„Miłość w czasach globalnych zmian klimatycznych”. Josef Panek.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2021). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski. 

Tytuł oryginalny Laska v dobe globalnich klimatickych zmen.

„Miłość w czasach globalnych zmian klimatycznych” to bardzo oryginalna proza. 

Ogólnie mówiąc, narrator opowiada nam wycinek ze swojego życia, a brzmi to nieco jak słowotok kogoś, kto z jakiegoś powodu zwyczajnie musi się wygadać drugiej osobie. Znacie ten klimat, gdy siedzicie na lotnisku, stacji kolejowej czy w jakimś innym miejscu i czekacie na mocno opóźniony środek transportu a wśród zirytowanego czy zmęczonego tłumu jakaś osoba właśnie was wybiera na odbiorcę swojej historii? Powierza ją wam czy tego chcecie, czy też, co bardziej prawdopodobne, czy tego raczej nie chcecie. 

Styl opowieści narratora jest również oryginalny bo zwraca się niby do osoby trzeciej ale opowiada o sobie. 

A opowieść to jak mówiłam, niedługa ale gęsta jak sos w hinduskim daniu. Hinduskim bowiem narrator opowiada nam o wycinku ze swojego życia zawodowego a mianowicie o wysłaniu go na konferencję do Indii. I tamże ma spędzić w sumie niewiele dni. W ciągu tych paru dni jednak udaje mu się poznać miejscową kobietę, również zajmującą się zawodowo nauką, której to również opowie trochę o sobie samym.

„Miłość w czasach globalnych zmian klimatycznych” to ciekawie poprowadzony strumień opowieści o Czechu, wychowanym w końcu komunizmu, który po przełomie politycznym w swoim kraju może i podróżuje, korzysta też z tego, co oferuje mu świat. To również mimo niewielkiej objętości, bardzo trafny obraz współczesnego świata z wszystkimi jego grzechami , tymi mniejszymi i większymi i chociaż sądzę, że styl narracji może kogoś lekko denerwować (na pewno chwilę trzeba do specyficznego języka autora przywyknąć) to według mnie warto ją przeczytać. 

Czeska proza z jej trafnością obserwacji ludzi i świata, jak również z charakterystycznym dla literatów tego kraju, poczuciem humoru. Dla mnie na plus, że nie jest to nie wiadomo jak wydumana historia, niepotrzebnie nadęta objętościowo. Co miało zostać napisane, zostało, wbrew niby to popowemu stylowi opowieści, zawiera ona sporo trafnych obserwacji. Taki może lekki kryzys wieku średniego podany przez pryzmat refleksji nad tym, co się z nami teraz dzieje. 

Polecam miłośnikom nie do końca typowych książek. 

Moja ocena to 5 / 6. 

17 lat blogowania

 Dzisiaj wpis rocznicowy jako, że siedemnaście lat temu napisałam na moim blogu swój pierwszy wpis. 
Pierwszy wpis traktował o podróży i w sumie na początku miał to być blog jedynie o podróżach ale że nie było ich znowuż aż tak wiele w życiu a ja zawsze lubiłam z ludźmi rozmawiać, blog z czasem ewoluował w blog o życiu a z kolei z czasem w blog głównie o książkach , chociaż oczywiście nie jedynie o nich. 

Blogowanie sprawia mi wiele radości, dlatego wciąż możecie czytać to, co myślę na temat przeczytanych przeze mnie książek. Mimo, że platforma, na której pisałam niemal piętnaście lat, pożegnała nas, blogerów , staram się pisać w nowych miejscach, chociaż akurat ja z pożegnania z poprzednim miejscem blogowania zadowolona nie jestem. To dla mnie jako blogerki okazała się jednak poważna cezura i utrata sporego, zebranego przez naście lat, grona czytelników. Inna sprawa, że faktycznie, blogi powoli odchodzą do lamusa, większość osób przebywa głównie w mediach społecznościowych typu Fb. 

Przypominam więc bądź może nowe osoby o tym informuję po raz pierwszy, że mój blog posiada na Fb stronę, do polubienia której oczywiście zapraszam jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. 
Adres do niej to 

https://www.facebook.com/Chiara76-221923774977525

Mam nadzieję, że stali Czytelnicy mojego blogu wciąż będą towarzyszyć mi w tej blogowej przygodzie a tym , którzy wciąż zostawiają komentarze właśnie na blogu , serdecznie dziękuję.

„Pokusa przebaczenia”. Donna Leon.

 Wydana w Oficynie Literackiej Noir sur Blanc. Warszawa (2021). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.
Tytuł oryginalny The Temptation of Forgiveness.

Komisarz Brunetti wraca do nas, wiernych czytelników i jak to Brunetti. Z jednej strony przyjdzie mu zmagać się ze śledztwem, z drugiej , z niesprawiedliwością współczesnego świata. 
Jak to jest w książkach Donny Leon, wątek kryminalny jest równorzędny z publicystycznymi i społecznymi refleksjami nad życiem, ludźmi, światem. I nie są to jak to u tej autorki bywa, refleksje radosne.

Do Brunettiego przybywa kobieta, pracująca wraz z żoną komisarza Paolą. Zgłasza się do niego jako do Policjanta gdyż chce zasięgnąć jego opinii czy może rady czy pomysłu na to aby zgłosić swoje obawy dotyczące jej syna a jednocześnie sprawić by syn nie poniósł z racji tego żadnych konsekwencji. Oto bowiem professoressa Crosera obawia się, że jej syn zażywa narkotyki. Po przeprowadzonej rozmowie, w czasie której wyraźnie jednak stara się ona zachować dystans w stosunku do Brunettiego , kobieta wychodzi. A Brunetti szybko dowiaduje się, że mąż professoressy został napadnięty i walczy o życie w szpitalu. Czy napad na męża kobiety wiąże się z potencjalnym nałogiem ich syna, nastolatka ?

Brunetti jak to Brunetti, jego doba najwyraźniej jest z gumy. Oto bowiem ma czas i na spokojne posiłki jadane z całą rodziną i na niespieszne dotarcie do pracy z obowiązkową kawą wypitą po drodze i na prowadzenie śledztwa i na zaczytywanie się klasyką, z której czerpie moc natchnienia i która to klasyka pozwala mu na lepszy odbiór współczesnego świata. 

W tej części cyklu kryminalnego o komisarzu weneckiej Policji według mnie wątek kryminalny potraktowany został dość po macoszemu. Przynajmniej ja takie wrażenie odniosłam podczas lektury. 
Przyjemnie jednak było wrócić nawet w taki sposób do magicznej Wenecji i chwilę przechadzać się wzdłuż kanałów podziwiając jej bajeczne zabytki, palazza i same kanały. Nawet jeśli wątek kryminalny mnie nie wciągnął. Tradycyjne obserwacje kierunku, w jakim zmierza zarówno samo miasto, w którym mieszkają bohaterowie jak i świat a co za tym idzie, ludzie, została w znanych nam, czytelnikom, proporcjach.

Nie jest to , według mnie, najlepsza książka Donny Leon. Niestety, ostatnia książka Aleksandry Marininej, „Niezamknięte drzwi” również mnie nie zachwyciła jednak na szczęście, „Pokusa przebaczania” jednak okazała się lepsza ale czuję się odrobinę zawiedziona tym, że książki dwóch lubianych tak przecież przeze mnie autorek, nie zachwyciły mnie tak jak tego oczekiwałam. 

Moja ocena „Pokusy przebaczenia” to 4 / 6. 

„Światu nie mamy czego zazdrościć”. Barbara Demick.

 Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2017). Ebook.

Przełożyła Agnieszka Nowakowska. 

Tytuł oryginału Nothing to Envy: Ordinary Lives in North Korea.

„Światu nie mamy czego zazdrościć” to hasło z jednego z wielu propagandowych plakatów jakie rozlepione są w Korei Północnej. Tytuł ten uważam za szalenie udany jak na tę książkę. Brzmi dość ironicznie w kontekście tego, co wiemy na temat tego kraju. 
Ja czytałam tę książkę podczas urlopu w Gdańsku i muszę powiedzieć,że to jedna z tych książek, które naprawdę ogromnie człowieka wciągają. A zwłaszcza jeśli człowiek interesuje się światem. 

Korea Północna chce się pokazać światu jako mocarstwo, które stać na wszystko. Szczerze, to patrząc na współczesną politykę jaką prowadzą kolejni dyktatorzy sprawujący władzę w tym kraju, jestem w stanie uwierzyć, że są w stanie posunąć się do wszystkiego i nie poprzestać na straszeniu mającym wywołać pomoc humanitarną. Skoro doprowadzili swój kraj do ery głodu. Bo „Światu nie mamy czego zazdrościć” opowiada o życiu zwykłych Koreańczyków z Północy. O ich życiu jeszcze w Korei Północnej ale i już po ich ucieczkach poza granice kraju. Autorka pracując w Korei Południowej miała okazję poznać  uciekinierów z Północy i przeprowadzać z nimi nie tyle wywiady co właściwie prowadzić często bardzo szczere, rozmowy. 

Kilkoro osób, zaangażowana partyjna członkini, lekarka, pracownica przedszkola, pracownica fabryki, student uczący się w Pjongjangu, ci rozmówcy Barbary Demick przybliżają nam , czytelnikom, realia życia w Korei Północnej na przestrzeni lat aż do okresu wielkiego głodu. 

Z naszych polskich mediów pamiętam przebłyski zatrważających informacji biegnących wówczas z tego reżimowego kraju, w którym pani spikerka z szerokim uśmiechem podawała nielicznym przecież widzom, przepisy na pożywną zupę z trawy. 
To, w jaki sposób znajdowano cokolwiek co mogło stać się jakimkolwiek pożywieniem, to również wstrząsająca część tej książki. Dla nas, jednak przyzwyczajonych do sytości, poczucie głodu powiedzmy sobie szczerze, nie istnieje. Sądzę, że ostatnie pokolenie, które zna prawdziwy głód to to, które przeżyło IIWŚ. Koreańczycy z Północy musieli przypomnieć sobie o nim stosunkowo niedawno.

Przyznaję, że ta książka oprócz tego, że zwyczajnie jest niezwykle ciekawa i po prostu, co tu kryć , wciągająca, zaskoczyła mnie raczej na plus. Zakładałam, że reżim i zastraszenie są tam do tego stopnia silne, że ludzie w najbliższym nawet otoczeniu stają się dla siebie wrogami i zagrożeniem, oczywiście pod wpływem partii i kolejnego chorego z nienawiści dyktatora. Który woli widzieć swój naród umierający z głodu (kolejny ciężki fragment książki) niż żyjący w godności i dobrobycie. A wszystko to dla swoich urojonych, chorych idei i wydumanych bzdur. Szkoda tylko, że tacy ludzie budują jednak jakiś potencjał nuklearny.

Okazuje się jednak, że nawet w tak strasznym kraju, jakim niewątpliwie jest Korea Północna, istnieje miłość czy to rodzicielska czy to między ludźmi, przyjaźń . Ludzie nawet miewają poczucie humoru czy może jego przebłyski?

Czy oni naprawdę wierzą w to, co recytują głośno na wiecach ku czci swoich kolejnych „Ojców”? Nie wiem. Myślę, że jak wszędzie, są i ideowcy, którym nie przemówi się do rozsądku nawet najbardziej twardymi faktami i są też ci, którzy jedynie pozują czy to dla wygody czy może jak sądzę, że jest w tym przypadku, dla zwykłego bezpieczeństwa.

Uprzedzam, że wbrew temu, że czyta się tę książkę świetnie, to bardzo trudny kawałek literatury, zwłaszcza dla kogoś z bogatą wyobraźnią. Niemniej jednak uważam, że warto jest czytać także coś trudniejszego, co otwiera nam szerzej oczy na to co dzieje się poza granicami naszej bezpiecznej bańki. Polecam! 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Bieg Anioła”. Dorota Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Lucky. Radom (2021).

„Bieg Anioła” to książka, która mnie w jakiś niezwykły sposób do siebie przyzwała. Nie ukrywam, że autorki książki do tej pory nie znałam z Jej poprzedniej książki noszącej tytuł „Cecylio, obudź się!”. Ale kiedy zobaczyłam okładkę „Biegu Anioła”, zaprojektowaną przez niezrównaną Ilonę Gostyńską-Rymkiewicz, z której to spogląda na nas cudowny bulterier z dorysowanymi skrzydełkami i aureolą …czułam, że muszę ją przeczytać. 

„Bieg Anioła” okazał się książką zaskakującą mnie. Myślałam, że będzie to jedynie albo wesoły obyczaj albo może kryminał na wesoło a okazał się świetną mieszanką, i do pośmiania się i do wzruszenia, zwłaszcza, że zostały tu poruszone bardzo trudne dla mnie tematy. Na plus, jeśli gdy zaczynałam czytać , sądziłam, że wiem, czego mogę się spodziewać , to szczęśliwie książka miała dla mnie różne zabawne ale i do wzruszenia, niespodzianki. 

Wiem, że czasem ludzie mówią, że tego typu opowieści to trochę bajki dla dorosłych. I chociaż może nie jest to taka do końca bajka bo jak wspomniałam na początku, nie wszystkie tematy i problemy w niej poruszane są jak z bajki. Raczej jak ze złego koszmaru.

Bohaterką opowieści jest Gertruda. Mieszka samotnie w wiosce na Kaszubach, nieopodal Trójmiasta. W wiosce Bory Wielkie panuje niesympatyczny sołtys, Józef Kąkol. Ale większość mieszkańców jest miła chociaż jak to w takim małym świecie, bywają większe lub mniejsze, dramaty. 

Gertruda mieszka samotna, pracuje w domu jako, że z zawodu jest krawcową. Początkowo nie wiemy czemu kobieta mieszka sama ale z czasem dowiadujemy się czemu nie dość, że mieszka sama, to jeszcze dlaczego nie mówi a z sąsiadami czy mieszkańcami wioski porozumiewa się za pomocą komunikatów pisanych na kartce. 

Momentem przełomowym w dość przewidywalnym i smutnym życiu kobiety okaże się dzień, w którym znajdzie ona porzuconego bulteriera. Początkowo chce ona jedynie zawieźć biedne zwierzę do weterynarza ale jak się można domyślać, na zawiezieniu się nie skończy. Tych dwoje bowiem ma sobie do zaoferowania coś o wiele więcej niż parę wspólnych chwil , z tym, że początkowo jeszcze oboje o tym oczywiście, nie wiedzą.

Bardzo lubię książki, w których bohaterami są psy. Niekoniecznie lubię takie, w których psy mówią i są narratorami (mówię tu o książkach dla dorosłych, w książkach dla dzieci, wiadomo, że panują inne zasady) , wolę po prostu takie, w których pies jest ważnym bohaterem książki. A taki jest znaleziony przez Gertrudę bulterier, nazwany przez nią dość szybko Aniołem. Ani Anioł ani Gertruda nie mają pojęcia, że mimo porzucenia psiaka, pewien członek zorganizowanej grupy przestępczej jest zainteresowany odzyskaniem psa. 
A jeśli dodać do tego ośrodek dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną, któremu grozi zamknięcie, sympatycznego weterana wojennego Marka, miłą i walczącą z nadwagą Kaśkę ze sklepu, Antka, który chce w życiu coś ważnego osiągnąć , meksykański kartel narkotykowy z rządzącym nim mafiozem zwanym Don Padre, panią Kleszczową (religijną sąsiadkę), nowego księdza o imieniu Mateusz no i wspomnianego już wcześniej niesympatycznego sołtysa wsi, Józefa Kąkola, możecie być pewni, że w tej książce będzie się wiele działo.

I jak już pisałam, to tego rodzaju książka, nad którą uda się człowiekowi i pośmiać i powzruszać. Lubię takie książki, w których jednak ostatecznie większość ludzi okazuje się być dobra i przyzwoita. Pewnie, że są łobuzy czy źli ale okazuje się, że we wspólnocie siła i moc. I że każdemu (no, prawie) człowiekowi warto jest dać szansę na poprawę. A na pewno wysłuchać jego historii i zastanowić się czemu jego życie ułożyło się tak a nie inaczej. I skąd może wynikać jego słabość, zgorzknienie, złośliwość czy samotność? 

„Bieg Anioła” okazał się taką książką, którą zaczęłam czytać z myślą „Zobaczę w ogóle co i jak ” i kiedy zaczęłam, nie mogłam się oderwać. Bardzo się cieszę, że Dorota Wójcik trochę „odmitologizowała” cudowne psy, jakimi są bulteriery a które, owszem jak każde zwierzę, może stanowić zagrożenie jeśli się je źle traktuje i wychowuje na mordercę. Natomiast książkowy Anioł walący wszystko i wszystkich ogonem po nogach ze szczęścia i puszczający smrodliwe bąki, jest jednym z moich ulubionych odtąd książkowych psich postaci 🙂

A zakończenie 🙂 jest jednym z moich ulubionych książkowych zakończeń. 

Jeśli macie chęć na książkę niby lekką ale niosącą ze sobą ważne przesłanie i optymistyczne zakończenie, jeśli tak jak ja, kochacie psy i macie chęć poczytać o nich na kartach powieści, oto książka dla Was. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Comedy Queen”. Jenny Jagerfeld.

 Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2020). Ebook.

Przełożyła Patrycja Włóczyk.
Tytuł oryginalny Comedy Queen.

Wydawnictwo Stara Szkoła jest od paru lat jednym z moich ulubionych wydawnictw. Spytacie „Czy dlatego, że dostajesz z tego wydawnictwa stosy książek do recenzji i dołączone do nich gadżety?”. Nie. Dlatego, że wydaje ZŁOTO.

Nie tak dawno ktoś poprosił mnie o polecenie czegoś dobrego do przeczytania dla osoby w baaardzo specyficznej sytuacji życiowej. Od razu przyszła mi do głowy Ostatnia Arystokratka bądź jeśli nie coś do śmiechu, to Karika i jego trhillery i horrory. 

Wczoraj, zupełnie przypadkiem patrząc na wpis o Dniu Ojca na stronie Starej Szkoły na Fb, odkryłam, że na czytniku czeka nabyta przeze mnie w wersjii ebookowej książka „Comedy Queen”. I jak po nią sięgnęłam tak…nie mogłam się od niej oderwać. 

Teoretycznie, to podobno książka dla młodzieży. W rzeczywistości zaś polecałabym ją każdemu dorosłemu a zwłaszcza rodzicowi. 

Wciąż według Autorki książki ale i mnie samej, mówi się o depresji i samobójstwie. „Comedy Queen” wbrew pozornie wesołemu tytułowi porusza temat nielekki. Czy może, nazwijmy rzeczy po imieniu, ogromnie ciężki. Jeszcze parę lat wstecz nie sięgnęłabym po tę książkę, to wiem. Lata mijają i człowiek jest w stanie przeczytać coś, co kiedyś wydawało się nie do przeczytania. 

Sasha Rein, narratorka tej krótkiej acz ogromnie treściwej książki, ma niespełna dwanaście lat gdy rozpoczyna się akcja książki. Szybko orientujemy się, że jej mama nie żyje a jeszcze szybciej, że nie zginęła w wypadku czy na skutek choroby lecz że odebrała sobie życie. 

Sasha stara się odnaleźć w nowej dla niej sytuacji. Ma obok siebie kochającego ją ogromnie tatę, babcię i brata taty, wujka Ossiego. Te wszystkie osoby starają się stworzyć dziewczynce komfort psychiczny ale przecież też na swój sposób, każdy z nich zmaga się ze swoją żałobą, najbardziej oczywiście mąż Sabine a mamy Sashy. 
Sasha, oszołomiona po śmierci mamy, aby uniknąć losu kobiety i nie osierocić ojca, stwarza sobie, na podstawie tego co wywnioskowała po stracie mamy, bardzo oryginalną i w sumie dość krótką listę, która stanowić ma dla niej od tej pory coś na kształt motta życiowego. Lista ma siedem punktów:

1. Ściąć włosy.

2. Nie opiekować się żadną żywą istotą.

3. Nie czytać książek.

4. Nosić tylko kolorowe ubrania.

5. Nie myśleć za dużo (a najlepiej wcale).

6. Unikać spacerów. Unikać lasu.

7. Zostać comedy queen.

Czyli, praktycznie, pozbawić się większości przyjemności, drobnostek, które sprawiają , że życie ma barwy. Sasha podejmuje jednak takie a nie inne decyzje bo wydaje jej się,że jest zbyt podobna do mamy i boi się aby i ona nie porwała się na swoje życie. Nie chce zostawić na świecie swojego i tak biednego i pogubionego taty. Taty, który na szczęście pozwala sobie na żałobę ale nie traci z oczu swojej nastoletniej córki i który jest zaniepokojony faktem, że według niego dziewczyna zbyt silnie tłumi w sobie wszelkie emocje a to zazwyczaj do niczego dobrego nie prowadzi. Podejmuje więc z nią terapię z mądrą psycholożką. 
Dobrze, że to czyni, bowiem nie jest w stanie wszystkiego od córki się dowiedzieć. A tymczasem obok niego, przeżywającego swoją żałobę, na swój sposób walczy córka, zmagając się ze swoim bólem, żałobą, ogarniającym ją co jakiś czas mrokiem. 

Na szczęście, oprócz rodziny Sasha ma też przyjaciółkę, Martę (która tak naprawdę ma nieco inaczej na imię ale Sashy podoba się z pewnego powodu taka a nie inna wersja imienia przyjaciółki). Marta gra na banjo i chce założyć na YT kanał o grze na tym instrumencie. I doskonale rozumie usiłowania i ambicje Sashy aby spełnić jeden z punktów listy a mianowicie zostać Comedy Queen czyli rozchwytywaną i popularną standuperką. Brzmi dziwnie, że dziewczyna, która dopiero co pochowała matkę po samobójczej śmierci tejże chciała rzucać żartami ze sceny i rozbawiać publiczność? Nie. I dobrze, że nie bo wbrew pozorom, ten plan czy raczej fragment jego realizacji okaże się wręcz terapeutyczny dla całej sytuacji i żałoby dziewczyny.

„Comedy Queen” to książka ZŁOTO. Naprawdę. Tu nie ma żadnego niepotrzebnego zdania, wydarzenia. Tu ma się wrażenie, że z bólem ale podczytuje się pamiętnik osieroconej nastolatki. Która jeszcze pół roku temu miała mamę, tatę i dom i która od dzieciństwa marzyła o psie w domu a której to w przeciągu paru miesięcy życie zmieniło się kompletnie. I również z tego powodu dawne marzenie o psie odchodzi w zapomnienie a wręcz trafia na listę jako zakazana sytuacja. 
To niesamowicie prawdziwy, wzruszający, przejmujący a jednocześnie bywa, że bardzo zabawny (w końcu Sasha ma zostać Comedy Queen ) obraz życia nastolatki po traumie. I jednocześnie obraz tego, jak destruktywnie to działa na osoby, które zostają w takiej sytuacji. Jak trudno jest pogodzić się z tym, że jednego dnia miało się rodzinę a następnego dnia już nie. I że , nawet jeśliby się chciało, będąc dzieckiem nie jest się w stanie działać, zachowywać i działać jak osoba dorosła. 

Nie ukrywam, to nie jest książka lekka, łatwa i przyjemna. Temat uwiera, boli wręcz. Niemniej jednak to książka z rodzaju tych, które musisz dokończyć jak najszybciej aby dowiedzieć się jak się skończy (a niektórzy odzywają się do wydawcy z pewnymi pytaniami … ) . To książka mądra, przybliżająca zarówno problem depresji, żałoby jak i w nienachalny sposób przypominająca, że nie w każdej sytuacji jesteśmy w stanie poradzić sobie sami, bez fachowej pomocy.

Niech Was nie zwiedzie adresowanie „Comedy Queen” do młodzieży. Według mnie to książka zarówno dla młodszego jak i nieco starszego czytelnika. 

Moja ocena nie powinna nikogo zdziwić. 
A jest to 6 / 6. 

„Zbrodnia niedoskonała”. Katarzyna Bonda, Bogdan Lach.

 Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2015). Ebook.

„Zbrodnia niedoskonała” to książka, po którą jeśli jeszcze nie sięgnęli to z pewnością sięgną osoby interesujące się tematyką kryminalną a konkretnie też tak zwanym „true crime”. 
Nie wiem na ile potrzeba jest wyjaśniania kto jest kim w duecie, który napisał tę książkę. Być może warto jest przypomnieć, że Bonda to jedna z najbardziej znanych polskich autorek książek kryminalnych a Bogdan Lach to jeden z najsłynniejszych polskich profilerów. Pełni On zawód do niedawna jeszcze w Polsce nieznany a od parunastu czy może parudziesięciu już lat, coraz bardziej na polskiej scenie kryminalnej dostrzegany i co ważniejsze, poważany i wykorzystywany podczas wydawałoby się, niemożliwych do rozwiązania, śledztw. 

„Zbrodnia niedoskonała” to krótkie wprowadzenie i wyjaśnienie tego, kim jest profiler a następnie opis wielu polskich spraw, przy których właśnie Bogdan Lach, pracował i które dzięki Jego żmudnej pracy , zostały rozwiązane. 

Bardzo trudno jest mi napisać jak oceniam książkę bo przecież nie powiem , że jest świetna , skoro wiem, że opowiada o prawdziwych zbrodniach, o ludzkich tragediach! Trudno tak oceniać książkę opowiadającą o tym jak ktoś stracił życie lub zaginął a jego bliscy zostali w rozpaczy i często nie znają prawdy dotyczącej przestępstwa popełnionego na bliskim im osobach. Może więc napiszę , że jest to książka interesująca? Dobrze napisana? Przybliżająca laikom czy nawet, nazwijmy to tak w przypadku miłośników podcastów true crime, tak zwanym „kanapowym detektywom” niewiarygodnie trudną i jak już pisałam, żmudną pracę profilera. 

Książkę czytało się bardzo dobrze, niestety (wciąż przypominam, że to książka opowiadająca o prawdzie a nie kryminał z najbardziej ciekawą ale jednak wymyśloną fabułą) i nie można się było od niej oderwać.

Dla czytelników, którzy chcą przez chwilę pełnić rolę profilera, autorzy „Zbrodni niedoskonałej” przygotowali nawet zagadkę, w której oczywiście należy określić profil sprawcy zbrodni. Zbrodnia ta wydarzyła się naprawdę, natomiast w książce szczegóły zostały nieznacznie zmienione jak i zdziwiona jestem tym, że jest to zbrodnia, która w książce ma rozwiązanie i konkretnego sprawcę a niestety, w życiu rozwiązana nie została 😦 nad czym ubolewam bo odkąd o niej usłyszałam, „siedzi” mi w głowie i życzę bliskim Ofiary aby prawda ujrzała światło dzienne i oby sprawca poniósł zasłużoną karę).

Moja ocena tej książki to 6 / 6. 

Jeśli macie może do zaproponowania mi jakieś inne książki z dziedziny true crime , z polskiego podwórka najchętniej, to proszę, podzielcie się tytułami. Ja na razie zaczęłam kolejną książkę o profilowaniu duetu Bonda – Lach a przede mną jeszcze książka Jana Gołębiowskiego. Może jednak wydane jest coś innego, co czytaliście i co polecacie? Z góry dziękuję. 

„Po złej stronie pożegnania”. Michael Connelly.

 Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2020). Ebook. 

Przełożyła Magda Kurylak. 
Tytuł oryginalny The Wrong Side of Goodbye.

„Skaczę” sobie po częściach cyklu autorstwa Michaela Connelly’ego o śledczym Harrym Boschu i oto „Po złej stronie pożegnania” to wcześniejsza część od czytanej przeze mnie ostatnio. Ale nie szkodzi. 

W kryminałach Connelly’ego często jest kilka wątków w jednej części i nie inaczej jest w tej książce. Oto bowiem będą dwa wątki, pierwszy – poszukiwanie dziedzica fortuny i drugi – namierzenie groźnego gwałciciela , zwanego Siatkarzem. 

Na początku książki dowiadujemy się, że Bosch podjął się działania jako prywatny detektyw ale pracuje też na część etatu na komisariacie w San Fernando. 
Do Boscha zwraca się milioner Whitney Vance z bardzo nietypową prośbą. Otóż, jest już stary, czuje, że jego miesiące są policzone a ma przeczucie, że kiedyś zachował się źle. Otóż, wie, że dziewczyna, którą kochał, zaszła z nim w ciążę. Niestety, za namową rodziny, porzucił ją i oto prosi Boscha by ten jeśli oczywiście to możliwe, odszukał jego potencjalnego spadkobiercę. 
A rzecz jest niezwykła bo spadek po staruszku może powodować u niektórych bardzo niemiłe zachowania. Kto bowiem lekką ręką odda miliony, do których posiadania już się duchowo nastawił? Bosch od samego początku więc, ostrzeżony przez Vance’a, nastawia się na walkę. 

Z drugiej strony ma przed sobą zadanie wynikające z pracy na komisariacie w San Fernando. Od jakiegoś w mieście grasuje włamujący się do domów gwałciciel, od sposobu włamywania się do pomieszczeń nazwany przez policję „Siatkarzem”. I ta sprawa spędza sen z powiek Boscha, zwłaszcza, że jego córka Maddie jest już studentką, wynajmującą z koleżankami mieszkanie. Ma więc o kogo dodatkowo się bać. 

Bosch to jeden z moich ulubionych śledczych. Przypomina mi nieco Wallandera , chociaż jego relacje z córką można jednak uznać za lepsze niż skandynawskiego policjanta. Niemniej jednak obu ich łączy niereformowalny idealizm i poczucie misji, którą to misję zresztą realizują przez całą swoją śledczą karierę. 
Sposobu myślenia Boscha nie zmieni się. Nie stanie się nagle ironiczny czy wręcz cyniczny. Wciąż będzie wierzył, że jego zadaniem jest pomóc tym, którzy jego pomocy potrzebują. I to właśnie w Harrym Boschu uwielbiam. Tak. Mam pojęcie, że to jedynie postać literacka, wymyślony śledczy, któremu nie obojętna jest cudza niedola. A mimo tego darzę tę postać wielką sympatią. 

W książce „Po złej stronie pożegnania” Boschowi jak zwykle uda się pomóc innym w kontekście jednostkowym ale i społecznym. I to również krzepi, lubię też dlatego czytać kryminały o Boschu jako,że zawsze niosą ze sobą jakąś nutę optymizmu czy może pocieszenia, że zło zostanie ukarane prędzej czy później. 

Moja ocena tej książki to 6 / 6. 

„Bardzo długie popołudnie”. Inga Vesper.

 Wydana w Wydawnictwie Słowne. Warszawa (2021).

Przełożył Jacek Żuławnik.

Tytuł oryginalny The long, long afternoon. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Kalifornia, rok 1959, piękna dzielnica bogatych i , co ważne w tej książce, białych mieszkańców tego stanu. W Sunnylakes wszystko jest na swoim miejscu, zamożne rodziny mieszkają w sporych willach otoczonych wypielęgnowanymi trawnikami. Swój czas spędzają jak większość dobrze sytuowanych obywateli tamtych czasów, panowie w biurach, w których zarabiają na chleb dla rodziny, panie w domu, gdzie krzątają się po pięknych wnętrzach wychowując swoje idealne dzieciaczki. Domy świecą czystością gdyż większość z nich ma pomoc domową, najczęściej są to dziewczęta z uboższych dzielnic, najprawdopodobniej wszystkie one są Afroamerykankami. Oczywiście, w czasach, w których dzieje się akcja tego kryminału, bo tak, kryminał to jest, nikt nie używa tego typu wyrażenia a po prostu obraźliwych. 

Ruby Wright mieszka w dzielnicy zamieszkiwanej przez czarną i latynoską ludność Kalifornii. Ciężko pracuje przy sprzątaniu willi w domach białych w Sunnylakes. Ruby nie jest osobą, która poprzestaje na podstawach. Nie. Dziewczyna ma ambicje a największą to kontynuacja nauki na studiach gdyż dziewczyna chce zostać nauczycielką nauk ścisłych. Ma potencjał, jest mądra i pracowita. Niestety, nie posiada jednego. Pieniędzy. Zaciska jednak zęby i pracuje chociaż wielokrotnie jej praca to czysty wyzysk dziewczyny przez białe bogate mieszkanki dzielnicy Sunnylakes. Jednak nie wszystkie jej pracodawczynie są bezlitosne i niedobre dla niej. Jest bowiem przemiła młoda pani Joyce Haney, która nie tylko płaci uczciwie za pracę dziewczyny ale jest dla niej grzeczna, traktuje ją z szacunkiem i nawet prowadzi z nią rozmowy na tematy inne niż te co i w jakiej kolejności sprzątnąć. Joyce Haney nie jest jednak typową panią domu. Uczestniczy w spotkaniach Komitetu na rzecz Rozwoju Kobiet ale nie do końca wydaje się tam chyba pasować. Zajęta dwójką córek, niby mająca te same obowiązki co reszta zamożnych mieszkanek dzielnicy, wydaje się żyć jakoś „pomiędzy”. Nie zauważa tego jednak jej mąż, Frank Haney. 

Pewnego upalnego dnia, spocona i zmęczona dłuższą niż zwykle drogą autobusem do pracy Ruby dociera do domu sąsiadki Haneyów a następnie rusza do nich samych aby zająć się swoimi zwykłymi porządkami w ich domu. Na miejscu zastaje zaskoczoną starszą córkę państwa Haney, Barbarę stojącą na zewnątrz, w środku willi zaś płaczącą drugą córkę pary, a co gorsza, nie zastaje w niej pani domu, Joyce Haney. W kuchni jednak widzi coś, co powoduje, że mimo, że dopiero co było jej gorąco, czuje lodowate zimno. Na podłodze widnieje plama krwi. 

Szybko okazuje się, że Joyce nie ma w domu a przybyła na miejsce Policja wyznacza na śledczego w sprawie zniknięcia z domu Joyce Haney, nowoprzybyłego z Nowego Jorku detektywa, który nazywa się Michael Blanke. 

To Mick zanurzy się w niby to idealny świat jak z obrazka mieszkańców dzielnicy, w którym wiele wydaje się czymś, czym nie jest za to wiele chciałoby być czymś zupełnie innym niż jest. Świat pozorów i ułudy. Koniec lat pięćdziesiątych to lata niełatwe. Dotychczasowy porządek, w którym wzrastało pokolenie Blanke’a zaczyna mocno się chwiać. Do głosu dochodzą do tej pory dyskryminowani ze względu na swoje pochodzenie obywatele Stanów Zjednoczonych. Generalnie nie wszędzie i nie zawsze jest spokojnie bo do tej pory tłamszeni i lekceważeni mieszkańcy kraju zaczynają mieć tego dość. Z drugiej strony nawet ci pełnoprawni i w żaden sposób nie prześladowani przez nikogo zaczynają rozważać swoją sytuację a nie wszyscy chcą zgadzać się z tym, co jest im narzucane. Stąd i popularność spotkań pań domu tego typu jak te wymienione w książce czyli Komitetu na rzecz Rozwoju Kobiet. Które to spotkania również budzą wiele emocji wśród niektórych.

Mick Blanke zacznie więc dochodzenie, co tak naprawdę stało się pewnego upalnego popołudnia w wypielęgnowanym i ślicznym domku. I co tak naprawdę stało się z błękitnooką Joyce Haney, która zniknęła i rozpłynęła się jak we mgle, zostawiając z własnej woli bądź co gorsza, nie, dwie malutkie córeczki i zrozpaczonego męża. Śledczy jednak szybko zorientuje się, że aby mieć pełen wgląd w sytuacją a przynajmniej jakiekolwiek jej rozjaśnienie, musi skorzystać z pomocy Ruby Wright. I chociaż on sam zachowuje się w porządku i nie jest w żaden sposób niestosowny w stosunku do młodej kobiety, musi jednak zdobyć coś, co nie jest proste, a mianowicie zaufanie pomocy domowej. Bo tak naprawdę jeśli ktoś może znać prawdę o tym, co dzieje się wewnątrz tych domostw, to osoba, której pracodawcy nie zauważają niemal nigdy (zapewne jedynie w chwili wręczania jej banknotu na koniec dnia pracy) a która wbrew pozorom ma na karku bardzo mądrą głowę. 

Roby rozpoczyna więc współpracę z detektywem, co wcale nie spotyka się z pochwałą ani jego przełożonych ani jej bliskich. 

Podobała mi się zarówno intryga kryminalna przedstawiona w tej książce jak i problemy, które pojawiły się w treści. Rasizm, nierówności społeczne, niesprawiedliwości wynikające jedynie z faktu takiego a nie innego pochodzenia obywateli, ale również powolne ocknięcie się kobiet, które zaczynają powoli rozumieć, że jak najbardziej mają prawo do tego aby nie być jedynie śliczną ozdobą męża na jego firmowej kolacji ale jak najbardziej powinny spełniać się zawodowo i społecznie. 

Kiedy sięgałam po tę książkę ,nie ukrywam, byłam nieco nastawiona negatywnie przez niezbyt pochlebną recenzję jaką przeczytałam w jednym miejscu. Ale, co zawsze podkreślam, warto jest w takim przypadku sięgnąć po coś samemu i właśnie samemu wyrobić swoje zdanie na temat książki. I jak najbardziej cieszę się, że sięgnęłam po ten właśnie tytuł bo zwyczajnie miałam dobry kawałek rozrywki a przy tym akcja książki rozgrywała się w stanie, w którym działa się poprzednia książka (też kryminał) jaki czytałam więc jest to dość zabawny zbieg okoliczności.  Nie nazwałabym jej politycznym sztandarem ale kawałkiem niezłej prozy kryminalnej poruszającej ważne tematy. 

Moja ocena tej książki to 5 / 6. 

„Dwa rodzaje prawdy”. Michael Connelly.

 Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2020). Ebook.

Przełożył Przemysław Hejmej. 
Tytuł oryginału Two Kinds of Truth.

Można powiedzieć, że książkę znałam zanim zaczęłam ją czytać bowiem jakiś czas temu obejrzeliśmy wspaniale zrealizowany serial o detektywie Hieronimie Boschu, w którym to serialu ta część była ekranizowana w jednym z sezonów. Ale , co ciekawe, wcale nie przeszkodziło mi to w odbiorze lektury. 

To książka ze sporą ilością wątków i powiązań, warto więc czytać ją uważnie. 
Zaczyna się w chwili gdy Bosch od trzech lat jest już na emeryturze ale nie spoczął na laurach, wciąż działa. Pracuje w małym komisariacie w San Fernando, gdzie zatrudnia się przy rozpracowywaniu spraw „zamrożonych” a jedną ze spraw, którą ma się zająć jest sprawa zniknięcia Esmeraldy Tavares. 

W tej chwili zjawia się u niego była partnerka w pracy , nie w życiu, Lucia Soto wraz z zastępcą prokuratora i niesie Boschowi złe wieści. Otóż bowiem okazuje się, że w 1987 kiedy to udało się Boschowi doprowadzić do zamknięcia w celi śmierci mordercy młodej Danielle Skyler, Prestona Bordersa, mogło dojść do sfałszowania dowodów. Bosch wie, że ani on ani jego ówczesny partner, który już nie żyje, nie podrzucili wisiorka z konikiem morskim, który znaleźli u mordercy w skrytce ale media, prokurator, no i żądni sensacji ludzie mogą się z nim nie zgodzić. Tym bardziej niestety, że zastępca prokuratora dysponuje bezsprzecznymi wydaje się, dowodami na to, że w 1987 roku skazano niewinnego człowieka. Mordercą młodej aktorki ma być bowiem nie Preston a nieżyjący już seryjny gwałciciel o nazwisku Olmer. Bosch czuje się jak w matni bo wie oczywiście, że nie manipulował przy dowodach a jednak zostanie mu to przedstawione. 
Mało jednak ma czasu na jakiekolwiek myślenie bowiem w dniu wizyty Soto z towarzyszami, w aptece nieopodal zostają zastrzeleni ojciec i syn prowadzący aptekę. Tym samym Bosch rozpoczyna pracę pod przykrywką i zostaje przez chwilę wchłonięty w obrzydliwy proceder handlu opioidami . Jednocześnie musi zadbać o to aby sąd nie wypuścił przypadkiem na wolność Bordersa, co do winy którego Bosch nie ma nawet cienia wątpliwości a który to w przypadku uniewinnienia mógłby dostać jeszcze ogromne odszkodowanie. 

W tej części opowieści o Boschu po raz kolejny widać jak bardzo w tym mocno starszym już w tej części mężczyźnie „siedzi” jego dzieciństwo, żal za utraconą, zamordowaną mamą i niemożność zrozumienia tego, że gdy jedna osoba po śmierci dziecka nie jest w stanie się podźwignąć, dla innej los dziecka i to co się z nim stanie, nie jest aż tak ważny. 
Plus, po raz kolejny pokazane jest jak nierówno los , życie, inni ludzie traktują tych, którym w życiu nieco mniej dobrze się powiodło. Jednym słowem, nie opływasz w bogactwo, nie licz na to, że ktoś się przejmie twoimi zmartwieniami czy problemami. 

W tej części ogromnie podobała mi się cała akcja pod przykrywką , w której Bosch brał udział. Przejmująco zostało pokazane jak ludzie wykorzystują słabość czy wręcz ból osób w celu osiągnięcia celu i wzbogaceniu się na czyjejś tragedii. 

Nieustająco kibicuję Boschowi w jego poczynaniach jak również żywię do tej postaci ogromną sympatię właśnie za tę wewnętrzną i wieczną niezgodę na niesprawiedliwości rządzące światem, za niezgodę na „cieniowanie” prawdy i za to, że walczy z tym chociaż ma świadomość, że często jest na straconej pozycji. 

Moja ocena tej części opowieści o Hieronimie Boschu to 6 / 6.