„Służąca”. reż. Sebastian Silva.

Ale Kino! prezentuje od niedawna film chilijskiego reżysera, który to film „Służąca” (tytuł oryginalny „La Nana”) jest według mnie wart obejrzenia. Ja w ogóle chętnie sięgam po kino latynoskie nazwijmy to czy ogólnie bardziej, hiszpańskojęzyczne. 

Jest to film z gatunku, w którym akcja nie przewija się jak w kalejdoskopie, ba, ktoś może nawet powiedzieć, że jest nudny i na pewno miłośnicy kina akcji nie mają co sięgać po ten film, to zupełnie nie ten adres. Z kolei ci, którzy lubią filmy z niby to niespiesznie dziejącą się akcją, ale w gruncie rzeczy mocno dotykające jakiś konkretny problem, nie sądzę aby czuli się po projekcji zawiedzeni. 

„Służąca” to film zrealizowany głównie w pomieszczeniach, domu państwa Valdesów, u których służąca Raquel (rewelacyjnie zagrana rola Cataliny Saavedry) pracuje dobrze ponad dwadzieścia lat. Poznajemy ją w dniu szczególnym, w dniu jej czterdziestych pierwszych urodzin, kiedy to jej pracodawcy organizują jej małą niespodziankę z tortem i prezentami. Raquel nie wydaje się jednak tryskać radością. Raczej odnosi się wrażenie, że wręcz chwilami przyjmuje należny jej hołd.

Raquel sprawia w ogóle wrażenie jakby to, że pracuje gdzie pracuje było należnym jej przywilejem a nie pracą po prostu. Przez większość filmu ta postać nie daje się po prostu lubić, ba, budzi wręcz naszą, widza, irytację. Nie owijając w bawełnę, bardziej denerwuje, niż budzi naszą sympatię czy współczucie, nawet jeśli widzimy szybko, że ma jakieś problemy ze zdrowiem. 
Pewnie łatwiej byłoby skonstruować film o służącej na zasadzie tak lubianego przez niektórych schematów czyli ci źli, okrutni pastwiący się nad nią państwo z fumami i ta biedna znękana przez nich służąca. Nic bardziej mylnego. Państwo domu są jak najbardziej ok w stosunku do kobiety, wręcz oferują pomoc.

Ktoś może spytać ale czy na pewno traktują ją jako członka rodziny? Chyba nie ale też szczerze, nie uważam, aby mieli taki obowiązek. Przyjmując ją jako młodą dziewczynę do pracy został wyznaczony konkretny podział ról, jak wszędzie indziej, tak naprawdę czyli pracodawca (w tym przypadku miły, niedręczący, nie czepiający się) i pracownik, z konkretnym zakresem obowiązków, na który się zgodziła. Raquel, która bywa, że potrafi odezwać się bardzo nieładnie do któregoś z członków rodziny, szczególnie najstarszej córki pracodawców, młodziutkiej Camili, która wyraźnie czuje, że Raquel jej nie cierpi, co nie jest dalekie od prawdy.  

Rodzina zauważa, że Raquel nie daje rady swoim obowiązkom i stara się jej pomóc zatrudniając dodatkową pomoc domową, wszystko, aby ta mieszkająca z nimi tyle lat Raquel czuła się odciążona. Wydaje się, świetny pomysł. Nie dla demonicznej Raquel, która tak wczuwa się w rolę jedynej możliwej w TYM konkretnym domu służącej, że wręcz brzydzi się fizycznie kolejnych pomocy przyjmowanych przez pracodawców (sceny odkażania wanny po każdym prysznicu kolejnych kobiet). Raquel zdaje się myśleć, że uda się jej wykazić obecność każdej rywalki bo tak właśnie traktuje kolejne kobiety mające jej przecież pomóc. 
Scenami, które z czasem wręcz bawią, a dla Raquel stają się ni to rozgrywką ni to rozrywką ni to nauczką wymierzoną w kierunku rywalek jest to, co robi za każdym razem, kiedy kolejna pomoc domowa opuszcza na chwilę domostwo. Otóż Raquel zatrzaskuje drzwi i nie wpuszcza do domu zmuszając kobiety do krzyków, nawoływań i płaczu wręcz, podczas kiedy ta z zadowoloną miną wędruje na piętro willi aby tam przy włączonym odkurzaczu z miną satysfakcji udawać, iż tak naprawdę nic nie słyszała.  

Jak pisałam, reżyser nie stara się uczynić z tej postaci kogoś miłego, serdecznego, sympatycznego, wręcz odwrotnie, co tylko dziwi i może nawet budzi uśmiech kiedy słyszy się to, co opowiada o sobie innym Raquel, czyli jakoby była uwielbiana przez dzieci. 

Dopiero poznana kolejna pomoc zatrudniona przez pracodawców, którą początkowo Raquel również stara się szybko wygryźć okazuje się kimś kto zmieni życie tytułowej bohaterki. Lucy bo o niej mowa, szybko orientuje się jak naprawdę czuje się Raquel a mianowicie raczej jako zagubiona, przerażona dziewczynka, która każdy gest niemal traktuje jako zamach na swoją wypracowaną latami niezależność.

Robi się jej żal kobiety i w jakiś niezwykły sposób zamiast jak poprzedniczki, walczyć z nią, umie ją obłaskawić i tak postępować, że wydobywa z tej kolczastej skorupy Kogoś, realną Postać. Raquel, nie po prostu służącą. I chociaż długo w domu nie będzie, to właśnie od spotkania z nią życie Raquel się zmieni. Spotkałam się ze zdaniem, że zmiana Raquel nie jest na stałe i że jest chwilowa. Ja chcę wierzyć, że jest jednak inaczej, że Raquel coś sobie przemyślała, coś zrozumiała.

Jest to film o zatraceniu się we własnych niestety i tylko własnych złudzeniach. W przekonaniach, które sami sobie ukuwamy czasem w krótszym czasem w dłuższym czasie i często niestety, w nich tkwimy. U nas ten film tak naprawdę nie musiałby się nazywać „Służąca” a może „Matka Polka” ,taka, która poświęciła się innym nie zważając, że nie zawsze trzeba było aż tak mocno aż tak silnie, ba, że druga strona wcale tego w takim stopniu nie potrzebowała. I potem tym bardziej boli to nieprzyjemne odkrycie, którego się dokonuje, czyli właśnie, że się człowiek gdzieś w tym wszystkim zagubił, że to wcale nie było potrzebne, niestety. Że się zatracił w jakimś wyimaginowanym swoim własnym obrazie. 

Przyznam się, że ja przez większość filmu zastanawiałam się nad kondycją psychiczną głównej postaci, czy ona przypadkiem nie ma jakichś większych problemów i kto wie, może jednak je ma. Ciekawe zestawienie z książką „Okruchy dnia”, którą niedawno czytałam i w której również przedstawiono oddaną postać służącego, który jednak zupełnie inaczej sam swoją rolę odbiera i nie zachowuje się w taki sposób jak bohaterka. On zdaje się nie rościć praw do innego niż to, w jakim jest układzie, Raquel wydaje się miotać i być niepewną. 

Co jeszcze? Reżyser zadedykował film dwóm kobietom, po tym, że pojawiło się samo imię i wizerunek pań w służbowym mundurku, wnioskuję, że służącym znanym mu z własnego domu. Jak bowiem podobno jest (tak mówiono w dyskusji przed filmem) w Chile klasa średnia posiada takich pracowników i nie jest to żadna nadzwyczajność, ba, wręcz jest to norma. 
Zastanawialiście się kiedyś, jak by to było mieć służącą? Ja nie wiem, czy bym chciała. Fajnie jest mieć kogoś, kto pomoże sprzątnąć, ale kawę, posiłek itd wolę przygotować sama i nie lubię ponadto, jak ktoś obcy kręci mi się po domu. Nie umiałabym sobie wyobrazić kogoś mieszkającego na stałe i przebywającego w domu. I ciekawe czy naprawdę jest tak, jak powiedziano, czyli, że klasa średnia w Chile właśnie służące posiada.

Tak czy inaczej, film jest z gatunku tych, które lubię, czyli niby powolny, niby o niczym a daje do myślenia i zastanowienia się nad wieloma aspektami.

Mnie się bardzo podobał, polecam.

Moja ocena to 5 / 6.