„Okruchy dnia”. Kazuo Ishiguro.

Okruchy dnia

 

Wydana w Wydana w Wydawnictwo Albatros. Andrzej Kuryłowicz. Warszawa (2008). 

Przełożył Jan Rybicki. 
Tytuł oryginału The remains of the day.

I pomyśleć, że jakoś do tej pory nie przeczytałam tej książki, ale nie szkodzi, na wszystko jest czas, więc i najwyraźniej na tę książkę przyszedł czas właśnie teraz (teraz przede mną jeszcze ekranizacja).

„Okruchy dnia” to relacja w pierwszej osobie, wspomnienia kamerdynera Stevensa. Jego opowieść toczy się podczas podróży fizycznej, w ramach odwiedzin do pani, która ongiś pracował wraz ze Stevensem po Wielkiej Brytanii ale jest to też podróż w głąb siebie i do wspomnień. Taka podróż w czasie.  

Stevens (przez całą książkę nie poznamy nigdy jego imienia co też jest ważne) całe swoje życie był kamerdynerem u lorda Darlingtona. Obecnie jego sytuacja uległa zmianie, od trzech lat bowiem posiadłość ma w posiadaniu Amerykanin co oznacza nowe realia dla Stevensa, który przywykł jednak do większego rozmachu w prowadzeniu domu. Stevens zostaje praktycznie wysłany przez nowego pracodawcę na urlop, którego jak dotąd praktycznie nigdy nie miał. Postanawia wykorzystać go jako pretekst do odwiedzin panny Kenton, która całe lata również pracowała u lorda Darlingtona. Ich wzajemne relacje szczególnie kiedy żył jeszcze ojciec Stevensa również kamerdyner początkowo niełatwe z czasem uległy poprawie. Jednak nigdy nie zrozumiał on, jak ważnym był właśnie dla panny Kenton, która po latach służby, wzięła ślub i wyjechała z mężem w inną część kraju.

Poznajemy przeszłość jedynie z perspektywy Stevensa. Szybko orientujemy się, iż był on tą osobą która całe swoje życie poświęciła swojemu zawodowi a może określę to inaczej „byciu kamerdynerem”. To, co nas jako czytelników może wręcz przerażać, a mianowicie całkowity fakt oddania swego życia praktycznie lordowi dla Stevensa jest jedynie oznaką bycia znakomitym kamerdynerem. Stevens postawił sobie w swoim życiu cel, bycia kamerdynerem doskonałym. I właściwie zaczyna być nieszczęśliwy dopiero w chwili kiedy zmienia się własciciel posiadłości i staje się on kamerdynerem Amerykanina, który aż tyle od niego nie wymaga i nie zwraca uwagi na konwenanse. Oddanie Stevnsa było do tego stopnia wielkie, że aż bezkrytyczne, nie widział on pewnych oczywistości jakie miały miejsce podczas życia lorda Darlingtona. 

Zaglądając do opinii o książce spotykam się z powtarzającym się motywem, że podróż, jaką odbywa Stevens uświadamia mu, że zaprzepaścił swoje życie i swoje szczęście, do którego przecież miał prawo. Ale ja nie zgadzam się z tą teorią. Według mnie to odczucie posiada pod koniec lektury jedynie jej czytelnik, Stevens nie odczuwa tego smutku czy przygnębienia i szczerze mówiąc, chyba bardzo dobrze. 

Na koniec cytat, który według mnie o tym właśnie mówi:

„Cóż bowiem można osiągnąć ciągłym grzebaniem w przeszłości i oskarżaniem siebie samego o to, że w życiu nie powiodło się całkiem tak, jak można by sobie tego życzyć? Tak już jest, że dla takich jak my nie ma większego wyboru, jak tylko pozostawić ostatecznie nasz los w rękach tych, którym służymy: wielkich panów, znajdujących się w samym centrum spraw tego świata. Po cóż zamartwiać się tym, co się zrobiło, czy nie zrobiło. Że życie przyjęło taki czy inny obrót? Takim jak my powinno wystarczyć, że starali się choćby w najskromniejszy sposób przyczynić do tworzenia tego, co jest prawdziwe, co ma jakąś wartość. A jeśli ktoś z nas gotów jest poświęcić większą część życia takim właśnie aspiracjom, już to samo w sobie jest powodem do dumy i zadowolenia, niezależnie od osiągniętych rezultatów”.

Ta książka mimo gorzkiej w rezultacie wymowy nie przygnębiła mnie jednak. Daje na pewno do myślenia. 
Moja ocena to 6 / 6.