„Nieznajomy na tratwie”. Mitch Albom.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2022). 

Przełożył Robert Filipowski. 
Tytuł oryginalny The Stranger in the Lifeboat.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„(…) – Jak tego dokonałeś (…) ? Jak przetrwałeś taką drogę sam? 
– Nigdy nie byłem sam – odparł mężczyzna. 

To powinno być motto tej niezwykłej książki. Sięgnęłam po nią z premedytacją i wielkimi oczekiwaniami. I , szczęśliwie, nie zawiodłam się na niej ! 
Książki Mitcha Alboma znam od niedawna, z polecenia koleżanki (za które to polecenie jestem Jej ogromnie wdzięczna). Niedawno, co pamiętają zapewne stali czytelnicy mojego blogu, przeczytałam jego autorstwa „Pięć osób, które spotykamy w niebie” i kontynuację tejże, „Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie” i byłam nimi zachwycona. 

O tej nie do końca wiedziałam, czego się po niej mogę spodziewać. 
Na pewno domyślałam się jednego, i tym razem książka skierowana jest do osób wierzących. Wiem, że nie wszystkim może to pasować, daję znać, bo po co ktoś ma sięgnąć po książkę i tylko się irytować?

Akcja książki znana jest nam z trzech rodzajów relacji. Pierwsza to, zatytułowana „Na morzu” relacja poznawana z pamiętnika jednego z rozbitków , Benji’ego. Pisze on w notesie relację z tego co się dzieje kierując ją do dawnej miłości, niejakiej Annabelle. Druga relacja to „Na lądzie” , tu poznajemy inspektora Jarty’ego LeFleura, który dostaje wiadomość na temat tego, że została znaleziona tratwa ratunkowa z jachtu Galaxy i który odnajduje zapiski Benji’ego i czyta owe notatki bez powiadomienia o tym kogokolwiek.
Trzecia zaś relacja to Wiadomości, z których głównie poznajemy bohaterów książki. 
Sama akcja rozpoczyna się w chwili gdy poznajemy dziesięcioro rozbitków ocalałych z katastrofy jachtu Galaxy. Grupa ta składająca się z dziewięciorga dorosłych i jednej dziewczynki nazywanej przez wszystkich Alice dryfuje od pewnego czasu po Atlantyku. 
Piękny jacht odbywał rejs noszący szumną nazwę „Wielka Idea”. Pokład zapełniony był i politykami i liderami technologii, biznesu. Również osoby znane ze świata sztuki i rozrywki. Wszyscy oni mieli podczas rejsu inspirować się do stworzenia idei potrzebnych do zmiany świata, oczywiście, na lepsze.
Niemniej jednak ów rejs w ostatnim jego dniu zostaje nagle przerwany gdyż zdarza się spektakularna katastrofa i jednostka niemal momentalnie tonie. 
Z jej pokładu ocalało dziesięć osób, zarówno zaproszonych na rejs gości jak i członków załogi. A są to narrator i autor notatek do Annabelle, Benji, Jason Lambert, który to jest właścicielem Galaxy, Nevin, , Geri, Yannis, pani Laghari, kucharz pochodzący z Haiti Jean Philippe i jego żona Bernadette, Nina i milcząca od samego początku dziewczynka, którą rozbitkowie nazwali Alice. 

I oto nagle okazuje się, że na falach dryfuje ktoś jeszcze. Rozbitkowie postanawiają oczywiście uratować owego mężczyznę, który to zaraz po dostaniu się na pokład tratwy oznajmia, iż …jest Bogiem. 
I tak oto, ocalali z katastrofy rozpoczynają nowy rozdział ich dryfowania po Atlantyku. Mało kto bowiem ma okazję płynąć z samym Bogiem, prawda?
Oczywiście, że nikt nie wierzy mężczyźnie, przynajmniej – początkowo. 
Z czasem jednak zaczynają dziać się przedziwne rzeczy, które śmiało można określić cudami. 
Mężczyzna na chwilę przynajmniej uzdrawia ciężko ranną (można rzec, umierającą Bernadette), powoduje ,że wzburzone morze uspokaja się. Z drugiej jednak strony, nie spełnia tak oczekiwanego przez resztę towarzyszy tej dziwnej podróży, spektakularnego cudu i nie zostają oni nagle uratowani. Rzekomo chodzi o to aby wszyscy uwierzyli w to, że mówi on prawdę ale tak naprawdę każdy z nich zapewne ma na ten temat własną teorię. 

I tak powoli, powoli poznajemy prawdę o tym jak doszło do tego, że takie towarzystwo znalazło się na tratwie, kim są poszczególni rozbitkowie. 

Gdybym miała powiedzieć, o czym tak naprawdę jest ta książka, stwierdziłabym, że o wierze. Wierze w Boga, która nie jest nam dana raz na zawsze. O wierze, która potrafi się załamać pod wpływem trudnych i ciężkich doświadczeń niektórych osób. O wierze, która innym osobom w trudnościach pomaga i stanowi dla nich swoistego rodzaju drogowskaz. 
O tym, że , cytuję „(…) Uczucie utraty to część powodu, dla którego jesteś na ziemi. Dzięki niemu doceniasz przelotny dar ludzkiej egzystencji i uczysz się miłować świat, jaki dla ciebie stworzyłem”. 
O tym, że Bóg zawsze jest przy nas, nawet jeśli wpadnięci w otchłań rozpaczy nie widzimy tego w ten sposób i że zawsze nam Pomaga.
Wreszcie o tym, że , znowu cytat, „(…) Czasami trzeba porzucić to, kim się było, żeby być tym, kim się jest”.
O tym, że nasza wiara potrafi być płynna, łatwo jest nam ją utracić ale jeśli jednak damy jej szansę, potrafi ona stać się na tyle silną by zdarzyły się w naszym życiu cuda.

Mój egzemplarz wygląda jak podręcznik do matury, kolorowy od karteczek indeksujących z zaznaczonymi ważnymi dla mnie i pięknymi cytatami, które mnie poruszyły. 
Nie oddam go nikomu 🙂  
Jak wspomniałam na początku wpisu, wiem, że „Nieznajomy na tratwie” to książka nie dla każdego. Ale dla tych, którzy zdecydują się po nią sięgnąć, jestem pewna, że okaże się cudownym literackim ale nie tylko, bo również duchowym, przeżyciem. 
To piękna i pokrzepiająca książka.

Bardzo, bardzo ją polecam a moja ocena to 6 / 6. 

„Anne z Avonlea”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2022).

Przełożyła Anna Bańkowska.
Tytuł oryginalny Anne of Avonlea.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa

Nie ukrywam, że nigdy nie była w bardzo silnej drużynie Ani z Zielonego Wzgórza. Owszem, pierwszą część serii znała i to dość dobrze ale pozostałych, pomimo, że przeczytałam, nie pamiętam niemal w ogóle (o dziwo, najlepiej pamiętam fragrmenty tej, w której Anne ma już dorosłe dzieci a akcja jej trwa w czasie I WŚ). 

Z tym większą chęcią sięgnęłam po wydaną niedawno „Anne z Zielonych Szczytów” w nowym i budzącym żywe emocje (a czasem wręcz chyba zbyt żywe reakcje) , tłumaczeniu pani Anny Bańkowskiej. Tamta część ogromnie mi się podobała, ciekawa zatem byłam tej, która rozpoczyna się w chwili gdy Anne jest już starszą dziewczyną, nastolatką, mającą lat szesnaście i pół i szykującą się do swojej pierwszej poważnej pracy jako nauczycielki w szkole podstawowej w Avonlea.

Anne wkracza w nowy rozdział życia w sposób dla siebie typowy czyli pełna optymizmu i żywiołowości. Dziewczyna ma również wiele oczekiwań i przekonań co do tego jak powinna wyglądać jej droga nauczania. Jest jednak przekonana, że wszystko ułoży się dobrze, w końcu spokojem, cierpliwością i wytrwałością uda się jej przekonać do siebie nawet najbardziej niechętnych sobie uczniów, o ile oczywiście tacy w ogóle będą. 

W „Anne z Avonlea” pozostają znane nam już postaci jak oczywiście tytułowa bohaterka i Marilla, jej opiekunka , pani Rachel Lynde. Są też przyjaciele i koleżanki i koledzy jak Diana i Gilbert. 

Pojawiają się jednak nowe postaci i jest ich całkiem sporo, bo i zjawia się nowy sąsiad Marilli i Anne, pan Harrison, dwoje nowych dzieci w Zielonych Szczytach, jakimi są sześcioletnie bliźnięta Dora i Davy Keith, którymi zajmują się Marilla i Anne. Jest też tajemnicza początkowo postać Lavender Lewis, z którą jednak Anne momentalnie znajduje wspólny język i czuje, że to kolejna pokrewna dusza w jej życiu. 

Pisząc o książce w innym miejscu spotkałam się z paroma zarzutami co do książki. Że jest gorsza od pierwszej części, że zabawna w swojej rozszczebiotanej wersji jedenastoletnia Anne przybywająca do Avonlea, w kolejnej części w takiej wersji staje się nieco uciążliwa i jeszcze parę innych. Ja powiem wprost, że zupełnie tak tej części nie postrzegam. 
Muszę wręcz powiedzieć, że podobała mi się ta druga część równie jak pierwsza i podobnie jak tamta, „Anne z Avonlea” stanowiła coś w rodzaju ciepłego koca, którym mogłam się otulić od stóp do głów i poczuć się jakby ktoś opowiadał mi pokrzepiającą historię. A takich właśnie historii zdecydowanie teraz potrzebuję. I właśnie taką otrzymałam. 

Wprowadzenie między znane nam postaci osób nowych zdecydowanie jest dobrym zabiegiem. Poznajemy ich losy, czasem bardziej, czasem mniej zabawne a Anne ma w tej części okazję po raz kolejny działać na rzecz zarówno lokalnej społeczności jak również, nieść dobro i pomagać poszczególnym jednostkom. 

Na samym końcu książki zbieg okoliczności zaś sprawia, że Anne dowiaduje się od Marilli, że będzie mogła spełnić jedno ze swoich do tej pory niedościgłych marzeń a mianowicie rozpocząć od nowego roku szkolnego naukę na Uniwersytecie w Redmond. Nie udaje się zresztą na ten uniwersytet sama. Wraz z nią rozpocznie też naukę Gilbert. Gilbert, na którego Anne spojrzy pod koniec tej książki w zupełnie nowy sposób. 

Zastanawiam się nad tym, co czyni książkę taką, która powoduje falę ciepła rozchodzącą się po moim serduchu a taka właśnie była zarówno pierwsza jak i druga część opowieści o Anne. Może to, że opowiada o zwykłych ludziach ale w jakiś taki przyjemny sposób. Że mimo, że ludziom tym przydarzają się rozmaite nieszczęścia to nie jest tak, że ich życie to nieustające pasmo zła? 
Na pewno postać Anne, wcale nie postrzeganej przeze mnie jako infantylnej a raczej wesołej i tak, mocno żywiołowej gaduły, która chce dla innych dobra, wnosi do książki po raz kolejny dużo radości i powoduje, że nie raz się uśmiechnęłam. 

Dodam jeszcze, że bardzo pasuje mi to nowe, już omawiane nie raz i często krytykowane (przy czym nie znam , nie czytałam ale się wypowiem) tłumaczenie książek autorstwa Anny Bańkowskiej. Wnosi sporo ożywczego klimatu a jednocześnie nie sili się na zbytnią przesadę w stronę nowoczesności.

Jeśli dodać do tego świetne opracowanie graficzne książki , wychodzi na to, że jest to jedna z najładnie wydanych i najbardziej pasujących mi przeczytanych w tym roku książek. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Córka rzeźbiarza”. Tove Jansson.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożyła Teresa Chłapowska.

Tytuł oryginalny Bildhuggarens dotter.

„Córka rzeżbiarza” to, przyznaję, pierwsza moja książka autorki cyklu o Muminkach, po którą sięgnęłam wiedziona ciekawością jak odbiorę coś zupełnie innego od książek, które znam od dziecka. Jest to bowiem książka zdecydowanie skierowana do czytelnika innego niż Muminki. Przede wszystkim, czytelnika dorosłego. 
I , co ciekawe, o ile w przypadku Muminków uważam , że to książki uniwersalne i dla osób w każdym wieku (nawet nie wiem czy z czasem dorośli nie wynoszą z nich jeszcze więcej niż dzieci, ot, moja refleksja), to tu odnoszę wrażenie, że jednak jest to książka stricte dla osób dorosłych.

„Córka rzeźbiarza” to zbiór kilkunastu opowiadań, wspomnień, reminiscencji z czasów dzieciństwa Tove Jansson. 
I chociaż jest napisana w bardzo ładny sposób, nieco poetycki, a raczej czasem realistyczny, czasem mocno bajkowy czy wręcz oniryczny, to przez całą lekturę „uwierał” mnie jeden fakt. Otóż owe wspomnienia dzieją się w życiu dziecka ale relacjonowane są w sposób zdecydowanie należący do osoby dorosłej. Wyrażenia, zasób słownictwa, styl. To już nie jest relacja parolatki czy nawet nastolatki a zdecydowanie osoby starszej. Niemniej jednak to jedyna rzecz, do której mogę się „przyczepić”.
Tak poza tym, to całość jest bardzo ładnie napisana, niezwykle plastyczna, widać, że autorka wzrastała w domu artystów gdyż miejscami miałam wrażenie, że dziedziczy rzeźbiarski talent ojca, rzeźbiąc słowa tej książki.

Poszczególne rozdziały opowiadają o życiu w nadmorskim domu, o rzeźbach tatusia i pracy mamy (nie wiem, znów, jak w Muminkach ojciec nazywany jest „tatusiem”, matką zaś jest „mamą”. Kwestia tłumaczenia? język fiński nie przewiduje zdrobnienia słowa matka? nie wiem, taka moja refleksja). O zabawach z kuzynostwem i przyjaciółmi, o morzu, które odgrywa ważną rolę gdy się nad nim mieszka i odgrywa tę ważną rolę w najrozmaitszych aspektach, o licznych, towarzyszących rodzinie, zwierzętach. Najbardziej ujęło mnie ostatnie opowiadanie, o Bożym Narodzeniu ale właściwie przyjemność miałam z czytania każdego ze zbioru.

Myślę,że to dobra książka na letnie popołudnie w hamaku gdy dookoła rozkwita natura i słychać przyjemne brzęczenie pszczół.
Plastyczna , zmysłowa w takim nieerotycznym aspekcie, zwyczajnie, dobra lektura na przyjemnie spędzony nad książką czas.
Moja ocena to 6 / 6.

„Yurei. Niesamowite duchy w kulturze japońskiej”. Zack Davisson.

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Parę tygodni temu zerknęłam na półkę z książkami, które czekają na swoją kolejkę i przypomniałam sobie o tej, którą kiedyś otrzymałam od Wydawnictwa. Nie, nie do recenzowania, wtedy wpis pojawiłby się o wiele wcześniej ale jako prezent za udział w jakiejś dyskusji lub czymś podobnym.

Tak czy inaczej, ogromnie się wtedy z niej ucieszyłam a oto teraz nadszedł jej czas.

Dawno , dawno temu , jeszcze jako nastolatka, w kultowej i niestety, nieobecnej już na mapie kulturalnej Warszawy, księgarni „Wena” na Placu Wilsona, nabyłam sobie album „Sztuka japońska w zbiorach polskich”. Na reprodukcjach zobaczyłam wiele postaci opisanych w tej książce.
Zdradzeni małżonkowie nawiedzający po śmierci niewiernych partnerów, złośliwe istoty, które straszą wojowników, wreszcie, płaczący duch dziewczyny wynurzający się ze studni i mający ze sobą talerze, które rozpaczliwie przelicza. Rozpaczliwie, bowiem duch dziewczyny nigdy kompletu doliczyć się nie może.

O świecie duchów, ogromnie istotnym dla Japończyków zarówno tych z poprzednich wieków jak i współczesnych, opowiada właśnie książka „Yurei”.
Tym bardziej, że jak mówi na samym początku książki Davisson, sam z żoną, Japonką, zamieszkiwał stare domostwo posiadające na stanie własnego ducha. I, gdy opowiadali znajomym Japończykom o tym, co się dzieje w domu, nikt nie miał wątpliwości co zakłóca porządek i rutynę codzienności. Ani chybi dom posiadał swojego własnego yurei.

W książce autor w sposób zdecydowanie przystępny i ciekawy przedstawia dokładną klasyfikację duchów japońskich. Przybliża nam zarówno dawne dzieła sztuki czy to pisane czy dzieła sztuki jak obrazy. To porządne usystematyzowanie pozwala nam rozpoznać poszczególne duchy we współczesnej czy wręcz popularnej sztuce jak chociażby filmowej, o czym zresztą autor pisze również.
I nagle , nawet dla miłośników kultury japońskiej, wiele dawno obejrzanych czy przeczytanych japońskich horrorów zaczyna jawić się jeszcze jaśniej, bo nagle rozpoznajemy w nich obecności właśnie dawnych wierzeń i przekonań. I ja jeszcze pełniej teraz mogę cieszyć się swoim ulubionym albumem „Sztuka japońska w zbiorach polskich”, bo zwyczajnie zdobyta podczas lektury wiedza , wzbogaca doznania artystyczne.

Autor ciekawie przedstawia zarówno genezę powstania wiary na temat danego ducha, jak wymienia to, gdzie możemy w sztukach wszelakich te duchy napotkać ale również odnosi się do dawnych wierzeń czy zwyczajów. Przybliża nam chociażby to jak wygląda japońskie święto Obon, czyli święto zmarłych. Święto to trwa aż trzy dni, sprasza się wtedy byty duchowe na ucztę i tańce. Towarzyszą też temu ognie rozpalane początkowo w celu by duchy mogły odnaleźć drogę do domu a potem by pokierować je z powrotem do krainy umarłych. Musi być to naprawdę spektakularny widok gdy na zboczach gór płoną ogromne ogniska wskazujące drogę a następnie rzeką, w kierunku morza, spławiane są tysiące lampionów ze świecami, które mają wskazywać drogę powrotną duchom.

Nie wiem, na ile czujecie się zainteresowani kulturą Japonii. Dla mnie ten kraj jest interesujący od bardzo, bardzo dawna (zapewne od pierwszego obejrzanego przeze mnie odcinka „Oshin”).
Dla osób, które interesują się krajem kwitnącej wiśni, lektura tej książki z pewnością będzie ogromnie ciekawa i zdecydowanie warto jest po tę okraszoną dość dużą ilością ilustracji, pozycję sięgnąć.

Bonusem są fragmenty poszczególnych opowieści o duchach i zjawach na końcu książki.

Moja ocena to 6 / 6.

„Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie”. Mitch Albom.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019). Ebook. 

Przełożył Jakub Jedliński. 
Tytuł oryginalny The Next Person You Meet in Heaven.

Po bardzo dobrej pierwszej części dylogii noszącej tytuł „Pięć osób, które spotykamy w niebie”, o której pisałam chwilę temu sięgnęłam po tę i ponownie jestem zadowolona z lektury.
W tej części poznajemy losy Annie, którą to dziewczynkę „poznaliśmy” w pierwszej części. Annie została uratowana w czasie dramatycznych wydarzeń mających miejsce w parku rozrywki Rubyland a uratował ją wówczas nikt inny jak Eddie. 

Eddie po swojej śmierci każdą z pięciu osób napotkanych w niebie pytał o to czy udało się przeżyć tej małej dziewczynce ale nikt nie udzielił mu wówczas na to odpowiedzi. Lub może udzielił ale już po tym jak zakończyliśmy lekturę książki abyśmy nie wiedzieli o tym i mieli przyjemność z czytania dalszego ciągu tej niezwykłej opowieści.

Ponownie poznajemy losy bohaterki, która trafia do nieba i również ona, jak Eddie, spotyka tam pięć ważnych dla niej osób, które w ten lub inny sposób miały wpływ na jej życie. 
„Kolejna osoba, którą spotykamy w niebie” ma konstrukcję podobną do pierwszej części czyli poznając pięć osób napotkanych przez Annie w niebie również poznajemy pięć momentów granicznych jej życia. Również lekcje, jakie udzielają jej napotkane osoby, mogą wydawać się podobne do tych, jakie poznaliśmy w opowieści o Eddim. Miłość, rodzina, wybaczenie, nie chowanie w sobie urazy, to wszystko pozwala nam czuć się spokojnie i szczęśliwie. 

Spodobała mi się proza tego autora. Sięgnę na pewno po coś więcej co wyszło spod jego pióra. Mam chęć na coś, co jest krzepiące i dodające otuchy. 

Moja ocena ponownie 6 / 6. 

„Pięć osób, które spotykamy w niebie”. Mitch Albom.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).  Ebook.

Przełożyła Joanna Puchalska. 

Tytuł oryginaly The Five People You Meet in Heaven.

Jest to książka, po którą sięgnęłam z polecenia. Tak, tak. Ja bardzo chętnie słucham czyichś polecanek książkowych a tę poleciła mi Autorka blogu nie tylko o książkach https://maniaczytania.home.blog/

„Pięć osób, które spotykamy w niebie” to książka, po której nie wiedziałam, czego dokładnie się spodziewać ale zauroczył mnie jej tytuł.

Ta niewielka ( i chwała jej za to) w sumie objętościowo książka niesie ze sobą wystarczająco dużo wartościowej treści aby nie rozwlekać jej niepotrzebnie na ogromną ilość stron. Jest to ciepła, spokojna opowieść, która podejrzewam, że nie wszystkim czytelnikom spodobałaby się za jej spokojny klimat i raczej refleksyjną aurę. Mnie za to urzekła i swoim klimatem, niosącym spokój i pokrzepienie i całościowym wydźwiękiem mówiącym po pierwsze, że miłość jako ogólne pojęcie, zwycięża wszystko ale również to, że możliwe jest odkupienie naszych win. 

Jak we wstępie do książki napisał sam autor, każdy z nas ma swoją wizję nieba a na pewno ma ją każda z religii i , cytuję, „(…) wszystkie one zasługują na szacunek”. 
Sądzę, że „Pięć osób, które spotykamy w niebie” najbardziej trafi jednak do osób, które są wierzące. Nie skupiam się teraz jaką religię wyznają ale chodzi o sam fakt. Albowiem, co prawdziwie stwierdza Mitch Albom, każdy kto jest wierzący ma jakąś swoją wizję nieba i zapewne jednak, nadzieję,że kiedyś dane mu będzie przekonać się na ile ta wizja czy oczekiwania są trafione. 
Ja na przykład od dawna zapowiedziałam, że chcę iść tylko do takiego Nieba, w którym oprócz kochanych dla mnie osób spotkam też wszystkie zwierzaki, które kochałam podczas ziemskiego życia. 

Jak powiedziałam, ta książka to niedługa opowieść o Eddiem. Eddie to starszy już mocno pan, wdowiec, który niemal całe swoje życie spędził pracując w Rubylandzie, wesołym miastezku położonym nad brzegiem oceanu.

Eddie sprawował tam rolę konserwatora urządzeń w parku rozrywki i co za tym idzie, pełnił rolę osoby, na barkach której spoczywała odpowiedzialność za bezpieczeństwo uczestników zabawy w Rubylandzie. 
Książka zaczyna się w momencie przełomowym w życiu bohatera albowiem dosłownie na chwilę przed tym jak umrze. 
Pewnego dnia, na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, dochodzi do wypadku i Eddie , usiłując ratować małą dziewczynkę, umiera i trafia do nieba. 

Tam spotyka tytułowe pięć osób, które pozwolą Eddiemu nie dość, że zrozumieć, że nikt z nas nie jest bezwartościowy , to jeszcze to, że on sam jest bardzo ważny i istotny. Eddie dowie się też, że możemy liczyć na to, że możemy odpokutować za nasze winy. 
Nie mogę stwierdzić, że „Pięć osób, które spotykamy w niebie” jest jakąś innowacją niosącą prawdy objawione. W żadnym wypadku. Jednak Mitch Albom w nienachalny sposób stosując ciekawy zabieg przypomina nam o tym, co powinno być w naszym życiu ważne jeśli nie najważniejsze. 
Rodzina, bliscy, przyjaciele. Odpuszczenie komuś tego, co nam zrobił i nie duszenie w sobie poczucia złości i pretensji. Jak usłyszy w niebie od trzeciej spotkanej osoby, jaką była Ruby, żona założyciela wesołego miasteczka, cytuję, „(…) Duszenie gniewu w sobie zatruwa. Zżera od środka”. Niby znamy, niby wiemy o co chodzi, prawda? Ale tak często o tym zapominami i dajemy się ponieść jeśli nie pretensjom to wręcz często złości do kogoś za wyrządzone winy. 

Co mnie ujęło w tej książce? Jej spokój. Tak. Mimo tego, że dzieje się tu coś smutnego , bo i wypadek i śmierć i wszystkie wydarzenia opisane w książce (Eddie spotyka Niebieskiego Człowieka, swojego kapitana z wojska, panią Ruby, nieżyjącą od dawna żonę, Marguerite i małą dziewczynkę a wszyscy oni mają dla niego opowieści o tym jak się przecięły ich losy i jaki miał wpływ Eddie na nie ale i jaki miały wpływ te osoby na życie Eddiego) to ta opowieść tchnie jakimś takim spokojem, ukojeniem, pokrzepieniem. 
Pisałam to niedawno przy zupełnie innej książce a mianowicie opisując książkę „Ona i jej kot”, że obecnie, tak mi się przynajmniej wydaje, potrzebujemy książek niosących ze sobą pokrzepienie i optymizm. Przekonanie, że wszystko będzie dobrze, że jakoś się nam sprawy ostatecznie poukładają. 
Ale najpiękniejsza „lekcja” jaka płynie z książki „Pięć osób, które spotykamy w niebie” to ta, że żebyśmy nie wiem jak się umniejszali, żebyśmy nie wiem jak źle o sobie myśleli, to jesteśmy niezwykle ważni i dla innych Osób i dla świata. A przede wszystkim jesteśmy ważni dla Boga.

Moja ocena to 6 / 6.

Jedenaście lat bez…

 …Emilki z nami. 
Nie ukrywam, że moje drugie życie zaczęło się, o czym wielokrotnie pisałam, 3 maja, wraz z przyjściem Jej na świat ale ta dzisiejsza cezura również coś zakończyła definitywnie i coś rozpoczęła. 
Wszyscy wiemy, że Dzieci, które odeszły są ze swoimi rodzicami i tak każdego dnia w myślach i w sercach tychże ale takie dni jak dziś, nieco silniej przywołują wspomnienia, refleksje i zwyczajnie, jest trochę trudniej. Dobrze, że jest tak zwane zwykłe życie z jego pośpiechem i rutyną. Rutyną, która jednych zabija a innym, paradoksalnie , potrafi to życie uratować. 
Najważniejsze, że jest Jaś. To On daje nam siłę.

Pomyślcie dziś, proszę o naszej Małej Wojowniczce, która spędziła z nami tylko czternaście dni ale na zawsze pozostanie w naszych sercach. 

„Śpij, dziecinko, śpij…”. Jolanta Bartoś.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2022).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie ukrywam, że książkę chciałam przeczytać najpierw dlatego, że okładka zaprojektowana przez Pawła Panczakiewicza wpadła mi w oko. Widok porcelanowej główki lalki z wyrazistymi niebieskimi oczami okolonymi czarnymi rzęsami, z kontrowersyjną czerwoną plamą, ciemne tło z liśćmi i białymi kwiatami (chociaż nie różami, które odgrywają wielką rolę w książce więc trochę szkoda, że jednak nie), robiła wrażenie i powodowała ciekawość co kryje się w treści tego jakby nie było, horroru.

Do tej pory czytałam jedną książkę autorki, „Niepokorną”, oceniłam jak widzę, całkiem dobrze a po tę sięgnęłam bo cóż, miałam chęć na horror właśnie. 
Początkowo „Śpij, dziecinko, śpij…” rozpoczyna się tak, że trochę obawiałam się klonu „Dziecka Rosemary”. Z drugiej strony, sądziłam, że raczej autorka nie miałaby ochoty na aż takie kalki, skoro dysponuje własną wyobraźnią i nie myliłam się, było to coś innego. 

Ponieważ Autorka zgłosiła swoją uwagę, że według niej zdradzam zbyt wiele z treści, dalsza lektura wpisu jest na Waszą odpowiedzialność. Mnie wydaje się, że nie zdradzam kluczowych tajemnic a chciałam zachęcić do lektury a nie poprzestać na opisach z okładki.

Akcja książki rozpoczyna się w pięknym i ważnym dla młodych małżonków momencie a mianowicie w chwili gdy nareszcie , po dwumiesięcznym remoncie, Natalia i Marek stają w drzwiach własnego, ogromnego mieszkania na parterze starej kamienicy przy rynku Krotoszyna. Do pracy będą mieli co prawda bardzo daleko bo dojeżdżać muszą do kancelarii prawnej prowadzonej przez ojca Marka w Poznaniu (oboje małżonków jak i teściowie kobiety są prawnikami) ale trudy dojazdu rekompensuje zarówno większy metraż mieszkania jak i samo położenie. Mieszkanie jest na własność jedynie Natalii. Jej sytuacja rodzinna jest dość skomplikowana, bowiem kobieta wcześniej została bez rodziców. Ona i jej starsza siostra Monika i starszy brat Maks zostali wówczas pod opieką kochanej babci. Babci, która zapewniła zarówno miłość jak i silne wsparcie materialne a własny dom pod koniec życia przepisała w testamencie wyłącznie Natalii, która po jego sprzedaży miała gotówkę na mieszkanie. Natalia jest więc w tej kwestii niezależna od męża, co jest dla niej ważne. 

Młodych ludzi cieszy jednak jeszcze coś o wiele bardziej ważnego niż nowe mieszkanie a mianowicie fakt, że za parę tygodni na świat przyjdzie ich pierwsze dziecko. 

Tak więc wszystko wydaje się być na najlepszej drodze do tego aby Natalia mogła stwierdzić, że jest naprawdę szczęśliwa a w jej życiu wszystko układa się zgodnie z jej marzeniami i oczekiwaniami. Aż do chwili gdy już pierwszej nocy w nowym mieszkaniu kobieta zostaje obudzona przez płacz dziecka. A konkretnie przez płacz noworodka. Rozpaczliwy płacz dziecka, które jedynie w taki sposób może oznajmić światu, że dzieje mu się coś złego i potrzebuje natychmiastowej pomocy.
Marek, obudzony przez żonę twierdzi, że żadnego płaczu nie słyszy. Może więc to był jedynie realistyczny sen a może jakieś przełożone na takie wrażenie płaczu obawy przyszłej mamy, która za dwa miesiące ma powitać na świecie pierwsze dziecko? Tym bardziej, że już szybko zdarza się ponownie coś bardzo dziwnego. Jakiś niezwykły sen na jawie, który przytrafia się Natalii w gabinecie, w którym kobieta chciała chwilę popracować nad materiałami z kancelarii prawnej, w której pracuje. W tym ni to śnie ni koszmarnej jawie, przyszła matka widzi jakąś okropną starszą kobietę (szybko zacznie nazywać ją Staruchą), która kołysze w kołysce malutkie dziecko śpiewając mu niepokojącą kołysankę „Śpij, dziecinko, oczka zmruż”. Niestety, szybko okaże się, że jest to tylko jeden z owych przedziwnych snów czy wizji jakie dotkną Natalię. Będzie ona miała ich znacznie więcej a co gorsza, odkrywać będą one przed nią straszną prawdę dotyczącą miejsca, w którym przyszło jej zamieszkać.

Kamienica położona jest przy rynku ale od strony sypialni młodych rosną niezwykłe róże. Niezwykłe nie tylko z powodu swojej bieli ale i przedziwnego faktu. A mianowicie takiego, że rosną w niesamowicie szybkim tempie. Wydają się też bronić się przed ludźmi, którzy chcą je ściąć. Kiedy jej teściowa, trochę na złość Natalii, chce ściąć sobie trochę tych róż, zdarza się coś dziwnego i nieprzyjemnego. Róże jakby broniąc się przed cięciem ranią dotkliwie matkę Marka.

Tak więc nowe gniazdko, w którym wszystko tak miało się układać, zaczyna jawić się całkiem inaczej niż miała na to nadzieję Natalia. 
Coraz częściej pojawiają się jej wizje ze Staruchą, róże zachowują się również przedziwnie. Marek wydaje się jej nie wierzyć, do tego stopnia lekceważąc jej obawy, że kobieta wybiera się bez jego wiedzy do gabinetu psychologa, Krzysztofa Panka aby dowiedzieć się czy może nie zaczyna po prostu tracić zmysłów i czy może to wszystko, co widzi, słyszy, w czym uczestniczy nie jest początkiem choroby psychicznej? Tym bardziej, że Marek nie tylko nie wspiera jej i nie stara się jakoś wspólnie działać, dowiedzieć się co tak naprawdę dzieje się z ciężarną żoną ale też jakby atmosfera nowego domu zaczynała mu się udzielać i to w tym negatywnym sensie. Szczęście w nieszczęściu, że najgorzej dzieje się w jednym z pomieszczeń mieszkania, w gabinecie, w którym po raz pierwszy miała straszny sen pani domu. I mimo, że obecność Staruchy Natalia wyczuwa praktycznie cały czas, jakby ten jeden pokój duch wziął sobie we władanie. 

Początkowo zastanawiałam się czy tak naprawdę Natalia faktycznie ma możliwość widzenia i słyszenia ducha i jego ofiar? Czy może faktycznie zaczyna chorować a może to ktoś inny, najbliższy, chce wpędzić kobietę w poczucie, że zaczyna się jej szaleństwo?

Duchy i ich istnienie obok nas nie są dla kobiety nowością. Są czymś, o czym opowiadała jej ukochana babcia a o istnieniu czegoś kobieta jakiś czas temu zapomniała lub może wyparła tę wiedzę z pamięci? Boleśnie przekonuje się, że można być dręczonym przez złego ducha.

Nie zamierza jednak poddawać się złej istocie pozaziemskiej. Chce chronić swoje nienarodzone dziecko, samą siebie i podejmuje rozliczne działania, z których odwiedziny psychologa, Krzysztofa, który z czasem zacznie się z nią przyjaźnić, są jedynie początkiem. 
Ogólnie, to powiem czy raczej napiszę to tak. Czego w tej książce nie ma? Bo i duch, i niezwykłe róże żyjące własnym życiem, i psycholog i muzealnik mający dowiedzieć się co mogło wydarzyć się w przeszłości w kamienicy, i ksiądz, który ma wesprzeć kobietę w jej niełatwej sytuacji. Wreszcie są też najprawdziwsi łowcy duchów, którzy w pewnej chwili zjawiają się na pomoc kobiecie z całym tym oprzydządowaniem potrzebnym do przekonania się o tym czy dom faktycznie jest nawiedzony. Ale mimo tego nadmiaru, całość nie wydaje się być nadmiernie przeładowana. 
Dobrze, że mimo, że osamotniona ze strony męża Marka, który zdaje się szybko bardzo zmieniać i to niestety, na gorsze, Natalia ma wsparcie w bracie Maksie i jego rodzinie. Nawiązuje też dobrą relację z Krzysztofem jak i z łowcami duchów, o których wspomniałam, Asią i Szymonem, którzy w istnienie ducha również zaczną wierzyć i będą chcieli pomóc kobiecie w tej wydawałoby się nierównej a na pewno ogromnie ciężkiej walce.

„Śpij, dziecinko, śpij…” to horror. Nie jest to więc literatura filozoficzno nie wiadomo jaka ale, mimo, że Jolanta Bartoś do napisania tej książki użyła „bezpiecznie znanych” składników, to potrawa wyszła jak najbardziej zjadliwa 😉 
Z ciekawością czytałam o tym, jak Natalia poznaje historię tego co zdarzyło się w domu, w którym zaczęła niedawno mieszkać, jak zgłębiała istotę ducha a raczej to, dlaczego uparł się akurat na nią. 
Muszę przyznać, że lubię horrory i ten zdecydowanie mnie wciągnął w swój mroczny świat. Może niekoniecznie podczas nocnej lektury podskakiwałam usłyszawszy jakieś skrzypnięcie czy stukot ale zdecydowanie wciągnęły mnie te klimaty, w którym przyszło walczyć głównej bohaterce i zdecydowanie kibicowałam jej podczas tej sytuacji licząc na to, że jednak uda się jej wyjść z niej obronną ręką. Ale zakończenie…aż ciarki mnie przeszły na samo wspomnienie!

Myślę, że pani Jolanta Bartoś zdecydowanie powinna rozważyć pozostanie jeszcze chwilę przy tym gatunku. Nie ukrywam, liczę nawet na to, że tak się stanie bowiem w wykonaniu tej akurat autorki można liczyć na coś więcej niż jedynie „straszenie duchem” a refleksje natury wręcz psychologicznej lub nawet duchowej. 


Moja ocena to 5 / 6 i pozostawiam Was tu z adnotacją, że jako czytelniczka mam nadzieję, że jeszcze jakiś horror tej konkretnej Autorki, będę mogła Wam polecić. 

„Ona i jej kot”. Makoto Shinkai. Naruki Nakagawa.

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2022). Ebook.

Przełożył Dariusz Latoś.
Tytuł oryginału Kanojo to kanojo no neko.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Koty ratują ludzi” to pierwsza myśl jaka przyszła już po dwóch pierwszych z czterech opowiadań jakie są w tej książce. Tak w ogóle, to na początku była manga o tym samym tytule, ale przyznaję, że jej nie znam więc trudno mi jest porównywać mangę i beletrystykę a nawet sądzę, że dobrze, że nie znam bo właśnie nie będę na siłę porównywała obu książek.

„Ona i jej kot” to cztery opowiadania, w których narratorami są na przemian i bohaterki i ich koty. A cała akcja rozpoczyna się w chwili gdy jedna z kobiet znajduje wyrzuconego przez kogoś kota i postanawia dać mu nowy dom i imię Chobi. W każdym kolejnym opowiadaniu główną rolę pełnią kobiety i koty. Między kobiecymi bohaterkami są pewne powiązania , zawodowe lub personalne ale również koty występujące w książce a więc Chobi, Mimi, Kukki i Kuro. Jak wspomniałam, koty są również narratorami opowieści, ciekawe jest więc zestawienie akcji książki i tego co wiemy od kobiet z tym, co na ten sam temat mówią koty.
Może jesteście ciekawi czemu przyszło mi do głowy hasło o tym, że koty ratują ludzi?
Otóż, w każdym z opowiadań bohaterki mają jakieś większe lub mniejsze problemy życiowe. Zajęcie się bezdomnym kotem pomaga im zmienić perspektywę spojrzenia na to co dzieje się w ich życiu, pomaga też poczuć się ważnym dla drugiej istoty, która obdarza je miłością i bezwarunkowym przywiązaniem.

Nie ukrywam, że moim ulubionym opowiadaniem jest opowiadanie trzecie noszące tytuł „Niebo i sen”, w którym poznajemy Aoi obciążoną poczuciem winy po śmierci swojej najlepszej przyjaciółki, Mari. Dziewczyna po tym jak jej przyjaciółka zmarła nagłą śmiercią nie wychodzi z domu i pogrąża się w coraz bardziej mrocznym wewnętrznym świecie. I prawdopodobnie zniknęłaby w tym mrocznym świecie całkiem, gdyby nie fakt, że jej mama przygarnęła jedno z kociąt Mimi, a konkretnie kotkę Kukki. To Kukki pomoże, całkiem nieświadomie zresztą, wyjść dziewczynie zarówno dosłownie z domu jak i symbolicznie, na życiową prostą.

„Ona i jej kot” to nie jest jakaś niewiarygodnie ambitna literatura, jednak jest to coś, co lubię. Po pierwsze, są tu opisani zwykli ludzie i ich zwyczajne ale dla nich ważne, problemy i zmartwienia. Po drugie, jednymi z bohaterów są koty, zwierzęta, które raczej rzadko są jednymi z głównych bohaterów (mam wrażenie, że tu prym wiodą psy). Koty jednak pełnią tu rolę terapeutyczną. To nie koty z rozlicznych memów, w których każą się traktować jak królowie (lub mają wyższe ambicje), wokół których służalczo skacze człowiek zastanawiając się nad tym jak jeszcze może rozpieścić swojego pupila. To koty, które pozwalają człowiekowi stanąć na nogi po jego traumie, które są dla kobiet z opowiadań wiernymi przyjaciółmi, które to koty wreszcie są wierne i kochające i pobawione wszelkich postaw roszczeniowych wobec ludzi, z którymi mieszkają a których czasem sami wybierają na swoich opiekunów.

Na pewno książka „Ona i jej kot” stanowi miły prezent dla każdego kto lubi koty. Ale również dla kogoś, kto ma ochotę na coś nie bardzo wymyślnego ale napisanego w przyjemny sposób i również, co według mnie nie jest bez znaczenia, coś co człowieka pokrzepi, przekona, że po ciemniejszych chwilach, wydarzeniach może przyjść lepszy , twórczy , dobry czas.

Moja ocena to 6/ 6.

Jedenaście lat…

…minęło od narodzin Emilki.

Nie sposób nie myśleć o Niej dzisiaj w sposób bardziej intensywny niż zawsze (nie ma dnia, żebyśmy o Niej nie myśleli).

Jaka by była? Jakby wyglądała?

Te dni „rocznicowe” są dla nas wyjątkowo niełatwe ale dzięki temu, że mamy siebie, Jasia, rodzinę, przyjaciół, są one jednak nieco łatwiejsze.

Dziękuję Wszystkim tym, którzy pamiętają o Niej w tym dniu i przesyłają swoje słowa do nas. Doceniamy każdy taki gest, każde słowo, każdy gest pamięci.