„Mira. Kobieta światowa”. Monika Ksieniewicz-Mil.

 Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2025).

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa na prośbę jej Autorki. 

Sądzę, że ten główny tytuł może wielu osobom nie mówić (niestety) kompletnie nic. Podtytuł „Opowieść o Mirze Michałowskiej” już więcej a najwięcej pewnie powie komuś, komu wydaje się, że „nie kojarzę osoby” fakt, że na przykład jest autorką przekładu „Szklanego klosza” Sylvii Plath, książek Joan Didion, Agathy Christie , Vladimira Nabokova, Henry’ego Millera i nie tylko. A już całkiem dużo powie hasło „Wojna domowa”, jestem tego pewna. 

Dla mnie Mira Michałowska pozostanie zawsze w głowie przede wszystkim, jako autorka jednej z najbardziej lubianych przeze mnie książek, czyli „Portretu nocą malowanego” (pisałam jakiś czas temu o książce). 

O książkach pisanych przez znajomą osobę nie jest łatwo (mnie przynajmniej pisać). Z jakiego powodu? Ano, z takiego, że nie chciałabym być posądzona o stronniczość opinii. Z kolei myślę też sobie, że być może te obawy powodują to, że patrzę na tekst surowiej, niż gdybym autorki nie znała. Jak uniknąć nepotyzmu i bycia zbyt surową? Oto jest pytanie! 
A w tym przypadku Autorkę biografii jak najbardziej znam, bo ukończyłyśmy wspólnie licealną orkę. Ba, byłyśmy nawet w jednej klasie. Niemniej jednak i tak napiszę, co myślę, bo czemu by nie? 

Od razu powiem tak. Książka mi się podobała ale jednocześnie miejscami mocno stała się dla mnie nużąca. A działo się tak dlatego, że jest tu podana istna mnogość szczegółów z życia Miry i jej rodziny. I o ile faktycznie muszę przyznać, że pewne szczegóły podawane na początku biografii znalazły swoje uzasadnienie na niemal końcu książki (sytuacja oskarżeń politycznych wysuwanych pod adresem Michałowskiej w sprawie narracji katyńskiej, który to fragment stanowi nawiasem mówiąc akurat dla mnie jeden z ciekawszych fragmentów książki czy kwestia bycia ewentualnym szpiegiem), to chyba nie wszystkie musiały zostać aż tak szczegółowo opublikowane. Jednym słowem, podsumuję nie owijając w bawełnę. bywało, że nieco przebiegałam oczami po tekście, gdyż zwyczajnie nie był dla mnie zbyt ciekawy. 

Ale od początku. Biografia napisana przez Ksieniewicz-Mil z pewnością jest biografią dobrą. Nie ma tu niepotrzebnego chaosu, wydarzenia z życia prowadzone są chronologicznie i to zdecydowanie na plus. Co do owej nadmiernej (według mnie, oczywiście) szczegółowości, już wspomniałam. 

Autorka opisuje więc życie Miry Michałowskiej i jej dwa małżeństwa. Pierwsze – krótkie, drugie – długie i z tego, co widzę, ogromnie udane. 
To drugi mąż Jerzy Michałowski, z którym spędziła większość życia i miała dwóch synów, Piotra i Stefana, był, jak sądzę miłością jej życia i podporą dnia codziennego. Pełniący rolę ambasadora w  placówkach polskich po IIWŚ, w Londynie i następnie w Stanach Zjednoczonych w Nowym Jorku i Waszyngtonie wprowadził ją w życie dyplomacji, ale też nie tak, że Mira stanowiła jakieś marne tło tego duetu. Jako osoba władająca paroma obcymi językami, wykształcona i inteligentna swoją rolę pełniła wyśmienicie. 
Jednocześnie nie rezygnowała z siebie, że tak może powiem po kołczowemu 🙂  Pisała felietony do „Przekroju”, tłumaczyła teksty, pisała własne książki i sztuki, które cieszyły się powodzeniem, również po upadku komunizmu w Polsce. 
Tego mi w książce zabrakło. To znaczy sięgając po nią miałam ogromną nadzieję na więcej opisu procesów twórczych Michałowskiej (piszącej pod ogromną ilością pseudonimów nawiasem mówiąc, na przykład Maria Zientarowa, ale to jeden z wielu, oczywiście).

Dla wielu Polaków, powiedzmy, starszych ode mnie, z pewnością zostanie ona zapamiętana jako ta, na podstawie której felietonów powstał fantastyczny serial „Wojna domowa” (jeden z moich ulubionych). Dlaczego ma on jedynie tyle odcinków, ile ma, to wyjaśnia autorka biografii i nie ukrywam, dla mnie to było zaskoczenie, bo zwyczajnie, myślałam, że chodzi jedynie o to, że w PRL-u nie produkowano seriali-tasiemców. 

Życie Miry było z pewnością niezwykłe, zresztą, tak naprawdę czy można powiedzieć coś tak trywialnego, jak to, że jest jakieś „zwykłe życie”? więc może tak, życie Miry Michałowskiej z pewnością obfitowało w mnóstwo wydarzeń i sytuacji, którymi śmiało można by obdarzyć życiorysy co najmniej paru osób. Urodzona w Łodzi w rodzinie zasymilowanych Żydów, szybko pozbawiona stabilizacji życiowej (najpierw rozwód rodziców, następnie IIWŚ podczas której jeden z braci zginął na Wschodzie a praktycznie cała rodzina w wyniku Zagłady), szybko angażowała się w związki uczuciowe i dość prędko wyszła za mąż za Ignacego Złotowskiego, z którym żyła w Stanach Zjednoczonych.  Mira do Stanów dotarła już w 1940 roku. Jednak, tak jak prędko się pobrali, tak szybko rozwiedli. 
Drugim mężem, o którym pisałam, że stał się podporą i miłością Miry był Jerzy Michałowski. 
Z nim długie lata spędziła na zagranicznych placówkach i właśnie te fragmenty były dla mnie momentami nużące. Z jednej strony z pewnością ciekawie opisane życie dyplomatyczne na placówce już PRL-owskiej, z drugiej, miałam wrażenie, że momentami czytam biografię jej męża a nie jej samej. 
Nie chcę zostać źle zrozumianą, być może dla kogoś innego to akurat stanowić może dużą zaletę biografii. Mnie miejscami zmęczył. 
Już chyba bardziej wciągnąła  mnie ta część książki, którą Monika Ksieniewicz-Mil poświęca życiu Michałowskiej po powrocie jej i jej męża z placówek na stałe do Polski. Powrót zresztą w atmosferze skandalu właściwie bo nieżyczliwe języki postarały się o to, aby Jerzy dyplomatą nie pozostał. 
Ale i tu okazało się, że czy to dzięki znajomościom czy to może szczęściu para de facto zaliczyła raczej miękkie lądowanie. Okazało się,że obojgu mimo perypetii i zawirowań udało się żyć w całkiem dobry sposób, zważywszy na to,że żyło im się zdecydowanie lepiej, niż większości przeciętnych Polaków wówczas żyło. 
Część po powrocie stała się dla mnie ciekawsza właśnie ze względu na literaturę, którą żyła Mira. Jest więc i o jej działalności dziennikarskiej i pracy literackiej, na przykład zarówno jej własnej , jak i przekładach literatury światowej. Tak lubiana przez Polaków „Kobra” , czyli Teatr Sensacji „Kobra” nie byłaby tym, czy jest, gdyby nie jej przekłady czy wręcz przynoszenie na plan zdjęciowy przedmiotów których na polskich sklepowych półkach próżno by szukać, a w domu Michałowskich owszem, były.

Osobny fragment to też ten na temat rozmaitych plotek ciągnących się za autorką i tłumaczką czyli oskarżenia o to, że była szpiegiem radzieckim. Ksieniewicz- Mil zrobiła kawał dobrej roboty studiując archiwa IPN-u i przekopując się (przepraszam autorkę za ten kolokwializm) przez szereg materiałów i donosów i twierdzi, że dowodu, dokumentu potwierdzającego takową współpracę nie ma. 
A możliwości udowodnienia było sporo, bo zarówno ona jak i jej mąż byli podsłuchiwani i na celowniku polskich służb specjalnych. Pozostało dużo papierów, donosów, dokumentów. Nie dziwię się zatem Michałowskiej, że w literaturze odnajdywała na nowo spokój i wyciszenie. Praca słowem i ze słowem najwyraźniej stanowiła dla niej najlepsze odprężenie i możliwość oderwania się od codziennych zmartwień, ludzkich złych języków, wrogości.

Jedną z najciekawszych a niestety, najmniej poruszonych w książce „Mira. Kobieta światowa” jest kwestia pochodzenia Miry Michałowskiej i tego, jak do tej kwestii podchodziła przez całe życie. Autorka porusza tu całą kwestię wypierania i pokoleniowej traumy osób pochodzenia żydowskiego (co prawda Marzec 68 Mira z Jerzym spędziła za granicą, co nie zmienia faktu, że przecież miała świadomość tego, co stało się wówczas w Polsce. 
To wyparcie, ta niechęć do mówienia zarówno o pochodzeniu swoim i bliskich, zapewne nie taka nietypowa dla wielu osób w podobnej sytuacji, z pewnością ciążyła jej przez całe życie i sądzę, że śmiało można postawić tezę, że stanowiła podwaliny do depresji, jaka dotknęła Mirę Michałowską w latach po śmierci męża w roku 1993 i w latach poprzedzających jej odejście. 
Kwestia traumy i pochodzenia jest tak delikatna, że sądzę, że Ksieniewicz-Mil, która znała osobiście Mirę Michałowską, celowo nie chciała rozpisywać się w tej kwestii nad samą Michałowską a raczej poruszyła (czy raczej dała zaczątek do zainteresowania się tematem traum dziedziczonych i problemów z tego wynikających) temat, który bez wątpienia może stanowić dla kogoś start do solidnej, osobistej analizy. 

Czy poznałam z tej biografii człowieka czy „kobietę światową”? Nie wiem. Myślę, że poznałam jedynie taką postać, jaką chciała światu pokazać sama Mira Michałowska. Na pewno osobę inteligentną, chętną do poznawania innych ludzi, towarzyską wręcz. Ale jednocześnie dźwigającą swoje osobiste traumy i psychiczne ciężary. Sądzę, że z upływem czasu być może coraz bardziej pogrążającej się w mroku własnych demonów. Ale to jedynie moje przypuszczenia, chociaż sądzę, że coś niestety w tym jest, że jednostki wrażliwe, a taka bez wątpienia była Mira Michałowska, przeżywają wszystko w dwójnasób, spalając swoje emocje wręcz nadmiernie. A niestety, bilans tego nie zawsze musi być pozytywny. 

Podsumowując, co na plus? 
To, że w ogóle powstała książka o arcyciekawej postaci jaką niewątpliwie jest Mira Michałowska. 
Fakt, że mnie samej udało się dowiedzieć dużo o życiu i pracy autorki tak kochanej przeze mnie książki, czyli „Portretu nocą malowanego” (ale też „Drobnych ustrojów”, „Wojny domowej”, wreszcie uwielbianej przeze mnie w dzieciństwie książeczce „Sezamki” (Moniko, dziękuję, że uświadomiłaś mi, że „Sezamki” są jej autorstwa, ja do dziś mam do tej książeczki ogromny, sięgający dzieciństwa, sentyment). 
To, że dzięki tej biografii wiele osób, które gdy o książce mówiłam twierdziły, że „Ale nie wiem w ogóle, o kim mówisz” zrozumieją, że jak najbardziej wiedzą o kim jest mowa, bo na przykład czytały przekłady jej autorstwa. 
Poruszenie tematu traumy, o której to pisałam powyżej, więc jedynie wymieniam. 

Minusy, (przypominam,że moje opinie zawsze są subiektywne i nie ma obowiązku się ze mną zgadzać), trochę zbyt rozwlekłe opisy i szczegóły w pierwszej części książki. Owszem, sporo wnoszących coś do treści ale chyba nie w aż takiej ilości szczegółów. 
To, że mimo wszystko miałam nadzieję na najwięcej szczegółów pracy literackiej autorki i tłumaczki (nie mówię, że nie ma ich wcale, ale według mnie procentowo nie wyszło tego wiele) .

Usiłuję sobie przypomnieć, czy czytałam felietony Miry Michałowskiej w „Filipince” bo pisała je akurat w czasie, gdy kupowałam to pismo i bardzo je lubiłam. Nie sądzę,żebym w tamtych czasach akurat sięgała po treści przez nią proponowane (trochę mi wstyd za tamtą trzpiotkę), możliwe za to, że czytałam coś jej autorstwa w „Twoim Stylu”, w którym pisywała również w czasie, gdy nie tyle kupowałam to pismo, co czytałam je niemal od deski do deski w domu licealnej przyjaciółki (swoją drogą, ciekawe Madzik, jak Ci się życie poukładało…). 

Ogólnie jednak uważam „Mirę. Kobietę światową” za udaną biografię i zdecydowanie pozycję od dawna potrzebną na naszym literackim rynku. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Aniołowie z sąsiedztwa”. Wojciech Kania.

 Wydana w Wydawnictwie Diecezjalnym i Drukarni Sandomierz sp. zo. o.  Sandomierz (2026).

Książkę udało mi się wygrać na stronie Autora na Fb w konkursie, który odbywał się jakiś czas temu. Otrzymałam ją wraz z miłą, odręczną notatką od Autora. 

 Miałam chwilę z nią poczekać ale…zaczęłam jedno opowiadanie i… ! Wciągnęło mnie tak, że, pomimo że autor sugeruje aby z czytaniem kolejnych opowieści poczekać chwilę i dać sobie czas na ich przeżycie, mnie się to nie udało i przeczytałam ją w całości. 
To zbiór trzydziestu czterech opowiadanek. Celowo zdrabniam, bo to są właściwie krótkie historie, opowiastki, czasem nawet na trzy strony. A pomimo tego, że krótkie, są wartościowo treściwe.
Jak napisałam do jednej ze znajomych, te opowiadania są ciepłe, miękkie, przytulne. Jakby puszyste słowa otulały czytelnika i wprowadzały go w swój świat. Są jak podana w odpowiedniej chwili chusteczka, aby się wypłakać, kubek ciepłej herbaty, gdy wraca się zziębniętym z dworu, jak uśmiech nieznajomej osoby, kiedy mijasz się z kimś w sklepie lub na ulicy, taki po prostu, aby sprawić ci radość, bez powodu.

Opowiadania te są pokrzepiające, dodające otuchy. To opowieści o zwykłych ludziach jakich dużo wokół nas, którzy są dla nas wsparciem, czasem nawet o tym nie wiedząc. To może być przyjaciel ale i pan listonosz, krawiec, fryzjerka, nauczycielka, która nie skreśliła nas wtedy, gdy wszyscy inni to zrobili.

Niejeden raz się nad którymś wzruszyłam do łez i wiem, to takie może bajki dla dorosłych, ale sama miałam w życiu parę razy takie wrażenie, że jakiś Anioł trzymał mnie za rękę, gdy tego najbardziej potrzebowałam. 

Historie te utrzymane są w nieco bajkowym czasem, onirycznym wręcz klimacie i to dodatkowo tworzy ich nastrój. 
Tytułowi Aniołowie to ludzie koło nas, którzy mogą stać się takimi Aniołami dla nas nawet o tym nie wiedząc. Ale! to niesie wspaniałe poczucie, że i my możemy stać się takimi Aniołami dla kogoś, czasem z własnej inicjatywy a czasem być może nawet samemu o tym nie wiedząc. 

I chociaż wcale nie jest tak, że dzieją się tu same wesołe sprawy i mają miejsca jedynie dobre i szczęśliwe wydarzenia, to całokształt tych opowieści niesie z każdym z nich nadzieję na dobro. 
W każdym, nawet najkrótszym z opowiadań jest co najmniej jedno zdanie, które podkreśliłam. Po czym poznaję wspaniałe książki, które czytam? Ano po tym, jak kolorowe stają się one po lekturze, gdy barwy karteczek indeksujących stają się barwnym dodatkiem. 
Dla mnie samej dodatkową historią, która mogłaby się znaleźć w tomiku jest samo to, jak udało mi się wejść w jej posiadanie, ale …to historia dość osobista i z pewnością nie na forum publiczne. Niemniej jednak, ona po prostu MUSIAŁA znaleźć się w moich rękach. 

Autor jest księdzem, ale odpieram „obawy” niektórych, którzy mogą sądzić, że jak ksiądz, to pisze o kościelnych sprawach. Tak naprawdę to książka dla każdego, kto chce po prostu zatrzymać się na chwilę, przemyśleć, wzruszyć lub uśmiechnąć, ucieszyć. To po prostu ładne, ciepłe opowieści, których tak wielu z nas wciąż potrzebuje (chociaż niektórzy nie chcą się do tego przyznać).

Moja ocena to 6 / 6. 

„Ludzie z peronu 5”. Clare Pooley.

Wydana w Wydawnictwie ZYSK i S-KA. Poznań (2026).

Przełożyła Magdalena Ciszewska. 
Tytuł oryginalny The People on Platform 5.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Od razu napiszę pytania, które mogą się pojawić, nie, nie znam debiutu Clare Pooley „Cała prawda o miłości” (czy chciałabym poznać? oczywiście, że tak).

Ta, którą mam w ręku ujęła mnie dedykacją dla córki autorki, pisałam to już niedawno, jak bardzo lubię dedykacje w książkach. Tu oprócz dedykacji jest jeszcze bardzo cytat słów Agathy Christie dotyczących jej podróżowania pociągami. 

A sama książka „Ludzie z peronu 5” to miła, ciepła, krzepiąca opowieść. Tak, to coś, co zawsze określam jako „bajka dla dorosłych”. Czy to jest literatura dla każdego? Z pewnością nie, nawet potrafiłabym z miejsca wyliczyć swoich znajomych, którzy sarkaliby na tę książkę. Czy to jest to, czego potrzebowałam? Czegoś, co zapewniało mi przekonanie, że mimo opisywanych w książce problemów i zmartwień, zakończy się szczęśliwie? Tak. Dokładnie tego potrzebowałam. 

Książka dzieli się na rozdziały imienne, które pochodzą od imion głównych bohaterów, są też jeszcze bohaterzy drugoplanowi, którzy też odgrywają mniejszą ale ważną rolę dla rozwoju akcji książki. 
Iona, to niemal sześćdziesięcioletnia kobieta pracująca w piśmie „Modern Woman” prowadząca dział rad noszący nazwę „Zapytaj Ionę”. Kobieta zaczyna odczuwać ciążącą coraz cięższą atmosferę w miejscu pracy. Zaczyna snuć przykre refleksje, że niestety, jest to powodowane jej wiekiem i tym, że jest najstarsza w zespole. I najwyraźniej dla głównego szefa nie liczy się jej wiedza i doświadczenie i to, że pomaga osobom przysyłającym listy do redakcji. Na razie jednak co rano żegna się ze swoją żoną Beą i jedzie wraz z suczką Lulu codziennie pociągiem o tej samej porze. Jadą, jak wspomniałam do Londynu, a po drodze dosiadają się inni pasażerowie, wsród których jest paru głównych bohaterów. Emmie, pracownica biura reklamy, Sanjay, pielegniarz pracujący na oddziale onkologii, Piers, pracujący w City finansista, Martha, nastolatka z górą problemów w szkole, David, starszy mężczyzna z bardzo długim stażem małżeńskim i takimiż zmartwieniami. Wszyscy ci ludzie spotykają się codziennie niemal na tej samej trasie i w przedziale o tym samym numerze, ale zapewne nigdy nie wypowiedzieliby do siebie słowa, gdyby nie pewna poranna i mająca dość dramatyczny przebieg sytuacja. Na szczęście zakończyła się ona dobrze, ale stała się przyczynkiem do tego, że wszystkie te postaci nawiązały ze sobą kontakt, z czasem się poznały i nawet zaprzyjaźniły. 
Wraz z upływem akcji poznajemy losy poszczególnych osób. I tak, może ta książka jest ciut zbyt sztampowa i trochę z góry możemy założyć, że wiemy, jak potoczą się losy bohaterów, ale według mnie porusza mimo wszystko ważne współczesne problemy. Mówi o różnego rodzaju nietolerancjach względem drugiego człowieka, przemocy rówieśniczej w szkole, fakcie, że spora część osób uległa kultowi bycia pięknym, młodym i bogatym i tym, że o ile mężczyźni starzejąc się nabierają wręcz blasku w oczach innych, kobiety w tym samym momencie dla większości osób stają się wręcz niewidzialne. 
Oczywiście, że uwielbiam książki, w których ludzie z obcych stają się sobie bliżsi i wspierają się wzajemnie. Jest to dla mnie zawsze taki rodzaj literatury, który mogę przyrównać do otulającego kocyka i kubka ciepłej, aromatyzowanej herbaty, które czekają na nas, gdy wracamy do domu zziębnięci i potrzebujemy się rozgrzać a tu ktoś bliski z tym na nas czeka. Narzuca nam na ramiona koc, stawia kubek z herbatą i już wiemy,że wszystko będzie dobrze. I każdy problem da się rozwiązać, bo mamy przy sobie kochającą, wspierającą osobę. Lub nawet więcej, niż jedną. 

Dla mnie osobiście jakoś najsilniej zarezonował wątek Iony, która ze smutkiem stwierdza ową transparentność starszych kobiet. Być może dlatego, że właśnie chcąc nie chcąc, w tę niewidzialność wraz ze swym wiekiem, wkraczam. I tak, nie ma co się z tym spierać, tak dokładnie jest. 

Moja ocena tej książki, to 6 / 6. 

Pamiętajcie, jeśli będziecie szukali czegoś pokrzepiającego, dodającego otuchy dla kogoś lub dla siebie, bo czemu by się samemu nie rozpieścić? to „Ludzie z peronu 5” są według mnie bardzo dobrym wyborem. 

„Egipcjanin Sinuhe”. Mika Waltari.

Wydana w Książnica , Publicat S.A. Poznań, Wrocław (2022). Ebook.

Przełożył Zbigniew Łanowski.

Tytuł oryginalny Sinuhe egyptilainen.

Zrobiłam to! Po siedemdziesięciu siedmiu dniach od rozpoczęcia książki (którą, jak się szybko okazało, czytałam na głos), wczoraj przeczytałam ostatnie zdanie tej wspaniałej, monumentalnej powieści.
Panie i Panowie, nie wiem, czy czytaliście ją kiedyś, ale jeśli nie, ogromnie ją Wam polecam. A jeśli tak, to o ile oczywiście nie robiliście tego niedawno, bardzo polecam Wam powrót do powieści.

„Egipcjanin Sinuhe” Miki Waltariego został przeze mnie przeczytany w ramach Osobistego Projektu Książkowego „Mama”. Przyznam się od razu, nie sięgnęłabym po nią, gdyby nie to, że po Jej śmierci taki projekt sobie stworzyłam i kiedy zastanawiałam się nad tytułami, które chcę zapisać był to jeden z pierwszych, które przyszedł mi do głowy. I mam teraz pretensje do samej siebie, że nie sięgnęłam po tę fantastyczną powieść wcześniej, mogłabym z Mamą ją sobie omówić, przedyskutować tak, jak to robiłyśmy zawsze po wspólnych lekturach. Czasu jednak niestety, nie cofnę, mogę za to odkrywać to, co Mamę zachwyciło sama i sama się tym zachwycać.

„Egipcjanin Sinuhe” to jak wspomniałam powieść monumentalna (już samo to, jak długo ją czytałam o tym wiele mówi), opowiadającą losy mieszkańca starożytnego Egiptu, a akcja obejmuje panowanie aż czterech faraonów. Wydarzenia dziejące się poznajemy bezpośrednio od jej narratora, tytułowego Sinuhe, noszącego przydomek Ten, Który Jest Samotny. Będąc już starszym mężczyzną, na wygnaniu przez swego dawnego przyjaciela obecnie kolejnego faraona, Sinuhe podejmuje się spisania kolei swego życia. Siada w swym domku i dzień po dniu spisuje to, czym żył, w czym brał udział lub to, o czym jedynie mógł się domyślać.
Oczywiście, że Mika Waltari popełnia tu fikcję ,jeśli chodzi o postaci bohaterów, natomiast główne postaci historyczne jak najbardziej istniały, mówię tu o faraonach i ich bliskich.
Sinuhe został ostatecznie królewskim trepanatorem a lekarzem po swym ojcu. Jako noworodek został on bowiem znaleziony przez swą matkę, gdy w uplecionym z papirusu koszyczku płynął wodami Nilu. Ta dobra kobieta uratowała go przed śmiercią i wraz z mężem wychowali Sinuhego, jak rodzone dziecko.
Sinuhe w swych zapiskach nie oszczędza siebie, pisze wprost o swoich wahaniach, o złu, jakie wyrządził bliskim, o tym, jak łatwo dał się omamić, jako młodzieniec niepotrzebnym emocjom, mrzonkom a nadto – namiętnościom.
To powieść po trochu drogi a po trochę, wędrówki skomplikowanymi ścieżkami labiryntu. Tak, jak w pewnej chwili bohater ma okazję znaleźć się na wyspie Krecie i słyszy opowieść o tamtejszym labiryncie, tak w życiu jego losy, to taka nieustanna wędrówka, ucieczki, wyprawy w nowe miejsca, gdzie ma zaczynać po raz kolejny nowe życie i bycie w ruchu. Jednak ,jak właśnie w skomplikowanym labiryncie, jego wybory drogi nie zawsze prowadzą do dobrego celu. Odnosiłam wrażenie, że mężczyzna głównie podczas tych wędrówek błądził. Ale czyż nie jest to zatem powieść o człowieku, o życiu? Czy każde z podejmowanych przez nas działań ma sens lub przynosi dobre skutki? Czy wielokroć nie błądzimy, zwłaszcza gdy w grę wchodzią uczucia?

Czytając opis życia bohatera poznajemy też wydarzenia polityczne i społeczne starożytnego Egiptu, czy raczej tego wycinka czasowego, który jest w tej książce opisany.

Nieprzypadkowa jest też data powstania tej książki a mianowicie rok 1945. Autor dopiero co będący świadkiem tego, co działo się na świecie i w jego własnym kraju, naoczny świadek IIWŚ można rzec, według mnie jak najbardziej celowo wybrał akurat na cel powieści niby to neutralny w tamtym momencie starożytny Egipt, by w tak bezpieczny sposób wyrazić swoje refleksje nad tym, co stało się z człowiekiem i jak upadł humanizm.
Spotkałam się z bardzo ciekawym wyjaśnieniem, które konkretnie kraje biorące udział w ówczesnym światowym konflikcie autor miał na myśli. Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii, gdzie jest to rozpisane.
„Egipcjanin Sinuhe” to powieść niezwykła również przez swoje zapożyczenia, czy odniesienia nie tylko może do zawirowań świata i władców, którzy za cel obierają sobie wieczną wojnę i walkę i to jedynie jest dla nich ważne, ale też na przykład jest tu mnóstwo odniesień biblijnych i to nie tylko do Starego ale i Nowego Testamentu.
W końcu sama powieść rozpoczyna się niemal od tego, jak matka Sinuhego znajduje go w koszyczku z sitowia płynącego Nilem. Niemal tak, jak został znaleziony Mojżesz!
No i mitologia, wszak na Krecie żyje w labiryncie Minotaur, do którego zmierza jedna z bohaterek książki bliska w pewnym momencie sercu mężczyzny.

Wczoraj mój nastoletni Syn zadał mi pytanie. Ponieważ, o czym wspomniałam, czytałam książkę na głos, sporo z akcji słyszał i On sam. Widział mój zachwyt po jej zakończeniu a nawet łzy wruszenia. Tak, na końcu książki uroniłam łzy, tak mnie jakoś poruszyła całościowo, że emocje znalazły taką drogę ujścia. A więc mój Syn zadał mi wczoraj pytanie „Mamo, czy ta książka znajduje się w twojej top 10 książek”?. „Tak, Synek, odpowiedziałam”. „A czy znajduje się w top 5 twoich książek?” – drążył temat. I tu ponownie potwierdziłam.
Trudno jest mi nie zachwycić się jej precyzją i sposobem na dosłownie porwanie czytelnika w swój niezwykły świat a jednocześnie nie sposób nie zachwycić się jej uniwersalnością. Podróż drogi, podróż labiryntem życia, podróż nas, każdego z nas przez życie. W którym dzieje się dużo i dobrego i złego i smutnego i zabawnego.

Na koniec coś, co zawsze uważam za ogromną zaletę literatury. A mianowicie stworzenia bohatera w ten soosób, że jest on z krwi i kości. Ba, mnie osobiście Sinuhe głównie swymi wyborami denerwował, ale za to właśnie, nie mogłam się wręcz oderwać od opisu jego losów, poznawania ludzi, którzy z czasem stawali się mu bliscy i wydarzeń, w których uczestniczył. Ogromny plus za wykreowanie postaci sługi Kaptaha! To chyba jedna z moich ulubionych postaci w książce (pierwszymi są rodzice Sinuhego i Merit).

Nie wiem, czy obecnie szukacie dla kogoś pomysłu na prezent. Jestem jednak przekonana, że gdybym ja szukała dla kogoś książki niezwykłej i wręcz takiej, o której (chociaż wystrzegam się tego) powiedziałabym, że „Musisz ją przeczytać!” to ta książka byłaby jednym z tytułów, które poleciłabym w ciemno.

Moja ocena nie może być inna, niż 6 / 6.

„Życie za życie”. Aneta Kisielewska.

 Wydana w Wydawnictwie ZYSK I S-KA. Poznań (2026).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Na wstępie chciałam zaznaczyć, że wzruszyła mnie dedykacja Autorki do jej synów. 

A teraz już może na temat treści. To kolejna książka, kryminał, thriller bardziej autorstwa Anety Kisielewskiej. Nie zawiodłam się na książce. Nawet stwierdzam, że podobała mi się ona jak na razie najbardziej z do tej porty czytanych przeze mnie. 
„Życie za życie” to opowieść o trzech wydawałoby się, różnych kobietach, których ścieżki pewnego dnia na swój sposób się przecięły. 
Książka spodobała mi się za przedstawienie w każdej z części poszczególnych bohaterek, nakreślenie ich charakteru, co pozwoliło mi podczas dalszej akcji zrozumieć, czemu w danej chwili któraś z nich zachowała się w taki a nie inny sposób. Myślę, że ich portrety zostały tu całkiem dobrze odmalowane. Udane jest także tło społeczno obyczajowe. Tak, że wydaje się, że faktycznie opisywane są osoby, które być może żyją za ścianą albo znamy je z szeroko pojętych mediów. 

Bohaterki, jak wspomniałam, są trzy. Ponad trzydziestoletnia Diana Dunin, jak to teraz modnie się określa, influencerka. Kiedyś laureatka konkursów Miss, obecnie prowadzi działalność zachęcającą do zdrowego trybu życia. Prowadzi internetowe ćwiczenia i również uczy swoich widzów zdrowych zachowań. Dawno temu przyjęło się, że kocha ona różowy kolor, dlatego dosłownie niemal wszystko co ma, co nosi i czym nawet jeździ, jest w tym kolorku. Diana osobiście ma już od dawna odruch wymiotny na widok tegoż, ale niestety, wizerunek Różowej Landryny sprzedaje się o wiele lepiej, niż Szarej Myszki. A na pewno przekłada się na monetyzację jej nagrań. 
Nie ukrywam, opis jej życia zaintrygował mnie najbardziej. To w końcu ostatnio przecież tak modne, kreowanie swojego wizerunku, bycie artystą internetowym czy raczej, twórcą internetowym. Nikt nie jest już blogerem, krytykiem tylko właśnie jest twórcą internetowym. A ci, którzy zostali przy starej nomenklaturze, najwyraźniej nie przystają do nowoczesnych czasów. Zgadnijcie, do której grupy należę.
Autorce udało się opisać coś na kształt więzienia, w jakie sama wtrąciła się Diana. Owszem, kiedyś ta sława ją kusiła, podobała jej się. Ale z czasem zaczyna widzieć jej wady. Chciałaby spróbować czegoś innego a jest to trudne, o czym świadczy nawet to, że w jej pracy jako prezenterki pogody szef chciałby widzieć ją prezentującą tą pogodę w różowych ciuszkach. 
Jednak to głównie ona zarabia na dom. Mąż Diany, Błażej, jest co prawda dobrym informatykiem, ale willę w Krakowie właściwie urządziła głównie ona, i nie chodzi tu jedynie o projekty a raczej o sfinansowanie. 
Jednak Diana nie chce być kojarzona jedynie ze strasznym różem. Od dłuższego czasu działa w Fundacji Kobiecym Głosem, której zadaniem jest pomóc kobietom będącym ofiarami przemocy domowej. Organizuje się im pomoc w ucieczce od przemocowych partnerów, jeśli są dzieci, to i im również, zapewnia anonimowość.

I tak poznajemy drugą z opisywanych bohaterek, którą jest dziennikarka pisma „DAMA”, Julia Rosiak. 
Przeprowadza ona wywiad z Dianą, który to wywiad nie dość, że pomoże Dianie wyjść ciut z tego opakowania słodziutkiej, głupiutkiej „pani od wymachiwania nogami przed kamerą”, to jeszcze będzie stanowić mocne oparcie dla samej Rosiak, której ostatnio w redakcji pali się nieco grunt pod nogami. 
Julia dla odmiany mieszka nie w Krakowie, jak Diana, a w stolicy Polski i prowadzi tu z mężem Marcinem niemal idealne życie. Oboje mają świetną pracę, mieszkanie na Starym Żoliborzu. Do szczęścia brakuje im, a może, jak się zastanowić, jedynie Julii, dziecka. Kolejne nieudane próby zajścia w ciążę, kolejne procedury medyczne i zabiegi nieskutkujące dwoma paskami na teście ciążowym, to wszystko wpycha ją w otchłań ponurej rozpaczy i poczucia, że „innym się udaje a jej nie”.


Ów ważny wywiad, w którym Diana i Julia rozmawiają o fundacji wspierającej kobiety w potrzebie pozwala im obu poznać trzecią z bohaterek, Kaję. Kaja pewnego dnia oddzywa się do Diany na czacie wsparcia dla ofiar przemocy i jej sytuacja składnia influencerkę do natychmiastowego podjęcia działań w celu pomocy młodziutkiej dziewczynie. Ta uciekinierka z wsi podkarpackiej, gdzie żyła w domu, w którym alkohol pełnił dla ojca ważniejszą od rodziny rolę a bieda aż piszczała, chciała zmienić swoje życie wyprowadzką do Krakowa. Udało się jej wyjechać tam i wynająć pokój z przyjaciółką ze wsi. W Krakowie obie dziewczyny podjęły pracę w butiku z ubraniami i to w tym miejscu Kaja poznała swojego partnera. Mężczyznę, który wywrócił jej życie do góry nogami. Najpierw wydawało się, że będzie z tego historia jak z bajki, jednak bajka bardzo szybko się skończyła. 
Kaja zorientowała się, że bez niczyjej pomocy utknie w tym koszmarze na zawsze i najprawdopodobniej, jeśli nie zwróci się do kogoś o pomoc, to za jakiś czas partner być może zakończy jej życie. 
I tak oto ścieżki i losy Diany, która miała tak wiele, Julii, która miała niemal wszystko, o czym marzyła i Kai, która z nich trzech miała wydaje się najmniej, przecięły się pewnego dnia w chwili, gdy ta zwróciła się o pomoc do Fundacji Kobiecym Głosem.

Z trzech kobiet to o dwóch skrajnych, że tak się może niezręcznie wyrażę, czytało mi się z największym zainteresowaniem. Opis życia i pracy Diany, wpędzonej nieco zbyt prędko w świat mediów, który to świat blichtru i mody nie jest często bajką i losy Kai, która wychowana w takich a nie innych warunkach i najprawdopodobniej nie nauczona dostatecznej asertywności a być może mająca po prostu taki a nie inny charakter, coraz bardziej pogrąża się w mroku życia z przemocowcem. Do czasu jednak. 

Poznamy więc historie, czy raczej fragmenty życia tych kobiet i ich partnerów i to, co doprowadzi ostatecznie do dwóch śmierci. Ale nie jest to kryminał, lecz raczej książka obyczajowa z mocnym tłem społeczno-psychologicznym. Która być może odpowie na tak często zadawane pytania w przypadku kobiet, które padły ofiarami przemocy, czyli „Jak to możliwe, że była z nim tak długo?”. Abstrahując od tego, że dowiedzione jest, że często to właśnie moment, gdy ofiara ostatecznie się zbuntuje i na przykład oznajmia partnerowi o końcu związku, o tym, że odchodzi lub wręcz na chwilę przed rozprawą rozwodową, stanowi jeden z najbardziej newralgicznych momentów takiej dramatycznej historii. 

„Życie za życie” jest ciężką w odbiorze książką, wiemy, że zbyt dużo szczęśliwych zakończeń tu nie będzie, ale według mnie jest warta przeczytania, chociażby dla tego, aby nie dziwić się tak ostentacyjnie w pewnych sytuacjach. Kto bowiem nie był w czyjejś skórze (czy butach, jak zdaje się mawia się w Anglii) nie jest w stanie do końca wyobrazić sobie, jak ten ktoś się czuje i dlaczego działa w taki a nie inny sposób. 

Na plus też to, że autorka pokazała niestety też ten mrok po podjęciu decyzji o odejściu. Nie, tu nie ma bajki, że księżniczka odeszła od niedobrego księcia i żyła długo i szczęśliwie. To też rodzaj ostrzeżenia, aby może jednak ,mimo, że to trudne aby zebrać się i uwolnić, ale nie czekać zbyt długo w nadziei na poprawę zachowania partnera agresora, bo zwyczajnie można się wręcz nigdy nie doczekać. 

Moja ocena to 5 / 6. 

Życzenia Świąteczne

Wszystkim Czytelnikom mojego blogu życzę Zdrowych, Radosnych Świąt Wielkanocnych, przepełnionych poczuciem Nadziei i pewnością, że Dobro pokona każde zło. 

Spędźcie je tak, jak Wasze serca potrzebują najbardziej. 

Pamiętajcie, że najmniej w tym wszystkim ważne są czyste okna. 

Serdecznie Was pozdrawiam, 

Marysia. 

„Emily ze Srebrnego Nowiu”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2026). 


Przełożyła Anna Bańkowska.
Tytuł oryginalny Emily of New Moon.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa, stąd obiecana recenzja. 
Ale z „Emily ze Srebrnego Nowiu” wiąże się jeszcze jedno miłe wydrzenie, a mianowicie, otrzymałam ją również od mojego Tajemniczego Mikołaja! Z tym, że tym razem z okazji urodzin. Dziękuję raz jeszcze przy tej okazji. 
Pojawia się więc recenzja obiecana Wydawnictwu ale też i sama napisałabym o tej książce słów parę, tym bardziej, że niedawno relatywnie przecież czytałam ją w przekładnie Marii Rafałowicz-Radwanowej i chciiałam zobaczyć, jak czytać mi się będzie to tłumaczenie.

Czy przekłady da się porównać? Pewnie tak, jeśli ktoś odczuwa taką potrzebę. Mnie, powiem szczerze, spodobał się zarówno ten starszy jak i ten współczesny. Pani Anna Bańkowska przekładając serię o Anne, zapoczątkowaną tytułem „Anne z Zielonych Szczytów” zżyła się z pewnością z postacią autorki na tyle, że z pewnością możemy mówić o idealnym oddaniu klimatu i nastroju tych książek. 

Muszę przyznać, że „Emily ze Srebrnego Nowiu” jakoś tym razem poruszyła mnie ogromnie wątkiem osieroconego dziecka. Nie to, że w poprzednim przekładzie wątek ten nie był akcentowany, po prostu tu jakoś silnie to wybrzmiało a być może ja z pewnych osobistych powodów tym razem wyjątkowo mocno na tym się w odbiorze skupiłam. 

Emily Byrd Starr poznajemy jeszcze w chwili, gdy jej chory tata żyje ale niestety, wiemy, że wkrótce pokona go choroba. Sam zajmujący się literaturą i widzący w córeczce (Emily w początku książki ma jedenaście lat) potencjał do rozwoju pisania, odchodząc przykazuje córce, aby ta swojego talentu nie zaprzepaszczała i aby pisała jak najwięcej. 
Emily trafia do domu dwóch ciotek mieszkających w Srebrnym Nowiu. Elizabet (to ta surowa) i Laura (to ta łagodniejsza i bardziej kochająca) to rodzone siostry matki dziewczynki. Matki, która uciekła z ojcem dziewczynki, by wziąć z nim ślub mimo sprzeciwu rodziny. 
Elizabeth i Laura żyją tam dość surowo, ale nie biednie, po prostu nie widzą sensu w gonieniu za nowoczesnością, czy kaprysami mody. Laura jest tą cieplejszą i kochającą, a Elizabeth, to ten surowszy policjant z duetu, niemniej jednak z czasem poznajemy, że tak naprawdę i ona pokocha Emily  (chociaż ta relacja poprawi się po dłuższym upływie czasu). Ciotki zapewniają jej wikt i opierunek i naukę a dziewczynka musi z dnia na dzień nauczyć się żyć w Srebrnym Nowiu. Jej charakter, umiejętność otwarcia się na to, co nowe i chyba niejako też zwyczajnie przymus sytuacji, powoduje, że z czasem odnajduje się ona w tym domu dobrze. Dochodzi jej talent i listy, które w tajemnicy przed wszystkimi pisze do zmarłego ojca i pozostawia je w skrytce na strychu domostwa. W listach tych może szczerze wylać łzy, wyżalić się i napisać to, co ją gryzie, szczerze.

A przy tym zawiera pierwsze dziecięce przyjaźnie. Teddy Kent to rówieśnik mający zaborczą matkę.  Ilse Burnley ma z kolei ojca, który uwierzywszy w głupie plotki o żonie, która zniknęła gdy Ilse była maluszkiem, niespecjalnie poświęca czas własnemu dziecku. Do tego dochodzi jeszcze Perry Miller zatrudniony w Srebrnym Nowiu. Razem z Emily chodzą razem do klasy i spędzają wspólnie czas poza szkołą. 

„Emily ze Srebrnego Nowiu” to podobno najbardziej biograficzna książka z napisanych przez Lucy Maud Montgomery. Może dlatego tak mnie wzrusza za każdym razem i to sieroctwo dziewczynki, z dnia na dzień rzuconej w obce realia i zwyczaje, mimo, że pod opiekę rodziny przecież i ta chęć pielęgnowania talentu pisania, którą to obietnicę złożyła umierającemu ojcu. 
Wreszcie, wrażliwość i empatia Emily, która stara się mimo wszystko widzieć w innych więcej dobra, niż zła. I której to wrażliwość i coś na kształt szóstego zmysłu pozwoli dzięki jej przeczuciom rozwiązać jedną z największych zagadek dotyczących kogoś jej bliskiego. 
Do tego dochodzą charakterystyczne dla autorki opisy natury i przyrody, którą zachwyca się bohaterka. 
Wiem, że są ludzie na to narzekający, ale ja osobiście za każdym razem z przyjemnością przenoszę się niemal do opisywanych przez autorkę krain. 

Postać Deana Priesta, którego niezmiennie uważam za niebezpiecznego typa w ogóle staram się ominąć. Jak nie napisałam o nim dobrego słowa w pierwszej recenzji książki, tak nie zmieniam swojego zdania o nim. Nieciekawy i zbytnio chcący nawiązać znajomość z o wiele młodszą od siebie dziewczynką. Co ciekawe, albo ukazuje mentalność tamtych czasów, nikt z tej znajomości nie robi problemu. Mnie ogromnie irytuje i cieszę się, (uwaga, spoiler 🙂 ), że Emilka nie zwiąże się z nim. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Schronisko, które przestało istnieć”. Sławek Gortych.

Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. Wrocław (2022). Ebook.

Książkę podarowała mi znajoma, dziękuję bardzo za możliwość zapoznania się z pierwszą częścią jednego z bardziej znanych cykli literackich (kryminalnych) w Polsce. Tym bardziej,że dopiero co Sławek Gortych odebrał nagrodę Bestsellera Empiku 2025 za kryminał „Schronisko, które zostało zapomniane”.

Przyznam się, że sięgałam po książkę z ogromnymi oczekiwaniami, które nieco zostały ochłodzone. I od razu powiem tak, nie narzekam, z lektury jestem ogromnie zadowolona. I nie, nie nudziłam się podczas jej czytania (znajoma mi osoba, nie ta, która książkę mi podarowała, powiedziała, że nie zmogła tej książki i że się nudziła. Bywa!). Po prostu okazało się, że chyba nastawiłam się na coś „bardziej” a otrzymałam bardzo dobry i wciągający kryminał, niemniej jednak czegoś mi ciut zabrakło. Czego? Ot, chociażby tego, żeby jednak osoba, która od początku wydawała się podejrzana, winną osobą jednak się nie okazała. 

Może też tak być, że ta pierwsza część to taki moment rozkręcenia się koła zamachowego karkonoskiego cyklu i że następne okażą się takie, o których powiem, że tak, o to właśnie mi chodziło, spełnia moje oczekiwania w stu procentach. Mam nadzieję, że wierni fani „Schronisk” nie poczują się urażeni. Jak piszę, wcale się nie nudziłam i podobała mi się intryga a nadto wprowadzenie w tle tego konkretnego rejon kraju. Karkonosze, góry, Kotlina Jeleniogórska, klimaty Liczyrzepy czy Ducha Gór, jak zwał, tak zwał. Przyznam, że z Liczyrzepą „spotkałam się” podczas wyjazdu naukowego na studiach, gdy odwiedzaliśmy Dolny Śląsk a koleżanka z tamtych stron będąca opowiedziała nam o nim. Lubię takie klimaty, a Wy? I to jest zdecydowanie plus tej serii, wprowadzenie nas do świata natury i przyrody i legend a dodatkowo, historie z tamtych rejonów kraju i czasu opisywanego przez Gortycha, że tak może kolokwialnie stwierdzę, same się wręcz piszą.
„Schronisko, które przestało istnieć” zaczyna się w chwili upadku III Rzeszy, gdy wysoko postawiony żołnierz niemieckiej armii zostawia skarb pod opieką mieszkającego na Dolnym Śląsku (będę stosowała nazwy polskie) autora i laureata Literackiego Nobla, autora Hauptmanna. 
Następnie przenosimy się do roku 2004 i poznajemy bohatera tej części, Maksymiliana Rajczakowskiego, (lekarza) który jedzie do schroniska Śnieżne Kotły. Schronisko kupił i zamierzał otworzyć lubiany przez mężczyznę wujek Artur, brat ojca. Niestety, mężczyzna zginął w tragicznym wypadku a bratanek jedzie tam, aby zobaczyć kochane przez wuja miejsce. Przed wyjazdem, który ma miejsce w listopadzie, spotyka się jeszcze na dworcu z ojcem, który chce go od tego wyjazdu jakby odstraszyć? Przynajmniej Maksymilian odnosi takie dziwne wrażenie. Jednak nie zraża się i wraca, jak się okazuje, w rodzinne strony, bo przed wyjazdem ojciec opowiada mu, że to Jelenia Góra a nie Wrocław są właśnie miejscem, skąd się wywodzą. 

No i już w Śnieżnych Kotłach zaczyna się dziać cała akcja. W drodze do schroniska Maksymilian w pociągu poznaje Martę, szybko dogadują się, że nie są sobie aż tak bardzo obcy, jak Maksymilian początkowo sądził. 
A w schronisku zostawionym przez zmarłego wuja zaczynają mieć miejsce niepokojące sytuacje i mężczyzna szybko orientuje się, że ktoś chyba go bardzo mocno nie lubi. Ale dlaczego? Przecież dopiero co przybył na miejsce. A wygląda to tak, jakby ktoś chciał go skutecznie od mieszkania tam i pobytu, odstraszyć. 

Historia tamtych terenów, teraz w granicach Polski, przed IIWŚ wiadomo, że nie, jest jaka jest. Niełatwa i chyba to specyfika terenów mocno przygranicznych, tym bardziej, że tam jest właściwie zbieg trzech państw, Polski, Czech i Niemiec. Okazuje się, że (tak, lubię bardzo to określenie i często je stosuję), „Stare grzechy rzucają długie cienie”. A zemsta bywa dla niektórych najsilniejszą motywacją. 

Plus, jak pisałam, za akcję dziejącą się tu, gdzie się dzieje, za to, że jest w to wpleciona niełatwa historia zarówno Polski, jak i konkretnie tamtych terenów. Trochę minusuję za dwie rzeczy. Lubię, kiedy trochę bardziej poznaję postać, charakter osoby, która staje się bohaterem. Wiecie, lubię wiedzieć, czy mam osobie kibicować, czy ma mi być wszystko jedno 🙂 Drugi minusik, o którym już wspomniałam, to ten, że wolę nieco mniej podejrzewać winnego, niż w tym przypadku, czyli w sumie niemal od początku. 

Niemniej jednak jako kryminał mający stanowić ciekawą lekturę „Schronisko, które przestało istnieć” spełnia wymagania zdecydowanie i do tego stopnia, że wczoraj zaczęłam czytać kontynuację serii a mianowicie „Schronisko, które przetrwało”. 

Moja ocena zatem to 5 / 6. 

„Pamięć drzewa”. Tina Valles.

 Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2026).


Przełożył Andrzej Flisek. 
Tytuł oryginalny La memoria de l’arbre.

Ta książka jest jeszcze piękniejsza, niż podejrzewałam. I ogromnie dziękuję Osobie, która mi ją sprezentowała. Dawno nie czytałam tak pięknej, dobrej, delikatnej a jednocześnie mówiącej o rzeczach ciężkich, prozy. 

„Pamięć drzewa” rozpoczyna się dwoma ładnymi i mądrymi cytatami i po jej zakończeniu kończy się takowym. 
Podzielona na, nawet nie wiem, jak to nazwać, bo nie rozdziały, skoro potrafią zająć stronę, czasem kartkę lub półtorej, krótkie flashe, wspomnienia, urywki, spostrzeżenia, odczucia zapisane na kartce, wspomnienia, książka, która szczęśliwie nie jest nie wiadomo, jak obszerna, niesie ze sobą ogromny ładunek emocji. 
Powiem tak, Panie i Panowie, Tina Valles napisała „moją” książkę. Już od dawna chodziło za mną napisanie czegoś podobnego i w formie i w treści. W formie krótkich wspomnień, które ubrałabym w słowa. Tu to się zdarzyło i mogę jedynie żałować, że nie wzięłam się za to wcześniej. 
Autorka zatem ubrała w słowa wspomnienia narratora, dziesięcioletniego Jana. Takie urywki wspomnień, spraw, zdań z przeszłości osobiście nazywam „szufladkami wspomnień”, do których sięgam mniej lub bardziej intensywnie. 

Gdybyście ujrzeli mój egzemplarz, gdyby położyć go na stole i spojrzeć, mieni się kolorami od karteczek indeksujących. Tyle myśli, słów wydało mi się ważnych i koniecznych do zaznaczenia (oprócz karteczek są też podkreślenia ołówkiem). To wielki dar autorki, że potrafi o sprawach ciężkich i trudnych pisać z czułością i delikatnością, nieco początkowo nie do końca wprost. 

Barcelona, czasy współczesne i dziesięcioletni narrator, Jan. Pewnego dnia rodzice oznajmiają synowi, że babcia i dziadek zamieszkają z nimi. Teoretycznie dla dziecka, które ma z dziadkami świetny kontakt, to powinna być wspaniala nowina. I jest. Ale szybko widzi, że ta zmiana niesie ze sobą coś więcej, niż sprzedaż domu dziadków w Vilaverd i przenosiny do córki z rodziną. 
Jan szybko orientuje się, że z dziadkiem coś się dzieje. 
My domyślamy się, jako dorośli dość szybko, że dziadek choruje na najprawdopodobniej chorobę Alzheimera, ale chłopiec oczywiście tego nie wie. Wie natomiast, że i mama, córka dziadka i babcia i tata, który ma dobre układy z teściem, bardzo się czymś związanym z dziadkiem martwią. 
Urzekła mnie metafora drzewa. Dziadek ma w swoich wspomnieniach ważne dla niego drzewo. Pamięta je z własnego dzieciństwa i minie trochę czasu, zanim Jan pozna z ust dziadka historię niezwykłej wierzby płaczącej. Wierzba została ścięta po tym, jak w czasie wyjątkowo silnej burzy została częściowo spalona po uderzeniu pioruna. Ale jej wspomnienie towarzyszy dziadkowi przez całe jego życie a z czasem, kiedy zaczyna stopniowo zapominać coraz więcej, to wspomnienie wysuwa się na plan pierwszy.
Odchodzące drzewo staje się zatem metaforą odchodzenia dziadka. Na razie głównie pamięci starszego pana, Joana, z czasem jak się domyślamy, również jego jako takiego.
O najtrudniejszych sprawach można pisać prosto i ten zabieg udaje się Valles zapewne dlatego, że na narratora opowieści wybrała właśnie dziecko. Ono nie bawi się w medyczne nazwy i technikalia, jego opowieści o codziennym powrocie ze szkoły z dziadkiem, o wspólnej z dziadkami grze w domino, o tym, jak żyje się po zmianie, to wszystko wprowadza czytelnika z łagodną akceptacją tego, co niestety, nieodwracalne. 

To kolejna książka po „Listach doA. Mieszka z nami Alzheimer” Anny Sakowicz, w której to dziecko poznaje niestety, bardzo blisko, świat choroby bliskiej osoby. U Anny Sakowicz chorowała babcia, tu- dziadek. W obu przypadkach dziecko nie wie dokładnie, z czym właściwie przyszło się mierzyć zarówno bliskiemu, który choruje, jak i tak naprawdę wszystkim członkom rodziny.

„(…) Ale dziadek nie powiedział mi, że to dzięki pamięci jesteśmy tym, kim jesteśmy”, to zdanie pada w „Pamięci drzewa” i nie ukrywam, ogromnie mnie poruszyło. Czyżby więc to pamięć miała nas określać? To, jak wiele jeszcze pamiętamy z tego, co przeżyliśmy, co potrafimy, kim są nasi bliscy? 
Czy pamięć przodków też na swój sposób nas kształtuje?

Cała ta książka przesiąknięta jest wręcz wzruszeniem. Ja nieraz miałam naprawdę mokre oczy (ładne określenie dla faktu spłakania się, prawda?). Jest taka scena „oszukiwania” dziadka podczas nakrywania do stołu. To, jak żona i wnuk działają, by starszy pan jeszcze nie odczuł do końca nasilającej się choroby, jest naprawdę mocno chwytające za serce. 
Każdy z nas ma swoją wierzbę, którą utracił i której utrata uczy każdego z nas nieodwracalności pewnych procesów, godzenia się ze zmianami, godzenia się ze strata i odchodzeniem. 
Nie wiem, czy Tina Valles przeszła z kimś bliskim proces choroby i stąd miała aż tyle spostrzeżeń i być może to to powoduje, że jej proza jest prawdziwa, nie jest niepotrzebnie dramatyczna, nikt tu nie epatuje niepotrzebnym nadmiarem nieszczęścia. 
Jest to za to piękna opowieść o miłości. O rodzinie, o tym, że to ogromnie ważne móc na siebie wzajem liczyć w najcięższych chwilach. 

„(…) Zamiast w głowie zachowuję to w sercu, bo tej pamięci nigdy nie stracę.
– I co jeszcze tam chowasz?
-Wszystko, co kocham, Janie.”

Jestem zachwycona tą książką i oczywiście,że zazdroszczę tym z Was, przed którymi jest jej lektura. 

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Okno z widokiem na Fuji”. Dominika Giordano.

 Podtytuł: Japonia-kraina szeptów i niedomówień.

Wydana w Helion. Gliwice (2025). Ebook.

Otrzymana na Święta książka doczekała się przeczytania i to, jak widzę, dość prędko, jak na moje możliwości i to, jak dużo różnych spraw wciąż się u mnie dzieje. 
W sumie sięgając po nią nie wiedziałam, czego się spodziewać. Co wiedziałam na pewno to to, że nie jest to żaden przewodnik.
Autorka to osoba, która przebywała w Japonii dwanaście lat, z czego siedem na stanowisku Konsula RP w Tokio. Można więc przyznać, że szczęśliwie wie, o czym pisze, bo kiedy przebywa się w jakimś miejsc dłużej, zwyczajnie poznaje się dane miejsce tak bardziej przyziemnie, od podszewki. 
„Japonia z widokiem na Fuji” to zbiór refleksji i spostrzeżeń Dominiki Giordano na temat kraju, w którym przebywała ponad dekadę. 
Okazało się, że sporą część spraw, o których pisze, wiem, więc nie było to w żaden sposób dla mnie jakąś nowością. Ale nie wszystko. Na przykład zaskoczyły mnie stwierdzenia o tym, jakoby Japonia wcale nie była takim imperium technologicznym, jak się może nam wydawać. Tu faktycznie, poczułam się zdziwiona. 
Jest jeszcze jedna kwestia, którą cieszę się, że autorka poruszyła, a mianowicie temat, o którym niedawno dosłownie tylko usłyszałam, takim „hasłem”, ale nie sięgnęłam wtedy po więcej, nie wiem w sumie, dlaczego, bo sam temat wydaje się być bezsprzecznie wart dowiedzenia się więcej, a mianowicie problem porwań rodzicielskich w tym kraju. 
Giordano jako konsul stykała się zapewne ze sprawami ciężkimi i sama o tym pisze, jak chociażby o sprawie Polki, która zwróciła się do niej o pomoc po tym, jak mąż w czasie, gdy wyjechała do chorej matki do Polski, oczyścił mieszkanie z mebli i wraz z córką wyjechał w nieznane jej miejsce nie odbierając telefonów od zrozpaczonej kobiety, która wróciła z Polski i zastała mieszkanie w stanie, o którym pomyślała, że padło ofiarą włamywaczy a z rodziną nie mogła się skontaktować. To nie ukrywam, temat, który teraz ogromnie mnie zainteresował i który chyba spróbuję zgłębić, chociaż jak sądzę, nie jest to ten z tematów, który ten kraj chciałby akurat najbardziej promować. Niemniej jednak, według mnie, jest ciekawy i wart poznania czegoś więcej. 

Jak napisałam na początku, sięgając po książkę nie wiedziałam, czego się spodziewać, więc może i dobrze, bo nie nastawiłam się nie wiedzieć, co. 
Na pewno na plus, bo to akurat nieczęste, brawo dla autorki za to, nie pisze o Japonii „na kolanach” i z tylko i wyłącznie zachwytem. Nie jest też tak, żeby nie było, że wylewa na kraj kwitnącej wiśni wiadro pomyj, ale ma przytomne, realne spojrzenie na ten kraj i nie ukrywa wad i mankamentów życia w nim. 
Ale też, to ciekawe, przypomina o uważnym spojrzeniu i pamiętaniu o tym, że to, co nam, Europejczykom, wydawać się może niekomfortową sytuacją, w tamtym kraju może uchodzić za coś pozytywnego. Różnice kulturowe jednak jak najbardziej mają się dobrze. 

Moja ocena to 5 / 6.