"Doczesne szczątki". Donna Leon.

Wydana w Noir sur Blanc. Warszawa (2020). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.

Tytuł oryginalny Earthly Remains.

W najnowszym kryminale opowiadającym o perypetiach śledczych weneckiego komisarza Guido Brunettiego przenosimy się wraz z nim na odpoczynek na lagunę.

Praca komisarza na co dzień jest bardzo stresująca. Dodatkowo, nie ukrywajmy, frustrująca, zwłaszcza gdy policjanci przesłuchując po raz kolejny osobę bogatą i wpływową mają świadomość, że żadna kara takiej osoby nie spotka. Świadkowie? Najczęściej „zapominają” jak się sprawy miały, to w najlepszym wydaniu. Bywa, że giną bez śladu. 
Nagromadzenie zarówno stresu w pracy jak i przekonania o tym, jak często niewiele mogą zrobić aby zatriumfowała sprawiedliwość, powoduje, że podczas jednego z przesłuchań dochodzi do nietypowej sytuacji. W wyniku której Brunetti trafia do szpitala, w którym od lekarki otrzymuje przykaz natychmiastowego zrobienia sobie przerwy od pracy. 

Paola, żona Guido, ma krewnego posiadającego na lagunie dom i to tam właśnie wysyła męża. Ona sama wraz z dziećmi pozostają w rozgrzanym letnim słońcem mieście a mąż i ojciec udaje się na chwilę odpoczynku od wszystkiego. 

Domem opiekuje się niejaki Davide Casati. Jak szybko wychodzi na jaw, znał kiedyś i przyjaźnił się z ojcem Guido. To ale i interesująca osobowość starszego mężczyzny, który po śmierci żony nie potrafi sobie dać rady pomimo tego, że ma wciąż dla kogo żyć gdyż jest ojcem i dziadkiem, powoduje, że Guido zaprzyjaźnia się z Casatim. 

Pływają razem łodzią po lagunie, na której dogląda hodowanych przez siebie pszczół Davide Casati, pływają w ciepłych wodach laguny, prowadzą niezobowiązujące rozmowy. Na tyle niezobowiązujące, że tak naprawdę mimo tego, że Brunetti darzy mężczyznę ogromną sympatią, trudno mu orzec czy w ogóle chociaż trochę przez tę paręnaście dni udało mu się go w jakikolwiek sposób, poznać. 

Pewnego wieczoru zdarza się coś co burzy dotychczas ustalony porządek przynoszący Brunettiemu spokój i tak bardzo potrzebny, relaks. Nad lagunę dociera burza. Jak to burza, jest gwałtowna i przynosząca zniszczenia. Nikt jednak nie spodziewa się, że podczas niej zaginie Casati. Jak to możliwe, że tak doświadczony jak on, żeglarz mógł wybrać się na żeglugę podczas burzy? Czyż to możliwe, że nie zauważył nadciągającej nawałnicy? I wreszcie, gdzie przebywa i czy jest cały i zdrowy?

Brunetti czuje, że Davide stał się dla niego kimś ważnym, zapewne również ze względu na to, że przyjaźnił się z ojcem komisarza. Jednak zwyczajnie po prostu go polubił.

Guido powraca więc do miasta i rozpoczyna się śledztwo, dość prędko prowadzące ich ku dwóm mężczyznom z przeszłości Casatiego, jak również ku wydarzeniom jakie miały miejsce kilkadziesiąt lat temu. 

Śledztwa podejmują się Brunetti i Griffoni, których śledztwo poprowadzi z czasem do ekskluzywnego domu opieki Villa Flora. 

W „Doczesnych szczątkach” Donna Leon nie zawodzi tych, którzy w jej książkach oczekują również wątków społecznych, nawet jak to nazywam, wręcz publicystycznych. Leon nie byłaby sobą, gdyby odpowiednio nie zaakcentowała tego, jak bardzo na niekorzyść zmienia się jej obecne miejsce zamieszkania czyli Wenecja. Jak bardzo we współczesnych Włoszech dochodzi do głosu buta władzy na każdym szczeblu, lekceważenie społeczeństwa, przemoc wobec kobiet, nie zważanie na sprawy związane ze zmianami klimatu i ekologią. 

Ubiera to jednak w konwencję kryminału, co tworzy bardzo dobrą mieszankę. 

Wiem, że jestem zdecydowanie niekonsekwentną miłośniczką jej prozy (a jestem wielką miłośniczką:) ) ale w tej części zabrakło mi obecności Paoli (i to piszę ja, która jak wiedzą stali czytelnicy mojego blogu wiedzą, że mówiąc delikatnie, za Paolą nie zbytnio nie przepadam), signoriny Elletry i …tak tak, Wenecji. Albowiem czytając kryminały Donny Leon bardzo sobie cenię możliwość „popodróżowania” po tym niezwykłym mieście, którego do tej pory nie odwiedziłam a które mam nadzieję kiedyś ujrzeć na własne oczy.

Nie zawodzi jak zawsze sam Guido, jak zwykle będąc idealistą i osobą, która niby tyle lat żyje na świecie i pracuje w takim a nie innym zawodzie a wciąż potrafi nie rozumieć ludzkiej niegodziwości, chciwości, kłamstwa. 

Sam kryminał mi się podobał, pomimo, że dość szybko domyśliłam się tego, o co chodzi w intrydze jaką skonstruowała tym razem Leon. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

"Cienie". Hanna Dikta.

Wydawca – Fundacja Duży Format. Warszawa (2019).

Bardzo, bardzo trudno pisze mi się zawsze o poezji.

Właściwie, trudno jest mi powiedzieć, dlaczego tak jest. Być może określa tę trudność w opisaniu własnych odczuć forma wiersza, zawsze jednak krótsza od prozy? Nie wiem. Wiem, że chociaż podczas lektury w głowie pojawia mi się mnóstwo refleksji, spostrzeżeń, myśli, nie zawsze potrafię przelać je na papier.

A „Cienie” Hanny Dikty to zbiór trzydziestu siedmiu wierszy. Bardzo dobrych wierszy, dodam.

Gdybyście zobaczyli jak ten mój tomik jest kolorowy od karteczek samoprzylepnych, którymi pozaznaczałam najważniejsze dla mnie wiersze. Chociaż ten kolor nie współgra z treścią bo wiersze te są zdecydowanie nie takie radosne i wesołe jakby mogły sugerować kolory owych karteczek.

Tytułowe „Cienie” dosłownie zaludniają kartki tomiku. Według mnie „Cienie” to osobista próba (udana według mnie) przywrócenia chociaż na chwilę postaci, które dawno już zniknęły z życia autorki bądź których nawet nigdy nie udało Jej się poznać ale w historiach rodzinnych pojawiały się na tyle często, że wydaje się jakby kiedyś się je znało.

W tych wierszach wracają postaci-motywy. Uduszony szalikiem chłopiec, chłopiec, który zmarł bo ktoś nieopatrznie otworzył okno. Są tu zmarłe znajome, dzieci, siostra. Wreszcie, postać matki, z którą nie udało się przebywać tyle czasu na ziemi ile by się należało, pragnęło, powinno…

W wierszu „Wina” padają słowa o tym, że „(…) już wiesz – nie do ciebie należy ten grzech”. Bardzo mnie te słowa poruszyły! Ja także mam w historii rodziny takie „winy”, „grzechy”, które nie popełnione przeze mnie, ciążą mi tak jakbym sama się ich dopuściła. Te dawno popełnione przez przodków grzechy uwierają i bolą mnie wciąż pomimo upływu czasu.

Myślę, że może dla kogoś zbyt dużo pada tu słów o odchodzeniu, o śmierci. Chociaż tak naprawdę autorka pisze nie o tym jak to się działo a o stanie już „po”, że się tak wyrażę. O żałobie, która potrafi tkwić w człowieku i chociaż już wydawało mu się, że dał sobie z nią radę, jedno słowo, zdjęcie, gest, wydarzenie, na nowo o wszystkim przypomina. Bo przecież na co dzień, jak pisze Hanna Dikta , w pierwszej części tetraptyku noszącego tytuł „Residua post abortum”, cytuję „(…) w domu pełnym życia nie rozmawiamy o śmierci”, a w czwartej „(…) to jeszcze jedna historia z tych których nie wolno pamiętać bo afirmacja wizualizacja radość życia”.

Przejmujący wiersz „Podróż” obawiam się, że powstał na podstawie niejednych koszmarnych doświadczeń z izb szpitalnych po poronieniu. Wtrącone tam zdania to wyraźne cytaty ze słów, które pacjentki usłyszały w szpitalach 😦

Wiersz „Matki” to piękne a przecież zaledwie trzy zwrotkowe opisanie o tym, że prawdą jest, że nie ta matka pierwsza, która urodziła ale ta, która z miłością wychowała. Ponieważ temat macochy jest w moim świecie rodzinnym mocno obecny, ten wiersz poruszył mnie ogromnie.

„Póki” podsumowuje w paru zdaniach to, że najważniejsze jest to gdy mamy przy sobie wszystkich tych, których kochamy.

„Moja kochana córeczka” to refleksje autorki nad komentarzem zostawionym przez matkę koleżanki pod wspólnym zdjęciem przyjaciółek na którymś z portali społecznościowych. Ten komentarz staje się przyczynkiem do refleksji zarówno nad tym, że jedynie owa koleżanka ma żyjącą matkę jak również nad tym, że być może na co dzień nie zdaje sobie ona sprawy z tego, jak wielkim szczęściem jest ten fakt.

Wiersz „Babki” widziałam już na stronie autorki i przyznam, że właśnie dzięki temu wierszowi posiadam niniejszy tom wierszy. Jest on niezwykły a jego ostatnie zdanie- ostrzeżenie, w którym babki świadome tego tak bardzo ostrzegają nas przed tym, że wszystko to, czego teraz , obecnie doświadczamy czyli miłość, zazdrość, śmiech, płacz, radość, sukcesy, to jak mówią „(…) uważaj – ostrzegają – to na chwilę , to tylko na jakiś czas.

Hanna Dikta jest baczną i wrażliwa obserwatorką świata.

Widzę, że zastanawiamy się nad podobnymi aspektami tego, co widzimy, o czym słyszymy w telewizyjnych wiadomościach, o czym czytamy. Jej wiersz „Cztery miesiące później” to zastanowienie się nad tym jak wygląda życie kogoś po stracie. Ostatnie zdanie sprawiło, że łzy stanęły mi w oczach. „(…) Czy bardzo dłuży jej się czas do końca”. Tak…….

W wierszu „Pamiątki” Dikta w delikatny ale wyraźny sposób oddaje swoisty hołd czy może po prostu przypomina, wskrzesza pamięć o tych , którzy odeszli i być może niektórych dziwi, że ktoś wciąż może wracać pamięcią do tych osób a jednak dla kogoś są oni ważni.

Temat przeminięcia, odchodzenia poruszony jest również bardziej współcześnie gdy autorka chociażby w wierszu „Potem” zastanawia się nad tym czy gdyby umarła to jej córki prowadziłyby podobny co ona w stosunku do zmarłych dawno w rodzinie, rodzaj osobistego wrażliwego „śledztwa”. Czy chciałyby jak pisze „(…) poznawać mnie jeszcze raz”.

Trudno, już to mówiłam, pisać mi o poezji, zwłaszcza tej dobrej, która mnie porusza bo ona przecież dotyka naszych serc, głębi duszy, porusza coś, co czasem chcielibyśmy jednak pozostawić w zapomnieniu. I tak bardzo brakuje słów aby wyrazić to, co się czuje podczas lektury.

Tom „Cienie” Hanny Dikty z bardzo ciekawą okładką zaprojektowaną przez Darię K. Kompf to jeden z lepszych zbiorów wierszy jakie czytałam i uważam, że bardzo warto jest po te wiersze sięgnąć.

Moja ocena to 6 / 6.

"Mafalda. Wszystkie komiksy. Tom 1". Quino.

Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (2020).

Przełożył Filip Łobodziński.

Tytuł oryginału Mafalda. Todas las tiras.

Usiłuję sobie przypomnieć jak to się stało, że pierwszy raz zetknęłam się z komiksami o Argentynce Mafaldzie (mam polubioną na Fb stronę komików o niej właśnie więc musiał być jakiś pierwszy raz) i…nie potrafię. Najwyraźniej ktoś mi kiedyś polecił, być może też u kogoś zobaczyłam któryś z obrazków. Nieważne, tak czy inaczej, to był dobry wybór. Bo komiksy o tej paroletniej dziewczynce ( pewnie około siedmioletniej jak twierdzi tłumacz bo rysunki zaczynają się gdy Mafalda nie chodzi jeszcze do szkoły a potem do niej trafia). Tak czy inaczej, cieszę się, że kiedyś sięgnęłam po komiksy o Mafaldzie.

Do tego samego wniosku zapewne doszło Wydawnictwo Nasza Księgarnia (to znaczy nie, że ja po nie sięgnęłam, obawiam się 🙂 ale, że warto Mafaldę polecić i puścić w świat w bardziej zmasowany sposób bo oto na naszym rynku pojawiło się pierwsze wydanie komiksów o Mafaldzie.

Ci, którzy znają Mafaldę, jej mamę, tatę, później braciszka a przede wszystkim doborowe grono przyjaciółki i przyjaciół, wiedzą, czego się spodziewać.
Myślę, że zdziwieni mogą czuć się nieco ci, którzy sięgną po nią pierwszy raz.

Po pierwsze, Mafalda mimo, że kilkulatka, mówi do nas językiem co najmniej późnej nastolatki. Wtedy nastaje wiek buntu i kontestacji zastanej rzeczywistości. Jednak autor komiksów wolał wybrać za bohaterkę małą dziewczynkę. Czy dlatego, że ta konwencja bardziej pasowała mu do przedstawienia własnej niemożności pojęcia tego, co dzieje się na świecie?

Mafalda bowiem rośnie w niespokojnych czasach. I tu moment na krótki śmiech. Czy jakiekolwiek czasy są „spokojne”?
Tak więc może Mafalda czuła się straszona z radia i telewizji doniesieniami o wzajemnych przepychankach ZSSR i USA (a do tego obawiała się reakcji Chin). My zaś spokojnie możemy się czuć straszeni niemal tym samym chociaż zmieniły się sposoby straszenia a konflikty zmieniły nieco sposób ustawienia na planszy sojuszników. Gracze jednak jakby nie patrzeć, pozostają ci sami.

Mafalda bowiem to nie słodkie dziewczątko, które przemawia do ptaszków i motylków i bawi się na różowo ubraną lalką. Mafalda nawet nie ma w domu lalki (lalka pojawia się w jej rękach bodajże trzykrotnie, w tym raz jest to lalka Susanity, koleżanki Mafaldy).
Mafalda ma za to w domu globus, który to jest jej największym przyjacielem i o stan którego (jako świata) najbardziej się troszczy, masę książek, szachy i dwóch największych przyjaciół, radio i telewizję). No i oczywiście ma rodziców, z którymi toczy nieustające dysputy i zadaje niekończące się trudne pytania i grono przyjaciół, którymi są Felipe, Manolito, Susanita, Miguelito. Później zaś do rodziny dziewczynki dołączy jeszcze braciszek Guille.

Mafalda i jej przyjaciele i rodzina to oczywiście głos autora, który wyrażał ich wypowiedziami swoje lęki, obawy bądź podkreślał śmiesznostki współczesnego mu świata.

Trafność spostrzeżeń jednak wzmaga włożenie dialogów właśnie w usta dzieci. Być może zabieg ten miał obalić nieco opinie niektórych o tym, jak to dzieci są niewinne i niczego nie rozumieją.
Mafalda i jej przyjaciele bacznie przyglądają się światu i wyrażają na jego temat opinie bądź usiłują go zrozumieć.
W komiksach o Mafaldzie nie bierze się jeńców. Bezradność, ba, głupotę dorosłych, wypomina się głośno i bezlitośnie.
Muszę przyznać, że Mafalda nie do końca budzi moje jedynie pozytywne odczucia. Bywają momenty, gdy potwornie mnie irytuje. Jest bezlitosna w swoich opiniach wygłaszanych w poczuciu jedynie słusznej racji. Potrafi być wręcz okrutna w swojej szczerości opinii wygłaszanych w kierunku własnej matki (co być może jest wzmożone faktem serwowania jej przez mamę znielubianej przez dziewczynkę zupy).

Jednak to tylko dodaje jej barwy i sprawia, że jeśli pasuje nam konwencja przyjęta przez autora komiksów polegająca na tym, że dzieci wydają się być tam mentalnie starsze o całkiem sporo lat, możemy się tylko dobrze bawić.

Kto z nas nie zna dorosłego Manolito, wielbiciela pieniądza? Każdy z nas ma przy sobie Susanitę, która potrafi powiedzieć coś tak przykrego, że aż człowiekowi zapiera dech z przykrości. Wreszcie, każdy z nas zna jakąś poczciwinę, która nigdy złego słowa nie powie o innych a w którą to rolę zostaje wdzięcznie wprzęgnięty Felipe. Kto z nas również tak naprawdę do końca pojmuje to, co dzieje się na świecie, za sprawą polityków głównie? Kto z nas nie zadaje sobie podobnych do Mafaldowych, pytań?

Do tego dochodzi obserwacja świata połowy i końca lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, które obserwacje wbrew pozorom wcale się nie zestarzały (bardzo często można dodać, „niestety”).

Tak czy inaczej, według mnie zdecydowanie warto wydać pieniądze na ten tom. Rozrywka na najwyższym poziomie zapewniona, w czym z całą pewnością pomogło świetne tłumaczenie pana Filipa Łobodzińskiego.

A ja powiem tylko, że mam nadzieję, że Wydawnictwo nie każe nam zbyt długo czekać na kolejny tom z komiksami o Mafaldzie i całym tym jej wesołym towarzystwie.

Moja ocena to 6 / 6.

"Pasażerka".Zofia Posmysz.

Wydana w Wydawnictwie Axis Mundi. Warszawa (2019). Ebook.

Kiedy kat spotyka się po latach z ofiarą. 
To takie motto, jakie mi przyszło do głowy, gdy zaczęłam czytać „Pasażerkę”. To książka, której pierwowzór był słuchowiskiem noszącym tytuł „Pasażerka z kabiny 45”, a następnie na jego podstawie powstał film w reżyserii Munka. Sama książka została wydana w roku 1962. 

I znowu, podobnie jak w przypadku czytanej przeze mnie przed tą książką książką „Wakacje nad Adriatykiem”, zastanawiam się jak odbierano ją wówczas gdy się dopiero co ukazała. 
Nastąpiło już kilkanaście lat po IIWŚ. Sytuacja po najgorszej z wojen ustabilizowała się. Niemcy rosną w siłę i stabilizuje się sytuacja gospodarcza kraju, który niby to przegrał a który zdaje się być na wygranej pozycji, zwłaszcza jeśli spojrzy się na to, jak w tamtym czasie miał się nasz kraj. 

I właśnie w takiej sytuacji na pokładzie statku pasażerskiego płynącego do Brazylii niesamowitym zbiegiem okoliczności spotykają się Liza i Marta. Liza to była esesmanka. Do Brazylii podróżuje wraz z mężem, dyplomatą, mającym objąć stanowisko w tamtejszej ambasadzie. Jak również z tego, co wynika, utrwalać na innym kontynencie przekonanie, że Niemcy zrozumieli swoje błędy i wyciągnęli z nich wnioski, że są zupełnie na nowej pozycji startowej w blokach historii. Liza nigdy dotąd nie przyznała się mężowi, z którym żyje już około dziesięciu lat, co tak naprawdę robiła w czasie minionej wojny. Ale, co trzeba przyznać, i on zachował w tej kwestii kompletną beztroskę czy może rodzaj wyparcia, gdyż nie odczuwał najwyraźniej potrzeby wypytywania żony co tak naprawdę robiła w czasie wojennej zawieruchy.

Nie wie więc tak naprawdę nic o przeszłości żony a i ona nie odczuwała potrzeby zwierzeń, jednak żyjąc nieco w poczuciu „życia na bombie”. 

Marzyliście kiedyś o rejsie na statku? Ja w dzieciństwie bardzo często. Wydawało mi się bowiem niezwykle ciekawe podróżowanie morzem w dłuższym czasie. Taka niesamowita przygoda. Kiedy dorosłam, przestało mnie to pociągać i nie rozumiem ludzi, którzy w ten sposób spędzają czas swoich urlopów. Zamknięta, jakby nie było, przestrzeń statku, chociażby nie wiadomo jak wielkiego, te same twarze wokół. Nawet najciekawiej przedstawiony luksus trąci klaustrofobią. I ta niemożność opuszczenia statku w każdym momencie, jaki by człowiekowi przyszedł do głowy. I to właśnie spotyka obie kobiety, które po latach spotykają się właśnie na pokładzie statku pasażerskiego. 

Zapewne nie tylko Liza jest tym faktem zaskoczona. Jednak jeśli taką jest Marta, Polka, która podróżuje z jakąś większą grupą lecz w rzeczywistości zawsze przedstawiona jest nam samotnie, dziwi się obecnością na pokładzie dawnej esesmanki, nie daje tego po sobie poznać. 

Natręctwo i lęk Lizy rozpoczyna się bardzo szybko, od pierwszej sceny z psem, której jest świadkiem a która nie dość, że przywodzi na myśl jej obozowe wspomnienia to jeszcze dodatkowo właśnie staje się momentem przełomowym. Liza rozpoznaje w kobiecie Martę, osadzoną przed laty w Auschwitz. 

Od tej pory Liza nie może do siebie dojść. Walter, jej mąż, szybko orientuje się, że coś się stało i bardzo prędko utożsamia dziwne zachowanie żony z obecnością na statku właśnie nieznajomej kobiety. Ale, czy na pewno naprawdę nieznajomej?

Czego tak naprawdę lęka się jego żona na widok tej wciąż młodej osoby, która mija ich na korytarzu statku?  
Rozpoczyna się rozmowa-spowiedź Lizy chociaż jednocześnie toczy się dialog Waltera z Amerykaninem podróżującym statkiem. Mężczyzna jako jeden ze zwycięzców usiłuje porozmawiać z Niemcem na tematy współczesnych Niemiec i tego, co tak naprawdę dzieje się „pod skórą” tego kraju. Jednak, przyznaję, że te fragmenty niespecjalnie mnie ciekawiły. 

O wiele bardziej ciekawiła mnie rozmowa Lizy z jej mężem. Co ciekawe, postać Marty nigdy nie jest nam „przedstawiona” w sposób inny niż oczami czy ustami Lizy właśnie. Nie poznamy nawet tembru głosu Marty „teraz”. Owszem, widzimy jej postać ale jedynie w roli „ducha przeszłości”, kogoś, kto zjawił się w najmniej odpowiednim momencie aby zrujnować spokój i dostatek jakie ukuło tych dwoje, Liza i Walter. 

Dodatkowo w wypowiedziach Lizy nieustająco przebrzmiewa relatywizm narastający wraz z tym jak rozwija się akcja tej niewielkiej w sumie książki. A jednak okazuje się, że Posmysz po raz kolejny udowadnia, że dużo nie znaczy lepiej i że tak naprawdę poruszającą i dającą do myślenia prozę udaje się napisać wcale nie zużywając do tego stosu kartek i nie wiadomo jak wielu słów. Oszczędność i minimalizm, który niesie ze sobą świetny tekst, to moje nieustające marzenie, zwłaszcza w czasach gdy z niewiadomo jakich powodów niemal każda książka zaczyna się rozrastać w niepotrzebną nieskończoność. No ale dość o tym. „Pasażerka” jest konkretna i taka jak trzeba. Nie ma tu zbędnych słów, scen. 


Ciekawe, niby nic nie dzieje się Lizie ze strony Marty, która w pewnym momencie Martą wydaje się jej nie być a jednak Lizie zaczyna towarzyszyć coraz większe poczucie osaczenia i grozy. To ciekawe, prawda? jak bardzo można zmanipulować własnymi wspomnieniami i przekonaniami na swój własny temat, że w chwili gdy było się katem i spotka się ze swoją ofiarą, odczuwa się lęk.  

Lęk Lizy jednak ma swoje źródło również w tym, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego jak bardzo nieznana jest jej przeszłość dla jej własnego męża. Któremu to mężowi nagłe ujawnienie faktu, że żona dyplomaty pełniła dość wysoką funkcję w Auschwitz, nie pomogłaby w karierze. 

Nie jest łatwo popełnić w przeszłości pewne czyny a potem wziąć za nie odpowiedzialność. Niektórym z łatwością udaje się uniknąć konsekwencji, jednak niektórym niekoniecznie. Są silniejsze i słabsze psychicznie jednostki. 
Liza wydawała się kobietą silną twardą i stąpającą pewnie po ziemi a jednak ten niechciany powrót do przeszłości uświadomił jej jak kruche było jej własne z mozołem i latami budowane poczucie pewności i bezpieczeństwa? szczęścia?

Z swej strony nieco żałuję, że nie dowiadujemy się absolutnie nic o tym, na na to spotkanie reaguje Marta. Ba, tak naprawdę mimo, że wydaje się, że tak, wcale nie jestem w stu procentach pewna, że ową tajemniczą pasażerką naprawdę była Marta. Być może lęk i obawy, które uruchomiły w głowie Lizy lawinę wspomnień wymuszoną nieco przez Waltera, zmieniły jej sposób patrzenia jak i postrzegania. 

Może nawet spojrzenia Marty? , którym Liza nadaje a to miano mających wywołać poczucie winy a to pogardliwe, nie były wcale spojrzeniami byłej więźniarki a zupełnie innej osoby? Być może poczucie winy, które jednak nareszcie odezwało się w Lizie, dało o sobie znać w taki a nie inny sposób? Przyznaję, że właśnie takie rozwiązanie najbardziej przypadłoby mi do gustu. 

„Pasażerka” to z pewnością kolejna książka Zofii Posmysz, której szybko nie zapomnę. Pewnie nie zapomnę jej nigdy. Uprzedzam ewentualne polecanki, tak, widziałam już film na podstawie słuchowiska. Nie, nie bardzo pamiętam ale chyba nie powrócę do niego z pewnego konkretnego powodu. 

Bardzo podobało mi się zakończenie książki. Szalenie lubię kiedy na końcu cała para idzie w gwizdek i kiedy już nie ma żadnych hamulców. I chociaż autorka popełnia majstersztyk konstruując bombę z pomocą zaledwie słów przecież i odczuć, udaje jej się to w pełni. 

Moja ocena tej książki to 6 / 6.

"Wakacje nad Adriatykiem". Zofia Posmysz.

Wydana w Wydawnictwie Znak LIteranova. Kraków (2017).

Lubicie książkowe wymiany ze znajomymi? Ja bardzo. Kiedyś „uprawiałam” to ze znajomą, potem się urwało i dawno z nikim się nie wymieniłam książkami. W zeszłym tygodniu jednak udało nam się wymienić ze znajomą książkami, które nam się z jakichś powodów zdublowały. Polecaną mi przez nią książkę Zofii Posmysz przeczytałam jednym tchem pomimo tego, że jest to lektura wymagająca ogromnego skupienia i uwagi, ze względu i na tematykę i również na specyficzny styl języka w niej użyty. 

„Popatrz, jak te słowa po prostu płyną, jak mało interpunkcji ona używa, jak te dwa światy wzajemnie się przenikają. (…)  Koniec jest (…) jak zejście na samo dno piekła”. Zacytowałam tu słowa mojej znajomej (Asiu, raz jeszcze dziękuję za pomysł z książkową wymianą) bo według lepiej nie można tej książki podsumować. 

Bardzo trudno czyta się literaturę, która niby ubrana w płaszcz prozy ale wyraźnie przypomina, że powstała na podstawie osobistych doświadczeń. Zofia Posmysz to pisarka, dziennikarka, nawiasem mówiąc twórczyni mojego ulubionego słuchowiska „W Jezioranach”. Ale również była więźniarka obozów koncentracyjnych w Auschwitz, Ravensbruck i Neustadt-Glewe. 

I te właśnie obozowe doświadczenia opisane są w tej książce. 
Dwie kobiety, które los zesłał do Auschwitz. Właściwie nawet nie kobiety a dziewczyny, siedemnastoletnia i niewiele od niej starsza, być może rok. Imienia narratorki nigdy nie poznajemy, jej towarzyszka nazywana jest przez nią Ptaszką. Do tego imienia i akcji, która rozgrywa się w obozie koncentracyjnym, nawiązuje okładka książki projektu Magdy Kuc. 

Wspomniałam słowa znajomej o dwóch wzajemnie przenikających się światach. Autorka bowiem rozpoczyna swą opowieść od informacji o wyjeździe z mężem i znajomą nad Adriatyk. Szybko okazuje się , że akcja opowieści dziać się będzie w dwóch światach. Jeden świat to miejsce wakacyjne nad Adriatykiem, osłonecznione, gorące, rozświetlone światłem i życiem. Drugie to świat mroku i śmierci. Obóz koncentracyjny. 
Ujrzana przez narratorkę postać mężczyzny, który pewnego dnia zjawia się na plaży z trzema kobietami i cieszy się wakacyjnym słońcem, uruchamia u narratorki lawinę wspomnień. 
Wspomnień o niej i Ptaszce, którą opiekowała się podczas swego pobytu w Auschwitz. Ptaszka od samego początku przedstawiona jest jako ta słabsza, zdecydowanie bierna i wręcz wyczekująca szybkiego końca. Niemal do końca nie wiemy, dlaczego ze strony kruchutkiej jak porcelana i delikatnej kobiety taka a nie inna postawa. Dlaczego zjawiła się w obozie z przekonaniem, że z niego na pewno nie wyjdzie. O tym, co mogło być tego przyczyną, dowiadujemy się niemal na ostatnich stronach książki. 

Na mnie osobiście najbardziej działało to skontrastowanie dwóch światów. Słonecznego i beztroskiego wakacyjnego, nad tytułowym Adriatykiem i świata śmierci i mroku, lęku, szaleństwa, jakim była rzeczywistość obozowa. To skontrastowanie mogłoby być ryzykowne, mogłoby trącać nadmiernym dramatyzmem. Zofii Posmysz udaje się jednak tego  uniknąć. Zamiast nadmiernego epatowania okrucieństwem mamy tu dwa, właśnie przenikające się światy. I faktycznie pod koniec książki odnosi się wrażenie, że wraz z narratorką zstępujemy powoli w odmęty piekła. 

Przejmująca to książka. Przyznam się Wam, że dawno, naprawdę dawno nie czytałam czegoś co tak mnie poruszyło. I naprawdę dawno temu czytałam coś tak świetnego polskiego autorstwa.

To wydanie, które czytałam, nie jest pierwsze. To wznowienie. Książka pierwszy raz ukazała się w roku 1970. Ciekawa jestem jak ówcześni czytelnicy odbierali tę książkę, skoro ja, siedemdziesiąt pięć lat po wyzwoleniu KL Auschwitz, tak przeżyłam tę prozę. 

Myślę, że jeśli nie czytaliście tej książki, to jest ona na liście pozycji obowiązkowych.

A Pani Zofii Posmysz życzę z całego serca wiele, wiele zdrowia i spokoju. I chylę czoło przed Nią, że po tym co przeszła, pozostała takim dobrym, pięknym człowiekiem. 

Głupio dawać ocenę tego typu książce. 

Może więc po prostu napiszę, że jest ona najwyższa z najwyższych.

6.5 / 6

"Dzieci z Lovely Lane". Nadine Dorries.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2020). Ebook.

Premiera 23.01.2020.

Przełożyła Magda Witkowska.

Tytuł oryginalny The Children of Lovely Lane.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Kontynuacja „Aniołów Lovely Lane”, o której pisałam na blogu 

https://chiara76.blogspot.com/2019/12/anioy-z-lovely-lane-nadine-dorries.html

https://chiara76.home.blog/2019/12/16/anioly-z-lovely-lane-nadine-dorries/

Tę część zaczęło mi się czytać nieco bardziej mozolnie niż pierwszą, która wciągnęła mnie od pierwszych stron. Nie wiem do końca co jest tego przyczyną. Być może zmiana tłumacza wpłynęła na ten fakt. A może też to, że w tej części co prawda Dana, Victoria, Pammy i Beth ciągle są obecne pracując w szpitalu St Angelus jak również inne znane nam postaci. Jednak tym razem autorka chcąc zapewne uczynić treść atrakcyjniejszą i napisać nowe wątki wprowadziła do książki zupełnie nowe postaci.

Podobnie z kolei do części pierwszej, Nadine Dorries wykreowała postać wspólnego wroga. Tym razem jest to osoba, która będzie ubiegała się o stanowisko zastępczyni przełożonej pielęgniarek i stanowisko to otrzyma. Panna Ava Van Gilder okaże się bardzo niesympatyczną i z czasem irytującą chyba wszystkich pracowników szpitala, począwszy od przełożonej pielęgniarek aż po personel sprzątający. Wszędzie się wciśnie, każdemu dopiecze złym słowem, mądrzy się jakby pozjadała wszystkie rozumy. Ale również narazi się wielu osobom. Czytając książkę domyślamy się, że powód, dla którego opuściła poprzednie miejsce pracy, zapewne będzie istotny. A o co chodzi, dowiemy się niemal na ostatnich stronach książki. 

Jak już wspomniałam, w książce pojawiają się zupełnie nowe postaci. I znów trzeba na początku czytać uważnie bo postaci będzie całkiem sporo i warto nie pogubić się w licznych nazwiskach, zwłaszcza, że każda postać będzie ważna w książce. 

Autorka również zadbała o znane nam z poprzedniej części bohaterki. Mnie najbardziej ucieszył rozwój losów Emily Haycock, chociaż muszę powiedzieć, że nie do końca jest to zgodne i logiczne z tym, co prezentowała swoją postawą i opinią bohaterka w części pierwszej. No ale każdy może zmienić zdanie, prawda? 

No i autorka nie byłaby chyba sobą , gdyby nie umieściła w treści odpowiedniej dawki dramatyzmu i smutku. 

Autorka akcję książki umiejscowiła w czasie gdy Wielka Brytania zmagała się z niesamowitym problemem, z którym my od lat zaczynamy się zmagać. Mówię tu niestety, o smogu. Smog odgrywa w „Dzieciach z Lovely Lane” ogromną rolę. Jest to przeciwnik niebezpieczny, wręcz zabójczy, z którym władze, przynajmniej z początku, niewiele walczą. Brzmi znajomo? 

Optymistycznie nie jest, niestety. 

Nic jednak na to nie poradzę, że pierwszą część książki czytało mi się jakoś ciężko, wręcz mozolnie. Na szczęście gdzieś tak po połowie coś wyraźnie przyspieszyło i lektura zaczęła mi iść o wiele lepiej. 

Ostatecznie jednak oceniam ją nieźle właśnie za to, co dzieje się w drugiej części książki i to, jak rozwinęła się akcja książki a zwłaszcza losy Emily i również jak rozwiązany został problem Wampirzycy 😉

Moja ocena to 5 / 6.

Informacja o wznowieniu "Dymów nad Birkenau" Seweryny Szmaglewskiej.

Zbliża się siedemdziesiąta piąta rocznica wyzwolenia Obozu w Auschwitz-Birkenau.
W związku z tym na rynku nastąpił jakiś nie do okiełznania wysyp książek o tematyce „około” obozowej. Nie będę się rozpisywała czy ten „wysyp” jest właściwy bo dookoła zaczynają się już toczyć na ten temat rozmaite dyskusje. Pojawiło się bowiem mnóstwo beletrystyki opartej o fakty ale zdanie na temat jakości tych książek jest rozmaite. Przyznaję, nie czytałam tych, o których zdanie jest nie najlepsze ale też nie zamierzam ukrywać, że według mnie chyba trochę „zbyt” tego namnożenia się tematu (chociaż jak mówię, zapewne przypadająca na 27 stycznia rocznica sprzyja tej mnogości tytułów o rozmaitej jakości).
Niemniej jednak wiem, że w tej ilości i namnożeniu około obozowej literatury mogą zniknąć czy schować się tytuły, po które akurat warto sięgnąć. I wierzę, że pojawiło się ich też całkiem sporo.

Natomiast to, co chcę Wam dzisiaj napisać to to, że 28 lutego 2020 pojawi się na naszym rynku wznowienie książki, po którą jak sądzę, warto sięgnąć. Książkę wyda Wydawnictwo Prószyński i S-ka.
Mam na myśli wznowienie książki Seweryny Szmaglewskiej pod tytułem „Dymy nad Birkenau”. Autorce udało się uciec z marszu śmierci i od początku ucieczki zaczęła spisywać swoje wspomnienia z pobytu w obozie, w obawie, jak sama przyznała, przed próbą zatarcia czy weryfikacji prawdy obozowej przez hitlerowców.
Mogę zrozumieć jej obawy, zwłaszcza, że historię piszą najczęściej wygrani ale też osoby, którym w danym momencie na rękę jest jakaś zmiana faktów.
Tak czy inaczej, na naszym rynku pojawi się już niebawem wznowienie tej myślę, ogromnie ważnej książki o jednym z najmroczniejszych fragmentów polskiej i nie tylko, historii.
Przyznaję, że jej nie znam. Z książek o tej tematyce oprócz łagrowej literatury dotyczącej Polaków zesłanych na Sybir czy czytanej w liceum obozowej prozie Borowskiego, czytałam jedynie dość niedawno „Pięć lat kacetu” Stanisława Grzesiuka. Książkę tę czytałam celowo, „z moralnego obowiązku”, gdyż jak pisałam w swojej recenzji, pradziadek mojego syna a dziadek mojego męża, w tym samym obozie, co Grzesiuk spędził lata życia. Czułam, że muszę ją wtedy przeczytać , mimo, że nie ukrywam, odchorowałam bardzo tę lekturę.
Sądzę jednak, że są chwile, gdy trzeba odłożyć własne odczucia i emocjonalność i poznawać konkretne tytuły właśnie ze względu na ów „moralny obowiązek”, o którym napisałam.
Nie wiem czy każdy się ze mną zgodzi, po prostu piszę Wam przy okazji informacji o książce, własne refleksje.

"Szczęśliwa nieboszczka". Małgorzata J. Kursa

Malwina i Eliza na tropie.

Wydana w Wydawnictwie Lira. Warszawa (2019).

Jakiś czas temu grałam o tę książkę w konkursie z pełną premedytacją bo spodobał mi się jej tytuł. „Szczęśliwa nieboszczka”? O co mogło chodzić? Udało mi się wygrać książkę i oto zdecydowałam się na jej lekturę. Jak więc może się domyślacie, nie czytałam poprzednich książek o śledztwach Malwiny i Elizy, przyjaciółek w średnim wieku.

Obie panie mieszkają w Kraśniku, mieście , w którym mieszka również sama autorka. Zawiedziony jednak może czuć się ktoś, kto oczekiwałby kryminału miejskiego z konkretną, rozpoznawalną topografią. Równie dobrze akcja książki mogłaby się rozgrywać w każdym innym mieście.

Eliza i Malwina dowiadują się, że oto na ich osiedlu pewnej ciepłej nocy popełniła samobójstwo młoda kobieta, Antonina Barańska. Wyskoczyła ona z trzeciego piętra i poniosła śmierć na miejscu. Jako, że kobieta zostawiła list pożegnalny a wiadomo było, że miała jakieś problemy i zmartwienia, policja szybko chce zamknąć sprawę oznajmiając samobójstwo.
Zięć Malwiny pracuje w Policji ale akurat przebywa na szkoleniu ale zaraz po powrocie okazuje się,że będzie musiał podjąć śledztwo na nowo. Albowiem jego teściowa wraz z szaloną przyjaciółką Elizą i synową tejże o hm, dziwnym jak dla mnie zdrobnieniu czy przezwisku, Lala, podejmują się śledztwa mającego udowodnić , że Antonina Barańska wcale nie popełniła samobójstwa.

Skąd mają tą pewność? A stąd, że Eliza niemal na chwilę przed tragiczną nocą, spotkała młodą kobietę w sklepie gdy ta wręcz tryskała radością.

Dalsze rozmowy i śledztwo policyjne wykazuje, że faktycznie, zmarła raczej nie miała problemów.
Co prawda jakiś czas wcześniej zamartwiała się, że jej mąż ma romans, ale ten wyjechał do Wielkiej Brytanii, gdzie podjął pracę w renomowanej klinice jako lekarz ale i jednocześnie załatwił pracę żonie, która z zawodu była pielęgniarką. Okazuje się więc, że przed młodymi życie stało otworem. Nowe życie, nowe miejsce zamieszkania, nowa praca, nowe możliwości. Żyć, nie umierać a na pewno nie rzucać się z okna.

Kto jednak mógł chcieć aż tak nienawidzić Antoniny aby chcieć ją zamordować?
Żyła spokojnie, nie szkodząc nikomu. Była osobą skrytą a jedyną bliską osobą oprócz męża była jej siostra.

Dobiera się skład kobiecej komisji śledczej czyli Eliza, Malwina, Lala, Sonia, siostra zmarłej i Karolina, jej przyjaciółka i powoli docierają do prawdy , szybciej nawet od policji a na pewno wspomagając tę instytucję.

Książkę czytało mi się dość spokojnie i bez ani większych zachwytów ani bez rozczarowania.
Wyczytałam gdzieś w opinii, że ktoś szybko domyślił się intrygi kryminalnej. Ja odwrotnie, w sumie wcale nie domyśliłam się szybko sprawcy więc tu plus. Trochę mi styl autorki zbyt często kojarzył się z nieżyjącą już Joanną Chmielewską ale nie zarzucam tu żadnych plagiatów, po prostu mówię, trochę taki klimat i styl właśnie nią pobrzmiewający.

Ogólnie jednak książka mi się podobała i miałam udaną lekturę, która owocuje oceną 5 / 6.

"Wieczny odpoczynek". Aleksandra Marinina.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2019). Ebook.

Przełożyła Aleksandra Stronka.

Tytuł oryginalny  Реквием

Jak wiedzą stali czytelnicy mojego blogu, Marinina to jedna z moich ulubionych autorek kryminałów. Przeszło dwa lata temu byłam nawet na spotkaniu z autorką, które to wspominam bardzo miło.

Niemniej jednak jej książki nowsze, kiedy Anastazja Kamieńska jest już na emeryturze policyjnej i pracuje w agencji detektywistycznej nie idą mi 😦 O ile dwie chyba przeczytałam, to już dwie następne, wydane dość niedawno, zaczęłam i…nie skończyłam 😦 Bardzo mnie ten stan czytelniczy w kontekście tej konkretnej autorki martwił, nie ukrywam.

Na szczęście „Wieczny odpoczynek” to książka, w której Kamieńska wciąż działa, chociaż nie pracuje w oddziale dochodzeniowym na Pietrowce a w nowo utworzonym wydziale informacyjno-analitycznym. Trochę brakuje jej pracy w dochodzeniówce i nie do końca jest przyzwyczajona do nowego miejsca chociaż z drugiej strony bardzo lubi to, co robi i ogólnie czuje się usatysfakcjonowana z nowego miejsca pracy. Tym bardziej, że wkrótce czeka ją awans na podpułkownika.

Akcja książki rozpoczyna się gdy ginie student szkoły milicyjnej w Moskwie. Milicjanci muszą się dowiedzieć czy przypadkiem przestępcy nie usiłują wnikać w struktury milicyjne już na poziomie szkolnictwa i czy śmierć Barsukowa nie jest przypadkiem efektem takich działań. W czasie dochodzenia docierają do dziewczyny, z którą spotykał się Barsukow. Lera to dziewiętnastolatka, studentka, którą jednak życie nie oszczędziło. Dziesięć lat temu jej dziadek zamordował oboje jej rodziców. Sytuacja sprawiła, że za dobre sprawowanie opuścił on zakład karny wcześniej i obecnie dziewczyna mieszka wraz z dziadkiem w jednym mieszkaniu. Nie jest to komfortowa sytuacja, tym bardziej, że krewni nigdy właściwie po morderstwie nie przeprowadzili szczerej rozmowy. Lera unika dziadka, jak może i ich dialogi sprowadzają się jedynie do zapytań co zrobić na kolację czy kiedy wnuczka wróci z uczelni na posiłek.

Milicjanci rozpoczynają śledztwo w sprawie morderstwa studenta uczelni milicyjnej i stąd spotkania z Lerą, z którą zamordowany się spotykał. Ku ich zdumieniu odkrywają, że młodziutka dziewczyna nosi na palcu pierścionek z ogromnym diamentem, który to pierścionek zaginął podczas morderstwa kobiety, żony wysoko postawionego urzędnika Ministerstwa Finansów w czasie zbliżonym do tego, w którym zamordowani zostali rodzice Leroczki. Przypadek?

Ta zbieżność nie daje spokoju Nastii, która stara się współpracować z byłymi kolegami z wydziału aby dojść tego , co pierścionek zrabowany podczas napadu i morderstwa, robi na palcu młodej dziewczyny.

W książce jest też ważny wątek muzyczny. Zmarły ojciec Lery był kompozytorem piosenek, znanym i popularnym a obecnie jego piosenki wykonuje młody gwiazdor sceny, Igor Wildanow. Jego agentem i impresario jest obecnie dawny przyjaciel zmarłego ojca Lery, Wiaczesław Olegowicz. Ten wątek ciekawie pokazuje różne układy „światku” muzycznego, mechanizm działań pop kultury wraz z jej sztucznie aranżowanymi związkami, „miłością”, która oczywiście istnieje jedynie na stronach tabloidów i tego typu działań. To z pewnością ciekawy motyw.

To także Marinina, która czytelnika do siebie przyzwyczaiła, Anastazja Kamieńska z jej ciągłym dziwieniem się tym, co dzieje się na świecie i z ludźmi. Kamieńska, która mimo upływu lat wciąż najlepiej czuje się w ludźmi, których zna i w miejscach, które zna, Kamieńska, której zmiany wciąż przychodzą niełatwo.

To w końcu Moskwa świąteczna, na chwilę przed Nowym Rokiem więc ludzie dla których za chwilę zacznie się wielkie i ogólnokrajowe świętowanie a tu trzeba prowadzić żmudne śledztwo i wiązać ze sobą rozmaite wątki.

Ogólnie za pomysł, intrygę kryminalną ale przede wszystkim za „starą, dobrą ” Kamieńską daję ocenę 5.5 / 6.

"Syn pszczelarza". Kelly Irvin.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa.

Data premiery 21.01.2020.

Przełożyła Magdalena Moltzan – Małkowska.

Tytuł oryginalny The Beekeeper’s Son.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie ukrywam, że o społeczności Amiszów wiem tyle, co nic a raczej tyle, co pamiętam z filmów emitowanych w telewizji kiedy miałam lat naście. Czyli wychodzi na to, że nawet mniej niż nic. O, któryś z odcinków jednego z moich ulubionych seriali „Kości” opowiadał o społeczności Amiszów. Tym bardziej zaciekawiła mnie książka nosząca intrygujący tytuł „Syn pszczelarza” ( w którymś z komentarzy w internecie spotkałam się z zarzutami, że „Syn pszczelarza” a na okładce dziewczyna:) ).
Tak czy inaczej, miałam ochotę na tę książkę z racji tego, że miałam chęć poznać tematykę do tej pory kompletnie mi obcą. I nie zawiodłam się a nawet muszę powiedzieć, nabrałam apetytu czytelniczego na więcej. A że „Syn pszczelarza” jest pierwszą książką z cyklu o Amiszach wydawanego przez Prószyński i S-ka autorstwa Kelly Irvin, czekam na więcej z wielką niecierpliwością!

A dodatkowo, przy okazji czytania tej książki, dowiedziałam się, że w Polsce mieszka jedna rodzina Amiszów. Czyli zyskałam dodatkową wiedzę (bo przeczytałam artykuł o tej rodzinie z wielkim zainteresowaniem).

Ale przejdźmy do „Syna pszczelarza”. Książka rozpoczyna się w przełomowym momencie dla rodziny Lantz. Abigail to od dwóch lat wdowa, z piątką dzieci, czwórką córek i jednym synem. Przenosi się właśnie z rodziną ze stany Tenneessee do Teksasu. Tu mieszka jej brat i dawny adorator, Stephen. Po śmierci męża Abigail zmuszona jest zacząć rozważać ponowne zamążpójście a brat sugeruje jej dawnego zainteresowanego kobietą. Stephen od początku nie budzi naszej sympatii. Nie jest serdeczny dla dzieci, które przybyły z kobietą, nie stara się zbytnio nawiązać z nimi pozytywnych relacji. Skupiony jest jedynie na przyszłym ożenku, tym bardziej , że wciąż ma w duchu coś w rodzaju zasklepionego nie do końca żalu za to, że ponad dwadzieścia lat wstecz Abigail wybrała nie jego a swojego męża. Męża, z którym miała bardzo udane małżeństwo.

Córki i syn kobiety również czują się oszołomione zmianą. Najstarsza z nich, Debora ma w planie jak najszybszy powrót do poprzedniego miejsca zamieszkania i gminy. Tamtejsza społeczność jest jej znana od zawsze, tęskni i za przyjaciółką i za chłopcem, z którym chciałaby się związać.

Początkowe plany szybko jednak muszą ulec zmianie, jak to w życiu, gdy człowiek planuje jedno ale otrzymuje często coś odwrotnego bądź nieco zmodyfikowanego.

Wszystko jest tak inne w Teksasie. I krajobraz i klimat i jedzenie i zwierzęta, które widują podczas pracy czy odpoczynku. Niełatwo jest zmienić dotychczasowe życie i otoczenie. Jednak nie tylko Debora i jej siostry muszą nauczyć się żyć w nowym miejscu zamieszkania. Również ich matka, która zaczyna odczuwać, że pomysł z przeprowadzką niekoniecznie musiał być najwłaściwszy. Jednak brat nalegał a również wiadomo, że samemu nie jest w życiu lekko więc stąd taka a nie inna decyzja.

Zmianę w życiu obu kobiet, zarówno Debory jak i Abigail, przyniesie spotkanie z pszczelarzem, Mordechajem i jego synem, Fineaszem. Fineasz jest rówieśnikiem Debory i podobnie, jak ona , nosi w sercu smutek i żałobę. Początkowo niechętny dziewczynie z czasem zacznie zmieniać do niej stosunek.

Serdeczny i dobry Mordechaj i jego rodzina staną się wsparciem i opoką dla rodziny Lantzów w pewnym trudnym momencie życia, jaki zdarzy się po paru miesiącach od ich przyjazdu do Teksasu.

Bardzo mnie wciągnęła ta książka przede wszystkim dlatego, że miałam okazję chociaż trochę poznać społeczność Amiszów. Mimo, że autorka nie jest członkinią wspólnoty, według mnie udało jej się po trochu przenieść czytelnika w świat tej cichej, dość oddalonej chociaż nie odizolowanej (członkowie społeczności produkują na przykład przetwory czy miód i sprzedają je w miasteczku) grupy.

Dzięki książce poznałam też charakterystyczne dla Amiszów obyczaje jak na przykład wspólne śpiewanie młodych, coś w rodzaju masowej organizowanej imprezy mającej swatać młode pary, czy typowy dla nich język, w którym widać niemieckie, szwajcarskie naleciałości.

A poza tym, jest to po prostu ciekawie opowiedziana historia rodziny po przejściach, która musi odnaleźć się w nowym miejscu i nowej społeczności. Kibicujemy też losom nie tylko młodej Debory ale również jej matce, Abigail, która wciąż zasługuje na szczęście i spokój.
Ważne też jest przesłanie płynące z książki, a mianowicie to, że w życiu bardzo wiele można znieść i zdziałać, jeśli mamy obok siebie rodzinę.

Jak już pisałam na początku, książka mi się podobała i bardzo mnie wciągnęła.
Moja ocena to 5.5 / 6.