmierci, która jak się szybko okaże słusznie, wydaje się inspektorowi dość podejrzana.

Spytacie kiedy splotą się po raz kolejny ścieżki Jury i Melrose Planta? Niebawem gdyż Plant wraz ze znajomą Vivian i swoją denerwującą ciotką Agathą ma spędzać Święta w dawnym opactwie, przerobionym na posiadłość angielskiej arystokracji. Szybko dowiadujemy się, iż jednym z gości zaproszonych do celebrowania Świąt Bożego Narodzenia w tejże posiadłości jest malarz, kuzyn zamordowanej Helen, z którym to inspektor chce się spotkać.

Dalej jest bardzo w stylu i klimacie kryminałów Agathy Christie, bowiem w owej wielkiej wiejskiej posiadłości zostaje niejako odciętych od świata przez padający i zasypujący wszystko śnieg kilkanaście osób, zupełnie różnych.

Jest więc stara posiadłość, smakowite jedzenie, sporo alkoholu, zbyt dużo sekretów, co nie zaskakuje specjalnie, wiele namiętności, co również nie jest zbytnio nowe, ale mimo to całość jak najbardziej przyjemna do czytania i akurat jako lektura przed Świętami dla tych, którzy lubią kryminały Marthy Grimes. 
Atmosfera przedświąteczna sprzyja wymyślaniu kolejnych atrakcji (w końcu ile można siedzieć przy kominku sącząc kolejnego drinka i prowadzić nic nie znaczące rozmowy?) i oto pewnego wieczoru pada z czyjejś strony uwaga, że brakuje jedynie morderstwa. Można by powiedzieć, że jakiś tajemniczy chochlik wysłuchuje owego życzenia, bowiem zbrodnia zdarzy się dość szybko od jego wypowiedzenia. 

Dalej, jak się domyślamy, nastąpi właśnie ponowne spotkanie inspektora Jury i Melrose Planta, które oczywiście zaowocuje rozwiązaniem zbrodni, tym razem z pewnym zaskoczeniem, ale nie chcę nic więcej pisać.

Moja ocena to 5 / 6.