„Cień gejszy”. Anna Klejzerowicz.

Wydana w Wydawnictwie Replika. Zakrzewo (2011).

Przeleżał się u mnie „Cień gejszy” nieprzyzwoicie długo. 
Dostałam tę książkę od kogoś, z kim już nie utrzymuję kontaktów, za to wraz z otwarciem stron „Cienia gejszy” dużo miłych wspomnień z tą Osobą się pojawiło. Miło…

Nie ukrywam, że sięgnęłam po ten kryminał dziejący się w Gdańsku głównie (ogólnie w Tójmieście) dlatego, że zachwycił mnie kryminał Anny Klejzerowicz „Puste ramy”, który czytałam dopiero co. 
Nie wiem, czemu wcześniej nie przeczytałam „Cienia gejszy”, za to teraz nadrobiłam ten błąd a lekturę miałam naprawdę udaną. 
Z posłowia od Autorki wiem, że artysta, którego drzeworyty są głównym motywem sztuki w tej książce, istniał naprawdę. Baison, bo o nim mowa, był autorem cyklu drzeworytów, które stworzone w Japonii i które jakimś zbiegiem okoliczności znalazły się w Gdańsku w latach 90-tych XIX wieku. 
Już sama ta historia, to pomysł na jeszcze inną książkę, ale tu akurat intryga dotyczy drzeworytów. 
Mijają lata i nastają czasy współczesne, gdy dziewiętnastowieczne japońskie drzeworyty znów znajdą się na świeczniku. 

Czego tu nie ma? I dawna Japonia, która akurat przechodzi czas fascynacji Zachodem i Europą, i właśnie niezwykle ciekawa sztuka drzeworytnicza dawnych czasów. I ciekawa intryga kryminalna, którą rozwiązują Emil Żądło wraz z partnerką i przyjacielem Markiem Zebrą. Drzeworyty zdają się przynosić nieszczęście obecnym właścicielom i każdemu, kto zaczyna wykazywać zainteresowanie nimi. Co przynosi pecha, czemu akurat z nimi jest związany ciąg nieszczęśliwych zdarzeń i zbrodni? Tego przyjaciele muszą się dowiedzieć, bo zła siła, która wiąże się z tymi dziełami sztuki zaczyna niebezpiecznie zbliżać się i do nich. 
Podobnie, jak w „Pustych ramach” akcja kryminału dzieje się wartko. To lubię, żadnego wleczenia się, jest wrecz filmowo. Zresztą akurat tę i poprzednią czytaną przeze mnie książkę Anny Klejzerowicz z przyjemnością zobaczyłabym w wersji filmowej (chociaż, jak się zastanowić, ostatnio ekranizowanie literatury bywa zaskakujące dla części widzów i czytelników 😉 ). Ale „Cień gejszy” aż prosi się o ekranizację i kto wie, może kiedyś się to uda?

Większość czasu akcja dzieje się we współczesnych czasach, w Trójmieście właśnie, ale wydarzenia i osoby z przeszłości odegrały w tej historii ważńą rolę. Stare grzechy rzucają długie cienie. To powiedzenie w tym przypadku jest niewykle prawdziwe. 
Cieszę się, że sięgnęłam po „Cień gejszy”. Czytało mi się ją świetnie a dodatkowo dobrze ze względu na Japonię i sztukę tego kraju. I znów warto sięgnąć do internetu, aby bardziej zgłębić temat. 

Polecam osobom, które dotąd nie czytały tej książki Anny Klejzerowicz a moja ocena to 6 / 6. 

„Utwory zebrane”. Ks. Jan Twardowski.

Tom wierszy wydany w Wydawnictwie „M”. Kraków (2002). 

Zawiera wiersze z tomów z lat 1979-1980. Zebrała i opracowała Aleksandra Iwanowska. Ten tomik wierszy księdza Jana Twardowskiego znalazłam w osiedlowej Książkodzielni i oczywiście, że musiałam go wziąć. Oczywiście nie dla mienia i dlatego, że to ukochany poeta Mamy, ale przede wszystkim dlatego, że chciałam przeczytać coś innego od tego, co znam. I nie zawiodłam się a wręcz w moim prywatnym odczuciu to właśnie ten zbiór wysuwa się na pierwsze miejsce w ocenach. Chyba nie dałabym rady żyć bez poezji, to taka myśl nie wiem, bez związku? ze związkiem? Lubię to, że jednak większość poetów ma swój własny, niepodrabialny styl i wystarczy, że zerknie się na zdania nie widząc nazwiska a jeśli znasz i czytasz wiersze danego twórcy, wiesz, że to jego autorstwa. 

W „Utworach zebranych” tu wydanych sporo oczywiście wierszy mi znanych, w tym lubiany przeze mnie (chociaż zawsze mówię, że niestety, zbyt chyba nadużywany a przez to lekceważony często) wiersz „Śpieszmy się” dedykowany Annie Kamieńskiej. Ale wyczytałam tu wiersze dla mnie nowe, lub być może te, które rzadko kiedy czytałam i zapomniałam. 

Jestem przekonana, że „W niebie”, który to wiersz nawet przesłałam Komuś dalej, czytałam po raz pierwszy. I muszę powiedzieć, że w tym zbiorze to ten konkretny wiersz jest moim numerem jeden. Wyprzedza nawet „Śpieszmy się”. 

„W niebie” jest mowa o ponownym spotkaniu z matką po śmierci, ale też muszę powiedzieć, że w ogóle ten ton ma mocno wspomnieniowo-refleksyjny ton. Nie jest to bowiem jedyny wiersz, w którym mowa o matce właśnie a i dużo tu wspomnień, pamięci o przeszłości, domu rodzinnym, o pozostałych na świecie świadectwach po ludziach, których już z nami nie ma.

Nie potrafię czytać na raz wierszy, tym bardziej, że ten tom, to w sumie tom a nie tomik i dobrze, bo jest gęsty od dobra. Tak więc i te wiersze czytałam jak sądzę z dobre dwa, jeśli nie więcej, miesiące. Miałam taki swój prywatny rytuał czytania go nocą już niemal chwilę przed położeniem się spać. Myślę, że to dobry pomysł na kontynuację. Na razie to wydanie wciąż leżeć będzie przy łóżku i zamierzam czytać go na nowo. Jest kolorowy od zakładek indeksacyjnych, ale być może dojdą nowe, kto wie? Jeśli lubicie wiersze księdza Jana Twardowskiego a nie znacie tego tomu, polecam go Wam ze szczerego serca. 

Podaję tytuły wierszy, które zrobiły na mnie bardzo wielkie wrażenie. Z wierszy z tomów z lat 1979-1980 są to: Ręce, (o dłoniach matki), O bólu, Zmieniły się czasy, Koło domu, Telefon milczy, Wszystko, co dawne, Żal, Śpieszmy się.

Z tomu „Niebieskie okulary” (1980) są to: Nie wysłuchane, Na Drodze Krzyżowej, Wiara zdziwienie, W niebie (to właśnie tu jest tak bardzo przejmująco o mamie), Ile razy.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Puste ramy”. Anna Klejzerowicz.

Wydana w Wydawnictwie Purple BOOK. Warszawa (2026).

Ogromnie dziękuję Wydawnictwu za przekazanie mi tej książki do recenzji.

Ależ miałam fantastycznie spędzony czas nad tą książką! Po pierwsze, świetna tematyka (zaginięcie dzieł sztuki), po drugie ciekawa i wartka akcja książki, po trzecie, udana intryga kryminalna. 
Dwoje dziennikarzy pracujących w dziale historycznym „Przeglądu Pomorskiego, a prywatnie para, Nina Kiryłło i Eryk Morski podejmują bez wiedzy swojej przełożonej Marzenny Kowalskiej prywatne śledztwo. 

Mieli pisać artykuł o czymś zupełnie innym, gdy w oko i w ucho wpadła im historia kolejnej kradzieży dzieła sztuki z polskiego muzeum. Tym razem chodzi o kradzież obrazu Cranacha z muzeum diecezjalnego na Śląsku. Okazuje się, że dziesięć lat wstecz, z pobliskiego miasta również zginął obraz, tym razem przypisywany nikomu innemu, jak samemu Manetowi. Dziennikarze rozprawiając o tej kradzieży zauważają dziwną zbieżność. Po pierwsze, wydaje się, że podobne zaginięcia dzieł sztuki, jak ta współczesna ze Śląska, jak i ta sprzed dziesięciu lat, która miała miejsce niedaleko, miały miejsce w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. I wszystkie te zabory dzieł sztuki łączy jeden motyw. Ogień, który pojawiał się albo w danej placówce muzealnej albo w innym miejscu powiązanym z tym wydarzeniem. Co gorsza, oprócz ewidentnych strat samych dzieł sztuki, podczas tych przestępstw ginęli też ludzie. 

Nie dziwne więc, że dawna dziennikarka śledcza, Nina, zamiast nudnego materiału, jaki miała przygotować wraz z Erykiem, wybiera ryzykowne i pełne emocji prywatne dochodzenie. Chcą dowiedzieć się, czy faktycznie coś (lub raczej ktoś?) łączy wszystkie te kradzieże dzieł sztuki i czy obecnie te kradzieże również można łączyć z tym, co miało miejsce w ubiegłym stuleciu. Ale to dochodzenie jest poza wiedzą ich szefowej, Marzanny Kowalskiej, która wyraźnie zabroniła im tego typu działań. Jednak nic nie powstrzyma osób, które czują, że ma miejsce jakaś niesamowita afera na rynku dzieł sztuki i wystawienniczym. I to jest dopiero pomysł na artykuł.

Przy okazji jestem pod wrażeniem, bo dawno nie zdarzyło się, abym w trakcie czytania książki kryminalno sensacyjnej aż tak często sięgała do internetu. A tu? Anna Klejzerowicz intrygę „Pustych ram” oparła częściowo na prawdziwych wydarzeniach. 
I tak na przykład, sprawdźcie sobie niesamowitą historię obrazu Brueghla „Kobieta niosąca żar”, który to obraz skradziony został z Muzeum Narodowego w Gdańsku w roku 1974. Odnaleziony on został w 2022 zupełnie przypadkiem, na wystawie w Muzeum w Goudzie. Wydaje mi się, że w momencie, gdy piszę te słowa, a jest to wrzesień 2026 obraz ten nie powrócił na swoje pierwotne miejsce, chociaż oczywiście są starania, aby tak się stało. Pozostaje więc mieć nadzieję, że wszystkie policyjno dochodzeniowo administracyjne działania doprowadzą do tego,że wkrótce będziemy mogli cieszyć się nim ponownie w Polsce. 
Sami więc pomyślcie, jak mogli nie sięgnąć po wręcz cisnący się pod dziennikarskie pióro, niezwykły temat Nina i Eryk? Dziennikarze zatem ruszyli w teren, aby zbadać sytuację i dowiedzieć się, czy ich przypuszczenia, że wszystkie te dotychczasowe sprawy się łączą, są prawdziwe. 

Bardzo dobrze czytało mi się tę książkę. Akcja toczy się szybko, sama tematyka dzieł sztuki i ich zaginięć z rozmaitych powodów jest dla mnie ciekawa. A dodatkowo fakt, że część z tych spraw naprawdę miała miejsce na swój sposób dodaje książce niezwykłości (chociaż wolałoby się, aby każda sprawa miała swój szczęśliwy finał). 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Trup na Nilu”. Tomasz Duszyński.

Wydana w Skarpie Warszawskiej. Warszawa (2026). Ebook.

„Trup na Nilu”, to trzecia z serii komedii kryminalnych, których akcja dzieje się w plenerze wakacyjno-turystycznym, a bohaterami są: narrator, Tomasz, Pan Pisarz, Pani Żona, Panna Córka i grono znajomych. Postaci Ziętków, małżeństwo Rózia, Staszek i ich syn Henryk, to bohaterowie również dwóch poprzednich części. Przypominam, pierwsza, w której poznaliśmy całe towarzystwo działa się przed weselem polsko-greckim mającym się odbyć na Peloponezie. Druga część z narratorem, jego rodziną, Ziętkami i grupą nowych postaci miała akcję osadzoną w Toskanii i ta część podobała mi się najmniej z trzech. A „Trup” na Nilu, to znów postaci z peloponeskiej części. We wszystkich trzech tomach nawiasem mówiąc występuje oryginalny grecki śledczy, Nikolaos Katarstropoulos. Jednak niech nas nie zmyli katastroficzne nazwisko greckiego policjanta. Okazuje się, że wraz z naszymi bohaterami sprawnie rozwiązuje kolejną zagadkę kryminalną.

Tym razem Pan Pisarz zostaje zaproszony do Egiptu, gdzie wraz z rodziną i znanymi z Grecji znajomymi, ma celebrować okrągłe urodziny. Jak to z tą pięćdziesiątką bywa (wiem, bo sama to przerabiałam w tym roku), często ma się jednak chęć na nietuzinkowe świętowanie i Pan Pisarz chyba jest z tego planu zadowolony. Tym bardziej, że naiwnie jest przekonany, że Ziętkowie z nimi nie jadą. Ale o czym byłaby ta komedia, gdyby zabrakło w niej Staszka i jego rodzinki. 

„Trup na Nilu” podobał mi się podobnie, jak pierwsza część serii. Uśmiałam się, miałam ciekawą intrygę kryminalną, trochę w klimacie Indiany Jonesa. Ogólnie, to nie ukrywam, że mam wielką nadzieję na to, że Tomasz Duszyński ma w zanadrzu pomysły na kolejne części kryminalnych przygód na wesoło. Ciekawe, do jakich miejsc nas zabierze 🙂  A tymczasem muszę też sięgnąć po inne, już nie komediowe kryminały Jego autorstwa. 

Moja ocena tej części, to 6 / 6. 

Sierpień…

 …z lekturą. Jak pisałam wielokrotnie, podczas wakacji nie czytam bardzo intensywnie. 
Ale oczywiście nie jest tak, że nie czytam nic. 
Parę tygodni temu zrobiłam sobie zapas greckiej lektury, korzystając z promocji na literaturę z Grecją w tle. 
Tym samym na czytniku znalazły się i trylogia grecka Macieja Siembiedy (w planach), ale i pierwsza część z na razie trzech książek z wakacyjnym klimatem autorstwa Tomasza Duszyńskiego. Na wyjeździe przeczytałam więc pierwszą z serii, „Moje wielkie greckie morderstwo”. Kryminał na wesoło z narratorem Tomaszem Duszyńskim, autorem poczytnych kryminałów 🙂 Występuje też znana ze strony Autora Pani Żona i Panna Córka. 
Akcja działa się na Peloponezie i z przyjemnością czytałam intrygę. Miało być wielkie greckie wesele, wyszło trochę z nawiązką, do tego zabawni bohaterowie, wesoło mija czas i pewnie dlatego czytało się mi to fajnie.
Następnie sięgnęłam po drugą część, jaką jest „Słodkie życie włoska śmierć”. Część bohaterów, jak autor, Pani Żona, Panna Córka i rodzina Ziętków zapoznana w poprzedniej części jest znajoma, część postaci nowa. Akcja tym razem rozgrywa się w Toskanii, gdzie autor prowadzi warsztaty literackie i znów dzieje zbrodnia, w którą chcąc niechcąc wplątani są nasi bohaterowie. Ta część podobała mi się trochę mniej od pierwszej, ale nie zmienia to faktu, że teraz zaczęłam czytać niedawno wydaną kolejną z tymi bohaterami. Ta część z kolei będzie się działa w Egipcie. Dopiero zaczęłam, ale już jestem ciekawa. Czyta się te kryminały z przyjemnością, można się zrelaksować. No dobrze, dzieje się tam zbrodnia, ale jest bez jakichś wielkich i drastycznych szczegółów a same postaci fajne i naprawdę, podczas lektury śmiałam się niewymuszenie. 

Odnotuję jeszcze lekturę „Czułej Przewodniczki” Natalii de Barbaro. Miałam ją od paru lat jako ebook, który dostałam od przyjaciółki a dopiero papierowa wersja jakoś tak mnie do lektury zachęciła. 
Na fanpejdźu blogu otrzymałam komentarze raczej na „nie”, właściwie chyba jeden neutralny (ktoś nie czytał tej książki) i jeden pozytywny. Z tym większą ciekawością podchodziłam do niej zaciekawiona, jak mi się spodoba. 
Po lekturze jestem na „tak”. Dobrze mi się ją czytało i nawet jeśli, szczerze mówiąc, nie ma tam jakichś wielu niewiadomo, jak nowych myśli czy refleksji, mnie to pasowało. Pomogło w jakiś sposób uporządkować chaos, jaki czasem panuje w głowie, czy w moich przekonaniach i na swój sposób ucieszyło, że pewne rzeczy postrzegam tak a nie inaczej sama a ktoś ma podobne odczucia. Miałam wrażenie, jakbym na spokojnie siadła z bliską mi kobietą i przy herbacie pogadała tak od serca. Szczerze i bez napinki a jednocześnie ta rozmowa jest czymś wartościowym a nie takim bezsensownym gadaniem o niczym. Myślę, że w dwóch zdaniach, ta książka we mnie rezonuje, tak na spokojnie. I z pewnością nie jest to coś, co bym krytykowała. Tak więc w sumie się cieszę, że podeszłam do niej bez oczekiwań w żadną ze stron. 

A co Wy teraz czytacie lub macie w weekendowych planach?

„Brak wiadomości od Gurba”. Eduardo Mendoza.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2010).

Przełożyła Magdalena Tadel.

Tytuł oryginalny Sin noticias de Gurb.

O „Braku wiadomości od Gurba” przypomniała mi moja przyjaciółka. Był czas, gdy obie zaczytywałyśmy się książkami Eduarda Mendozy i ponieważ na naszym rynku pojawił się nowy tytuł autora, rozmowa zeszła na „Gurba…” i tak oto postanowiłam się do niej dokopać (jak dzik do trufli) i przypomnieć ją sobie. Z fleszy wspomnień pamiętałam jedynie,że była zabawna ale że aż tak-nie.
I oto okazało się,że zdecydowanie warto wracać do swoich własnych tytułów i (przynajmniej tak miało miejsce w moim przypadku) mieć po raz kolejny świetną lekturę.

Statek kosmiczny z dwójką obcych o wysokiej inteligencji, podróżujących jednakowoż bezcieleśnie, przybywa do katalońskiej miejscowości pod Barceloną. Całą historię znamy z narracji dowódcy tej wyprawy, którego imienia nie poznajemy. Natomiast doskonale znamy imię jego podwładnego, Gurba, bowiem imię to jest najczęściej padającym imieniem w tej prześmiesznej książce.
Oddelegowawszy w misję zbadania realiów ziemskich swego podwładnego (któremu szef wybiera postać Marty Sanchez), wydaje się odczuwać satysfakcję z dobrze wypełnionego początku misji. Poczucie to towarzyszy narratorowi jednak przez krótki czas, albowiem szybko ślad po wysłanniku ginie.
I oto tytułowy „brak wiadomości od Gurba” staje się wątkiem wiodącym a dowódca chcąc nie chcąc rusza za Gurbem, aby odnaleźć podwładnego.

Kosmita trafiający na naszą planetę i konkretnie w miejską dżunglę Barcelony, to jest to, czego Państwo chcieli. Lub jeszcze nie wiecie, że chcieliście.
Oczywiście, z poczuciem humoru, jak ze wszystkim, każdy ma własne i zależy, co się komu podoba, ale sądzę, że spora część osób, która nie zna jeszcze tego tytułu nie zawiedzie się.
Chociaż uprzedzam, raczej do nabycia z tak zwanej drugiej ręki, bo chyba wznowień brak. Moje wydanie ma szesnaście lat, więc sporo.

Gdyby ktoś zapytał, czemu tak mnie „Brak wiadomości od Gurba” rozbawiła, to powiem, że ujął mnie specyficzny humor tej książki. W końcu nie jest źle, gdy inteligetne poczucie humoru miesza się z absurdem na wysokim poziomie. A to jest w tej książce jak najbardziej wyczuwalne.
I tak oto śledząc losy poszukującego Gurba narratora w Barcelonie końca lat osiemdziesiątych nieraz mamy okazję naprawdę się uśmiać.
Gdyby ktoś spytał, jaki to rodzaj humoru, dodam, że nieco w klimacie serii o Ostatniej Arystokratce Evzena Bozka. I od razu wiem, że to jakąś część czytelników mojego blogu może zachęcić a innych z kolei – zniechęcić.

Ostatecznie zakończenie samej książki fajne i udane tak, jak moje zdjęcie, które usiłowałam ładnie skomponować na fanpejdż blogu i które jedynie tam możecie znaleźć 🙂

Moja ocena to 6 / 6.

Lipcowe lektury

W wakacje włącza mi się tryb czytelniczy „wakacje” 😉 Czyli, czytam o wiele, wiele mniej ( i przyznam, niczego nie żałuję 😉 ) , i chyba jednak w większości sięgam tradycyjnie po kryminały.
Tym razem tuż przed wyjazdem skończyłam „Regiel” Michała Śmielaka. Kupiłam ją w świetnej promocji ebookowej i jestem zadowolona z niej ogromnie. Ten autor nigdy mnie, jak dotąd nie zawiódł. Polecam.
Z kolei zawiodłam się niestety nieco na „Śmierci w leśniczówce” Anny Klejzerowicz, wygranej w konkursie na stronie Autorki. Jestem szczera w swoich opiniach i nawet, kiedy kogoś znam, to nie kadzę niepotrzebnie. To właściwie opowiadanie a nie powieść. W dodatku szczerze mówiąc, miałam wrażenie, że mimo że był potencjał na coś ciekawszego, skończyło się nieco na oczekiwaniach. Moich, rzecz jasna. Do ocenienia, to że mnie się nie spodobała nadmiernie, nie oznacza, że każdy musi narzekać.
Za to rewelacją lipca okazał się „Głos naszego cienia” Jonathana Carolla. Książka wzięta z Książkodzielni, której już nie ma, zlikwidowano ją po tym, jak ludziom mieszała się ze śmietnikiem ;( Szkoda, bo wzięłam z niej masę dobrych książek a gdy pojawiła się we wrześniu, sama zaniosłam do niej parę kilogramów i wszystkie tytuły poznikały.
„Głos naszego cienia” to to, co pamiętam, że uwielbiałam w prozie Carrolla. Magia, tajemniczość, jakaś totalna dziwaczność postaci, zakręcenie wszystkich wątków i sprowadzenie postaci i wątków właśnie do absurdu. Nie pamiętam, czy czytałam ją te kilkadziesiąt lat temu, obecnie nie mogłam się od niej oderwać. No i Wiedeń w tle, i Nowy Jork.
Wczoraj wracając z Warmii otworzyłam tylko sprawdzić, co i jak NIetuzinkowy sklep całodobowy” Kim Ho-Yeona i… przepadłam. Nabyłam ją w owadzim sklepie, bo pasowała mi cena. Zastanawiałam się, czy to nie będzie kolejna taka słodka opowiastka z tamtych stron ale jak na razie ogromnie mnie wciągnęła i podoba mi się bardzo. Dam znać „po”, jak się ostatecznie odnoszę, ale wydaje mi się, że całość będzie dobra, bo jestem już w mniej więcej jednej trzeciej książki.
A co Wy czytacie obecnie ? I czy też w wakacje czytacie mniej, niż zazwyczaj?

„Cypryjskie meze”. Jolanta Kosowska.

 Wydana w Wydawnictwie Zaczytani. Gdynia (2026).

Książkę udało mi się wygrać parę miesięcy temu w konkursie na stronie Autorki na Fb i trochę się na nią naczekałam, ale było warto. Przeczytałam ją bowiem z wielką przyjemnością. 
„Cypryjskie meze” to opowieść o tym, jak ważne w naszym życiu są korzenie, świadomość, skąd pochodzimy, znajomość naszych przodków, rodzin. Także o tym, że gdy obok nas są serdeczni nam ludzie, uda nam się przejść przez każde zło, nieszczęście, jakie nas może spotkać w życiu. 

Ewelina, to kończąca studia a konkretnie Historię Sztuki młoda kobieta, której znajoma starsza pani zostawia nietypową misję. 
Otóż, prosi ją, by pomogła jej dowiedzieć się, jakie losy spotkały małą dziewczynkę. Starsza pani pracowała kiedyś w domu dziecka i w siedemdziesiątych latach do owej placówki trafiła mała dziewczynka, która niewiele mówiła po polsku. W plecaku dziecka znaleziono potem rzeczy, które mogły wskazywać na to, że nie pochodzi ona z Polski. I oto Ewelina rusza odwiedzić Cypr, aby śladami owej dziewczynki, która, jeśli wciąż żyje, ma obecnie ponad pięćdziesiąt lat, odkryć, co się z nią stało. 
Wielka tajemnica, która okaże się jeszcze ciekawsza, niż młoda kobieta sądzi a tym bardziej, że sama do chwili wyjazdu na wyspę nie znała burzliwej historii Cypru. Przyznam się,że i ja nie znałam i z wielką ciekawością taką skróconą lekcję historii poznałam. 

Podczas swojej cypryjskiej wyprawy Ewelina na wyspie pozna nie tylko jej piękno i starożytne zabytki, pozna dobrych ludzi, którzy uświadomią jej to, o czym pisałam na początku, ważna jest w życiu człowieka rodzina, bliscy, korzenie, które determinują nasze losy, ważna jest ich świadomość. 

„Cypryjskie meze” jest ciekawą opowieścią o ciężkich i trudnych losach zarówno Cypru, jak i jego mieszkańców, których historia i politycy postawili z dnia na dzień w obliczu konieczności zmiany życia i utraty tego, co było tak cenne. Domów, rodzin, korzeni właśnie. 
Czyta się ją bardzo dobrze. Mnie książka ta wciągnęła od pierwszej strony i przeczytałam ją bardzo szybko, co mi się ostatnio często nie zdarza a jednak chęć poznania losów i Eweliny, która ruszyła śladami dziecka i samej Eleni / Helenki właśnie, spowodowała,  że nie mogłam się od niej oderwać. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Biała elegia”. Han Kang.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2024).

Przełożyła Justyna Najbar-Miller. 
Tytuł oryginalny ang. The White Book.

Podoba mi się ten tytuł polski ! Ha, o wiele bardziej od tego angielskiego. Nie wiem, kto o nim zdecydował, czy polska Tłumaczka, czy ktoś z Wydawnictwa. Niemniej jednak tytuł ten pasuje bardzo do treści. 

Po książkę Noblistki, która to ową literacką nagrodę odebrała w roku 2024 sięgnęłam niejako przypadkiem. W zeszły weekend bez planu i dosłownie na chwilę znalazłam się w jednej z warszawskich galerii handlowych, gdzie okazało się, że nici z oglądania ubrań, gdyż odbywa się tam organizowany przez jeden z antykwariatów, kiermasz książki. 
Przepraszam, teraz będzie wtręt kompletnie nie pasujący do treści, o jakiej potem napiszę, ale muszę! No więc rzuciłam się w wir poszukiwań i ryłam w tytułach, jak dzik w truflach. Dziękuję za przeczytanie tego 🙂

Podczas przeglądu książek w ręce wpadła mi wtedy „Biała elegia”. Z informacji na fanpejdżu blogu już wiem, że ostatnio w dyskontach i sklepach panuje promocja (wyprzedaż?) książek Han Kang. Pojęcia nie mam, czemu. 
Ja zwyczajnie ucieszyłam się z tego konkretnego tytułu, bo akurat on z paru osobistych mocno powodów był dla mnie ważny i od dawna nosiłam się z myślą przeczytania tej książki. I czyż to nie jest niezwykłe, że wpadła mi w ręce nieco przypadkowo, w korzystnej cenie, dodatkowo, gdy autorka opisuje zimę spędzoną w Warszawie a ja czytałam ją w panujących w mieście koszmarnych upałach?

Koleżanka z blogu 100 stron na godzinę napisała mi wczoraj w wiadomości prywatnej o „Białej elegii”, że jest to, cytuję, książka „(…)  delikatna, poetycka, smutna „. 

Właściwie to trzy słowa, które faktycznie oddają w stu procentach, czym jest ta ksiażka. To zbiór myśli, refleksji Han Kang na temat jej żałoby? przeżywania śmierci starszej siostry, która żyła jedynie dwie godziny. A Han Kang żyła wraz z bratem w cieniu tego żyjącego tak krótko dziecka… |

Książka nie dość, że nie jest obszerna, to jeszcze dodatkowo poszczególne teksty są najczęściej bardzo krótkie. Ale wydaje mi się, że taka właśnie ma być. Nie ma tu nadmiaru słów i to plus tej książki.
Nie wiem, na ile naprawdę w domu autorki mówiono czy wspominano ową tragedię związaną z porodem pierwszego dziecka w rodzinie. Wiem jedno, odnoszę wrażenie, że to zmarłe dziecko, starsza siostra Han Kang wciąż „żyje”… Trudno to określić, w jaki sposób,ale jakby mimo tego, że nie ma jej fiizycznie, to jest wciąż obok autorki przez to, jak wiele myśli jej ona poświęca. 
Biały, uszyty przez matkę kaftanik staje się też pierwszym i ostatnim ubrankiem noworodka i jednocześnie ubraniem dziewczynki do pochówku. A jednak wydaje się,że dzięki słowom Han Kang ona jednak wciąż żyje. Może właśnie dlatego, aby nieco więcej poczuć siostrę Noblistka zdecydowała się napisać „Białą elegię”?

Podczas lektury zastanawiałam się parę razy, czy można mieć żałobę po kimś, kogo się zupełnie nie znało, ba, nawet nie widziało na oczy? 
A jeśli, to przyszło mi do głowy określenie, moje własne, przeze mnie ukute o „żałobie odroczonej”. Albo o „próbie żałoby”. Nie wiem, na ile da się naprawdę przeżywać własną żałobę po siostrze, której się nie zna a w jakim stopniu, to uczucia przejęte po na przykład matce.  Może więc fakt, że podczas zimowego pobytu w Warszawie autorka pod wpływem filmu o zrujnowanym po Powstaniu Warszawskim mieście, zaczęła pisać słowa pozwoliło jej na wreszcie przeżycie tej żałoby i jakby wypuszczenie z płuc zbyt długo wstrzymywanego oddechu. 

Jak dla mnie ta książka była oniryczna, jakby toczył się w niej bardzo długi sen. Można też na swój sposób odebrać to, jako wędrówkę po światach, do których na co dzień nie mamy dostepu. Po żaświatach?

Czy to jest książka dla każdego? O tak, moje ulubione (znowu dzięki koleżance ze 100 stron na godzinę) pytanie. 
Nie wiem, szczerze mówiąc. Jestem pewna, że wiele osób odłoży ją ze stwierdzeniem, że jest „niezrozumiała”. Ja odnoszę wrażenie, że jest to jedna z tych książek, które najwięcej dają samej piszącej ją osobie i nie jest to zarzut ani nawet próba porównania książki do jakiejś autoterapii. To według mnie próba uporządkowania odczuć, myśli, poukładania słów, które nareszcze zdają się do czegoś pasować. Biel, która jest motywem wiodącym „Białej elegii” może być interpretowana na tak wiele sposobów. Bo przecież i biel kaftanika, w którym zostało złożone ciało dziecka do grobu i śnieg, który sypie w mieście, w którym autorka tworzy najważniejszy koncept swojej przyszłej książki i w końcu owa biel, mylnie pierwotnie zintepretowana przez Han Kang jako śnieg. Owym śniegiem na filmie dokumentalnym okazał się pył pokrywający ruiny zniszczonej Warszawy.  

Na pewno „Biała elegia”, to książka specyficzna i taka, którą się albo pochłonie i będzie w nas rezonować albo odłoży na półkę lub puści dalej w obieg, gdyż nie zostanie po niej nic, co stanowiłoby powód do jej zatrzymania. 

Trochę się obawiałam lektuury, ale dałam radę i chyba na swój sposób mogę nawet powiedzieć, że cieszę się z tego, że w końcu ją przeczytałam. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Jaśń”. Józef Baran.

 84 nowe wiersze z lat 2022-2026.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2026).

Tom wierszy Józefa Barana otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa i serdecznie za to dziękuję.

Za każdym razem, gdy sięgam po wiersze, a stali czytelnicy blogu wiedzą, że poezję czytam i lubię po nią sięgać, przypomina mi się wiersz Noblistki czyli „Niektórzy lubią poezję”. I tak, jak Wisława Szymborska nie potrafi dać jasnej i konkretnej odpowiedzi na pytanie, czym właściwie jest poezja, tak i ja nie potrafię. Wiem natomiast, dlaczego tak bardzo lubię ją czytać. Bo lubię czytać piękne słowa wrażliwych ludzi, którzy w te słowa właśnie potrafią ubrać wydarzenia, myśli, obserwację świata i ludzi, swoją radość z czegoś lub bunt czy niezgodę na coś. 

Uczciwie powiem, że wcześniej po wiersze Poety nie sięgnęłam. I tym bardziej raduję się z tego, że nadrobiłam tę nieznajomość Jego poezji. 

Czym jest tytułowa „Jaśń”? Nie wiem, nie umiem tego wyjaśnić ale myślę, że jest to coś pomiędzy jaźnią a jaśniejącą substancją, jaśnieniem 🙂
Kierując się tropem „jaźni” można powiedzieć, że w tych osiemdziesięciu czterech wierszach Poeta skupia się mocno na swoich odczuciach świata tu i teraz. Takie mam wrażenie, że ten tom, to próba rozliczenia się z tym, co mija, pogodzenia z upływającym czasem, który nie bierze jeńców i który z roku na rok coraz szybciej biegnie i przypomina nam o tym, że jest tu i teraz, innego życia nie będzie. 

„Jaśń” to (w moim odczuciu) próba delikatnego i czułego zrozumienia tego, że oto już w życiu Poety nastaje wieczór. Ten zmierzch wcale nie musi być ogarniający osobę w sytuacji zmierzchania się życia czymś strasznym, budzącym lęk. Może stanowić jedynie wstęp do gruntowniejszego przyjrzenia się dotychczasowej jakości swojego życia, próby naprawienia tego, co jeszcze można, pogodzenia się z tym, co nieuchronne. Wszyscy umrzemy! Oczywiście, że tak. To pewne. Ta starość, zmierzch, którego dużo ludzi tak się obawia, nie jest już dobrem danym z założenia każdemu człowiekowi. Józef Baran w swoich wierszach podsumowując upływ czasu, życia, świata chce nam chyba delikatnie przypomnieć ( i ze swoistym poczuciem humoru, który ogromnie doceniam), że warto jest żyć dobrze i godnie. Bez patosu, ale tak, żeby bez wstydu móc spojrzeć nie tylko sobie w lustro przy porannych ablucjach, ale też drugiemu człowiekowi w twarz. 

Co mnie osobiście urzekło jeszcze w wierszach Józefa Barana? Cieszenie się drobiazgami życia, to mnie z Poetą zdecydowanie łączy, bo i ja lubię wynajdować w swoim otoczeniu drobiazgi, które w danej chwili mogą rozpogodzić mój nastrój, które mnie ucieszą. 

Poezja Barana nie jest może niesamowicie wyśrubowana czy wycyzelowana, nie ma tu nadmiaru metafor i słów, które zmuszają do długich refleksji. Niemniej jednak to proste operowanie słowem zdecydowanie jest przyjemne i łapałam się wielokrotnie na przyjemnej refleksji, że oto z Poetą mam zbieżne przemyślenia. 

Wspomniałam już poczucie humoru, które w wielu wierszach przebija i to,że zdecydowanie mi się to, jako odbiorcy, podobało. Co nie oznacza, że autor wierszy pisze w jakiś rubaszny sposób. On po prostu ma taki styl, który nie traktuje martyrologicznie naturalnej kolei rzeczy, natomiast podkreśla, że wciąż, mimo nadciągającego bardziej lub odleglej, zmierzchu, mamy wpływ na jakość swojego życia, na wrażliwość, z jakąś odbieramy to, co nas otacza i ludzi, którymi się otaczamy. 
Rachunki, rozrachunki i podsumowania zawsze przecież są słodko-gorzkie. Nikt z nas nie prowadzi życia, w którym wiecznie coś się udaje i szczęśliwie nie jest tak,że zdarza się w czyimś życiu jedynie nieustające pasmo nieszczęść. 
A przede wszystkim (w moim oczywiście odczuciu) Józef Baran pięknie cieszy się życiem i nas, czytelników Jego wierszy, do takiego też cieszenia się życiem zaprasza. 

Mój tomik (och, jak ja to lubię) kolorowy od karteczek indeksujących. Pozaznaczany na tych wierszach, które zrobiły największe wrażenie. 
Tu odnotuję dosłownie kilka z tytułów, które szczególnie mnie ujęły. A są to : „Pierwszy śnieg” za całość (strona 45), „Wiersz hip-hopowy urodzinowy o niespodziance” za pointę (strona 73), „Autoportret wielopiętrowy” za to, jak jest prawdziwy (strona 80), ” samo z siebie” za przesłanie (strona 97), „Ostatnia kąpiel” za wzruszenie (strona 118), „Bolesne piękno świata” za łagodność (strona 122).

Nie ma co poradzić na upływ czasu, musimy przyjąć to za nieuchronność, która nam się zdarza. To, co możemy, to stworzyć życie swoje i osób nas otaczających życiem dobrym i pięknym, również dzięki takiej poezji. 

Moja ocena to 6 / 6.