„W labiryncie”. Donato Carrisi.

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2020).

Przełożył Ksawery Malinowski.
Tytuł oryginalny „L’Uomo del labirinto”.
Książkę wygrałam jakiś czas temu, na pewno w zeszłym roku, w którymś z konkursów i…trochę o niej zapomniałam. Sięgnęłam przy okazji tego,że zobaczyłam zapowiedzi wydawnictwa na temat wydania następnej książki autora w Polsce. Poprzednio czytałam książkę Carrisi’ego, „Dziewczyna we mgle” i tamta książka podobała mi się bardzo. 
Jeśli chodzi o „W labiryncie”, hmmm, mam mieszane uczucia. Ogólnie to z pewnością thriller, który wciąga. Na pewno autorowi udaje się budować niesamowitą, okropnie nieprzyjemną, mroczną atmosferę książki. Od pierwszych do ostatnich stron nie ma żadnej możliwości poczucia „relaksu”, odpoczęcia od takiego nienamacalnego ale jednak klimatu zła, które towarzyszy lekturze. Nie możemy pozbyć się poczucia niepokoju. I to jest duży plus tej książki, na pewno wprowadza nas w gęstą, niedobrą atmosferę unoszącego się w powietrzu zła i tego co zdarzyło się bohaterom książki. A jednak końcówka, chociaż z pewnością nie powinna, ale jednak nieco mnie zaskoczyła ale nie tak, jakbym sobie życzyła. I po trochu czuję się nawet nią nieco zawiedziona (chociaż z pewnością nie można odmówić autorowi umiejętności tworzenia skomplikowanych pięter akcji i zagmatwania ogólnego). Wbrew pozorom ta pointa czy nawet niezła wolta nie spodobała mi się. Od razu zaznaczam, że to moje subiektywne odczucia i jeśli ktoś jest zachwycony, to fantastycznie. O to właśnie chodzi aby na temat nawet thrillera móc mieć różne opinie. 
Mnie rozczarowało w sumie to zakończenie bo całość czytało mi się bardzo dobrze, chociaż nie ukrywam, tematyka jest ciężka.
Książka rozpoczyna się w chwili gdy trzynastoletnia Samantha Andretti idzie podekscytowana do szkoły gdzie jak się wcześniej dowiedziała się od koleżanki, chce z nią porozmawiać jeden z najfajniejszych chłopaków ze szkoły. Podekscytowana nastolatka idzie do szkoły ale do niej niestety, nie dociera. Zostaje bowiem porwana aby odnaleźć się  na jednej z leśnych dróg , naga i ze złamaną nogą. Po piętnastu latach od porwania. 

Samantha zostaje przetransportowana do szpitala i tam rozpoczyna się walka profilera Greena z umysłem kobiety aby pomóc jej uwolnić się od wspomnień ale przede wszystkim aby złapać jej porywacza. 
Równolegle swoje prywatne i mocno przez los przyspieszone śledztwo w tej sprawie toczy Bruno Genko, prywatny detektyw, który piętnaście lat temu podjął się sprawy znalezienia dziewczyny na prośbę jej rodziców. 
Jak już pisałam na samym początku „W labiryncie” to mroczna, budząca lęk i niepokój, książka. Wciąga nas w ów tytułowy labirynt, w którym wiele się miesza, tropy pojawiają się by zaraz zniknąć bądź okazać się nieistotne bądź prowadzące nas na manowce. 
Ja, o czym też pisałam, jestem nieco rozczarowana końcówką ale sądzę, że jest wiele osób, którym akurat takie a nie inne, spodoba się. 
Moja ocena tej książki to 5 / 6. 

„Z Matką Boską na rowerze”. Wojciech Koronkiewicz.

 Podróż do cudownych obrazów, ikon i świętych źródeł Podlasia. 

Wydana w Wydawnictwie Paśny Buriat. Kielce (2020). Ebook.

Minione dni spędziłam na niezwykłej podróży, po troch literackiej, po większej części duchowej, na Podlasie. Gdzie, za sprawą autora książki odwiedzałam niezwykle ciekawe miejsca , w których znajdują się miejsca niezwykłe, związane z kultem Maryjnym. Miejsca bardziej bądź mniej popularne. Czasem takie, w których przewalają się tłumy turystów, czasem jednak takie, w których nie spotka się niemal nikogo, oprócz pustelnika czy batiuszki. 

Bardzo to ładna książka. Oczywiście, pewnie jak wszystkie książki, nie dla każdego ale na mnie zrobiła niezwykle przyjemne, uspokajające wrażenie. Tak, ta opowieść o lewaku, jak sam o sobie wielokrotnie mówi, podróżującym po Podlasiu i jego świętych miejscach Maryjnych, była mi niezwykle droga. Uspokoiła mnie, wyciszyła, pokrzepiła. 
To zarówno relacje Koronkiewicza z odwiedzin miejsc ciekawych (nie tylko sanktuariów ale i kapliczek i pustelni) jak i jego dialogi z bliskimi, z osobami, które poznał podczas swoich rowerowych wędrówek przez kilka miesięcy zeszłego, dziwnego, pandemicznego roku.
To taka książka, która jest ogromnie subiektywna, która miałam wrażenie, że otula mnie swoim ciepłym, serdecznym klimatem. Może dzięki tym wszystkim ludziom, których spotykał na swojej drodze, może dlatego jak ciekawie pisał o tym, co widzi, co odczuwa, w każdym razie to jak już pisałam, ogromnie pozytywna, ciepła książka, która sprawiła mi ogromną radość. 
A przy okazji po raz kolejny zakusiła mnie do tego aby pojechać na Podlasie. Nigdy nie odwiedziłam tego regionu Polski a wydaje mi się bardzo ciekawy. Teraz, po lekturze „Z Matką Boską na rowerze” moja chęć aby go odwiedzić, moja chęć poznania go wzmogła się jeszcze bardziej. 

Moja ocena tej książki to 6 / 6. 

„Chorwackie powroty”. Anna Karpińska.

 Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2021). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Książka „Chorwackie powroty” to druga i ostatnia część cyklu chorwackiego a losy bohaterów poznaliśmy w części noszącej tytuł „Chorwacka przystań”. W zeszłym roku czytałam wznowienie „Chorwackiej przystani”, podobno rozszerzonej i tamta książka podobała mi się. Tym chętniej sięgnęłam po jej kontynuację, która pełna była wielu emocji i rozmaitych wzruszających i dramatycznych zdarzeń. O tego typu książce niektórzy lubią pisać jako o „emocjonalnym rollercoasterze”. I mnie przyszło do głowy to określenie podczas lektury „Chorwackich powrotów” ale chciałabym uniknąć pewnej przewidywalności. Uprzedzę więc po prostu, że na pewno jeśli oczywiście lubicie książki Anny Karpińskiej, nie będziecie czuli się po lekturze tej części zawiedzeni. Ja nawet mam wrażenie, że druga część podobała mi się bardziej niż pierwsza.

W „Chorwackich powrotach” owe powroty mają miejsce bardzo dosłownie. Po pierwsze, na samym początku córka Anny, dziennikarki, która przeszło dwadzieścia lat temu zostawiła tam miłość życia, Błaża Batelica, Weronika, powraca do Dubrownika. Wraca do swojej z kolei miłości życia, Zorana. Syna Błaża. Bardzo to wszystko skomplikowane. Anna, która miała wrócić dwadzieścia lat wstecz do Błaża, jednak wówczas na zostawienie męża Jerzego się nie zdecydowała i została w Polsce, gdzie urodziła trójkę dzieci, Weronikę i dwóch synów Alka i Michała, bliźniaków. Niby jednak nie chcąc utrzymywać z Błażem kontaktów, udało się jej to czynić przez mijające lata. Teraz zaś ich losy na nowo mocno się splotą i powroty do Chorwacji staną się nieuniknione gdyż Weronika wiąże się z synem Błaża i to na poważnie i również chce kontynuować studia w Dubrowniku właśnie. 

Anna tęskni za córką ale cieszy się jej szczęściem, tym bardziej, że szybko okaże się, że powodów do radości będzie więcej. Zdarzy się coś, co rodzinę Anny i Błaża powiąże raz na zawsze i nieodwracalnie. 
Po pierwszej euforii związanej z oczekiwaniem na radosne wydarzenia następuje jednak zwyczajne życie. Trzeba pracować, zarabiać pieniądze, uczyć się, bronić pracę magisterką itd. Anna jak to ona, całkowicie oddaje się pomocy córce i przygotowaniem do wielkiego dnia ale oprócz tego przeżywa kryzys w małżeństwie jak również wypalenie zawodowe. 
Między nią a Jerzym od dawna nie ma „chemii”, w dodatku mąż ma dla niej pewne niespodzianki, wobec których właściwie zostaje postawiona jako przed faktem dokonanym. Jedną z nich jest plan postawienia nowego domu w ich letnisku w Stępie. Ale nie jest to jedyna z niespodzianek jakie szykuje dla Anny Jerzy. Czytając „Chorwackie powroty” przypomniałam sobie to powiedzonko mówiące o tym, że jeśli w sztuce teatralnej na ścianie wisi strzelba to faktem jest, że prędzej czy później,wypali ona. Nie inaczej jest w chorwackim cyklu chociaż tu strzelba została zawieszona w części pierwszej. 

Mogłabym napisać więcej o akcji książki ale nie chciałabym zdradzać treści, tym bardziej , że jak pisałam, naprawdę wiele się w tej części dzieje. Losy bohaterów naprawdę się komplikują. I jest w tej części naprawdę dużo rozmaitych emocji. Od radości do złości, od wyznań uczuć do skrywanych i tłumionych latami pretensji. Od euforii do wściekłości niemal. Jest dużo emocji i ciekawa akcja a przy tym oczywiście w tle chociaż nie tak bardzo po macoszemu traktowana (i dobrze) Chorwacja z jej pięknym krajobrazem, przyrodą, gościnnymi ludźmi i smakowitościami.

„Chorwackie powroty” i dla mnie okazały się powrotami. Do znanych z pierwszej części bohaterów, którym kibicowałam, których dalej lubiłam bądź za którymi nie przepadałam, do pięknego Dubrownika, do tego, jak Anna usiłowała scalić swoją rodzinę i obronić zawsze przed wszelkimi przeciwnościami. Cieszę się, że miałam okazję przeczytać obie części tej chorwackiej sagi i bardzo ją Wam polecam. 

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6. 

„Instastory”. Iva Hadj Moussa.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2020).

Przełożył Mirosław Śmigielski. 

Książkę dostałam od wydawnictwa w ramach miłego gestu za opóźnienie przesyłki pakietu z najnowszą częścią opowieści o Ostatniej Arystokratce składającego się z książki, torby, i kartki z autografem Evzena Bozka. Pakiet miał przygody totalnie rodem z Zamku Kostka, właściwie można by powiedzieć, że mam wrażenie, że w jego realizacji maczali paluszki wszyscy pracownicy i mieszkańcy Zamku Kostka (chociaż wydawnictwo stanowczo się wypiera takiego podejrzenia 🙂 No, nie wiem, nie wiem … 🙂 ). 
Tak czy siak, było opóźnienie w dostawie pakietu, za to podczas jego rozpakowywania czekała mnie niespodzianka w postaci książki „Instastory” Ivy Hadj Moussy. Szczerze powiem, nie wiedziałam czego się po niej spodziewać i trochę na początku podeszłam do niej jak pies do jeża. Ale, nie ukrywam, okładka zaprojektowana przez Frantiska Hribala w specjalnie jak sądzę, nieco kiczowatym stylu , zaintrygowała mnie na tyle, że miałam chęć zajrzeć do książki. Co też uczyniłam, po czym…książka mnie wciągnęła mnie w swój pokręcony świat. Jest to bowiem jedna z najbardziej przedziwnych książek jakie czytałam.

Od razu uprzedzam potencjalnych zainteresowanych nią, że na Instagramie nie bywam więc ten świat medium społecznościowego jest mi totalnie obcy.
Niemniej jednak nie jest tak, że nie wiem co to za medium i jak dla niektórych ogromną rolę pełni, zwłaszcza w kontekście polubień zdjęć, które na Insta zamieszczają.
Już sama grafika książki ma odniesienia do Instagramu bowiem tytuł każdego nowego rozdziału rozpoczyna się hasztagiem. 

Książka rozpoczyna się rozdziałem i kończy rozdziałem opowiadającym o Amerykaninie Franku Dayu, który w jednej z dolin wybiera się na szybkie opróżnienie pęcherza i podczas tej czynności znajduje…ludzką rękę. To taka spinająca treść klamra, która zapowiada, że w tej książce wiele będzie się działo. 

A dzieje się, zaiste. Na samym początku poznajemy Sandrę , zwaną przez jej chłopaka Mirka, San. Sandra pracuje w lifestylowym piśmie , które aspiruje do bycia czasopismem społeczno-kulturalnym. Mirek to jej chłopak jeszcze z czasów liceum, który w życiu niewiele robi poza zadłużaniem się lub braniem udziału w nie do końca właściwych interesach, natomiast nie jest w żadnej mafii czy grupie przestępczej. Inaczej z pewnością nie groziłby im komornik i nie towarzyszył niepokój o stan finansów. A grozi i towarzyszy. 

Sandra i Mirek wpadają więc na odkrywczy, według nich jedynie, pomysł szybkiego zdobycia pieniędzy. Na oku mają słynnego kompozytora, którego Sandra ma uwieść i szybko się za niego wydać. A dalej jest jeszcze inny plan ale…nie chcę Wam psuć lektury więc nie zdradzę na czym ów plan polegał. 

Książka napisana jest lekkim, dość zabawnym stylem (aczkolwiek nie jest to żadna komedia w stylu Ostatniej Arystokratki) , bardzo instagramowo masowo popularna, tak to określę.
Nie jest to z pewnością literatura , którą mogę nazwać „ambitną”, za to jest , co zaskakujące dla mnie samej, dobra jeśli spojrzymy na nią pod kątem mrugnięcia okiem do czytelników w kontekście humorystycznego podejścia do tego jak obecnie niektórzy oczywiście , ludzie podchodzą do mediów społecznościowych i jak są tak naprawdę od nich uzależnieni. Niektórym nawet co nie jest takie rzadkie, świat takowych mediów mocno miesza się z tym prawdziwym. I różne, niestety, wychodzą z tego sytuacje, jedne lepsze, inne gorsze. 

Jak już powiedziałam, chyba ten styl, język, klimat książki sprawia, że jest to jedna z najbardziej dziwnych książek, jakie czytałam. Nie określam jej jako jakoś nadzwyczaj dziwacznej czy coś takiego. Po prostu dla mnie osobiście ta książka była i pozostanie „przedziwna” właśnie. Niemniej jednak, ku mojemu własnemu zaskoczeniu, spodobała mi się, ba, miałam dzięki niej świetną czytelniczą rozrywkę. Wraz z ogromnie zaskakującym zaskoczeniem 🙂 

Moja ocena tej książki (sama wciąż się sobie dziwię 🙂 ) to 5 / 6. 

„Dosięgnąć świąt”. Terri Blackstock.

 Wydana w Wydawnictwie Dreams. Rzeszów (2019). 

Przełożyła Joanna Olejarczyk.
Tytuł oryginalny Catching Christmas.

Książkę tę wygrałam w konkursie na stronie Wydawnictwa na Fb i przyznam, że grałam o ten właśnie tytuł ze względu właśnie na …tytuł i opis, jaki wyczytałam na jej temat.

To nie jest może najbardziej „odkrywcza” literatura na świecie ale powiem tak, cieszę się ogromnie, że udało mi się ją wygrać bo jest to zdecydowanie taka książka, która wpisuje się w nurt książek około świątecznych. Niesie bowiem jasne i proste przesłanie, że Święta Bożego Narodzenia są czymś więcej niż jedzeniem smacznych tradycyjnych dań i obdarowywaniem się prezentami. 
Co mogę powiedzieć na samym początku to to, że uważam, że jest to też książka dla kogoś, kto jest wierzący. Dreams wydaje książki pisane przez pisarzy chrześcijańskich a w tej książce wiara czy powrót do niej odgrywa ważną rolę. Nie ma jednak nachalnej propagandy co akurat mnie często drażni, niemniej jednak uważam, że warto uprzedzić bo nie każdy ma chęć na książkę, w której wiara w Boga odgrywa istotną dla bohaterów, rolę.

Finn Parrish to ongiś właściciel i szef kuchni ekskluzywnej restauracji a obecnie, niestety, taksówkarz. Niestety bo pomimo faktu, że udaje mu się zarobić na czynsz, to wożenie ludzi autem nie do końca jest tym, co chciał realizować w swoim życiu. 
Młoda Sydney Batson pracuje na stażu w kancelarii adwokackiej. Stara się utrzymać tę pracę. Po pierwsze, po prostu jest dobrą prawniczką i lubi to, co robi. Po drugie jednak, jest jedyną opiekunką swojej osiemdziesięcioletniej babci, Callie Beecher. 
Spotkały się po latach. Mama Sydney zmarła gdy dziewczynka miała osiem lat a jej ojciec z wiadomych sobie powodów, nie chciał aby miała kontakt z babcią. Obie kobiety spotykają się dopiero po wielu latach, po śmierci ojca Sydney gdy ta jest już dorosła. Kontakt jednak zostaje ponownie nawiązany i jest udany chociaż, co wiadome, trudno jest nadrobić tyle straconych lat. 

Niemniej jednak, zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Od paru dni samopoczucie Callie pogarsza się. Staje się rozkojarzona. Czy ma jedynie demencję czy może trapi ją coś poważniejszego ? Dodatkowo w kancelarii adwokackiej, w której pracuje Sydney, szykują się wielkie zmiany a konkretnie, zwolnienia a jej samej trafiła się beznadziejna sprawa. Wiele spraw toczy się zdecydowanie nie po jej myśli a do tego dochodzi stres związany z postępującym pogorszeniem stanu zdrowia babci. 
W dodatku, z powodu pracy nie może sama wozić jej do lekarza i oto pewnego dnia tak właśnie splotą się ścieżki Finna i Callie. Finn bowiem zawozi ją do szpitala, gdzie starsza pani ma umówioną wizytę u lekarza specjalisty. 

To nie będzie łatwe zadanie bowiem w pewnym momencie Finn zostanie praktycznie opiekunem Callie. Początkowo zirytowany tym faktem, z czasem pozna powody takiej a nie innej sytuacji. Przede wszystkim poznaje jednak starszą panią. A ponieważ Finn nosi w sobie przeogromne poczucie winy związane z tym jak potraktował swoją własną mamę, najprawdopodobniej jest to powód, dla którego w tę sprawę angażuje całe swoje serce i uczucia. 

„Dosięgnąć świąt” podobała mi się dlatego ,że pokazuje to, że w tym czasie naprawdę najważniejsze nie są sprawy materialne, jakąkolwiek miłą atmosferę czy ów osławiony „klimat magii Świąt” by nie czyniły. I, jak już pisałam, niby nie jest to nic nowego, już to gdzieś czytaliśmy ( i to nie raz) ale nie wiem w sumie czemu, wyjątkowo mnie ta książka wzruszyła i przypomniała, że w różnych złych chwilach życia człowiekowi pomaga najbardziej drugi człowiek. I że warto jest może mniej skupić się na sprawach materialnych a więcej czasu poświęcić bliskim nam osobom. Podobała mi się też dlatego, że mimo, że domyślamy się jak potoczą się losy dwójki młodszych bohaterów to jednak główną bohaterką bezsprzecznie jest pani Callie

Moja ocena tej książki to 5 /6.

„Fistaszki”. Charles M. Schulz.

 Wydane w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa. 

Tytuły poszczególnych tomów The Complete Peanuts. (I podane roczniki, które są wydane w danym tomie).

Tłumaczenie Michał Rusinek. 

Nie wiem czy Fistaszki, które wydawane były przez pięćdziesiąt lat (od 1950 do 2000 roku) nie są najdłużej wydawanymi komiksami na świecie. 
Ci, którzy znają stronę mojego blogu na Fb wiedzą już, że czas jakiś temu nabyłam pierwszy tom wydawanych od wielu lat przez Wydawnictwo Nasza Księgarnia, komiksów autorstwa Charlesa Schulza. Nabyłam wówczas tom obejmujących roczniki 1985 i 1986. W celach powrotu chociaż na chwilę do miłych wspomnień z dzieciństwa. Albowiem książeczkę z Fistaszkami nabyłam w kiosku Ruchu dzieckiem będąc. Niestety, nie pamiętam zupełnie jaki to był rok, coś mi się w głowie obija, że mogłam mieć wtedy około 11 lat ale równie dobrze mogłam mieć i ze dwa lata więcej. Tak czy inaczej, komiks o Charliem Brownie , jego siostrze Sally ale też o równorzędnym bohaterze, czyli ich psie Snoopym (rasy beagle) i gronie przyjaciół Charliego, znałam już za PRL-u. Nie mam pojęcia co się stało z tamtą książeczką, najprawdopodobniej zginęła w odmętach dziejów, żałuję bo byłaby to dla mnie ciekawostka po latach. Dobrze jednak, że Nasza Księgarnia zdecydowała się na przypomnienie polskim czytelnikom, dlaczego Fistaszki to fajny komiks i czemu trochę szkoda, że niektórzy kojarzą bohaterów tychże jedynie przez pryzmat fajnych i ładnych ale jednak wciąż tylko gadżetów z postaciami z komiksów. 

Z komiksami (na przykład z tymi z Mafaldą, o których wiecie, że też je lubię) jest tak, jak ze wszystkim. Zaskoczy i kochasz albo nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi. Ja w tym przypadku zaskoczyłam te ponad  trzydzieści lat temu i …po latach wciąż jest dobrze. A może nawet i lepiej bo zupełnie inaczej czyta się je jako dzieciak a inaczej jako dorosła osoba. 

I tak, cóż, niby nie powinny nas radować cudze niepowodzenia i klęski i ogólnie wciąż nie cieszą ale jednak lżej na duszy wiedząc, że komuś nieustająco nie idzie w baseballu, ktoś inny niekoniecznie jest orłem w szkole a z kolei Snoopy jedyne listy jakie otrzymuje od wydawnictw, którym wysyła rękopisy z nadzieją na ich publikacje, to te w których wydawnictwa nie dość, że odmawiają wydania jego książki to jeszcze czynią to w bardzo nieprzyjemnym tonie. 

Dzieci przedstawione w książce to dzieci dalekie od wyobrażeń dzieciaczków, jakie serwuje się w reklamach 🙂 Są pewne siebie, wygadane, ba, nawet jak Lucy, nazwać je można przemądrzałymi czy niekoniecznie sympatycznymi.  Często wyglądają jakby przed wyjściem z domu nie zerknęły w lustro a ich największym zmartwieniem było to, że mogły pospać dziesięć minut dłużej a nie stać na przystanku w oczekiwaniu na szkolny autobus. Do głowy przyjść im nie może, że ktoś patrzy na nie krytycznie bo i czemu by miał je krytykować? Z drugiej strony, niektórymi z nich targają niepokoje czy traumy, skąd w innym przypadku słynny kocyk Linusa, z którym chłopiec nie jest w stanie się rozstać. 

Brak w tych komiksach, co charakterystyczne, wizerunku dorosłych. Celowo użyłam tego właśnie określenia. Ich obecność zresztą też jest zaznaczona raczej marginalnie, chociaż jest obecna na przykład w odpowiedziach Patty do nauczycielki czy relacjach chłopców na temat podejścia ich dziadków do życia. 

Snoopy ma brata mieszkającego na pustyni (w Teksasie? w Nevadzie?), który pojawia się na kartach komiksów raz na jakiś czas. Sam Snoopy nie jest typowym psem. To pies mający baaaardzo bogate życie wewnętrzne i życiorys. To pies aktywny (jeśli tylko nie leży na budzie drzemiąc w oczekiwaniu na miskę z kolacją przyniesioną prze Charliego). Wciela się w role lotników biorących udział w IWŚ, prowadzi zastęp skautów na biwaki i wyprawy (w których to uczestniczy kolejny bohater zwierzęcy, ptaszek Woodstock, którego gatunek pozostanie zdaje się dla nas, czytelników zagadką, nie jest to w każdym razie orzeł czy sęp 😛 ), próbuje wydać książkę, pisze listy miłosne,, gra w golfa i w tenisa, towarzyszy bohaterom komiksów w różnych sytuacjach dodając im otuchy albo i nie 😉  Prowadzi praktykę lekarską i prawniczą. Człowiek, to jest pies, renesansu 🙂

Jak na razie za mną zbiór Fistaszków z lat 1985 – 1986 i 1987 – 1988. Przede mną kolejne chronologicznie dwa lata ale mam nadzieję, że uda mi się zdobyć jeszcze Fistaszki z lat przed rokiem 1985. 

Moja ocena to, co zapewne Was nie zdziwi, 6 / 6. 

„Najlepszy czeski stand-up”. Milos Cermak. Ludek Stanek.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2020). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginału Prisel Buh do kavarny v Karline…

Ojej, mam z tą książką spory problem.
Otóż, książka ta składa się z dwóch części. Najpierw sceniczny monolog przeniesiony na karty książki jest autorstwa Milosa Cermaka a następnie jest druga część, w której „mikrofon” czy w tym przypadku „pióro” przejmuje Ludek Stanek. Niestety, o ile pierwszą część czytało mi się bardzo dobrze, drugą, cóż, nazwę to wprost, wymęczyłam 😦

Pierwsze przeniesione na kartki monologi Cermaka są według mnie bardzo czeskie, co cenię. Czyli z przymrużeniem oka mówią o sprawach bardzo mądrych, ważnych, istotnych. Przepełnione są też wyrozumiałością dla drugiego człowieka i samego siebie. Plus, są bardzo śmieszne, śmiałam się podczas lektury baaardzo. Ta część w fajny i zabawny sposób opowiada o tym, jak w sumie można odpocząć od pewnych oczekiwań, stresu i pogoni mając już ten wiek, który ludzie lubią określać „wiekiem średnim”. Na przykład stwierdza, co stanowi tytuł rozdziału, że , cytuję „Już was nie smuci, że nie dostaniecie Nagrody Nobla” lub „Już nie zależy wam na tym, żeby wszyscy was lubili”. Ta część jest naprawdę dobrze napisana, na wesoło ale mądrze. Nie ma wulgaryzmów, a jest naprawdę wesoło, można się odprężyć ale i pokiwać głową ze zrozumieniem.

Jak już napisałam, druga część jest kompletnie inna i w sumie czemu by nie, skoro jest innego autorstwa ale niestety, brakuje jej lekkości, tych mądrych refleksji, którym towarzyszy humor zawarty w części pierwszej. Pisząc, że czytając męczyłam tę część nie przesadzam, naprawdę skończyłam ją jedynie dlatego, że nie mam w zwyczaju pisać o książce, której nie skończę czytać.

Ponieważ część pierwsza podobała mi się ogromnie i uważam, że ocena wspólna „skrzywdziłaby” ją ogromnie, zdecyduję się na podzielenie ocen.

A więc część pierwszą oceniam na 5.5 /6 a część drugą na 2 / 6.

„I jakby mimochodem”. Dorota Koman.

Tomik poezji wydało Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Warszawa. Warszawa (2020).
Tom wzbogacają interesujące ilustracje autorstwa Grzegorza Gortata.

Ten tom poezji otrzymałam wraz z przepiękną, wzruszającą dedykacją od samej Autorki, Doroty Koman. 
Jest to drugi tom wierszy Autorki, który czytam gdyż parę lat temu miałam okazję przeczytać tom noszący tytuł „Maszyna do czytania”. 

Pisałam tu na blogu już parę razy o poezji i moim do niej stosunku. Stali czytelnicy blogu wiedzą, że poezję lubię czytać i staram się co jakiś czas zajrzeć do jakiegoś tomu z wierszami. Tym bardziej ucieszyła mnie możliwość poznania najnowszych wierszy Doroty Koman. 

Nie jest to tom obszerny. Zawiera pięćdziesiąt dwa wiersze. Większość , do czego przyzwyczaiła nas poetka, nie jest obszernych. Raczej krótkich, takich może niekoniecznie haiku ale na pewno nie ma w nich żadnego wodolejstwa. Jest krótko i celnie. Bardzo celnie często. 
Jest to też nieco inny ton wierszy niż ten, który miałam okazję wyczuwać w poprzednim tomie poetki. 
Podejrzewam, że wynika to z tego, że część z nich z pewnością powstała w okresie naszej wymuszonej przez pandemię, izolacji. O pandemii pada tam nawet trochę słów, jednak szczęśliwie wiersze Doroty Koman nie mają nic wspólnego z martynizmem pandemicznym, który mógłby się tu nasuwać. 

Niemniej jednak to, co nasunęło mi się podczas pierwszej lektury tomu (bo oczywiste, że po pierwszej lekturze będzie kolejne „wgryzanie się” w wiersze) to dość pesymistyczny, mocno rozliczeniowy styl tomiku. 

Tu niewiele miejsca jest na beztroskie smakowanie życia, raczej na podsumowanie jego, znajomości które się zawiera. Rachunki, których wyniki są różne. Czasem bardziej, czasem mniej gorzkie. Bardzo prawdziwe. Tu nie ma miejsca na samooszukiwanie się. Przejmuje chociaż niesie ze sobą nadzieję ostatni wiersz z tego tomiku, który stanowi podsumowanie całości , noszący tytuł „Patrząc wstecz”. 

Nie wiem jak inni ale ja podczas tego, co dzieje się już niemal rok w Polsce, nie odnalazłam się najszczęśliwsza. Mimo, że nie jestem typem imprezowej osoby, a wakacyjne wyjazdy naszej rodziny odbywały się jak do tej pory w Polsce, żal mi poczucia izolacji i odosobnienia jaki nastał. Przeszkadza mi chyba najbardziej brak poczucia dość względnej stabilizacji i spokoju jaki odczuwałam do mniej więcej marca roku 2020. Podobne wahania nastroju, wracanie do przeszłości jako ostoi czy wręcz kotwicy spokoju i dobrych chwil towarzyszą mi silnie, a nawet nasiliły się w minionych kilku tygodniach.  Dlatego być może wyjątkowo silnie przeżyłam lekturę „I jakby mimochodem”. 

Wiersze, które zrobiły na mnie największe wrażenie to przejmujący wiersz „Drobiazg”, „Taśmy prawdy” i „Jak w dzieciństwie” (ostatnio mam podobne refleksje i powroty do przeszłości, do rozpamiętywania), „A jeszcze dwa tygodnie temu” i wspomniany już przeze mnie wiersz podsumowujący tomik (życie?) poetki , „Patrząc wstecz”. Wybaczcie, że nie omówię tu ich szczegółowo ale zdecydowanie nie potrafię tłumaczyć innym co i w jaki sposób powinni odczuwać podczas lektury wiersza. Po prostu gdy będziecie mieli go w dłoniach i czytali już tę poezję, być może te tytuły Wam się przypomną. 

Warto jest sięgnąć po ten zbiór wierszy Doroty Koman, która w tej odsłonie jest dla mnie o wiele mniej ironiczna i żartobliwa niż do tej pory a bardziej czuła, jeszcze silniej odsłaniająca swoją wrażliwość.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Arystokratka na królewskim dworze”. Evzen Bocek.

 Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła.  Wołów (2021). Ebook. 

Przełożył Mirosław Śmigielski. 
Tytuł oryginalny Aristokratka u kralovskeho dvora. 

Dwa lata naczekaliśmy się na Arystokratkę. Ale…warto było !
Tradycyjnie akcja rozpoczyna się w momencie, w którym skończyła się akcja poprzedniej części opowiadające o Marii Kostce i jej oryginalnej rodzince mieszkającej na Zamku Kostka wraz z nie mniej oryginalnymi pracownikami. 
Tym razem przed Marią i jej bliskimi zjawia się niesamowita okazja. Po tym jak odpowiedzialnie i z chęcią (Maria Kostka) i pod przymusem (ojciec Marii) oddają  władzom Holandii obraz Rembrandta, który omal nie został ukradziony z Zamku Kostka, rodzina Kostków otrzymuje zaproszenie na dwór królewski do Królowej Królestwa Niderlandów. 
I tak oto Maria rozpoczyna planowanie wielkiej wyprawy na królewski dwór. Już samo planowanie dostarcza nam, czytelnikom, moc radości i humoru. 
Z powodu pewnych perypetii i nieporozumień z królewskiego zaproszenia skorzystać mogą jedynie Maria wraz z matką i, tadam, a teraz wchodzi w roboczym fartuchu i robi wielkie wejście, panią Cichą 🙂 Zwaną na potrzeby tego wyjazdu, kustoszką. 

Najpierw więc trwają gorączkowe przygotowania do wielkiej wyprawy. Jeśli ktoś sądzi, że do królowej Holandii można wybrać się w dżinsach i w bransoletce z rzemyków, jest oczywiście w błędzie. Wielkie wydarzenie wymaga wielkiej oprawy. A jak wielkiej, najbardziej rozumie nie do końca rozszyfrowana przez rodzinę Kostków, ciotunia Nora, podarowując Marii komplet brylantowej biżuterii. 

Przyznaję, że trochę się obawiałam, że do wyjazdu jednak nie dojdzie i że autor zostawi nas bez przyjemności przekonania się jak Maria i spółka poradzą sobie w tak zwanym „wielkim świecie”. Tymczasem nie. Trzy kobiety jednak trafiają do Amsterdamu i udaje im się oszołomić towarzystwo swoim niewątpliwym wdziękiem. 

Powiem, że absolutnie się nie zawiodłam na książce. Poczucie humoru jest takie, jak nas autor do tego przyzwyczaił, naprawdę śmiałam się nad nią co chwila i szczerze. 

Z tym wielką radością informuję , że moja ocena tej części przygód Arystokratki to 6 / 6. 

Elf i spółka. Autor cyklu – Marcin Pałasz.

 Dzisiaj chcę Wam polecić z serca cykl o Elfie, który zajmuje nas rodzinnie. 

Po pierwsze, sam autor ma w domu domownika Elfa. Psa Elfa, znaczy się 🙂 
I jak sądzę, wiele z tego, co opisuje w tych książkach dla dzieci, zna z autopsji. Miejmy jednak nadzieję, że nie wszystko bowiem mieliśmy już iście kryminalne wydarzenia. 

Recepta na książki, które mój Syn czyta sam ? Bohater pies, wątki sensacyjne i kryminalne (lub, jak w przypadku części noszącej tytuł „Elf i dom strachów” wręcz paranormalne), bardzo dużo humoru (scena z karpiem potencjalnie atakującym wujka Stefana w „Elf i pierwsza Gwiazdka” przejdzie do historii literatury i baaardzo dużo miłości do ludzi i zwierząt. 
Będę zawsze wdzięczna panu Pałaszowi bo to dzięki Jego książkom mój, czytający od paru lat świetnie Syn, sięga sam z własnej woli , po książki. Tak tak, można pisać ponad szesnaście lat blog o książkach, można czytać od czwartego roku życia, można podczas posiłków miewać na stole rozłożoną książkę bądź otwarty czytnik, twoje półki w domu mogą uginać się od książek a stosy książek do przeczytania chwiać się niebezpiecznie …a Twoje dziecko jakoś molem książkowym nie jest. Tym bardziej cieszę się, że Elfiada, jak to nazywam na całkowicie prywatny użytek, pochłonęła Go i wciągnęła tak,że część książek czyta sam (streszcza nam potem, żebyśmy , wieczorem czytając je razem, wiedzieli o co chodzi w akcji książki).

Elf skradł, nie ukrywam i moje serce. Przede wszystkim ten prawdziwy, którego można poznać dzięki stronie Autora na Fb. Ale również oczywiście Elf książkowy. Elf kochający Dużego i Młodego , w domu których mieszka. 
Elf, który sprawił, że pozornie niechętna obecności zwierzaków w domu babcia Dużego, jakoś bez oporu podaje pieskowi polędwicę, głaszcze go i zwraca się do niego pieszczotliwie. Wreszcie Elf, pomagający rozwiązać różne ciekawe zagadki kryminalno-sensacyjne! 

Jeśli macie chęć na wspólną lekturę rodzinną, która rozbawi, zaciekawi i wzruszy bądź jeśli szukacie pomysłu na ciekawą serię książkową dla dziecka ( Jaś twierdzi, że 7+ i ja się z Nim generalnie zgadzam chociaż „Elf i dom strachów” to rasowy horror dla według mnie i dorosłych (nie wiem jak Wasze dzieci, moje się chyba nie bało ale ja potrafiłam się trząść, w dodatku jest tam motyw na ogół przeze mnie jednak omijany z powodów osobistych)  to jeśli nie znacie książek o Elfie autorstwa Marcina Pałasza, bardzo Wam je całą rodziną polecamy. 
Kolejność cyklu możecie sprawdzić w internecie a wydaje ów cykl łódzkie Wydawnictwo Literatura.