„Powrót nauczyciela tańca”. Henning Mankell.

Powrót nauczyciela tańca

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011).

Przełożyła Ewa Wojciechowska.
Tytuł oryginalny Danslararens aterkomst.

Gdzie była zbrodnia będzie i kara. Prędzej czy później ale będzie. To zdanie wydaje się być mottem przewodnim tej książki Mankella. W tej opowieści dodatkowo nie będzie komisarza Wallandera, poznajemy Stefana Lindmana, który to trzydziestosiedmioletni mężczyzna dowiaduje się właśnie, że jest poważnie chory. I swój urlop zdrowotny nieco przypadkowo przeznaczy na śledztwo z kolegami z zupełnie innej części Szwecji. 
Oto były współpracownik Lindmana – Herbert Molin zostaje zamordowany w głuszy, do której wyniósł się po latach pracy na posterunku. Początkowo nikt nie wie, co było powodem zbrodni. Stefan Lindman udaje się w tamte odległe rejony aby zapoznać się ze sprawą ale nic poza tym, jednak zostaje mimowolnie wplątany w całą sytuację i potem już siłą rzeczy wspomoże kolegów z tamtejszgo posterunku w prowadzeniu dochodzenia. Tym bardziej, że niebawem po zamordowaniu byłego policjanta zostaje zamordowany jego sąsiad. I tak naprawdę wydaje się, że nie ma ani jednej łączącej ich sprawy, która do morderstwa mogłaby doprowadzić.

Ale jak napisałam na początku, „gdzie była zbrodnia będzie i kara” a więc akcja tego kryminału rozpoczyna się prologiem mającym miejsce w roku 1945, gdzie dokonują się konkretne rozliczenia. Nie do końca satysfakcjonujące wykonawców. Natomiast dokończenie rozpoczętych rozliczeń będzie miało miejsce w roku 1999 gdzie w okresie października i listopada będzie mieć miejsce dalsza część tej „Powrotu nauczyciela tańca”. 

Stefan Lindman zaczyna sobie przypominać dawnego współpracownika, który na tyle nie socjalizował się z nikim, że nawet nie bardzo mógłby nazwać go „kolegą”. Przypomina sobie, że Herbert Molin wyraźnie czegoś się obawiał, co może potwierdzać fakt, że na emeryturze wyniósł się w głuszę. Tak więc wygląda jakby przed czymś uciekał. I chyba miał powody, skoro sprawca zostawia wyraźny „znak”, że zbrodnia na pewno nie jest przypadkowa. Otóż zostawia krwawe ślady układające się w krok tanga. Lindman będzie zmuszony ułożyć nietypowe puzzle, czyli ułożyć bardzo dziwną układankę życia byłego współpracownika.

To nie jest typowy kryminał. Nie jest tak, że przez całą książkę śledzimy akcję aby dopiero na końcu dowiedzieć się kto popełnił zbrodnię. Dość szybko orientujemy się , jakie mogą być motywy morderstwa jak również szybko poznajemy sprawcę zbrodni. Wraz z nim przemierzamy tereny górskie i leśne i jesteśmy świadkami jego walki z samym sobą i demonami przeszłości.

Bowiem, jak to bardzo często bywa u Mankella, korzeni tego, co dzieje się współcześnie szukać musimy w przeszłości. W tym przypadku bardzo dalekiej przeszłości. Nie jest to też tradycyjny kryminał bowiem, co nie dziwi w książkach Mankella, jak zwykle sporo tu wręcz publicystyki, którą jednak autor według mnie oczywiście podaje w sposób strawny. 

Grzechy z przeszłości ciążą nad dzisiejszymi pokoleniami, nie udało się ich zmyć podczas dziesiątków lat. Ba, problem, wokół którego krąży akcja książki czyli faszyzm w dzisiejszym świecie zdaje się odczuwać renesans i odradza się. Czemu oczywiście zaprzeczają zwolennicy usiłując bagatelizować problem. 

Dużo tu nie tylko refleksji nad kondycją moralną dzisiejszego człowieka, nad współczesną i dawną Szwecją (ale czy tylko?) ale i nad samym sobą, nad naszymi przodkami. Będzie nieprzyjemne zaskoczenie i coś w rodzaju powolnego odkrywania prawdy o własnych przodkach. Przy tym również w przypadku głównego bohatera z perspektywy którego poznajemy akcję książki czyli Stefana Lindmana walka z samym sobą w obliczu ciężkiej choroby i lęku o siebie samego.

To również opowieść o tym, jak ważny i determinujący ludzkie działania może stać się przypadek.

Na mnie ta książka zrobiła duże wrażenie i jak mówię, nie jest ona dla mnie „po prostu” kolejnym kryminałem. 
Moja ocena to 6 / 6.