Informacja o wznowieniu "Dymów nad Birkenau" Seweryny Szmaglewskiej.

Zbliża się siedemdziesiąta piąta rocznica wyzwolenia Obozu w Auschwitz-Birkenau.
W związku z tym na rynku nastąpił jakiś nie do okiełznania wysyp książek o tematyce „około” obozowej. Nie będę się rozpisywała czy ten „wysyp” jest właściwy bo dookoła zaczynają się już toczyć na ten temat rozmaite dyskusje. Pojawiło się bowiem mnóstwo beletrystyki opartej o fakty ale zdanie na temat jakości tych książek jest rozmaite. Przyznaję, nie czytałam tych, o których zdanie jest nie najlepsze ale też nie zamierzam ukrywać, że według mnie chyba trochę „zbyt” tego namnożenia się tematu (chociaż jak mówię, zapewne przypadająca na 27 stycznia rocznica sprzyja tej mnogości tytułów o rozmaitej jakości).
Niemniej jednak wiem, że w tej ilości i namnożeniu około obozowej literatury mogą zniknąć czy schować się tytuły, po które akurat warto sięgnąć. I wierzę, że pojawiło się ich też całkiem sporo.

Natomiast to, co chcę Wam dzisiaj napisać to to, że 28 lutego 2020 pojawi się na naszym rynku wznowienie książki, po którą jak sądzę, warto sięgnąć. Książkę wyda Wydawnictwo Prószyński i S-ka.
Mam na myśli wznowienie książki Seweryny Szmaglewskiej pod tytułem „Dymy nad Birkenau”. Autorce udało się uciec z marszu śmierci i od początku ucieczki zaczęła spisywać swoje wspomnienia z pobytu w obozie, w obawie, jak sama przyznała, przed próbą zatarcia czy weryfikacji prawdy obozowej przez hitlerowców.
Mogę zrozumieć jej obawy, zwłaszcza, że historię piszą najczęściej wygrani ale też osoby, którym w danym momencie na rękę jest jakaś zmiana faktów.
Tak czy inaczej, na naszym rynku pojawi się już niebawem wznowienie tej myślę, ogromnie ważnej książki o jednym z najmroczniejszych fragmentów polskiej i nie tylko, historii.
Przyznaję, że jej nie znam. Z książek o tej tematyce oprócz łagrowej literatury dotyczącej Polaków zesłanych na Sybir czy czytanej w liceum obozowej prozie Borowskiego, czytałam jedynie dość niedawno „Pięć lat kacetu” Stanisława Grzesiuka. Książkę tę czytałam celowo, „z moralnego obowiązku”, gdyż jak pisałam w swojej recenzji, pradziadek mojego syna a dziadek mojego męża, w tym samym obozie, co Grzesiuk spędził lata życia. Czułam, że muszę ją wtedy przeczytać , mimo, że nie ukrywam, odchorowałam bardzo tę lekturę.
Sądzę jednak, że są chwile, gdy trzeba odłożyć własne odczucia i emocjonalność i poznawać konkretne tytuły właśnie ze względu na ów „moralny obowiązek”, o którym napisałam.
Nie wiem czy każdy się ze mną zgodzi, po prostu piszę Wam przy okazji informacji o książce, własne refleksje.

"Szczęśliwa nieboszczka". Małgorzata J. Kursa

Malwina i Eliza na tropie.

Wydana w Wydawnictwie Lira. Warszawa (2019).

Jakiś czas temu grałam o tę książkę w konkursie z pełną premedytacją bo spodobał mi się jej tytuł. „Szczęśliwa nieboszczka”? O co mogło chodzić? Udało mi się wygrać książkę i oto zdecydowałam się na jej lekturę. Jak więc może się domyślacie, nie czytałam poprzednich książek o śledztwach Malwiny i Elizy, przyjaciółek w średnim wieku.

Obie panie mieszkają w Kraśniku, mieście , w którym mieszka również sama autorka. Zawiedziony jednak może czuć się ktoś, kto oczekiwałby kryminału miejskiego z konkretną, rozpoznawalną topografią. Równie dobrze akcja książki mogłaby się rozgrywać w każdym innym mieście.

Eliza i Malwina dowiadują się, że oto na ich osiedlu pewnej ciepłej nocy popełniła samobójstwo młoda kobieta, Antonina Barańska. Wyskoczyła ona z trzeciego piętra i poniosła śmierć na miejscu. Jako, że kobieta zostawiła list pożegnalny a wiadomo było, że miała jakieś problemy i zmartwienia, policja szybko chce zamknąć sprawę oznajmiając samobójstwo.
Zięć Malwiny pracuje w Policji ale akurat przebywa na szkoleniu ale zaraz po powrocie okazuje się,że będzie musiał podjąć śledztwo na nowo. Albowiem jego teściowa wraz z szaloną przyjaciółką Elizą i synową tejże o hm, dziwnym jak dla mnie zdrobnieniu czy przezwisku, Lala, podejmują się śledztwa mającego udowodnić , że Antonina Barańska wcale nie popełniła samobójstwa.

Skąd mają tą pewność? A stąd, że Eliza niemal na chwilę przed tragiczną nocą, spotkała młodą kobietę w sklepie gdy ta wręcz tryskała radością.

Dalsze rozmowy i śledztwo policyjne wykazuje, że faktycznie, zmarła raczej nie miała problemów.
Co prawda jakiś czas wcześniej zamartwiała się, że jej mąż ma romans, ale ten wyjechał do Wielkiej Brytanii, gdzie podjął pracę w renomowanej klinice jako lekarz ale i jednocześnie załatwił pracę żonie, która z zawodu była pielęgniarką. Okazuje się więc, że przed młodymi życie stało otworem. Nowe życie, nowe miejsce zamieszkania, nowa praca, nowe możliwości. Żyć, nie umierać a na pewno nie rzucać się z okna.

Kto jednak mógł chcieć aż tak nienawidzić Antoniny aby chcieć ją zamordować?
Żyła spokojnie, nie szkodząc nikomu. Była osobą skrytą a jedyną bliską osobą oprócz męża była jej siostra.

Dobiera się skład kobiecej komisji śledczej czyli Eliza, Malwina, Lala, Sonia, siostra zmarłej i Karolina, jej przyjaciółka i powoli docierają do prawdy , szybciej nawet od policji a na pewno wspomagając tę instytucję.

Książkę czytało mi się dość spokojnie i bez ani większych zachwytów ani bez rozczarowania.
Wyczytałam gdzieś w opinii, że ktoś szybko domyślił się intrygi kryminalnej. Ja odwrotnie, w sumie wcale nie domyśliłam się szybko sprawcy więc tu plus. Trochę mi styl autorki zbyt często kojarzył się z nieżyjącą już Joanną Chmielewską ale nie zarzucam tu żadnych plagiatów, po prostu mówię, trochę taki klimat i styl właśnie nią pobrzmiewający.

Ogólnie jednak książka mi się podobała i miałam udaną lekturę, która owocuje oceną 5 / 6.

"Wieczny odpoczynek". Aleksandra Marinina.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2019). Ebook.

Przełożyła Aleksandra Stronka.

Tytuł oryginalny  Реквием

Jak wiedzą stali czytelnicy mojego blogu, Marinina to jedna z moich ulubionych autorek kryminałów. Przeszło dwa lata temu byłam nawet na spotkaniu z autorką, które to wspominam bardzo miło.

Niemniej jednak jej książki nowsze, kiedy Anastazja Kamieńska jest już na emeryturze policyjnej i pracuje w agencji detektywistycznej nie idą mi 😦 O ile dwie chyba przeczytałam, to już dwie następne, wydane dość niedawno, zaczęłam i…nie skończyłam 😦 Bardzo mnie ten stan czytelniczy w kontekście tej konkretnej autorki martwił, nie ukrywam.

Na szczęście „Wieczny odpoczynek” to książka, w której Kamieńska wciąż działa, chociaż nie pracuje w oddziale dochodzeniowym na Pietrowce a w nowo utworzonym wydziale informacyjno-analitycznym. Trochę brakuje jej pracy w dochodzeniówce i nie do końca jest przyzwyczajona do nowego miejsca chociaż z drugiej strony bardzo lubi to, co robi i ogólnie czuje się usatysfakcjonowana z nowego miejsca pracy. Tym bardziej, że wkrótce czeka ją awans na podpułkownika.

Akcja książki rozpoczyna się gdy ginie student szkoły milicyjnej w Moskwie. Milicjanci muszą się dowiedzieć czy przypadkiem przestępcy nie usiłują wnikać w struktury milicyjne już na poziomie szkolnictwa i czy śmierć Barsukowa nie jest przypadkiem efektem takich działań. W czasie dochodzenia docierają do dziewczyny, z którą spotykał się Barsukow. Lera to dziewiętnastolatka, studentka, którą jednak życie nie oszczędziło. Dziesięć lat temu jej dziadek zamordował oboje jej rodziców. Sytuacja sprawiła, że za dobre sprawowanie opuścił on zakład karny wcześniej i obecnie dziewczyna mieszka wraz z dziadkiem w jednym mieszkaniu. Nie jest to komfortowa sytuacja, tym bardziej, że krewni nigdy właściwie po morderstwie nie przeprowadzili szczerej rozmowy. Lera unika dziadka, jak może i ich dialogi sprowadzają się jedynie do zapytań co zrobić na kolację czy kiedy wnuczka wróci z uczelni na posiłek.

Milicjanci rozpoczynają śledztwo w sprawie morderstwa studenta uczelni milicyjnej i stąd spotkania z Lerą, z którą zamordowany się spotykał. Ku ich zdumieniu odkrywają, że młodziutka dziewczyna nosi na palcu pierścionek z ogromnym diamentem, który to pierścionek zaginął podczas morderstwa kobiety, żony wysoko postawionego urzędnika Ministerstwa Finansów w czasie zbliżonym do tego, w którym zamordowani zostali rodzice Leroczki. Przypadek?

Ta zbieżność nie daje spokoju Nastii, która stara się współpracować z byłymi kolegami z wydziału aby dojść tego , co pierścionek zrabowany podczas napadu i morderstwa, robi na palcu młodej dziewczyny.

W książce jest też ważny wątek muzyczny. Zmarły ojciec Lery był kompozytorem piosenek, znanym i popularnym a obecnie jego piosenki wykonuje młody gwiazdor sceny, Igor Wildanow. Jego agentem i impresario jest obecnie dawny przyjaciel zmarłego ojca Lery, Wiaczesław Olegowicz. Ten wątek ciekawie pokazuje różne układy „światku” muzycznego, mechanizm działań pop kultury wraz z jej sztucznie aranżowanymi związkami, „miłością”, która oczywiście istnieje jedynie na stronach tabloidów i tego typu działań. To z pewnością ciekawy motyw.

To także Marinina, która czytelnika do siebie przyzwyczaiła, Anastazja Kamieńska z jej ciągłym dziwieniem się tym, co dzieje się na świecie i z ludźmi. Kamieńska, która mimo upływu lat wciąż najlepiej czuje się w ludźmi, których zna i w miejscach, które zna, Kamieńska, której zmiany wciąż przychodzą niełatwo.

To w końcu Moskwa świąteczna, na chwilę przed Nowym Rokiem więc ludzie dla których za chwilę zacznie się wielkie i ogólnokrajowe świętowanie a tu trzeba prowadzić żmudne śledztwo i wiązać ze sobą rozmaite wątki.

Ogólnie za pomysł, intrygę kryminalną ale przede wszystkim za „starą, dobrą ” Kamieńską daję ocenę 5.5 / 6.

"Syn pszczelarza". Kelly Irvin.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa.

Data premiery 21.01.2020.

Przełożyła Magdalena Moltzan – Małkowska.

Tytuł oryginalny The Beekeeper’s Son.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie ukrywam, że o społeczności Amiszów wiem tyle, co nic a raczej tyle, co pamiętam z filmów emitowanych w telewizji kiedy miałam lat naście. Czyli wychodzi na to, że nawet mniej niż nic. O, któryś z odcinków jednego z moich ulubionych seriali „Kości” opowiadał o społeczności Amiszów. Tym bardziej zaciekawiła mnie książka nosząca intrygujący tytuł „Syn pszczelarza” ( w którymś z komentarzy w internecie spotkałam się z zarzutami, że „Syn pszczelarza” a na okładce dziewczyna:) ).
Tak czy inaczej, miałam ochotę na tę książkę z racji tego, że miałam chęć poznać tematykę do tej pory kompletnie mi obcą. I nie zawiodłam się a nawet muszę powiedzieć, nabrałam apetytu czytelniczego na więcej. A że „Syn pszczelarza” jest pierwszą książką z cyklu o Amiszach wydawanego przez Prószyński i S-ka autorstwa Kelly Irvin, czekam na więcej z wielką niecierpliwością!

A dodatkowo, przy okazji czytania tej książki, dowiedziałam się, że w Polsce mieszka jedna rodzina Amiszów. Czyli zyskałam dodatkową wiedzę (bo przeczytałam artykuł o tej rodzinie z wielkim zainteresowaniem).

Ale przejdźmy do „Syna pszczelarza”. Książka rozpoczyna się w przełomowym momencie dla rodziny Lantz. Abigail to od dwóch lat wdowa, z piątką dzieci, czwórką córek i jednym synem. Przenosi się właśnie z rodziną ze stany Tenneessee do Teksasu. Tu mieszka jej brat i dawny adorator, Stephen. Po śmierci męża Abigail zmuszona jest zacząć rozważać ponowne zamążpójście a brat sugeruje jej dawnego zainteresowanego kobietą. Stephen od początku nie budzi naszej sympatii. Nie jest serdeczny dla dzieci, które przybyły z kobietą, nie stara się zbytnio nawiązać z nimi pozytywnych relacji. Skupiony jest jedynie na przyszłym ożenku, tym bardziej , że wciąż ma w duchu coś w rodzaju zasklepionego nie do końca żalu za to, że ponad dwadzieścia lat wstecz Abigail wybrała nie jego a swojego męża. Męża, z którym miała bardzo udane małżeństwo.

Córki i syn kobiety również czują się oszołomione zmianą. Najstarsza z nich, Debora ma w planie jak najszybszy powrót do poprzedniego miejsca zamieszkania i gminy. Tamtejsza społeczność jest jej znana od zawsze, tęskni i za przyjaciółką i za chłopcem, z którym chciałaby się związać.

Początkowe plany szybko jednak muszą ulec zmianie, jak to w życiu, gdy człowiek planuje jedno ale otrzymuje często coś odwrotnego bądź nieco zmodyfikowanego.

Wszystko jest tak inne w Teksasie. I krajobraz i klimat i jedzenie i zwierzęta, które widują podczas pracy czy odpoczynku. Niełatwo jest zmienić dotychczasowe życie i otoczenie. Jednak nie tylko Debora i jej siostry muszą nauczyć się żyć w nowym miejscu zamieszkania. Również ich matka, która zaczyna odczuwać, że pomysł z przeprowadzką niekoniecznie musiał być najwłaściwszy. Jednak brat nalegał a również wiadomo, że samemu nie jest w życiu lekko więc stąd taka a nie inna decyzja.

Zmianę w życiu obu kobiet, zarówno Debory jak i Abigail, przyniesie spotkanie z pszczelarzem, Mordechajem i jego synem, Fineaszem. Fineasz jest rówieśnikiem Debory i podobnie, jak ona , nosi w sercu smutek i żałobę. Początkowo niechętny dziewczynie z czasem zacznie zmieniać do niej stosunek.

Serdeczny i dobry Mordechaj i jego rodzina staną się wsparciem i opoką dla rodziny Lantzów w pewnym trudnym momencie życia, jaki zdarzy się po paru miesiącach od ich przyjazdu do Teksasu.

Bardzo mnie wciągnęła ta książka przede wszystkim dlatego, że miałam okazję chociaż trochę poznać społeczność Amiszów. Mimo, że autorka nie jest członkinią wspólnoty, według mnie udało jej się po trochu przenieść czytelnika w świat tej cichej, dość oddalonej chociaż nie odizolowanej (członkowie społeczności produkują na przykład przetwory czy miód i sprzedają je w miasteczku) grupy.

Dzięki książce poznałam też charakterystyczne dla Amiszów obyczaje jak na przykład wspólne śpiewanie młodych, coś w rodzaju masowej organizowanej imprezy mającej swatać młode pary, czy typowy dla nich język, w którym widać niemieckie, szwajcarskie naleciałości.

A poza tym, jest to po prostu ciekawie opowiedziana historia rodziny po przejściach, która musi odnaleźć się w nowym miejscu i nowej społeczności. Kibicujemy też losom nie tylko młodej Debory ale również jej matce, Abigail, która wciąż zasługuje na szczęście i spokój.
Ważne też jest przesłanie płynące z książki, a mianowicie to, że w życiu bardzo wiele można znieść i zdziałać, jeśli mamy obok siebie rodzinę.

Jak już pisałam na początku, książka mi się podobała i bardzo mnie wciągnęła.
Moja ocena to 5.5 / 6.

"Willa pod Czarnym Tulipanem". Danuta Korolewicz.

Wydana w Wydawnictwie Lucky. Radom (2019).

Książkę wygrałam w konkursie świątecznym organizowanym na Fb przez portal Książka zamiast Kwiatka.

Ja jednym z mazurskich jezior, Jeziorze Wielkim położona jest wysepka, na której znajduje się stara willa hrabiego Tulipanowskiego. 

Niewiele osób z małego miasteczka Mazurczany zna właściciela owej odseparowanej posiadłości co jednak powoli się zmienia gdyż hrabia regularnie zaprasza mieszkańców na weekend do swej willi.

Na jeden z takich weekendów, piętnastego i szesnastego czerwca zostaje zaproszona Lidia. Jest malarką, która stopniowo osiąga sukcesy zawodowe. Tuż przed wyjazdem zorganizowana zostaje wystawa jej malarstwa w jednej z prestiżowych galerii sztuki w Gdańsku. 
Na wysepkę Lidia trafia wraz z siedmioma innymi osobami, z których zna trzy. Elżbieta, to charakteryzatorka i od dawna przyjaciółka Lidii, Andrzej to rzeźbiarz i przyjaciel i Zbyszek, dawna miłość kobiety, z którą obecnie nie chce mieć ona wiele wspólnego.

Pozostałe cztery osoby, dwie kobiety i dwóch mężczyzn, to osoby nieznane im. 

Tak więc właściwie można powiedzieć, że skład gości jest dobrany według jakiegoś nieznanego przyjaciołom klucza. 

Na wyspę dostają się jachtem. Goście zostają ulokowani na piętrze domu i mają do dyspozycji całą, sporą willę a na kolacje schodzą na parter. Willa ubogacona jest starymi sprzętami, ciekawymi obrazami i ogromną ilością wielkich luster.

Wśród obrazów uwagę tymczasowych mieszkańców willi zwraca portret damy w białej sukni trzymającej na kolanach bukiet złożony z nietypowej kompozycji i ilości, ośmiu czarnych tulipanów. Podczas pierwszej kolacji goście poznają hrabiego Tulipanowskiego, który opowiada im ciekawą legendę o owej damie. Otóż podobno była to seryjna morderczyni, której rodzina wstydziła się i raczej starała się zatrzeć pamięć owej Krwawej Bernadetty. Legenda rodzinna głosiła, że zawsze przed popełnieniem zbrodni przez Krwawą Bernadettę z obrazu kobiety znikał jeden z czarnych tulipanów. 

Tulipanowski opuszcza willę zapowiadając, że postara się jak najprędzej wrócić do gości a przy tym zaprasza ich w ramach rekompensaty na dłuższy pobyt, z czego wszyscy początkowo chętnie korzystają. 
Zatrudniona kucharka, pani Eugenia gotuje bardzo dobrze, mają zaopatrzenie i opierunek. Darmowe wakacje na jednej z wysp kuszą ogromnie pomimo lekkiego poczucia odizolowania. Albowiem zaczyna się nieciekawa pogoda, w czasie której co chwila nad jeziorem i wysepką przetacza się gwałtowna burza. Wysiada prąd, okazuje się też, że w willi zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Towarzystwo orientuje się, że wszystkim zginęły ładowarki do telefonów, a co budzi początkowo niedowierzanie ale potem przerażenie, okazuje się ,że jeden z tulipanów trzymanych na obrazie przez Krwawą Bernadettę zniknął. 

Lidia ma wsparcie w Elżbiecie ale i w Zbyszku, co do którego początkowo nieufna i zraniona, z czasem ponownie zaczyna się przekonywać. Oni i Andrzej wydają im się „bezpieczni”, nie są w stanie uwierzyć, że to któreś z nich robi reszcie takie nieprzyjemne kawały jak schowanie ładowarek do telefonu w chwili, gdy jest się odciętym od reszty świata, gospodarz w ogóle nie wydaje się chętny do powrotu na wyspę a kolejny tulipan znika z obrazu. 

„Willa pod Czarnym Tulipanem” wciągnęła mnie. Podobał mi się narastający w niej klimat niepewności i wręcz grozy. Poczucie odizolowania, początkowo kuszące by odpocząć od świata, a stopniowo sprawiające, że mieszkańcy popatrują na siebie z coraz większym podejrzeniem gdyż przestali czuć się bezpiecznie, oddane zostało bardzo dobrze. Tm bardziej, że na jaw zaczynają wychodzić różne sekrety i tajemnice z przeszłości.

Przyznaję, że czułam się zaintrygowana o co tak naprawdę chodzi, co stało się z niepowracającym do willi właścicielem, kto tak naprawdę w tej opowieści okaże się dobry a kto zły i kto stoi za całą intrygą i w rezultacie jednak za zbrodnią.  Samo rozwiązanie zbrodni i jej powody nieco mnie rozczarowały, jednak całość czytało mi się bardzo dobrze. 

No i po raz kolejny podobała mi się okładka autorstwa pani Ilony Gostyńskiej-Rymkiewicz. 

Moja ocena to 5 / 6.

"Oleńka. Panienka z Białego Dworu". Wioletta Sawicka.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2020). 

Data premiery 14.01.2020.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Oleńka. Panienka z Białego Dworu” to pierwsza część sagi o rodzinie żyjącej na Wileńszczyźnie. I moje pierwsze „spotkanie” z książką tej autorki. Spotkanie, dodam, ogromnie udane.

Akcja książki rozpoczyna się w roku 1913, tuż przed rozpoczęciem I WŚ. 

Ogromny majątek i okoliczne włości nieopodal Wilna zamieszkuje rodzina hrabiego Aleksandra Ostojańskiego. Hrabia prowadzi rozliczne interesy, ma między innymi gorzelnię i hodowlę koni. Jego rodzina jednak od zawsze odczuwa silny patriotyzm i dlatego i on z żoną i ich najmłodsza córka, Aleksandra, krzewią wśród zamieszkujących okolicę mieszkańców ducha polskości. Oleńka jeździ do domostw chłopów i stara się uczyć dzieci zarówno czytania, pisania ale i usiłuje uświadomić najmłodszym fakt, że są oni Polakami. Uciśnionymi od dziesiątek lat pod rosyjskim zaborem ale przede wszystkim Polakami. We dworze odbywają się wieczorki patriotyczne, na które zjeżdża się okoliczna szlachta i arystokracja. 

Starszy brat i siostra Oleńki opuścili dom. Brat został wcielony do wojska rosyjskiego, zaś siostra po wyjściu za mąż, wyjechała z mężem do Warszawy. 

Oleńka więc siłą rzeczy jest jedyną pociechą zamieszkującą Ostojany wraz z rodzicami. Wiedzie życie spokojne i szczęśliwe. Przeżywa też pierwszą naprawdę wielką miłość. Zakochuje się bowiem w nauczycielu dzieci sąsiada, Joachimie , pochodzącym z Prus. Joachim doskonale mówi po polsku, język ten uważa wręcz za język ojczysty. I również zakochany jest w Oleńce. Wydaje się, że właściwie lepiej być nie może. Jednak nie do końca tak jest albowiem w przypadku tego związku mowa byłaby o mezaliansie. Młodzi trzymają więc swój coraz bardziej zaawansowany związek w sekrecie. Aleksandra pewna jest, że wszystko dobrze się ułoży, jednak nie ma świadomości, że ojciec jej snuje własne plany względem jej mariażu. Ma bowiem upatrzonego dla ukochanej córeczki księcia, za którego chce wydać najmłodszą pociechę.

Na razie jednak ta pociecha wiedzie życie raczej pozbawione większych zmartwień. Chociaż wokół coraz bardziej głośno mówi się o nadciągającej wojnie, dla Oleńki liczy się przede wszystkim to, że zakochała się bez pamięci i z wzajemnością.  

Jednak nad Biały Dworek i nad rodzinę Ostojańskich nadciągają powoli czarne chmury. Polityka okaże się tym, co z dnia na dzień zniszczy dotychczasowy porządek. I Oleńka,ta, której do tej pory niewiele zmartwień przysparzało życie, będzie musiała stanąć z prawdziwym życiem twarzą w twarz. 
Los nie rozpieści dziewiętnastolatki. Rzuci ją gwałtownie i od razu na głęboką wodę, pełną wirów.

Nagle okaże się, kto tak naprawdę w każdej chwili gotów jest pomóc młodej, zrozpaczonej dziewczynie, której z chwili na chwilę świat runie na głowę. 
Galeria postaci odmalowanych w książce również jest ciekawa. Mroczny, posępny i bez pamięci oszołomiony i otumaniony uczuciem do dziewczyny kowal Ignac. Szpetucha, zielarka i pomagająca kobietom w potrzebie Bocianicha żyjąca w leśnych ostępach. Józka, młoda służąca we dworze, która w pewnym momencie stanie się towarzyszką życia Oleńki. I wiele innych, którzy staną na drodze młodej kobiety. 

Napiszę tak, zdecydowanie jest na „tak” jeśli chodzi o tę serię i z niecierpliwością oczekuję następnego jej tomu. 

Na wielki plus, nie jest to ogromna objętościowo książka. Nie lubię książkowych grubasków, nic na to nie poradzę. Tu zdecydowanie jest tyle ile potrzeba, bez nadmiaru i bez niepotrzebnych skrótów. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

"Pod tym samym niebem". Katarzyna Kielecka.

Wydana w Wydawnictwie Szara Godzina. Katowice (2019).

Książkę przeczytałam dzięki Autorce projektu okładki i stron tytułowych.

To jedna z tych książek z motywem świąt Bożego Narodzenia w tle, o których w tym roku chyba nie było bardzo dużo słychać. A szkoda. Skrywana bowiem pod przyjemną dla oka, zaprojektowaną przez moją ulubioną projektantkę okładek, Ilonę Gostyńską-Rymkiewicz, treść jest naprawdę dobra.

Książkę rozpoczyna list napisany w końcu listopada roku 2019. List wysłany został z Łodzi do Lilki przez nieznaną jej do tej pory cioteczną babkę Apolonię Jezierską.

Lilka mieszka w Suwałkach i list, który otrzymuje od nieznanej jej osoby budzi początkowo nieufność i poczucie, że ktoś chce jej wyciąć niezły kawał. Cioteczna babka bowiem nie bawi się w owijanie w bawełnę. Informuje nigdy nie widzianą wnuczkę siostry, że zostawia jej dom w Łodzi. I że zaprasza Lilkę do siebie na Wigilię albowiem niewiele zostało jej już czasu a ona chciałaby poznać jedyną żyjącą krewną.

Lilka, samotnie wychowująca czteroletnią córeczkę Nelę z niepełnosprawnością fizyczną, uwikłana w kompletnie bezsensowny romans z ojcem tejże i mająca na szczęście przyjaciółkę, Kingę, początkowo nie reaguje na list. Listów jednak będzie więcej, z każdym obie kobiety (Lilka omawia każdą korespondencję z przyjaciółką) poznawać będą sytuację nieznanej Lilce siostry jej babci i właśnie relacje Apolonii z babcią Lilki, Janką. Obie kobiety poróżniło coś w przeszłości, coś, co nie dało im się pogodzić przez resztę dorosłego życia. I właśnie to, co stało się przyczyną rozstania bliźniaczek, pozna wraz z rozwojem korespondencji Lilka.

W międzyczasie poznajemy też innych bohaterów, jak chociażby chłopaka Kingi, Adama Wodniaka, zwanego Lewarkiem. To też okaże się istotna postać w książce albowiem uświadomi coś nie tylko samemu sobie ale i swojej dziewczynie,

Listów do Lilki nadejdzie jeszcze parę, każdy z nich w coraz bardziej nakłaniającym kobietę do przyjazdu do Łodzi, tonie.
W pewnym momencie Lilka zdecyduje się zabrać córeczkę i pojechać niejako w nieznane aby spotkać pierwszy raz w życiu siostrę swojej babci Janki. W końcu, jak w swoich listach lubi podkreślać Apolonia, dopóki żyje się wciąż pod tym samym niebem, dopóty jest nadzieja na spotkanie, poznanie się czy pojednanie. Trzy kobiety, bowiem Kinga również wyjeżdża z przyjaciółką i Nelą, ruszą więc tuż przed Wigilią w kierunku Łodzi aby tam poznać ciekawą galerię postaci.

Święta okażą się ze wszech miar oryginalne a na pewno przyniosą wiele rozwiązań i przełomu w sytuacjach życiowych postaci opisywanych w książce.

Podobała mi się ta książka. Nie epatowała wielkimi dramatami chociaż część akcji książki rozgrywa się w czasie IIWŚ ale nie lukrowała też niepotrzebnie rzeczywistości. W książce są więc i dziecko z niepełnosprawnością i postaci wybitnie negatywne. Są tu i sytuacje, w których komuś trudno jest podjąć właściwą decyzję i te, w których są one jak najbardziej właściwie podejmowane. Postaci też są odmalowane jako jak najbardziej możliwe do zaistnienia, z ich wadami i zaletami, popełniające błędy ale i bywa, że irytujące innych. Czyli jednym słowem – życie.

Podobało mi się też jej główne przesłanie czyli to, że dopóki żyjemy pod tym samym niebem wciąż mamy szanse na dogadanie się, przegadanie, poprawę relacji czy układów. I chociaż święta nie są tu wcale opisane jako lukrowana rzeczywistość, w której wszystko dzieje się idealnie, są przedstawione jako czas okazji i nadarzających się dobrych możliwości.

Moja ocena to 5.5 / 6.

"Z Pokorą przez życie. Wojciech Pokora w rozmowie z Krzysztofem Pyzią".

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2015). Ebook.

Zupełnie przypadkiem, że na czytniku mam (zapewne nabytą w jakiejś korzystnej promocji ebookowej) ebook w formie wywiadu-rozmowy z panem Wojciechem Pokorą.

Jako, że lubiłam bardzo zmarłego w 2018 roku aktora, sięgnęłam po książkę z wielkim zainteresowaniem. Byłam ciekawa, czego dowiem się z rozmowy. Książka to faktycznie rozmowa z zarówno panem Wojciechem Pokorą ale i zarazem z jego wciąż obecną przy rozmowach, żoną , Hanną.

Jak się spodziewałam, nie dowiedziałam się żadnych plot czy pomówień a z tej rozmowy wyłonił mi się obraz dość spokojnego człowieka, aktora, męża, ojca wiodącego ciekawe dla jednych a dla innych być może nudne (sześćdziesiąt lat z jedną żoną? niemożliwe) życie.

Z pewnością ci, którzy liczyliby na jakieś pikantne anegdotki pozostaliby niezadowoleni bo takich w opowieściach pana Pokory nie było.

Było za to sporo o jego pracy w teatrze, o prace zespołowej, nieco o kulisach tejże. Było też trochę o panu Pokorze jako o człowieku. Mężu ogromnie kochającym i związanym z żoną, panią Hanną, która wniosła bardzo dużo cennych wspomnień i informacji do tego wywiadu, ojcu, dziadku. Działkowcu bo jak się okazało, pan Pokora miał z żoną działkę pod Radzyminem, na której to działce spędzał każdy możliwy wolny czas.

Jak sam stwierdził pod koniec rozmowy z Krzysztofem Pyzią, ludzie często ulegają złudzeniu, że aktor grający role komediowe (w które chyba czuł się nieco zbyt silnie „wtłoczony” jako aktor) , sam z siebie jest tryskającym poczuciem humoru człowiekiem wciąż rzucającym jakieś żarty. Tak oczywiście nie jest i sam Wojciech Pokora rozprawił się z tym mitem na kartach tej książki.

Mnie osobiście najbardziej ciekawiły jego refleksje i spostrzeżenia, wspomnienia na temat samej pracy teatralno filmowej. Na przykład zdziwiłam się jak bardzo nie lubił roli, która przyniosła mu przecież ogromną popularność czyli Marysi w filmie”Poszukiwany, poszukiwana”. Mogę jednak zrozumieć niechęć danej osoby do zagranej przez nią roli, chociażby była ona zagrana z niewiarygodną wirtuozerią i wspaniałością. Sama, przyznaję się, że lubię przypomnieć sobie ten film aczkolwiek moją ulubioną rolą pana Wojciecha Pokory z filmów to docent Furman z „Alternatywy 4”. Przy okazji, „dostało się” też kontynuacjom seriali ongiś popularnych , takich jak właśnie kontynuacja „Alternatywy 4” czy „Czterdziestolatka”.

Bardzo wzruszająca była też część rozmowy dotycząca stanu zdrowia żony pana Pokory, pani Hanny, zwłaszcza dramatycznego epizodu z jej życia. Myślę, że ta część książki jest naprawdę najbardziej przejmująca. Pokazuje małżeństwo, które spędziło ze sobą praktycznie niemal całe swoje życie a mimo to jest z tego powodu szczęśliwe, docenia to i chce aby trwało jak najdłużej. Piękne to. Nie ukrywam, że podczas lektury tej części łezka wzruszenia kręciła mi się w oku.

Myślę, że pan Wojciech Pokora to aktor pochodzący z innego pokolenia szkoły aktorskiej, powoli już niestety, odchodzącego. To aktor, dla którego widz teatralny jest niezwykle ważny i wobec którego zachowuje się normy grzeczności i szacunku. To również szkoła dobrej dykcji a nie mamrotania pod nosem, szkoła wyrazistości a nie jedynie „wyglądu” i w końcu, szkoła perfekcji w czymkolwiek co jako aktor się wykonuje.

„Z Pokorą przez życie” to z pewnością dobry pomysł na lekturę dla osób, które lubiły aktorstwo pana Pokory.

Moja ocena to 5 /6.

Życzenia Świąteczne

Nadchodzą Święta Bożego Narodzenia.

Z tej okazji chciałabym złożyć Wszystkim, którzy odwiedzają mój blog, Życzenia Zdrowych, Radosnych Świąt, spędzonych tak jak chcecie i z tymi, z którymi chcecie. I, oczywiście, jeśli to dotyczy tych, z którymi chcecie, abyśmy się z Nimi spotkali przy dzieleniu się Opłatkiem również za rok.

Tym, dla których to ważne wydarzenie religijne, życzę duchowych przeżyć i darów a tym, dla których to po prostu wolne dni, odpoczynku od kieratu codzienności. I możliwości złapania oddechu.

Wszystkim zaś życzę dużo poczucia wdzięczności za to, co mamy, dostrzeżenia życzliwych osób obok nas i nie przejmowania się drobiazgami. One nie są tego warte. Nie dajmy sobie popsuć takich dni małostkami. Nie są tego warte.

Na nadchodzący Nowy Rok jeszcze Wam powinszuję.

"Wigilia pełna duchów".

Zbiór opowiadań.
Autorzy M.R. James, Arthur Conan Doyle, F. Marion Crawford, Elizabeth Gaskell, Edith Wharton, Mrs. J.H. Riddell, Andrew Haggard, G.B. Burgin, Emily Arnold, Isabella F. Romer.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).

Przełożyli Katarzyna Bogiel, Beata Długajczyk, Ewa Hiridyska, Robert Lipski, Jerzy Łoziński, Jan S. Zaus.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Po ten zbiór dwunastu opowiadań sięgnęłam z ogromną chęcią. Dawno temu zaczytywałam się opowieściami tego rodzaju i postanowiłam, że gdy nadarza się okazja powrotu do literatury wiktoriańskiej, zwłaszcza, że są to opowieści o duchach, trzeba z tej okazji skorzystać.

Muszę powiedzieć, że spędziłam czas poświęcony lekturze tego zbioru lepiej niż mogłam się spodziewać.
Znów za sprawą literatury, znalazłam się często w wiejskich posiadłościach, ogromnych rodowych siedzibach z wiekami historii czy też wręcz w zabytkowych zamczyskach.

Ale „byłam też” dwa razy na statku. Raz na liniowcu, na którym znajdowała się osławiona grozą kabina numer 105 (opowiadanie „Górna koja”, którego autorem jest Francis Marion Crawford) a raz na statku wielorybniczym za sprawą opowiadania „Kapitan „Gwiazdy Polarnej” ” Arthura Conan Doyle’a.

W opowiadaniach wyraźnie widać ówczesną fascynację zjawiskami spirytystycznymi i wywoływaniem duchów. Widać też jak wiele osób korzystało z ówczesnej fascynacji i swego rodzaju „mody” na te zjawiska i wykorzystywało ludzką naiwność.
Jednak są opowiadania o duchach bez żadnego podtekstu, całkowicie owym paranormalnym istotom poświęcone.

Muszę przyznać, że najbardziej z tego zbioru spodobały mi się trzy zamieszczone opowiadania autorstwa Francisa Mariona Crawforda. W zbiorze „Wigilia pełna duchów” zamieszczono kultowe już jego autorstwa opowiadania jak „Wrzeszcząca czaszka” (znam, znam, ale po raz kolejny czytałam z ciarkami na plecach, zwłaszcza, że podobała mi się forma narracji, narrator zwraca się do swego gościa i całą historię poznajemy „na bieżąco” uczestnicząc w wydarzeniach, jakie się dzieją), „Górna koja” (nie wiem czy po tej lekturze wciąż marzę o rejsie statkiem 🙂 ) i „Duch lalki”. „Wrzeszcząca czaszka” staje się w ogóle ulubionym opowiadaniem całego zbioru.

„Wrzeszcząca czaszka” to jak już wspomniałam opowiadanie z ciekawą narracją. Oto bowiem narrator, emerytowany wilk morski, zwraca się wciąż do swego gościa, również marynarza i opowiada mu o niezwykłym przedmiocie jaki posiada w swoim domostwie, odziedziczonym po rodzinie, która w krótkim czasie wymarła. A ów niezwykły przedmiot to czaszka. Nie ukrywam, zarówno sama opowieść, co czego się dowiadujemy, co zaczynamy podejrzewać wraz z każdym wypowiadanym przez marynarza słowem, dodatkowo odmalowana aura za oknem, wszystko to powoduje, że opowiadanie to wciąż pozostaje jednym z najlepszych opowieści grozy jakie napisano.

Jest jednak w tym zbiorze parę innych, które również budziły najprawdziwszą i słuszną grozę.

„Opowieść starej piastunki” autorstwa Elizabeth Gaskell to fantastyczny przykład opowieści grozy, którą powinno się czytać pod ciepłym kocem, z herbatą obok ale przy zdecydowanie zapalonym świetle (żadne tam nastrojowe cieniowanie:)). Klimatyczna, nastrojowa, taka, jak trzeba, plus to, co mi się spodobało czyli przesłanie, że winy wyrządzone w przeszłości muszą zostać ukarane.

Czytając „Później” Edith Wharton wciąż zastanawiałam się nad tym jak się zakończy cała ta historia i muszę przyznać, że udało się mi zostać zaskoczoną. To lubię.

W „Wigilii pełnej duchów” podobało mi się też jak różne duchy,że się tak wyrażę, są tam przedstawione w opowiadaniach. Są bowiem i takie bardzo „klasyczne” zjawy, w prześcieradłach, pobrzękujące łańcuchami, dziwne obślizgłe materie ale i zjawy, w których początkowo nie można w ogóle rozpoznać istoty z innego wymiaru.

W kilku opowiadaniach powtarza się przesłanie, o którym już pisałam, że mi się podobało a mianowicie, że popełnione kiedyś grzechy, winy w stosunku do innych, nie zostaną zapomniane i osoby, które się ich dopuściły, spotka prędzej czy później kara.

Są też jednak i duchy, które pomagają rodzącej się miłości.

Można więc powiedzieć, że to zbiór, w którym każdy miłośnik starej, dobrej, napisanej świetnym językiem prozy grozy, znajdzie coś dla siebie.

Polecam jako pomysł na prezent pod choinkę. Myślę, że miłośnicy takiej literatury z pewnością nie poczują się zawiedzeni.

Moja ocena to 6 / 6.