„Windsorowie. Celebryci, nudziarze, skandaliści”. Iwona Kienzler.

Wydana w Wydawnictwie LIRA. Warszawa (2019).

Książkę udało mi się wygrać w konkursie wydawnictwa na Fb i muszę powiedzieć, że naprawdę z wygranej się ucieszyłam, grałam o tę książkę z zawziętością bo (cóż, to taka moja słabostka) lubię sobie poczytać nowinki i plotki z życia brytyjskiej monarchii.
Czy „Windsorowie. Celebryci, nudziarze, skandaliści” okazali się dla mnie interesującą lekturą? Tak. Czy dowiedziałam się o nich czegoś więcej niż to, co wyczytuję głównie w ramach plotkarskich notek? Z pewnością tak.

Iwona Kienzler w swojej książce najpierw wyjaśnia skąd tak naprawdę wzięła się dynastia Windsorów a następnie w kolejnych rozdziałach omawia postaci Edwarda i Bessie Wallis Simpson, księżniczki Małgorzaty, księcia Karola i Camilii Parker Bowles, księżnej Diany, księcia Yorku, Andrzeja i jego żony Sary Ferguson i księcia Harry’ego.

Niestety, odczuwam wielki niedosyt w postaci braku rozdziału o królowej Elżbiecie II. W konkursie, gdy brałam udział , odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że obecnie moją ulubioną postacią monarchii brytyjskiej jest właśnie Elżbieta II. Tak jak kiedyś nie znając jej przecież nie przepadałam za nią, tak z upływem czasu nie to, że nas sobie przedstawiono (szkoda 🙂 ) ale zdecydowanie zmieniłam o Jej Wysokości zdanie. Obecnie uważam, że jest jedną z najciekawszych , najsilniejszych osobowościowo kobietą. Która pomimo, że jej rodzina i kraj przechodzi przez niejedno doświadczenie, zachowuje niezwykły spokój, godność i równowagę. Oczywiście, nie trzeba się ze mną zgadzać co nie zmienia faktu, że żałowałam, że więcej o tej postaci przeczytać w tej książce nie mogłam. Owszem, było przemycone trochę informacji ale w kontekście omówienia innych postaci z książki.

Z całą pewnością autorka starała się przedstawić nam postaci monarchii brytyjskiej jako osoby nieco mniej „pomnikowe” niż one faktycznie się często wydają. Nie brak tu informacji o ich grzeszkach i rozmaitych „występach”, niemniej jednak według mnie udało się uzyskać styl plotkarski rodem z tabloidów. To dobrze. Nie miałam bowiem ochoty na coś, co można przeczytać niemal na każdym plotkarskim portalu. Najbardziej chyba ze wszystkich postaci autorka odmitologizowała postać księżnej Diany, swego czasu uważanej niemal za idealną.

Trochę ponarzekam na szyk zdań. Niestety , nie wiem co zawiodło, najprawdopodobniej korekta, bo bywały zdania, które aby zrozumieć, musiałam czytać po raz drugi. Być może inny ich szyk czy też drobne poprawki sprawiłyby, że czytałoby się mi to zwyczajnie „wygodniej”. Nie jest to częste ale zdarza się a nie ukrywam, trochę mi to przeszkodziło w lekturze.

Myślę, że miłośnicy brytyjskiej monarchii powinni być jednak usatysfakcjonowani tą książką, jeśli więc znacie kogoś, kto ucieszyłby się z takiego prezentu, śmiało możecie tej osobie kupić właśnie tę książkę.

Moja ocena to 4.5 / 6.

Reklamy

„Owoc granatu. Świat w płomieniach”. Maria Paszyńska.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Poznań (2019). Ebook.

Trzecia część z cyklu „Owoc granatu” Marii Paszyńskiej rozpoczyna się tak, jak się zakończyła, w Iranie. Jest rok 1963. Po pierwotnym entuzjazmie jaki ogarnął naród irański nie ma już śladu.

Jednocześnie rozdzielone przez los i własne decyzje siostry, Elżbieta nazywana Halszką i Stefania są już dwanaście lat po swoich ślubach. Elżbieta z Mehrhadem,którego nie kocha ale szanuje i docenia, Stefania z Jędrzejem Walickim,

O ile Elżbieta ma ciekawą i zajmującą ją pracę, o tyle Stefania praktycznie egzystuje. Jędrzej jej nie kocha, kobieta czuje to każdego dnia.

Losy sióstr tak od siebie dalekie, nie przetną się jednak jeszcze w tej części opowieści. Na razie każda z nich wiedzie swoje życie. Elżbieta wspierając męża w jego działaniach i jeżdżąc po świecie, Stefania całe dnie spędzając w mieszkaniu. Mimo upływu lat obie siostry odczuwają demony przeszłości. Wydaje się jednak, że na swój sposób Elżbiecie udało się łatwiej je okiełznać.

Tym razem akcja książki rozgrywa się na tle burzliwej historii Iranu i społeczno politycznych wydarzeń. Sytuacja zaognia się do tego stopnia, że obie rodziny, niezależnie oczywiście od siebie, zaczynają rozważać decyzję o opuszczeniu gościnnego do tej pory kraju, który stał się dla Stefanii i Elżbiety drugą ojczyzną.

Podoba mi się sposób, w jaki Maria Paszyńska kreuje swoich bohaterów. Daleko im do ideału, nawet ci, którzy wydają się być najbardziej do niego zbliżeni potrafią mieć swoje grzeszki i tajemnice. Trochę żałuję, że mimo, że książki opowiadają o losach rozdzielonych bliźniaczek, więcej czytamy o życiu Halszki. Osobiście czuję też, że sympatia autorki (co zapewne nie dziwne gdy pozna się losy sióstr i ich postępowanie) zdecydowanie jest po stronie Elżbiety. Jednak szkoda, dla mnie, czytelniczki, że nie pokusiła się ona o to byśmy dowiedzieli się nieco więcej o przyczynach takiego a nie innego wyboru życiowego Stefanii. Nikt nie jest z gruntu jedynie zły a jeśli na jego postępowanie ma wpływ coś determinującego, tym bardziej warto się temu przyjrzeć. Nie musimy przecież z jego decyzjami zgadzać się czy nawet je tłumaczyć. Przyjmuję jednak taką konwencję książki, autorce w końcu wolno prowadzić wątki tak jak tylko ma na to ochotę. Ja jednak jak mówię, chętniej poznałabym bardziej samą Stefanię, bo mam wrażenie, że w ciągu tych trzech części cyklu „Owoc granatu” o wiele mniej poznałam ją i powody jej decyzji niż bym tego oczekiwała.

Cykl „Owoc granatu” , którego dwie poprzednie części to „Dziewczęta wygnane” i „Kraina snów” wciągnęła mnie niesamowicie. Trzecia część również, można kolokwialnie stwierdzić, że trzyma poziom podobnie jak pierwsza i druga. Z niecierpliwością oczekuję teraz na zamykającą cykl część noszącą tytuł „Powroty”, którego premiera za mniej niż jeden miesiąc.

Tymczasem oceniam „Świat w płomieniach” na 5.5 / 6.

„Oszukana”. Magda Stachula.

Wydana w Wydawnictwie Edipresse Książki. Warszawa (2019).

Nigdy wcześniej nie czytałam książki Magdy Stachuli. Tę wygrałam w konkursie i muszę przyznać, że to była bardzo udana wygrana.

Thriller „Oszukana” poznajemy ustami trójki bohaterów i poniekąd narratorów tej książki. Trójka bohaterów opowiada o tym, co się wydarzyło naprzemiennie. Każdy rozdział to ich opowieść. Lena zaczyna ją w marcu 2019 roku, Emil w październiku 2018 a Nikodem, z którym mieszka Lena w chwili gdy rozpoczyna się akcja książki w maju 2019 roku.

Lena zaczyna swoją opowieść w chwili gdy od paru miesięcy mieszka w domu nad Jeziorem Powidzkim z Nikodemem. Ona ma dwadzieścia trzy lata, on czterdzieści dwa. Właściwie się nie znają.  Lenie jest to na rękę bo przed kimś i czymś uciekła. Nikodem nie wypytuje. Mimo, że dziewczyna go nie kocha, dobrze jej z nim, głównie dlatego, że w jego domu nad jeziorem ma idealne miejsce przeznaczone na schronienie się i ucieczkę od przeszłości.

Książka napisana jest bardzo dobrze chociaż w tę beczkę miodu włożę łyżeczkę dziegciu, jak dla mnie mogłaby być nieco krótsza. Mniej więcej w połowie lektury odczułam coś w rodzaju przegadania, znużenia, zbyt wiele osób, a przy tym nie wiem czemu ale miałam nadzieję na to, że nie to, co jest sednem problemu będzie owym sednem. Mimo to uważam „Oszukaną” za bardzo dobry thriller. Cieszę się, że mamy w Polsce autorki potrafiące napisać książkę, która naprawdę mnie wciągnęła, która została napisana w sposób intrygujący i sprawiła, że z niecierpliwością przekładałam kartki chcąc dowiedzieć się co stało się jesienią 2018 roku w życiu Leny, skoro zdecydowała się na dramatyczną ucieczkę i całkowitą zmianę otoczenia i życia. Atmosfera grozy narasta powoli , zastanawiamy się dlaczego Emilowi tak zależy na dowiedzeniu się prawdy o Lenie i dlaczego Nikodem, z którym obecnie żyje Lena tak naprawdę nie widzi problemu w tym, że jego partnerka właściwie nie wychodzi z domu, nie pracuje ani nie uczy się a jedynie spędza czas w domu nad jeziorem, spacerując z psem Biszkoptem i fotografując plenery.

Jak już wspomniałam, według mnie książka mogłaby być odrobię krótsza, bez żadnej straty dla treści, natomiast generalnie naprawdę ten thriller podobał mi się i moja ocena jej to 5 / 6.

„Och, Elvis!”. Marika Krajniewska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018). Ebook.

Parę razy widziałam w internecie migające memy ze zdjęciami kilku starszych pań a to zaśmiewających się nad czymś co piszą na komputerze a to w okolicznościach wskazujących na to, że w pewnym wieku człowiek nareszcie przestaje się przejmować tym, co powiedzą o nim czy jego zachowaniu inni ludzie. Nie wiem jak Wy, ja zawsze w takich chwilach, pomimo tego, że wiem, że to jedynie jakiś pomysł na użycie internetu, odczuwam malutką nutkę nie tyle zazdrości co sentymentu. Pojawia się uczucie tego, że chciałabym mieć taką perspektywę kilku babeczek, z którym się zestarzeję w przyjaźni, z którymi po latach będę mogła usiąść i powspominać stare, dobre a czasami trudne przecież, czasy.

O takich to przyjaciółkach, które przyjaciółkami stały się dopiero wraz z upływem czasu napisała swoją książkę nieznana mi do tej pory (zamierzam to nadrobić) autorka, Marika Krajniewska.

Gienia, Maria i Alicja. Te trzy kobiety połączył los. Z czasem może nam się wydawać, że jeden mężczyzna ale nie, nie chcę tak pisać bo osobiście uważam, że to nieprawda. Owszem , jeden mężczyzna był kimś ważnym dla każdej z nich ale połączyło je coś zupełnie innego, najwyraźniej te trzy kobiety miały ze sobą się zaprzyjaźnić i stać się dla siebie ważne.

Alicja , Gienia i Maria pomimo upływu lat są dla siebie wsparciem. Jedna z nich, Alicja, mieszka w domu spokojnej starości, którym to domem zarządza Joanna, trzydziestopięciolatka, która mieszka z nadopiekuńczą matką. Starsze, ale młode duchem dziewczyny robią sobie wypady na pobliski plac zabaw a Alicja co pewien czas daje nogę z domu opieki. Wtedy do akcji wkracza Maria albo Gienia i uspokajają Joannę, że jej podopiecznej nic się nie stało.

Do chwili, gdy Alicja umiera. Nie popełniam tu spoilera, dzieje się to szybko a stanowi trzon całej akcji książki. Oto bowiem po śmierci Alicji, która wyraziła chęć bycia skremowaną, Maria i Gienia znajdują kartkę napisaną ręką Alicji, na której to kartce zmarła rozplanowała ucieczkę. Ucieczkę jej i przyjaciółek na grób Elvisa. Tak, Elvisa.

Przyjaciółki chcąc spełnić marzenie a jakby nie było, w obecnej sytuacji jakby ostatnią wolę zmarłej, postanawiają spełnić jej pragnienie i zawieść urnę z jej prochami na grób Elvisa. To co, że muszą sie wykosztować na formalności i bilety do USA. Alicja chciała być na grobie Elvisa, to będzie ! Co do tego ani Maria ani Gienia nie mają wątpliwości. I rozpoczynają plan działania mający doprowadzić je do podróży na grób Elvisa.

W międzyczasie do Polski przyjeżdża Paweł, wnuk Alicji. Jego relacje ze zmarłą babką nie były łatwe. Te relacje jak również to jak narodziła się silna przyjaźń trzech kobiet poznajemy wraz z rozwojem akcji książki, akcja bowiem nie dzieje się linearnie czyli zarówno w roku 2017 jak i w latach sześćdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Czytałam o tej książce różne opinie. Że ktoś oczekiwał komedii bo sugerując coś takiego promowano tę książkę, a ktoś inny miał nadzieję na coś lekkiego i łatwego.
Nie jest to z pewnością lektura ciężka i trudna ale też z pewnością oprócz śmiechu można się podczas jej lektury zwyczajnie wzruszyć. Ja się wzruszyłam, tak. Tym jak bardzo Alicja, Maria i Gienia były ze sobą związane, mimo tego, że różne rzeczy działy się w ich wspólnym życiu, jak również wzruszyło mnie samo zakończenie opowieści. Otóż bowiem nic nie jest takie jak się nam wydaje.
Traktując kogoś lekceważąco chociażby ze względu na wiek, możemy przegapić początek ciekawej znajomości. Słuchajmy opowieści innych, to nas wzmacnia ale i sprawia, że część tak zwanej życiowej mądrości może się nam udzielać.

Nie oceniam tej książki jako komedię ani też coś lekkiego jak również mega ciężką lekturę. To ciekawie napisana i w dodatku dziejąca się na Starym Żoliborzu, miejscu przeze mnie bardzo lubianym, książka , która ma w sobie mądrą i życiową opowieść o tym, że nie wszystko jest takie łatwe i przyjemne jak mogłoby się nam wydawać. Jednak wiele jest do zniesienia gdy mamy obok siebie przyjaciela bądź przyjaciół gotowych pójść za nami wszędzie i pomóc spełnić nasze marzenia.

I właśnie między innymi za to przesłanie (tak, jestem nieustająco uzależniona od książek opowiadających o babskiej sile i przyjaźni) moja ocena książki „Och, Elvis!” to 5.5 / 6.

„Morderstwo ma motyw”. Francis Duncan.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).

Przełożył Tomasz Bieroń.

Tytuł oryginalny Murder Has a Motive.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Morderstwo ma motyw” to druga książka Francisa Duncana czytana przeze mnie po „Morderstwie na Święta”, którą czytałam w końcu ubiegłego roku i która to bardzo mi się podobała. Jednak trzeba powiedzieć, że to właśnie ta książka, czyli „Morderstwo ma motyw” jest pierwszą w cyklu o detektywie amatorze czyli Mordecaiu Tremaine.

Tym razem Mordecai Tremaine zostaje zaproszony do domu swego znajomego , doktora Paula Russella i jego żony Jean. Małżeństwo jest serdeczne, prowadzi bardzo gościnny dom, bywa u państwa Russell wiele osób ale to właśnie zaproszony przez nich Tremaine odegra niezwykle ważną rolę. Otóż bowiem w tej z pozoru sielskiej miejscowości Dalmering zdarzyła się zbrodnia.

Od kilku tygodni mieszkańcy prowadzą próby do przedstawienia „Morderstwo ma motyw” autorstwa nieznanego nikomu Alexisa Kenta. I oto Lidia Dare , która poprzedniego dnia spędziła miły wieczór w towarzystwie podkochującego się w niej Martina Vaughana , podczas nocnego powrotu do domu zostaje zamordowana. Na mieszkańców miejscowości pada strach. Do tej pory wydawało się im przecież, że mieszkają w niemal raju na ziemi, gdzie wszyscy wszystkich znają, pomagają sobie i są dla siebie życzliwi a tu znienacka morderstwo.
I to właśnie Mordecai Tremaine , osoba z zewnątrz dojdzie z czasem prawdy kto zabił młodą , mającą wkrótce wyjść za mąż za Geralda Farranta, kobietę.

Kryminały Francisa Duncana napisane zostały bardzo dawno, mniej więcej w połowie ubiegłego wieku ale są o dziwo bardzo współczesne. Owszem, nie ociekają krwią i nie są brutalne ale stylem przypominają mi nieco kryminały wspaniałej Agathy Christie, w których to nie morderstwo czy raczej jego wykonanie było najważniejsze a ludzkie uczucia i namiętności determinujące ludzkie zachowania. Kryminały te są staroświeckie w taki uroczy sposób, najważniejszy w nich jest motyw.

Podobnie jak w „Morderstwie na Święta” mamy do czynienia z dość wąskim gronem osób bliskich ofierze i wraz z detektywem amatorem musimy dojść prawdy i dowiedzieć się komu przeszkadzała młoda, piękna i niewątpliwie szczęśliwa kobieta.

Mordecai Tremaine nie sprawia wrażenia człowieka, którego należy się obawiać i to stanowi jego atut. Ten starszy pan z wiecznie zsuwającymi się z nosa okularami sprawia raczej wrażenie poczciwiny nie będącego w stanie zagrozić nawet musze. A tymczasem w jego głowie wszystko układa się z czasem na właściwe miejsce i Tremaine oznajmia światu kto popełnił zbrodnię.

Tymczasem jednak akcja książki rozpoczyna się morderstwem a Mordecai poznaje mieszkańców miejscowości, odwiedza próbę do przedstawienia i zaczyna prywatne śledztwo, współpracując ze znajomym policjantem. Na samym początku wydaje się, że sprawca zbrodni jest oczywisty ale Mordecai Tremaine nie jest taki naiwny jak sądzą postronne osoby i pieczołowicie bada fakty.

Mimo, że właściwie niemal od razu domyśliłam się sprawcy, książka bardzo mi się podobała. Podobał mi się styl , jakim została napisana, bez epatowania okrucieństwem. Podobało mi się to jak zostało nakreślone tło kryminału, małe niby to sielskie miasteczko, w którym od pewnego czasu zaczyna być coraz wyraźniej odczuwana atmosfera narastającej grozy i jakiegoś podskórnego zła. Ciekawe są postaci stworzone przez Duncana, z ich grzeszkami i słabostkami ale i targane wielkimi namiętnościami.
Jednym słowem, to wymarzony kryminał dla osób, które cenią sobie raczej spokojny i pozbawiony niepotrzebnego okrucieństwa kryminał, w którym liczą się bohaterowie i sama intryga kryminalna.

Moja ocena to 5 / 6.

„Dwie kobiety”. Hanna Dikta.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).

Data premiery 28.05.2019.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Dwie kobiety” już okładką zapowiadają klimat tej opowieści. Nie będzie to lukrowana opowiastka o pani, która jest na życiowym zakręcie , wyjeżdża w góry i tam realizuje się na nowo przy wspomożeniu nowych przyjaciół. Nie nie, nic bardziej mylnego. Ta opowieść ma w sobie bardzo dużo prawdy życiowej a niekoniecznie fikcji literackiej.
Nieświadomie „zafundowałam” sobie niesamowicie ciężką lekturę. Z powodu tematu, który odgrywa ważną rolę w „Dwóch kobietach”. Jednak pomimo tego nie żałuję , że po nią sięgnęłam. Książka ta jest z pewnością jedną z lepszych jakie czytałam w tym roku a na pewno jedną z najbardziej poruszających w ogóle książek, jakie czytałam.

Ewa to była pracownica uniwersytetu, która zostawia męża Adama i pracę i wynosi się na Dolny Śląsk , do miejscowości Glinka, gdzie trafia do pracy w pensjonacie prowadzonym przez Bognę. Bogna to prawie pięćdziesięcioletnia kobieta od kilku lat wdowa. Prowadzi pensjonat odwiedzany głównie przez osoby starsze. To też pasuje Ewie, która trafia do Glinki wyraźnie naznaczona jakąś traumą, wydarzeniem, o którym stopniowo się dowiemy aczkolwiek wraz z rozwojem akcji zaczynamy domyślać się jakie zło przytrafiło się w życiu Ewy i Adama.
Ewa zadowolona jest też z faktu, że sama gospodyni nie ma we wsi przyjaciół. Bognę odwiedza jedynie zaprzyjaźniony z nią bardzo ksiądz Marek, co stanowi ciekawostkę bo kobieta jest raczej niewierząca i czasem do pensjonatu zostaje oddana pod opiekę na krótki czas Marysia, czteroletnia córeczka sąsiadów Bogny, Kulów. Kulowie mają swoje dramaty, Zofia, matka rodziny poważnie choruje.

Chociaż wydaje się, że bohaterów jest całkiem sporo to jednak nie ma tu postaci, która byłaby zbędna. Każdy odegra swoją rolę , większą bądź mniejszą, w wydarzeniach, które będą miały miejsce.

„Dwie kobiety” to bardzo dobrze napisana książka. Bardzo dobry jest jej styl ale również polszczyzna. Hanna Dikta to poetka i w tej książce widać, przynajmniej według mnie, jej poetycki warsztat ale to dobrze bo wśród zdań zdarza się bardzo dużo pojedynczych mądrych i przejmujących zdań – stwierdzeń, które czytelnik ma potrzebę wypisać sobie i zostawić w pamięci.

Ja osobiście zachwyciłam się, zdaniem nie, to złe słowo tym bardziej, że bardzo wiem o co chodzi i wciąż to odczuwam pomimo upływu lat, a mianowicie , cytuję „(…) Cierpienie nie ma względu na czas. (…) I nigdy nie odejdzie”. A w innym miejscu „(…) W takie dni ludzie po prostu żyją, nie myślą o śmierci. Z wyjątkiem tych, którzy myślą o niej stale”.

Bardzo prawdziwie i bez przekłamania udało się autorce oddać to, co czuje ktoś w pewnej traumatycznej sytuacji, która zaznacza go na resztę jego życia. Ba, stygmatyzuje względem otoczenia na zawsze. Widać, że autorka ma świadomość tego, o czym pisze, ba, że po prostu pewnych spraw mogła doświadczyć. Rewelacyjnie odmalowane są wzajemne relacje bohaterów książki, łączące ich na zawsze a wręcz być może wpływające na postępowanie i podejmowane przez nich decyzje.

Autorka w niesamowicie piękny i mądry sposób napisała książkę o rzeczach smutnych, przerażających ale i pięknych i dobrych. Nie ma tu według mnie zbędnego zdania, wydarzenia, postaci. Jest życie, które jak już wielokrotnie pisałam w swoich własnych wpisach, nie zawsze układa się jakbyśmy tego chcieli a los potrafi być przewrotny i zanim zrzuci na nas niewyobrażalny ciężar naprawdę nie stuka do drzwi i nie pyta „Czy mogę? A może nie jesteś na to gotowy? Mam pójść do kogoś innego?”.
W końcu, jak padło w „Dwóch kobietach” , „(…) wszystko, co ważne, przełomowe w życiu, dzieje się w ciągu chwili nie dłuższej niż pstryknięcie palców”. A kiedy coś już się wydarzy, nie mamy na to często wpływu lub, jak pisze Dikta „(…) nie ma jakiegoś cholernego punktu zero, do którego można tak po prostu powrócić i zacząć od nowa”.

„Dwie kobiety” to wspaniała książka o życiu po traumie, o życiu, w którym wydaje się, że nie będzie już drugiego życia (znam to poczucie podziału na życie „przed” i drugie życie, które zaczęło się „po”) i o tym jak pomału, powolutku można jednak zacząć podnosić się z niewyobrażalnego smutku i nieporadnie ale jednak stawać na nogi.

Myślę, że tę książkę w mnogości innych można łatwo przegapić. W końcu nie kusi różem, pięknym dworkiem , kwitnącym drzewkiem czy wizerunkiem jak ja to określam „ślicznej pani” na okładce. Nazwisko autorki też nie jest wciąż jakoś bardzo promowane. Tym bardziej więc zwracam Waszą uwagę na ten tytuł i naprawdę szczerze ją Wam polecam pomimo, że jak pisałam, nie jest to wesoła książka i porusza naprawdę ciężkie tematy.

Moja ocena to 6 / 6.

„Wspaniała Gilly”. Katherine Paterson.

Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożyła Alicja Skarbińska.

Tytuł oryginalny The Great Gilly Hopkins.

Nie do końca rozumiem klucz doboru autorów, których książki ukazują się na naszym rynku wydawniczym. W przypadku bowiem tej autorki fakt ukazania się na naszym rynku wydawniczym jedynie dwóch jej książek („Mostu do Terabithii” i tej, o której dzisiaj piszę), dodajmy bardzo dobrych książek, jest dla mnie faktem zupełnie niezrozumiałym. Katherine Paterson w niesamowity sposób pisze książki dla czytelnika niby to młodszego ale zdecydowanie dla każdego. Porusza przy tym zawsze tematy nielekkie, niepopularne, a na pewno nie będące takimi w czasach gdy autorka je pisała a jednocześnie jej proza adresowana do starszych dzieci nie sprawia wrażenia nieustającego pasma nieszczęść i przygnębienia. Wszystko jest tu starannie wyważone i odmierzone tak , że całość stanowi bardzo dobrze napisaną książkę, którą czyta się świetnie a jednocześnie chce się ją polecać innym.

„Wspaniała Gilly” opowiada o jedenastolatce, którą matka oddała w wieku trzech lat opiece społecznej licząc na to, że „system” coś z dzieckiem zrobi. System owszem, rozpoczął procedury umieszczania dziewczynki w rodzinach zastępczych ale coś najwyraźniej poszło nie tak gdyż to tak naprawdę bardzo wrażliwe i samotne dziecko przenoszone jest z jednej rodziny zastępczej do drugiej. Nie dziwi więc, że Galadriel Hopkins traktowana tak przedmiotowo wypracowuje w sobie coś na kształt pancerza ochronnego przed światem i ludźmi aby zwyczajnie nie dać się kolejny raz złamać i doświadczyć rozczarowania. Aż do dnia kiedy Gilly trafia do domu prowadzonego przez zastępczą mamę, Maime Trotter. Pani Trotter sprawuje opiekę nad jeszcze jednym wrażliwcem, małym Williamem Ernestem a również przyjaźni się z niewidzącym Afromaerykaninem , panem Randolphem. Z początku nieufna a nawet lekko agresywna Gilly da się jednak poznać jako dziecko dobre i wrażliwe a jedynie naznaczone swoim cierpieniem i wynikającą z kolejnych doświadczeń nieufnością w stosunku do innych . Z czasem jednak wszystko powolutku zacznie się zmieniać.

„Wspaniała Gilly” to opowieść o tym, że nic nie jest czarno białe. Że patrząc na kogoś z boku nie powinniśmy nigdy ferować wyroków czy głosić opinii na temat kogoś dopóki nie znamy jego historii. To wreszcie pięknie napisana opowieść bez łzawości i niepotrzebnej łopatologii ani bez uczuciowego manipulowania czytelnikiem. Opowieść o rzeczach a raczej sprawach najistotniejszych w życiu każdego człowieka, o miłości, rodzinie, poczuciu więzi i korzeniach, które mogą ale nie muszą nas determinować.

Czytajcie prozę Katherine Paterson bo warto!

Moja ocena tej książki to 6 / 6.