"Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne".

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).

Przełożyli Tomasz Bieroń i Jerzy Łoziński.

Tytuł oryginalny Silent nights : Christmas Mysteries.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Muszę przyznać, że sięgnęłam po tę konkretnie książkę niewiele o niej wiedząc. Ale, nie ukrywam, o wyborze lektury zadecydowały dwa fakty. Pierwszy to ten, że akcja piętnastu opowiadań wchodzących w skład tego zbioru dzieje się zawsze w czasie Świąt Bożego Narodzenia bądź w ich okolicy. Drugi zaś fakt to ten, że są to właśnie opowiadania kryminalne. To połączenie okazało się nadzwyczaj udane.

Jak już wspomniałam, opowiadań w tym zbiorze jest piętnaście. Każde z nich poprzedza krótka nota informacyjna o autorze danego tekstu i jest to wielki plus. Zabrakło mi jakiegoś rodzaju wstępu bądź posłowia, w którym dowiedziałabym się kto tak naprawdę dokonał wyboru opowiadań do zbioru „Cicha noc”. Niemniej jednak, jak już pisałam, dobrze, że na początku znalazło się parę zdań przypomnienia o danym autorze. Jako, że opowiadania są raczej dość stare, mają po kilkadziesiąt lat bądź są nawet starsze, nie wszyscy autorzy są nam dobrze znani. Cieszy więc pomysł przypomnienia danych nazwisk właśnie przez wydanie tego typu antologii.

Co mi się bardzo podobało to właśnie fakt tego, że opowiadania są leciwe. Nie są jednak absolutnie ramotkami. Za to cechuje je brak niepotrzebnego okrucieństwa, brak nadmiernego rozlewu krwi tak często obecnego we współczesnej literaturze. Jest zbrodnia, można by powiedzieć, „w starym, dobrym stylu”. Oczywiście – literackim.
Łączy te opowiadania również fakt czasu, w jakim rozgrywa się akcja każdego z nich czyli okres Świąt Bożego Narodzenia.

Większość z opowiadań, co również według mnie jest zaletą tychże, dzieje się w starych, wiejskich posiadłościach, w których organizowane są uroczyste rodzinne i przyjacielskie spotkania. Wiejskie posiadłości, w których meble mówią własnym głosem , podczas świąt je się suto i bawi w świąteczne gry i kalambury a na kominkach radośnie trzaska ogień stają się tłem do najbardziej ponurych zbrodni. Ale nawet pomimo tego, że dzieje się tam zbrodnia, opowiadania te mają swój niepowtarzalny, niesamowity i wciągający nastrój i brak zbędnej brutalności i okrucieństwa. Postaci cechuje staroświecki szyk i elegancja, kobiety ubrane są w niesamowite kreacje, noszą na sobie wystawna biżuterię, posiadłości skrywają zakamarki i mnogość pomieszczeń a każda z zagadek kryminalnych powoduje, że czytelnik zdecydowanie musi ruszyć głową podczas lektury.

W zbiorze „Cicha noc” mamy do czynienia z rozmaicie pisanymi opowiadaniami, każde z nich ma swój styl. Jest więc opowiadanie lekko skręcające w kierunku opowieści grozy czyli to, którego akcja rozgrywa się w miejskim muzeum figur woskowych. Jest opowiadanie z gatunku „zamkniętego pokoju”, jest również takie, którego akcja rozgrywa się w pociągu.
Każde z nich ma ciekawą intrygę kryminalną, niezwykle tajemniczy klimat i niemal do końca nie możemy się domyślić, o co może w nim chodzić i kto popełnił zbrodnię. Przyznam, że domyśliłam się intrygi w czasie lektury jednego tylko opowiadania, jakim jest „Chińskie jabłko” Josepha Shearinga (pod takim pseudonimem pisała autorka Marjorie Bowen) a w przypadku „Nieznanego mordercy” autorstwa H. C. Baileya również coś zaczęło mi pod koniec lektury świtać w głowie, kto może być sprawcą zbrodni.

Podobało mi się opowiadanie „Figury woskowe” za swój nieco odmienny od pozostałych, klimat i nastrój. W swoim tekście Ethel Lina White stworzyła ciekawą postać młodej, początkującej dziennikarki, która nie lęka się sięgać po tematy, które jej redakcyjni koledzy lekceważą. Dodatkowo noc spędzona przez kobietę w muzeum figur woskowych jest opisana niezwykle realistycznie i naprawdę, w tym opowiadaniu jest niezwykły klimat.

Podobało mi się również opowiadanie noszące tytuł „Herbata z mlekiem” autorstwa Marjorie Bowen, za nastrój tajemnicy, niepewności i oczywiście, za samo rozwiązanie zagadki kryminalnej.

Dla miłośników kryminałów autorstwa Arthura Conan Doyla, daję znać, że pierwsze z opowiadań, „Niebieski karbunkuł”, jest właśnie jego autorstwa.

To była bardzo udana lektura. Czytając ten zbiór spędziłam naprawdę udany czas i mogłam wraz z bohaterami pogłowić się nad rozwiązaniem zagadek kryminalnych.

Myślę, że miłośnicy dawnego stylu książek kryminalnych nie poczują się zawiedzeni i chętnie sięgną po ten zbiór. A może, aby nieco wpisać się w motyw przewodni książki, ale jedynie literacki, nie ten kryminalny, znajdą ów zbiór pod choinką?

Moja ocena to 5.5 / 6

„W drodze z Maryją. Biblijna podróż z Nazaretu pod krzyż”. Edward Sri.

Wydana w Wydawnictwie W Drodze. Poznań (2019). Ebook.

Przełożyła Paulina Chołda.

Tytuł oryginalny Walking with Mary. A Biblical Journey from Nazareth to the Cross.

Dzisiaj o książce z działu „religia, duchowość”. Sądzę więc, że nie każdy będzie zainteresowany tym tekstem. 


Jednak jeśli ktoś jest, zapraszam do lektury moich paru słów na temat tej bardzo dla mnie ciekawej książki. 

Szczerze mówiąc, odkąd tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach, wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać. 

„W drodze z Maryją” to faktycznie, jak mówi tytuł, podróż przez karty Biblii wraz z Marią. Poznajemy więc wybrane wycinki Pisma Świętego, te dotyczące Jej postaci właśnie i analizujemy je wraz z autorem. Na plus, jest to napisane w bardzo przystępny sposób. Nie musisz studiować teologii (i dobrze) aby zrozumieć tę książkę. Dodatkowo, autor w odniesieniu do wydarzeń z życia Marii, prosi aby czytelnik odniósł to, o czym jest napisane do własnego życia. Do naszych własnych działań, wyborów, decyzji, tego jak traktujemy siebie i innych. I kolejny plus, brak tu nachalnej łopatologii i natręctwa. Autor pisze dobrym, łatwo dającym się czytać stylem i językiem, mimo, że nie brak tu cytatów z Pisma Świętego, cytatów z publikacji innych autorów, nie tylko samego Sri.  Jednak autor zdaje sobie sprawę, że najważniejsze podczas lektury są rozważania samego czytelnika i jego własne refleksje podczas czytania „W drodze z Maryją”, przez co jego książka czyta się bardzo dobrze i nie czuje się podczas niej, że czyta się naukową rozprawę (bo nią nie jest) a właśnie książkę mającą przybliżyć nam postać Marii wraz z aspektami Jej życia, które możemy odnieść do naszego życia i naszej wiary.

Nie ukrywam, że dla mnie samej Maria jest ważna. Z różnych, przeróżnych powodów. I gdy nadchodzi grudzień, wraz z mającymi nastąpić Świętami Bożego Narodzenia, zawsze oprócz oczywistych dla tego czasu refleksji natury religijnej,  mam też takie bardziej „około ludzkie” dotyczące Marii właśnie. Czy łatwo jest podjąć taką a nie inną decyzję ? Czy bała się rodzić w obcym miejscu, gdzie nie miała ze sobą żadnych potrzebnych nowo narodzonemu dziecku przedmiotów? Jak bardzo troszczyła się o innych ? (Kana, o której jeszcze wspomnę), jak bardzo pękało Jej serce gdy stała pod krzyżem patrząc na Tego, którego dopiero co pamiętała, że trzymała w ramionach a teraz cierpiał?


I oprócz oczywiście najważniejszej (chociaż jak pisałam, bardzo przystępnie) wyjaśnionej treści religijno – eschatologicznej, Edward Sri w swojej książce przedstawia nam też Marię jako Marię kobietę, matkę, żonę, członkinię społeczności. Nie ukrywam, że autor zdecydowanie ma u mnie plusa za, co dość oczywiste bo to ważne wydarzenie opisane w Biblii, opis sytuacji mającej miejsce podczas wesela w Kanie Galilejskiej. Zawsze, ilekroć słyszę to czytanie, mam w głowie jedną refleksję. Jak bardzo Maria znała obyczaje i mentalność ludzi swoich czasów (każdych czasów?). I jak bardzo chciała pomóc Parze Młodej, którzy to Młodzi stali w obliczu nieuchronnie nadciągającej katastrofy, która w tamtych czasach oznaczała kompromitację praktycznie dla całej rodziny. Wiem, że Ojcowie kościoła i znawcy Pisma Świętego analizowali ten fragment Pisma i sam autor również odnosi się do religijnych powiązań i zapowiedzi tego, co się wydarzy w późniejszym czasie. Jednak, co bardzo mi się podobało, opisał też ówczesne społeczne relacje, zależności (ma to miejsce w innych również fragmentach tej książki) i odniósł treść do tychże właśnie. Nikt z nas nie chciałby zostać skompromitowany, zwłaszcza w dniu własnego wesela, a już na pewno nikt nie życzyłby sobie konsekwencji tejże kompromitacji dla naszych bliskich.

„W drodze z Maryją” prowadzi nas jak już pisałam, od Nazaretu aż po krzyż a nawet dalej bo autor porusza też opisane w Apokalipsie fragmenty dotyczące Marii. Całość czyta się dobrze, książka z pewnością nie nudzi, nie jest rozwlekła, a jednocześnie daje duże pole do weryfikacji własnych odczuć i czynów. 

Zbliża się Adwent. Może w ramach prezentu dla kogoś, kto jest wierzący, na przykład jako nietypowy kalendarz adwentowy, sprezentujecie komuś taki właśnie prezent? Sądzę, że warto. 

Mnie się ogromnie ta książka podobała. 

Moja ocena jej to 6 / 6. 

„Wróżka Prawdomówka”. Matt Haig.

Ilustracje Chris Mould.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).

Przełożyli Justyna i Jan Grzegorczykowie.

Tytuł oryginalny The Truth Pixie.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Od razu napiszę, że „Wróżka Prawdomówka” to moja pierwsza książka adresowana dla dzieci tego autora. Ale nabrałam po niej ogromnej chęci na przeczytanie poprzednich jego książek, jakimi są „Chłopiec zwany Gwiazdką”, „Dziewczynka, która uratowała Gwiazdkę” i „Ojciec Gwiazdka i ja”.

Nie mam pojęcia czy wszystkie poprzednie książki również napisane są wierszem. W każdym razie tu treść została podana w dość niewielkich rymowanych partiach a okraszona jest świetnymi czarno białymi ilustracjami autorstwa Chrisa Moulda.

„Wróżna Prawdomówka” opowiada o wróżce, z mysią przyjaciółką mieszkającą w bardzo nietypowym miejscu, którą kiedyś skrzywdziła inna wróżka, rzucając na dziewczynkę klątwę mówienia PRAWDY. Zawsze i w każdej sytuacji.

Przyznam się, że od pierwszych słów poczułam więź z główną bohaterką albowiem, no cóż, byłam takim dzieckiem. Pojęcia nie mam skąd mi się to wzięło, w każdym razie co jak co ale można było zawsze wiedzieć, że jeśli co, powiem dokładnie to, co myślę. Tym bardziej więc polubiłam Wróżkę Prawdomówkę. O ile bowiem ja się jakoś specjalnie ongiś z prawdomównością źle nie czułam, to bohaterka niestety, odwrotnie. Cierpi.

No, nie jest fajnie mówić ludziom w oczy to, o czym albo nie wiedzą a życie z tą wiedzą do niczego nie jest im potrzebne, albo nie chcą tego usłyszeć.
„Masz słabą fryzurę”, „śmierdzi ci z ust”, „twoje fatalne ubrania i tak są ładniejsze niż twoja twarz”. Brzmi jak koszmar zapoczątkowujący piętrową awanturę i zakończenie znajomości? Tak dokładnie jest w życiu Wróżki Prawdomówki, która z dnia na dzień traci kolejnych przyjaciół i znajomych.

Biedna Wróżka w pewnym momencie dochodzi do okropnej prawdy. Prawdy, która wręcz ją paraliżuje. Oto bowiem jak stwierdza dziewczynka, „Nienawidzę tej prawdy, co mi z ust się wymyka. Jestem najnieszczęśliwszą na świecie osobą. Denerwuję ludzi tym, że jestem…sobą.”

I to jest bardzo ciekawy aspekt tej książki. Bo tak. Z jednej strony wciąż jesteśmy uczeni jak to nie wolno nam kłamać i należy w każdej chwili zachować się uczciwie, prawdomówność to zaleta. Z drugiej strony, może to działa jedynie gdy jesteśmy dziećmi a i to zapewne nie bardzo dużymi. Nie jest bowiem fajnie stracić przyjaciół po tym jak się im powie dosłownie wszystko. Czy ta książka zachęca do kłamstwa? Bynajmniej. Ona jedynie pokazuje nam, że możemy wybrać czy decydujemy się z kimś zawsze i w każdej sytuacji na mówienie całkowitej prawdy. Czy też jakąś jej część możemy jednak zachować dla siebie. Koleżanka z klasy, której pierwsze literki niekoniecznie trzymają się liniału doskonale przecież o tym fakcie wie, nie trzeba jej o tym wciąż mówić. Koleżanka zmieniła fryzurę i albo się w niej czuje dobrze albo nie ale jeśli nawet uznajemy, że jest to najgorsze cięcie jakie miała na głowie odkąd się znamy, niekoniecznie musimy ją w tej kwestii oświecać. Być może podoba się sobie tak jak jest a być może również wścieka się na niefrasobliwą fryzjerkę, która ścięła zbyt dużo włosów. Dodatkowe utwierdzenie jej w tym fakcie niekoniecznie poprawi nasze relacje.

Z drugiej jednak strony. A co z tymi, którzy, no cóż, prawdomówność mają we krwi podobnie jak ktoś inny wścibstwo, ktoś inny poczucie humoru a jeszcze ktoś inny wieczne marudzenie? No cóż. Jeden z nas jest taki, inny zaś zachowuje się inaczej czy ma swoje cechy, niekoniecznie dla nas strawne. Jednak jakby nie było, jest sobą.
Wróżka Prawdomówka co prawda obarczona jest swoją prawdomównością nieco na siłę, za sprawą rzuconej na nią klątwy ale jednak, od lat jest właśnie taka. Prawdomówna aż do bólu. Taka jest i już. I co teraz? Czy osoba będąca sobą faktycznie skazana jest na wieczną samotność? Ból i cierpienie?

Na szczęście, tak nie jest. No cóż, pewnie jednak trochę tu zaspoileruję 🙂 ale trudno się mówi. Powiem tak, wszystko skończy się dobrze.

Wróżka Prawdomówka pozna pewnego olbrzyma, za sprawą którego trafi do Helsinek. A tam pozna pewną dziewczynkę, która zada Wróżce Prawdomówce pewne ważne pytania. I wtedy Wróżka stanie wobec jednej z trudniejszych decyzji. Mówić prawdę czy nie? I czy prawda o życiu zawsze boli? Zbierze siły i udzieli Aadzie jednej z najmądrzejszych lekcji o życiu i świecie. Może jest to lekcja krótka i prosta a jednak niesie ze sobą najważniejsze przesłania. O tym, że życia nie da się przeżyć tylko się radując ale również trzeba się w nim i posmucić. Ciemność jest po to aby świecące w niej gwiazdy dawały nam piękny blask. A najważniejsze, że zarówno te weselsze jak i mniej chwile w życiu łatwiej się przeżywa, gdy obok nas jest przyjaciel.

„Taka jest bowiem siła przyjaciela,

Która od smutku wiedzie do wesela”.

I to właśnie ta lekcja o życiu udzielona przez Wróżkę Prawdomówkę Aadzie ale i nam, czytelnikom, podoba mi się najbardziej z całej tej książki.

Na koniec, zastanawiam się do jakiego wieku dedykowana jest ta książka. Dzieci, to pewne. Myślę,że 6+ . Również, do czego zachęcam, do samodzielnego czytania przez dziecko.

A potem, to już dla każdego. Albowiem ja miałam z lektury „Wróżki Prawdomówki” ogromnie wiele radości czytelniczej.

Moja ocena 6 / 6.

„Uwierz w Mikołaja”. Magdalena Witkiewicz.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2019). Ebook.

W tym roku wydawnictwa już we wrześniu o ile dobrze pamiętam zapowiadały swoje książki z motywem świąt Bożego Narodzenia w tle. Wydano ich bowiem w tym roku ogromną ilość. Czy to dobrze? Nie wiem. Wiem, że jeśli ktoś tak jak ja lubi tego typu książki i nawet ocenia je nieco inaczej niż pozostałe (przyjmuję na klatę całą tą „magiczną” otoczkę i lukier często im towarzyszące) to ma dobrze bo jest w czym wybierać. I ma problem bo zwyczajnie, nie ma pieniędzy na wszystko, co chciałby kupić i przeczytać. No więc, trzeba się decydować, wybierać, przebierać, zastanawiać, którą wybrać. Ja w tym roku zdecydowałam się na kilka tytułów, może jeszcze jakaś wygrana czy promocja się trafi, zobaczymy.
„Uwierz w Mikołaja” jest jedną z tych książek, po które sięgnęłam z nadzieją na dobrą rozrywkę. I nie zawiodłam się. Chociaż przez całą lekturę towarzyszyło mi poczucie przewidywalności książki, stwierdzam, że w tym przypadku uznam to za tę konwencję, o której wcześniej pisałam.

„Uwierz w Mikołaja” opowiada o losach paru osób, których to losy jak widzimy od samego początku książki, splotą się jej końcówce.

Główną bohaterką jest Agnieszka (nie bardzo polubiłam tę postać) , której babcia wychowująca ją od chwili gdy zginęli rodzice dziewczyny, zawsze spędza z wnuczką święta. W tym jednak roku coś się zmienia. Starsza pani oznajmia, że dziewczyna ma lecieć na Malediwy ze swoją przyjaciółką Martą. Marta od lat spędza święta za granicą, w tym roku ma tam lecieć z bratem Mikołajem. Agnieszce nie podoba się, że babcia, dla której wspólny czas jest tak samo ważny jak dla młodszej z kobiet, podejrzewa podstęp ze strony babci i oczywiście nie daje się oszukać. Wsiada w auto i parę dni przed Wigilią rusza na Kaszuby, gdzie w totalnej głuszy i odcięciu od świata stoi jak w bajce chatka. Niekoniecznie z piernika. Za to pełna dóbr wszelakich jako, że mieszkająca z dala od wsi babcia pilnie dba o to by zawsze było zapasów na co najmniej czterdzieści dni odcięcia od świata.

Co się bardzo przyda, gdy chatynka zostanie dosłownie odcięta od świata przez sypiący intensywnie śnieg.

Wspomniałam na początku, że książka opisuje los kilku osób i jest parę postaci, które wzbudziły moją o wiele większą sympatię jak Anna i jej paroletnia córka Zosia. Jedno wydarzenie zresztą, które zorganizuje dziewczynka (nie chcę tu za wiele zdradzać) to jeden z tych powodów, dla których nie raz się wzruszyłam i poczułam ową świąteczną magię. Tak w ogóle, to najciekawsze były dla mnie historie i opowieści o mieszkańcach domu o nazwie Happy End.

Na pewno nie poczują się zawiedzeni podczas lektury ci, którzy chcą otrzymać opowieść pokrzepiającą i z dobrym zakończeniem a takie są pożądane podczas około świątecznego czasu.

Jak pisałam, mnie nieco przeszkadzała owa przewidywalność, z drugiej strony, wpisuję ją w schemati konwencję tego typu książek.

A za postacie dwóch pań, małej Zofii i starszej Sabiny i ich losów, daję tej książce notę

5 / 6

„Choinka cała w śniegu”. Joanna Szarańska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2019). Ebook.

„Choinka cała w śniegu” to trzecia ( po „Czterech płatkach śniegu” i „Aniele na śniegu”) i niestety, ostatnia z cyklu o losach mieszkańców kalwaryjskiej kamienicy przy ulicy Weissa 5.

Czy to dobrze? Oczywiście, że nie bo jest to bardzo dobry cykl, w który się wciągnęłam i który bardzo ale to bardzo lubię i polecam. Jednak czy jest to równocześnie słuszna decyzja ze strony autorki? Myślę, że tak. Nie jestem, o czym wiedzą stali czytelnicy mojego blogu, miłośniczką wielotomowych sag. Dla mnie czytelniczki trylogia to zdecydowanie idealny pomysł na serię. Wiem, że moje zdanie pewnie jest odosobnione, cóż, mam prawo do własnych odczuć i takie są. Jednak ten cykl około świąteczny polubiłam do tego stopnia, że z wielkim, wielkim żalem żegnałam zarówno panią Marię Michalską, cztery przyjaciółki czyli Zuzannę, Monikę, Annę i Marzenę jak i wszystkich innych bohaterów tej opowieści. I wiecie co? Za co lubię książki Joanny Szarańskiej? Za to, że jak mało kto, nie operując nadmiarem słodu, pierniczków, kolorowych bombek, ozdóbek i kolęd czy piosenek jak „Last Christmas” potrafi ona dla mnie wyczarować niezwykłość, magię Świąt Bożego Narodzenia. W tej części udało jej się to po raz kolejny a takim przykładem, że autorka zwyczajnie lubi własnych bohaterów, nawet tych najbardziej nieznośnych, jest fakt, że na samym końcu zaplusował nawet najmniej lubiany przez czytelników serii, Waldemar. Tak, w życiu nic nie jest czarno białe i nawet ci najmniej sympatyczni nie są z gruntu zupełnie źli, przecież wszyscy to wiemy.

Co mnie ujęło w tej części opowieści? Skrupulatne zamknięcie wątków, które potrzeba. Zaoferowanie mi przez Joannę Szarańską masy wzruszeń i ciepła ale również niepodrabialnego i tak dla tej autorki charakterystycznego poczucia humoru, serdeczności i śmiechu. Jak to w życiu. Nie ukrywam, że wplecenie w tę część znanych nam z kryminalnych przygód Zojki, samej Zojki właśnie wraz z babunią Łyczakową, nabywających siekierkę spowodowała, że naprawdę zdrowo się uśmiałam.

W ogóle „Choinka cała w śniegu” pełna jest scen, nad którymi naprawdę szczerze i głośno się śmiałam. Do moich ulubionych należą wyrób i rozwożenie pierogów przez mamę Kwiatek i panią Michalską, zakładanie pampersa Stasieńkowi przez ojca młodzieńca jakim jest Maciej, scena po próbie do szkolnych jasełek z Kajetanem Fijusem w roli głównej (niezamierzonej 🙂 ) i tak naprawdę wiele, wiele innych.

Joanna Szarańska po raz kolejny przypomniała (w tak oczywisty dla niej , niełopatologiczny, mądry sposób), co tak naprawdę najważniejsze jest w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Nie, nie kolejna sesja zdjęciowa na Instagramie, nie wymyślne prezenty. Liczy się bliskość drugiej osoby, nawet jeśli oznacza to spalenie na wiór potencjalnych pierniczków, liczy się ciepło, dobre słowo, wsparcie. Liczy się to, że kiedy potrzeba pomóc małemu, zagubionemu człowiekowi, wszyscy rzucają to, co akurat robią i ruszają udzielić pomocy.

Joanna Szarańska, o czym już pisałam, przypomni, że nie ma ludzi z gruntu złych. Życie to nie czarno biały obrazek. I dobrze, że tak nie jest. W tej części osoby, które na co dzień irytują, dostają od autorki szansę na małą poprawę. I to też krzepi czytelnika. Bo tak naprawdę nikt z nas nie lubi użerania się z innymi, sprzeczek, kłótni. Marzy nam się przynajmniej mnie, czas, gdy faktycznie uda się zażegnać spory, problemy pójdą sobie w kąt.

W „Choince całej w śniegu” otrzymujemy solidną porcję porządnie skonstruowanej treści ze Świętami Bożego Narodzenia w tle. Mamy i dobrze znanych nam bohaterów, którym kibicujemy, i nowych, których lubimy i to, o czym już wspominałam. Podkreślenie, że w tych dniach najmniej ważne są sprawy materialne a najbardziej te nie dające się złapać wprost, często ulotne chwile, momenty dobra, szczęścia, poczucia wspólnoty. Nieważne, ile wysublimowanych sesji z zastawą stołową wstawisz i ile będziesz miał polubień, jeśli nie masz z kim po takiej sesji zdjęciowej z owej zastawy zjeść czy wypić w czasie świąt.

Nie obędzie się też bez sporej porcji wzruszenia czym autorka po raz kolejny pokazuje, że zdecydowanie nie powinniśmy szufladkować jej osoby jako „pani, która pisze śmieszne książki” bo Joanna Szarańska zdecydowanie ma w sobie ogromny potencjał, z czego osobiście się cieszę bo jest Ona jedną z moich ulubionych autorek.

Cykl ten mam jak dotąd w dwóch papierowych książkach oprócz ebooków, co pokazuje, jak bardzo mi się podoba (rzadko kiedy „dubluję” książki mogąc mieć je wygodnie, na czytniku). Jednak tu zachwyciła mnie i treść i okładki. Trzecią część również zamierzam nabyć w wersji papierowej i stanie obok dwóch poprzednich na półce z ulubionymi książkami.

Moja ocena „Choinki całej w śniegu” to 6 / 6.

„Dziecko z mgły”. Renata Kosin.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2019). Ebook.

Alicja jest młodą kobietą. Od wczesnych lat dziecięcych wychowywana była przez ciocię Anielę. Mimo, że nie była malutkim dzieckiem kiedy jej rodzice zginęli, niewiele pamięta z czasów sprzed dnia kiedy trafiła pod opiekę ciotki.

Teraz jest już dorosłą osobą, która w pewne wakacje zostaje postawiona przed niezwykłym faktem dokonanym. Oto niejaka panna Emma Parker informuje kobietę, że jest ona jedyną opiekunką małej dziewczynki. Przywiozła ją ze Stanów Zjednoczonych i oczekuje od Alicji opieki nad dzieckiem. Cała sytuacja jest tak kuriozalna, że Alicja nie wierzy co się dzieje. Oto nagle z chwili na chwilę, bez żadnego wyjaśnienia, zostaje jej powierzona pod opiekę mała Mia Mor. Która rzekomo jest z Alicją spokrewniona a Alicja jest jej podobno jedyną krewną.

Jaka jest prawda? I dlaczego tak a nie inaczej zachowała się panna Parker, która właściwie podrzuciła dziecko obcej osobie? Skąd taka determinacja aby wywieźć dziecko z Ameryki i przywieźć je do Polski.

Początek nie jest łatwy. Mała Mia jest milcząca, wycofana. Kobieta zastanawia się nad tym, co zdarzyło się w życiu tego dziecka bo to, że jest po przejściach, to nie budzi jej wątpliwości.

W dowiedzeniu się tego, kim jest mała Mia, co zdarzyło się też w życiu samej Alicji i o co właściwie chodzi z „dziećmi z mgły”, o których bardzo często zacznie mówić Mia, która nareszcie zacznie się odzywać, pomogą Alicji ciocia Aniela i przyjaciel z dzieciństwa, Bartodziej. W oswojeniu małej pomoże też Iga, mieszkająca w tym samym bloku przyjaciółka, sama wychowująca córeczkę w wieku Mii. Temat „dzieci z mgły”, o których bardzo często mówi mała, zostanie rozwinięty w treści książki i wyjaśniony. Dopóki jednak nie dowiemy się o co chodzi, jest tajemniczo i niepewnie. Zastanawiamy się co tak naprawdę zaszło w przeszłości tej kilkulatki, czy padła ofiarą przestępstwa i kim są ludzi, którzy chcą ją ratować?

To nieco inna powieść niż dotychczasowe tej autorki. Co nie znaczy, że gorsza. nie. Wręcz przeciwnie. Autorka zdążyła mnie przyzwyczaić do pewnej konwencji a „Dziecko z mgły” dotyka tak innej niż dotąd poruszana przez nią tematyka, że stanowiła zdecydowanie niezwykły przerywnik wśród tego, co ostatnio czytałam.
Podobał mi się poruszony temat dzieci odznaczających się niezwykłymi umiejętnościami i zdolnościami, jak również wplecenie go w treść książki.

Jest tu również pewnego rodzaju przestroga przed zbytnim ufaniem ludziom, których często nie znamy chociażby wydawało nam się zupełnie inaczej. I którzy wykorzystują nasze dobre serce czy chęci aby sterować nami i dążyć do własnych interesów.

Dobrze mi się czytało tę niezwykłą a na pewno zupełnie inną od pozostałych książek Renaty Kosin i muszę powiedzieć, że polecam ją ogromnie.

Moja ocena to 5.5 / 6.

Dwadzieścia lat…

…temu pewni państwo wzięli Ślub.

I tak truistycznie powiem, minęło jak z bicza strzelił.

A my z P. wciąż tak samo piękni i młodzi, jak te dwie dyszki wstecz.

Nie będę ściemniać, nie są to biegi bosą stopą po płatkach róż. Bywają dni lżejsze i cięższe, jak to w życiu. Ale według mnie bilans wychodzi jednak ogólnie na plus. Mam nadzieję, że mój od dwudziestu lat (jeszcze nie, bo przysięgę złożyliśmy sobie około wpół do siódmej jak sądzę, wieczorem) Mąż też tak myśli.

Jakby ktoś chciał powinszować i dobrze nam życzyć to to jest właśnie ten wpis 🙂

„Prawiek i inne czasy”. Olga Tokarczuk.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2012). Ebook.

„Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata”.Tak zaczyna się książka „Prawiek i inne czasy” naszej Noblistki Olgi Tokarczuk.

Jestem przeszczęśliwa, że sięgnęłam po nią właśnie teraz, dopiero tyle lat od jej ukazania się, kiedy opowiedziano o niej tyle, że ja po prostu mogę zanotować własne odczucia bez napinki, bez stresu. Mądrzejsi ode mnie przeanalizowali tę książkę na wszystkie strony, ja zaś zamierzam zanotować własne odczucia na jej temat.

Nie jest odkryciem, że książka ta może kojarzyć się nieco z książką Marqueza „Sto lat samotności”.

Tu, podobnie jak u tego autora, akcja książki umiejscowiona jest w wybranym miejscu, punkcie na mapie. I podobnie towarzyszy jej oniryczny klimat, ulotność a jednocześnie akcja dzieje się w konkretnym czasie na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Prawiek to miejscowość w sąsiedztwie kilku innych wspominanych wsi i miasteczek, jednak mamy tu zdecydowanie ograniczoną topografię. Zamknięta społeczność niesie ze sobą jednak prawdy stałe, prawdy wieczne, o życiu, o człowieku, o świecie. Miłość, namiętność, pożądanie, słabość, radość, nienawiść, to wszystko dzieje się bez względu na położenie na mapie czy liczbę mieszkańców. Sacrum miesza się z profanum i nie ma w tym nic dziwnego, tak dzieje się od wieków.

„Prawiek i inne czasy” pomijając klimat oniryzmu czy wręcz bajania, to również opowieść o historii dwóch rodzin na przestrzeni niemal wieku. Akcja książki rozpoczyna się wraz z rozpoczęciem IWŚ a kończy w latach tuż przed przełomem lat osiemdziesiątych.

Losy rodzin Niebieskich i Boskich (same nazwiska są już swego rodzaju „smaczkiem”) toczą się głównie w Prawieku. Tak jakby bohaterom nie było potrzeba większych przestrzeni, jakby autorka chciała nam przypomnieć, że tak naprawdę te największe i najważniejsze rzeczy dzieją się „tu i teraz”. Że tak naprawdę każdy z nas osadzony jest w jakimś prywatnym Prawieku.

Biada tym, którzy wątpią, że w Prawieku dzieje się niemal jak w mitycznej Arkadii. Zło, śmierć, zdrada i okrucieństwo dotarły i tam, i jak wszędzie, mają się dobrze.

Bohaterów jest niewielu, jest raczej kameralne grono obu rodzin i kilkoro z zewnątrz jak chociażby dziedzic Popielski, który zostanie obdarowany przez jednego z miejscowych Żydów niezwykłą grą, która wciągnie go i pochłonie całkowicie.

Ale mamy też Kłoskę i jej córkę. Jest więc też Eli, który śni się po nocach pewnej kobiecie.

Atmosfera magii i nierealności towarzyszy równocześnie z konkretnymi historycznymi wydarzeniami. Jest więc mówiący obraz Matki Boskiej i jednocześnie obie wojny światowe z ich okrucieństwem. Jest rosnący przy oknie pewnej kobiety arcydzięgiel, z którą to rośliną potem odbywa ona miłosną przygodę. Jest Florentynka, która zagniewała się na Księżyc. Jest też młynek do kawy, który potrafi przemielić czas. Dużo w tej książce symboli i znaczeń, których można się dopatrywać i które można wyłuskiwać jak ziarna słonecznika ale które można po prostu zauważać z przyjemnością jako dodający zdecydowanego kolorytu książce, zdobienia.

„Prawiek i inne czasy” to tego rodzaju opowieść, którą kiedyś snuto być może w długie, jesienne wieczory. W czasach, w których opowieści słowne przekazywane z pokolenia na pokolenie, przekonywały ludzi, że to co znają z własnego życia, działo się kiedyś i dziać się będzie. I tak w sumie jest.

Przeczytałam tę książkę z przyjemnością.

Moja ocena to 6 / 6.

Dzień Dziecka Utraconego…

…czyli „święto”, które celebruję pomimo tego, że nie chcę.

W dniu, kiedy myślę jeszcze intensywniej o mojej Córeczce, Emilce, mam w pamięci i w sercu wszystkie te Dzieci, które zostały utracone.

To nie tak miało być.

I wiem, że pomimo tego, co mówią, pewne rany nie zagoją się nigdy.

Nie zagoją się a ty istniejesz z częścią serca bo część odeszła wraz z tym Dzieckiem.

Nie wiem, jak żyłabym gdyby nie mój Syn , Jan.
To największe szczęście, że On jest w naszym życiu.

„Podarunek”. Krystyna Mirek.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2014). Ebook.

Co się naczekał na swoją kolej ten ebook , to jego. Ale się doczekał.

A ja miałam bardzo udaną lekturę i cieszę się z tego.

Na fali książek świątecznych (czy Wiecie, że wydawnictwa od dawna już zapowiadają książki z motywem Świąt? Zaczęły we wrześniu 😉 ) ta raczej się nie przemknie. Co prawda jest tu ważny motyw właśnie świątecznego czasu ale jednak akcja książki rozgrywa się już po a to, co się stanie można uznać za nietypowy tytułowy podarunek na Święta dla jednej z bohaterek.

Bohaterki są dwie, łączy je praca w banku. Marta to kobieta z długim stażem małżeńskim, nieszczęśliwa w swoim małżeństwie. Kaja z kolei to dość młoda dziewczyna, wciąż bez zobowiązań. Kaja kocha życie i żyje bardzo ponad stan.

To co prawda Marta w Święta Bożego Narodzenia wypowie życzenie o jakąś niesamowitą zmianę w życiu, coś w rodzaju niezwykłego podarunku, który ją zaskoczy ale i losy Kai będą opowiedziane w tej książce.

To nie jest jak już mówiłam, typowa książka świąteczna. Święta są tu jedynie pretekstem do pokazania sytuacji obu bohaterek.

Sytuacja Marty jest poważniejsza. Kobieta naprawdę czuje się na rozdrożu. Ma w domu męża, który jej nie zauważa i którego tak naprawdę, ona też przestała zauważać, dwoje dzieci, wciąż kłóci się z mężem, podkochuje się w swoim szefie. Ogólnie nie najlepiej.

Po tych Świętach jednak zmieni swoje spojrzenie na życie. Podobnie zresztą jak Kaja, która z kolei też zrozumie swoje błędy.

Kaja żyje ponad stan, traktuje życie jak wieczną zabawę ale w tej zabawie zbyt się zagalopowała a efektem są poważne problemy finansowe.

Istotne w „Podarunku” jest pokazanie tego, jak sami możemy decydować o tym czy jesteśmy szczęśliwi czy nie. Bardzo wiele zależy od tego jak my patrzymy na swoje życie. Możemy narzekać na wszystko i nie doceniać drobiazgów w naszym życiu, wciąż oczekując więcej a możemy codziennie doceniać i cieszyć się tym, co mamy.

I o tym właśnie jest ta książka. O tym, że warto jest czasem zmienić perspektywę naszego spojrzenia na to, co dzieje się w naszym życiu. Być może nie zawsze to zadziała, ale na pewno warto jets próbować.

No i autorka nie byłaby sobą gdyby wszystko dobrze się nie poukładało na koniec.

Moja ocena to 5 / 6.