„Gwiazdy na ziemi”. Reż. Aamir Khan.

Tytuł oryginału „Taare Zameen Par”. Tytuł ang. Stars on earth.

 

Muszę powiedzieć, że jeśli spojrzałabym na pierwszy film obejrzany przeze mnie w Nowym Roku pod kątem zapowiedzi jaki pod kątem filmowym okaże się 2012 wyglądało by, że będzie idealny.

Otóż zaczęłam go od obejrzanego po raz kolejny na niezawodnym (dostępny jedynie na terenie Polski) http://www.iplex.pl

Uprzedzę krytykantów, tak, zdaję sobie sprawę z tego, że obejrzałam poniekąd kolejną „bajkę dla dorosłych”. Szczerze? Bardzo mi to pasowało. Miałam chęć na coś takiego i cieszę się, że jakoś zupełnie przypadkiem (szukając nawiasem mówiąc zupełnie innego , jakże odmiennego od tego filmu a mianowicie „Dwunastu gniewnych ludzi”) na „Gwiazdy na ziemi” natrafiłam. Tym bardziej, że próbowałam jakiś czas temu zacząć po raz kolejny książkę polskiego autorstwa dotyczącego Indii i szczerze mówiąc, utkwiłam na temacie aborcji dziewczynek. Niby znam temat dotyczący Indii, nie jest to tajemnica, jednak nie byłam w nastroju na takie klimaty. Chciałam, potrzebowałam czegoś optymistycznego, pocieszającego, krzepiącego. I to otrzymałam w tym ponaddwugodzinnym filmie! 

Zdaję sobie sprawę, że film jest przesłodzony, że przedstawia świat nieco zbyt kontrastowo i czarno biało (chyba, że naprawdę istnieją rodzice dzieci , nie mówię tu o patologii!, którzy ewidentnie widząc, że ich dziecko ma problem nie udają się z nim do specjalisty a wręcz mają do tego dziecka pretensje) przedstawiony. Zdaję sobie też sprawę, że nieco zbyt gra na emocjach (uprzedzam, to film, na którym oczy nie zostaną suche, nawet oczy największych twardzieli!). I co z tego? Dalej twierdzę, że na coś takiego właśnie miałam chęć. Takie spojrzenie na świat, czułe, pełne szacunku i miłości do drugiego Człowieka (którym jest przecież każde Dziecko) było mi właśnie wczoraj potrzebne.

Oto poznajemy czteroosobową rodzinę Awasthi. Nie są milionerami ale z pewnością żyje im się nieźle, w którymś z miast w Indiach. Mama zajmuje się domem, podczas kiedy tata zarabia na rodzinę. Starszy z synów odnosi w szkole i nie tylko same sukcesy. Młodszy, dziewięciolatek, sprawia rodzicom same problemy. Nie radzi sobie w szkole, powtarza trzecią klasę, poza tym nie umie nawiązać kontaktów z rówieśnikami, jak też jest krnąbrny. Rodzice załamują ręce aż do chwili, kiedy wpadają na pomysł wysłania dziecka do szkoły z internatem. Początkowo wydawać się może, że jest to jeden z najgorszych pomysłów jaki mógł im przyjść do głowy. Chłopiec, Ishaan, nie umie się tam odnaleźć. Popada w depresję, wręcz dziczeje, przestaje nawet rysować, co do tej pory było jego największą przyjemnością podpartą niewątpliwym talentem. Być może powodem tego jest to, że i w tej szkole nauczyciele głównie złoszczą się na malca i nie chcą mu w żaden sposób pomóc. Nawet nauczyciel rysunku jest niesympatyczny i srogi. Co jednak szybko na szczęście ulega zmianie. 
Do szkoły trafia nowy, naprawdę niezwykły nauczyciel rysunku (a przede wszystkim wspaniały pedagog) pan Ram Shankar Nikumbh. Który jako jedyny jak do tej pory w życiu małego Ishaana poważnie zainteresuje się tym, dlaczego chłopiec zachowuje się w ten a nie inny sposób. I postanawia zgłębić, dlaczego tak się dzieje. Nie bez przyczyny takie a nie inne zachowanie nauczyciela. Pracuje on również na drugim etacie, w szkole dla dzieci niepełnosprawnych umysłowo, dla których jest nie tylko nauczycielem ale i największym przyjaciołom. Nauczyciel jest wrażliwym i bardzo dobrym człowiekiem, który darzy szacunkiem każde dziecko, widząc w nim indywidualność i stara się w każdym dziecku odkryć jego najlepsze strony, talent, to, z czym radzi sobie najlepiej.

I od chwili, gdy nauczyciel spotyka małego Ishaana życie chłopca zmieni się na lepsze.

Jak wspomniałam, zdaję sobie sprawę z pewnych niedociągnięć. Nie do końca mogę uwierzyć w to, że rodzice chłopca byli aż tak niezorientowani, nie umieli (nie chcieli???) mu pomóc. Chyba, że za mało znam kulturę Indii, być może wynika to z tego. 
I wiem, że pewnie ze świecą szukać takich nauczycieli, jak ten przedstawiony w filmie. Co nie znaczy jednak, że takich nie ma, nawet jeśli ja nie spotkałam takiego nigdy na drodze swojej edukacji. Myślę, że są tacy wspaniali, niezwykli, dla których uczeń, szczególnie ten zły nie musi być jedynie utrapieniem i kolejną notatką statystyczną ale kimś zupełnie innym bo ważnym.

Jak wspomniałam, film łzowyciskający (ze wspaniałą grą malca odtwarzającego główną rolę) ale nie szkodzi, czasem trzeba się wzruszyć, tak naprawde, poruszyć w sobie te złogi, które na co dzień staramy się ukryć, bo przecież „trzeba być silnym i do przodu!”, „inni nie mogą zobaczyć naszych słabości”, ” nie chcemy aby inni widzieli nasze łzy” bo to bo tamto. 

Ja daję mu ocenę 6 / 6. I nie muszę chyba dodawać, że polecam?