„Co się skrywa między nami?”.John Marrs.

Wydana w Wydawnictwie Burda Książki. Warszawa (2021).
Przełożyła Ewa Kleszcz.
Tytuł oryginalny What Lies Between Us.

Książkę wygrałam w konkursie fejsbookowym na profilu Kawiarenki Kryminalnej. Grałam o nią z premedytacją bo, nie przeczę, zaintrygował mnie opis wydawnictwa.

Na wstępie, przyznam, że ten thriller mnie totalnie zaskoczył. Czym mnie zaskoczył? Dwoma faktami. Pierwszym, tym, że podczas niego popłakałam się. Naprawdę. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się popłakać podczas lektury thrillera. Niejedną książkę czytałam, która wywołała u mnie jakiś rodzaj wzruszenia. Ale, żeby THRILLER? Tego jeszcze nie przerabiałam.
A druga sprawa, która mnie zaskoczyła ? To zakończenie. Tak. Przyznaję, oczekiwałam czegoś zupełnie innego. I to chyba jest wielki plus. Jak określiłam styl autora podczas lektury tej książki, John Marrs „Nie bierze jeńców” ale nawet jak na ten styl, przyznam, tego co się stanie na koniec, nie przewidziałam. Nie wiem, może czytam obecnie zbyt mało thrillerów ale przyznaję, mnie zakończenie „Co się skrywa między nami?” zaskoczyło. To akurat na plus, bo lubię gdy książka jest dla mnie do końca ciekawa i na swój sposób, nieprzewidywalna.

Akcja książki szybko pokazuje dramatyzm, który rozgrywa się w dziejącej się w Wielkiej Brytanii lekturze. Nina to niemal czterdziestoletnia kobieta mieszkająca wciąż ze swoją matką. Matką, którą więzi. Więzi ją na poddaszu domu. Więzienie dla matki, Maggie, zostało przygotowane bardzo drobiazgowo i z wielką uwagą. Pokój na poddaszu został wyciszony aby potencjalne krzyki kobiety nie dobiegły do niepowołanych osób. Okna zostały wyposażone w specjalnego rodzaju rolety. Maggie może spoglądać na świat, widzieć sąsiadów, z którymi jeszcze niedawno wymieniała grzecznościowe formułki, pijała kawę co tydzień i zwyczajnie, znała się, jednym słowem, widzieć, co straciła, natomiast nie da rady zobaczyć samej Maggie patrząc w górę budynku , w stronę „więzienia”, w którym znajduje się za sprawą córki.
Dodatkowo, Nina wymyśliła sposób na kolejne upokorzenie matki a mianowicie Maggie jest na stałe przykuta w swoim pokoju na poddaszu za sprawą długiego, naprawdę długiego łańcucha. Początkowo długości łańcuchów są dwie. Jedna, na czas życia Maggie na poddaszu, długości łańcucha, która nawet nie wystarcza do tego aby kobieta mogła swobodnie wziąć kąpiel czy też spełnić potrzeby fizjologiczne. Ale i o tym pomyślała córka. W pokoju Maggie jest wiadro, do którego można …no cóż. Chyba wszyscy wiemy o co chodzi 😦

Dalsza część książki opisuje nam życie Maggie i Niny na przełomie dwudziestu pięciu lat. Dowiadujemy się dlaczego Nina dwa lata temu podjęła taką a nie inną decyzję i przykuła matkę łańcuchem do słupa na środku poddasza.
Akcja książki dzieje się dość prędko. Tu nie ma miejsca na niepotrzebne przestoje. Tu wszystko dzieje się konkretnie i bez zbędności. Przy czym, jak pisałam, autor „nie bierze jeńców” i generalnie, tak, przyznaję, wciąż, niemal do końca książki, liczyłam na to, że się jednak zakończy zupełnie inaczej.

Czy jestem zadowolona z tego, że wygrałam ten thriller? Tak. Czy mi się podobała ta książka? Tak ale , cóż, trudno jest mi tak to określić. Raczej powiem, że ta lektura była po prostu dobra. W niesamowicie przejmujący sposób pokazała jak silne i destrukcyjne mogą być relacje matka – córka. I ten właśnie aspekt bardzo mnie poruszył. Ogromnie przejmująca to była relacja, która jednak w rezultacie doprowadziła do tego , do czego doprowadziła. Nie ukrywam, przygnębiła mnie bardzo ta książka. Niby jest to trhiller, który powinien być w gruncie rzeczy raczej niezobowiązującą rozrywką a jednak jakoś bardziej niż tylko rozrywka się okazało.

Nie wiem na ile lubicie tego typu książki ale według mnie książka „Co się skrywa między nami?” to jeden z lepszych trhillerów jakie czytałam. I miłośnikom tego gatunku literatury bardzo tę książkę polecam.

Moja ocena to 5 / 6.

„Odpłata”. Agnieszka Jeż.

 Wydana w Wydawnictwie Burda Media Polska. Warszawa (2021).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

„Odpłata” autorstwa Agnieszki Jeż to druga część serii o sierżant Wierze Jezierskiej po „Szańcu”, której to książki nawiasem mówiąc, nie czytałam. Tak więc ja „poznałam” Wierę Jezierską dopiero w tej części. 

Akcja książki rozpoczyna się od trzech morderstw dokonanych w różnym czasie, w 1945 roku w Nowym Targu, w 2014 roku w Jeziorowskich na Mazurach i ponownie w Nowym Targu w roku 2019. 

Następnie przenosimy się już do czasów współczesnych gdy w roku 2020 Wiera Jezierska zostaje wezwana do domu w miejscowości Jeziorowskie gdzie ja się okazuje, znalezione zostaje zakopane ciało mężczyzny wraz z rowerem typu tandem. Nie dość, że zakopane ciało to jeszcze sam dom sprawia, że na samym początku Wiera staje oszołomiona. Oto bowiem w środku pięknych mazurskich krajobrazów stoi ni mniej ni więcej a górska chałupa. Wiera musi się sekundę pozbierać i otrząsnąć z widoków szkolnej wycieczki w góry i wspomnień jakie wracają wraz z ujrzeniem góralskiego domostwa nad mazurskim jeziorem a potem. Cóż, potem przychodzi żmudne śledztwo jakie będzie musiała przeprowadzić. W wyniku śledztwa szybko okazuje się, kto został pochowany pod domem a jest nim Grzegorz Chyc, który to nawiasem mówiąc, pomagał w trakcie stawiania domostwa sprowadzonego aż z Nowego Targu. Dlaczego jednak ktoś a przede wszystkim, kto, odczuwał potrzebę odebrania mu życia i to w dodatku tak daleko od rodzinnej ziemi? Owszem, mężczyzna miał opinię porywczego, nie, że był oazą spokoju ale też co takiego mogło się zdarzyć, że został zamordowany a jego ciało zakopane jak zapewne mniemał morderca, na wieki? Obecnie dom jest w posiadaniu państwa Stykowskich, którzy trzy lata wstecz nabyli go od przyjaciela Stykowskiego, Adama Świątkowskiego.

Wiera Jezierska rozpoczyna więc żmudne śledztwo, które zaczyna rozrastać się w jakieś niewiarygodne jego ścieżki. Bo na przykład, czy sprawa ta nie wiąże się z wydarzeniami z przeszłości i mordem ojca Adama Świątkowskiego? Który to Adam Świątkowski dopiero w dorosłym życiu dowiedział się, że jest Żydem? W grę mogą wchodzić motywy zupełnie inne niż to się początkowo może wydawać. 

Śledztwo prowadzi Wierę w góry, do Nowego Targu właśnie, gdzie poznaje policjanta Antoniego Gazdę gdzie zaczyna się mętlik w jej uczuciach a i śledztwo zyskuje kolejne niejasne fragmenty gdy okazuje się, że w Nowym Targu znaleziony zostaje kolejny zakopany pod domem mężczyzna. Tym razem jest to Mazur. I tak oto Wiera Jezierska staje wobec naprawdę trudnej zagadki rozwikłania sprawy. Bo i sprawca pozostaje nieznany i motywy zdają się mnożyć a powody jeszcze bardziej. 

Spokojnie jednak uda się jej znaleźć rozwiązanie tej zagadki chociaż z pewnością nie okaże się ona z gatunku prostych. Do tego nielekko jest w życiu samej sierżant Jezierskiej. 
Za nią trudne, żeby nie powiedzieć bardzo ciężkie dzieciństwo, nienajlepsze relacje z siostrą, niemal żadne już z matką, która w dodatku przebywa w domu opieki. Wiera mieszka sama i w sumie nie doskwiera jej to zbytnio, chociaż nie jest tak, że stroni od kogoś, z kim chociaż na chwilę mogłaby być blisko. 

Wciągnęła mnie ta książka i chociaż sądzę, że podejrzewam, co Autorka szykuje w następnej części, nie mówię, że nie sięgnę po kontynuację aby sprawdzić czy moje pewne przeczucia się potwierdzą. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Limes inferior”. Janusz A. Zajdel.

 Wydana w Wydawnictwie SuperNowa. Warszawa (2018). Ebook.

„Limes inferior” to kolejne wydanie książki, którą autor napisał w latach 1979 i 1980 ale zaskakująco aktualna. Od razu napiszę, że jest to moje pierwsze spotkanie z tym autorem, co jest jak sądzę, dla niektórych zaskoczeniem bo jak myślę, znacie dobrze twórczość Zajdla i pewnie wśród moich czytelników jest wielu sympatyków jego prozy sf.

Jakie okazało się to pierwsze spotkanie ? Udane. Nawet bardzo. Zaskakująco współczesna okazała się ta proza. „Limes inferior” to powieść sf ale tak naprawdę dla nas, współczesnych, ta fantastyka i naukowość może objawiać się głównie w aspekcie jednego przedmiotu, który jest niezwykle ważnym, a mianowicie Kluczu. Zaraz o nim napiszę więcej.

Akcja powieści rozgrywa się w Argolandzie. To państwo, w którym wszyscy mieszkańcy gnieżdżą się na niewielkiej powierzchni bowiem otoczenie państwa to pola uprawne. Co jest charakterystyczne dla tego państwa to klasyfikacja społeczeństwa pod kątem inteligencji. I tak oto ci, którzy są szóstakami są najmniej inteligentni , a mający klasyfikację zero, są najmądrzejsi i pełnią najwyższe i najważniejsze w państwie stanowiska. Z tym, że w całej tej klasyfikacji , której dokonuje System można trochę namieszać. I tu wchodzą lifterzy, którzy „pomagają” poprawić swoją klasyfikację. I tak oto piątacy mogą stać się trójkowiczami itd a z czasem część osób z numerem zero, trafia na wysokie stanowiska bez jakiejkolwiek wiedzy. Jednym słowem na szczycie potrafią znajdować się osoby nie mające potrzebnych do tego kwalifikacji i wiedzy 

Do tego wszystkiego są Klucze. Każdy z mieszkańców Argolandu posiada coś, czego strzeże jak oka w głowie a mianowicie indywidualny Klucz. Klucz jest jednocześnie dowodem tożsamości, kartą kredytową, zegarkiem, kalkulatorem, dyplomem , certyfikatem klasy intelektu. Nic więc dziwnego, że skoro dzięki niemu można wejść do pomieszczeń, w których się mieszka, opłacić opłaty czy rachunki i zatrudnić się w pracy bądź nie pracować ale otrzymywać najniższą walutę (waluta dzieli się na różne kolory i osoby bez pracy dostają najgorszej jej rodzaj) , trzeba owego Klucza pilnować ogromnie. 

Część osób więc pracuje, część się obija, są tacy, którzy chcą być na szczycie i są tacy, którzy daszą wiele aby ich klasa została podlifotwana w górę ale są i tacy, którzy celowo mają ją niższą niż na to wskazuje ich intelekt. Kwitnie kombinatorstwo, nepotyzm i cwaniactwo. W tym wszystkim porusza się Adi Cherryson zwany Sneerem. Sneer to lifter, pomaga ludziom osiągnąć wyższą ocenę intelektu. Ogólnie to taki cwaniaczek, który prowadzi całkiem niezłe życie 😉  Jednak to do niego w pewnej chwili zgłoszą się pewne Ważne Osoby z propozycją z gatunku „nie do odrzucenia”.

Co mi się podobało w tej książce? To, że właściwie nie jest ona w sumie fantastyczno naukowa a bardzo psychologiczno społeczna. Podobała mi się trochę idea Klucza a trochę mnie przerażała. Jak się pomyśli, że jesteśmy niemal o krok od czegoś takiego, nie do końca jestem przekonana o słuszności aż takiego podporządkowania się technologii i poleganiu na maszynach czy systemie. Przerażał mnie dosyć obraz społeczności, która nieco bezmyślnie i bezrefleksyjnie poddawała się nakazom i najbardziej dziwnym pomysłom ” z góry” , nawet jeśli górę zapełniały osoby niekoniecznie mądre czy kompetentne. 

Ogólnie czytało mi się ją dobrze aczkolwiek przyznam, w pewnym momencie poczułam się nieco znużona i trochę miałam wrażenie, że pod koniec kilkakrotnie czytałam o tym samym. 

Niemniej jednak uważam tę książkę za wartą polecenia i sięgnę po kolejne książki tego autora, tym bardziej, że na czytniku mam jeszcze parę jego tytułów. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„W labiryncie”. Donato Carrisi.

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2020).

Przełożył Ksawery Malinowski.
Tytuł oryginalny „L’Uomo del labirinto”.
Książkę wygrałam jakiś czas temu, na pewno w zeszłym roku, w którymś z konkursów i…trochę o niej zapomniałam. Sięgnęłam przy okazji tego,że zobaczyłam zapowiedzi wydawnictwa na temat wydania następnej książki autora w Polsce. Poprzednio czytałam książkę Carrisi’ego, „Dziewczyna we mgle” i tamta książka podobała mi się bardzo. 
Jeśli chodzi o „W labiryncie”, hmmm, mam mieszane uczucia. Ogólnie to z pewnością thriller, który wciąga. Na pewno autorowi udaje się budować niesamowitą, okropnie nieprzyjemną, mroczną atmosferę książki. Od pierwszych do ostatnich stron nie ma żadnej możliwości poczucia „relaksu”, odpoczęcia od takiego nienamacalnego ale jednak klimatu zła, które towarzyszy lekturze. Nie możemy pozbyć się poczucia niepokoju. I to jest duży plus tej książki, na pewno wprowadza nas w gęstą, niedobrą atmosferę unoszącego się w powietrzu zła i tego co zdarzyło się bohaterom książki. A jednak końcówka, chociaż z pewnością nie powinna, ale jednak nieco mnie zaskoczyła ale nie tak, jakbym sobie życzyła. I po trochu czuję się nawet nią nieco zawiedziona (chociaż z pewnością nie można odmówić autorowi umiejętności tworzenia skomplikowanych pięter akcji i zagmatwania ogólnego). Wbrew pozorom ta pointa czy nawet niezła wolta nie spodobała mi się. Od razu zaznaczam, że to moje subiektywne odczucia i jeśli ktoś jest zachwycony, to fantastycznie. O to właśnie chodzi aby na temat nawet thrillera móc mieć różne opinie. 
Mnie rozczarowało w sumie to zakończenie bo całość czytało mi się bardzo dobrze, chociaż nie ukrywam, tematyka jest ciężka.
Książka rozpoczyna się w chwili gdy trzynastoletnia Samantha Andretti idzie podekscytowana do szkoły gdzie jak się wcześniej dowiedziała się od koleżanki, chce z nią porozmawiać jeden z najfajniejszych chłopaków ze szkoły. Podekscytowana nastolatka idzie do szkoły ale do niej niestety, nie dociera. Zostaje bowiem porwana aby odnaleźć się  na jednej z leśnych dróg , naga i ze złamaną nogą. Po piętnastu latach od porwania. 

Samantha zostaje przetransportowana do szpitala i tam rozpoczyna się walka profilera Greena z umysłem kobiety aby pomóc jej uwolnić się od wspomnień ale przede wszystkim aby złapać jej porywacza. 
Równolegle swoje prywatne i mocno przez los przyspieszone śledztwo w tej sprawie toczy Bruno Genko, prywatny detektyw, który piętnaście lat temu podjął się sprawy znalezienia dziewczyny na prośbę jej rodziców. 
Jak już pisałam na samym początku „W labiryncie” to mroczna, budząca lęk i niepokój, książka. Wciąga nas w ów tytułowy labirynt, w którym wiele się miesza, tropy pojawiają się by zaraz zniknąć bądź okazać się nieistotne bądź prowadzące nas na manowce. 
Ja, o czym też pisałam, jestem nieco rozczarowana końcówką ale sądzę, że jest wiele osób, którym akurat takie a nie inne, spodoba się. 
Moja ocena tej książki to 5 / 6. 

„Z Matką Boską na rowerze”. Wojciech Koronkiewicz.

 Podróż do cudownych obrazów, ikon i świętych źródeł Podlasia. 

Wydana w Wydawnictwie Paśny Buriat. Kielce (2020). Ebook.

Minione dni spędziłam na niezwykłej podróży, po troch literackiej, po większej części duchowej, na Podlasie. Gdzie, za sprawą autora książki odwiedzałam niezwykle ciekawe miejsca , w których znajdują się miejsca niezwykłe, związane z kultem Maryjnym. Miejsca bardziej bądź mniej popularne. Czasem takie, w których przewalają się tłumy turystów, czasem jednak takie, w których nie spotka się niemal nikogo, oprócz pustelnika czy batiuszki. 

Bardzo to ładna książka. Oczywiście, pewnie jak wszystkie książki, nie dla każdego ale na mnie zrobiła niezwykle przyjemne, uspokajające wrażenie. Tak, ta opowieść o lewaku, jak sam o sobie wielokrotnie mówi, podróżującym po Podlasiu i jego świętych miejscach Maryjnych, była mi niezwykle droga. Uspokoiła mnie, wyciszyła, pokrzepiła. 
To zarówno relacje Koronkiewicza z odwiedzin miejsc ciekawych (nie tylko sanktuariów ale i kapliczek i pustelni) jak i jego dialogi z bliskimi, z osobami, które poznał podczas swoich rowerowych wędrówek przez kilka miesięcy zeszłego, dziwnego, pandemicznego roku.
To taka książka, która jest ogromnie subiektywna, która miałam wrażenie, że otula mnie swoim ciepłym, serdecznym klimatem. Może dzięki tym wszystkim ludziom, których spotykał na swojej drodze, może dlatego jak ciekawie pisał o tym, co widzi, co odczuwa, w każdym razie to jak już pisałam, ogromnie pozytywna, ciepła książka, która sprawiła mi ogromną radość. 
A przy okazji po raz kolejny zakusiła mnie do tego aby pojechać na Podlasie. Nigdy nie odwiedziłam tego regionu Polski a wydaje mi się bardzo ciekawy. Teraz, po lekturze „Z Matką Boską na rowerze” moja chęć aby go odwiedzić, moja chęć poznania go wzmogła się jeszcze bardziej. 

Moja ocena tej książki to 6 / 6. 

„Chorwackie powroty”. Anna Karpińska.

 Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2021). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Książka „Chorwackie powroty” to druga i ostatnia część cyklu chorwackiego a losy bohaterów poznaliśmy w części noszącej tytuł „Chorwacka przystań”. W zeszłym roku czytałam wznowienie „Chorwackiej przystani”, podobno rozszerzonej i tamta książka podobała mi się. Tym chętniej sięgnęłam po jej kontynuację, która pełna była wielu emocji i rozmaitych wzruszających i dramatycznych zdarzeń. O tego typu książce niektórzy lubią pisać jako o „emocjonalnym rollercoasterze”. I mnie przyszło do głowy to określenie podczas lektury „Chorwackich powrotów” ale chciałabym uniknąć pewnej przewidywalności. Uprzedzę więc po prostu, że na pewno jeśli oczywiście lubicie książki Anny Karpińskiej, nie będziecie czuli się po lekturze tej części zawiedzeni. Ja nawet mam wrażenie, że druga część podobała mi się bardziej niż pierwsza.

W „Chorwackich powrotach” owe powroty mają miejsce bardzo dosłownie. Po pierwsze, na samym początku córka Anny, dziennikarki, która przeszło dwadzieścia lat temu zostawiła tam miłość życia, Błaża Batelica, Weronika, powraca do Dubrownika. Wraca do swojej z kolei miłości życia, Zorana. Syna Błaża. Bardzo to wszystko skomplikowane. Anna, która miała wrócić dwadzieścia lat wstecz do Błaża, jednak wówczas na zostawienie męża Jerzego się nie zdecydowała i została w Polsce, gdzie urodziła trójkę dzieci, Weronikę i dwóch synów Alka i Michała, bliźniaków. Niby jednak nie chcąc utrzymywać z Błażem kontaktów, udało się jej to czynić przez mijające lata. Teraz zaś ich losy na nowo mocno się splotą i powroty do Chorwacji staną się nieuniknione gdyż Weronika wiąże się z synem Błaża i to na poważnie i również chce kontynuować studia w Dubrowniku właśnie. 

Anna tęskni za córką ale cieszy się jej szczęściem, tym bardziej, że szybko okaże się, że powodów do radości będzie więcej. Zdarzy się coś, co rodzinę Anny i Błaża powiąże raz na zawsze i nieodwracalnie. 
Po pierwszej euforii związanej z oczekiwaniem na radosne wydarzenia następuje jednak zwyczajne życie. Trzeba pracować, zarabiać pieniądze, uczyć się, bronić pracę magisterką itd. Anna jak to ona, całkowicie oddaje się pomocy córce i przygotowaniem do wielkiego dnia ale oprócz tego przeżywa kryzys w małżeństwie jak również wypalenie zawodowe. 
Między nią a Jerzym od dawna nie ma „chemii”, w dodatku mąż ma dla niej pewne niespodzianki, wobec których właściwie zostaje postawiona jako przed faktem dokonanym. Jedną z nich jest plan postawienia nowego domu w ich letnisku w Stępie. Ale nie jest to jedyna z niespodzianek jakie szykuje dla Anny Jerzy. Czytając „Chorwackie powroty” przypomniałam sobie to powiedzonko mówiące o tym, że jeśli w sztuce teatralnej na ścianie wisi strzelba to faktem jest, że prędzej czy później,wypali ona. Nie inaczej jest w chorwackim cyklu chociaż tu strzelba została zawieszona w części pierwszej. 

Mogłabym napisać więcej o akcji książki ale nie chciałabym zdradzać treści, tym bardziej , że jak pisałam, naprawdę wiele się w tej części dzieje. Losy bohaterów naprawdę się komplikują. I jest w tej części naprawdę dużo rozmaitych emocji. Od radości do złości, od wyznań uczuć do skrywanych i tłumionych latami pretensji. Od euforii do wściekłości niemal. Jest dużo emocji i ciekawa akcja a przy tym oczywiście w tle chociaż nie tak bardzo po macoszemu traktowana (i dobrze) Chorwacja z jej pięknym krajobrazem, przyrodą, gościnnymi ludźmi i smakowitościami.

„Chorwackie powroty” i dla mnie okazały się powrotami. Do znanych z pierwszej części bohaterów, którym kibicowałam, których dalej lubiłam bądź za którymi nie przepadałam, do pięknego Dubrownika, do tego, jak Anna usiłowała scalić swoją rodzinę i obronić zawsze przed wszelkimi przeciwnościami. Cieszę się, że miałam okazję przeczytać obie części tej chorwackiej sagi i bardzo ją Wam polecam. 

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6. 

„Instastory”. Iva Hadj Moussa.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2020).

Przełożył Mirosław Śmigielski. 

Książkę dostałam od wydawnictwa w ramach miłego gestu za opóźnienie przesyłki pakietu z najnowszą częścią opowieści o Ostatniej Arystokratce składającego się z książki, torby, i kartki z autografem Evzena Bozka. Pakiet miał przygody totalnie rodem z Zamku Kostka, właściwie można by powiedzieć, że mam wrażenie, że w jego realizacji maczali paluszki wszyscy pracownicy i mieszkańcy Zamku Kostka (chociaż wydawnictwo stanowczo się wypiera takiego podejrzenia 🙂 No, nie wiem, nie wiem … 🙂 ). 
Tak czy siak, było opóźnienie w dostawie pakietu, za to podczas jego rozpakowywania czekała mnie niespodzianka w postaci książki „Instastory” Ivy Hadj Moussy. Szczerze powiem, nie wiedziałam czego się po niej spodziewać i trochę na początku podeszłam do niej jak pies do jeża. Ale, nie ukrywam, okładka zaprojektowana przez Frantiska Hribala w specjalnie jak sądzę, nieco kiczowatym stylu , zaintrygowała mnie na tyle, że miałam chęć zajrzeć do książki. Co też uczyniłam, po czym…książka mnie wciągnęła mnie w swój pokręcony świat. Jest to bowiem jedna z najbardziej przedziwnych książek jakie czytałam.

Od razu uprzedzam potencjalnych zainteresowanych nią, że na Instagramie nie bywam więc ten świat medium społecznościowego jest mi totalnie obcy.
Niemniej jednak nie jest tak, że nie wiem co to za medium i jak dla niektórych ogromną rolę pełni, zwłaszcza w kontekście polubień zdjęć, które na Insta zamieszczają.
Już sama grafika książki ma odniesienia do Instagramu bowiem tytuł każdego nowego rozdziału rozpoczyna się hasztagiem. 

Książka rozpoczyna się rozdziałem i kończy rozdziałem opowiadającym o Amerykaninie Franku Dayu, który w jednej z dolin wybiera się na szybkie opróżnienie pęcherza i podczas tej czynności znajduje…ludzką rękę. To taka spinająca treść klamra, która zapowiada, że w tej książce wiele będzie się działo. 

A dzieje się, zaiste. Na samym początku poznajemy Sandrę , zwaną przez jej chłopaka Mirka, San. Sandra pracuje w lifestylowym piśmie , które aspiruje do bycia czasopismem społeczno-kulturalnym. Mirek to jej chłopak jeszcze z czasów liceum, który w życiu niewiele robi poza zadłużaniem się lub braniem udziału w nie do końca właściwych interesach, natomiast nie jest w żadnej mafii czy grupie przestępczej. Inaczej z pewnością nie groziłby im komornik i nie towarzyszył niepokój o stan finansów. A grozi i towarzyszy. 

Sandra i Mirek wpadają więc na odkrywczy, według nich jedynie, pomysł szybkiego zdobycia pieniędzy. Na oku mają słynnego kompozytora, którego Sandra ma uwieść i szybko się za niego wydać. A dalej jest jeszcze inny plan ale…nie chcę Wam psuć lektury więc nie zdradzę na czym ów plan polegał. 

Książka napisana jest lekkim, dość zabawnym stylem (aczkolwiek nie jest to żadna komedia w stylu Ostatniej Arystokratki) , bardzo instagramowo masowo popularna, tak to określę.
Nie jest to z pewnością literatura , którą mogę nazwać „ambitną”, za to jest , co zaskakujące dla mnie samej, dobra jeśli spojrzymy na nią pod kątem mrugnięcia okiem do czytelników w kontekście humorystycznego podejścia do tego jak obecnie niektórzy oczywiście , ludzie podchodzą do mediów społecznościowych i jak są tak naprawdę od nich uzależnieni. Niektórym nawet co nie jest takie rzadkie, świat takowych mediów mocno miesza się z tym prawdziwym. I różne, niestety, wychodzą z tego sytuacje, jedne lepsze, inne gorsze. 

Jak już powiedziałam, chyba ten styl, język, klimat książki sprawia, że jest to jedna z najbardziej dziwnych książek, jakie czytałam. Nie określam jej jako jakoś nadzwyczaj dziwacznej czy coś takiego. Po prostu dla mnie osobiście ta książka była i pozostanie „przedziwna” właśnie. Niemniej jednak, ku mojemu własnemu zaskoczeniu, spodobała mi się, ba, miałam dzięki niej świetną czytelniczą rozrywkę. Wraz z ogromnie zaskakującym zaskoczeniem 🙂 

Moja ocena tej książki (sama wciąż się sobie dziwię 🙂 ) to 5 / 6. 

„Dosięgnąć świąt”. Terri Blackstock.

 Wydana w Wydawnictwie Dreams. Rzeszów (2019). 

Przełożyła Joanna Olejarczyk.
Tytuł oryginalny Catching Christmas.

Książkę tę wygrałam w konkursie na stronie Wydawnictwa na Fb i przyznam, że grałam o ten właśnie tytuł ze względu właśnie na …tytuł i opis, jaki wyczytałam na jej temat.

To nie jest może najbardziej „odkrywcza” literatura na świecie ale powiem tak, cieszę się ogromnie, że udało mi się ją wygrać bo jest to zdecydowanie taka książka, która wpisuje się w nurt książek około świątecznych. Niesie bowiem jasne i proste przesłanie, że Święta Bożego Narodzenia są czymś więcej niż jedzeniem smacznych tradycyjnych dań i obdarowywaniem się prezentami. 
Co mogę powiedzieć na samym początku to to, że uważam, że jest to też książka dla kogoś, kto jest wierzący. Dreams wydaje książki pisane przez pisarzy chrześcijańskich a w tej książce wiara czy powrót do niej odgrywa ważną rolę. Nie ma jednak nachalnej propagandy co akurat mnie często drażni, niemniej jednak uważam, że warto uprzedzić bo nie każdy ma chęć na książkę, w której wiara w Boga odgrywa istotną dla bohaterów, rolę.

Finn Parrish to ongiś właściciel i szef kuchni ekskluzywnej restauracji a obecnie, niestety, taksówkarz. Niestety bo pomimo faktu, że udaje mu się zarobić na czynsz, to wożenie ludzi autem nie do końca jest tym, co chciał realizować w swoim życiu. 
Młoda Sydney Batson pracuje na stażu w kancelarii adwokackiej. Stara się utrzymać tę pracę. Po pierwsze, po prostu jest dobrą prawniczką i lubi to, co robi. Po drugie jednak, jest jedyną opiekunką swojej osiemdziesięcioletniej babci, Callie Beecher. 
Spotkały się po latach. Mama Sydney zmarła gdy dziewczynka miała osiem lat a jej ojciec z wiadomych sobie powodów, nie chciał aby miała kontakt z babcią. Obie kobiety spotykają się dopiero po wielu latach, po śmierci ojca Sydney gdy ta jest już dorosła. Kontakt jednak zostaje ponownie nawiązany i jest udany chociaż, co wiadome, trudno jest nadrobić tyle straconych lat. 

Niemniej jednak, zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Od paru dni samopoczucie Callie pogarsza się. Staje się rozkojarzona. Czy ma jedynie demencję czy może trapi ją coś poważniejszego ? Dodatkowo w kancelarii adwokackiej, w której pracuje Sydney, szykują się wielkie zmiany a konkretnie, zwolnienia a jej samej trafiła się beznadziejna sprawa. Wiele spraw toczy się zdecydowanie nie po jej myśli a do tego dochodzi stres związany z postępującym pogorszeniem stanu zdrowia babci. 
W dodatku, z powodu pracy nie może sama wozić jej do lekarza i oto pewnego dnia tak właśnie splotą się ścieżki Finna i Callie. Finn bowiem zawozi ją do szpitala, gdzie starsza pani ma umówioną wizytę u lekarza specjalisty. 

To nie będzie łatwe zadanie bowiem w pewnym momencie Finn zostanie praktycznie opiekunem Callie. Początkowo zirytowany tym faktem, z czasem pozna powody takiej a nie innej sytuacji. Przede wszystkim poznaje jednak starszą panią. A ponieważ Finn nosi w sobie przeogromne poczucie winy związane z tym jak potraktował swoją własną mamę, najprawdopodobniej jest to powód, dla którego w tę sprawę angażuje całe swoje serce i uczucia. 

„Dosięgnąć świąt” podobała mi się dlatego ,że pokazuje to, że w tym czasie naprawdę najważniejsze nie są sprawy materialne, jakąkolwiek miłą atmosferę czy ów osławiony „klimat magii Świąt” by nie czyniły. I, jak już pisałam, niby nie jest to nic nowego, już to gdzieś czytaliśmy ( i to nie raz) ale nie wiem w sumie czemu, wyjątkowo mnie ta książka wzruszyła i przypomniała, że w różnych złych chwilach życia człowiekowi pomaga najbardziej drugi człowiek. I że warto jest może mniej skupić się na sprawach materialnych a więcej czasu poświęcić bliskim nam osobom. Podobała mi się też dlatego, że mimo, że domyślamy się jak potoczą się losy dwójki młodszych bohaterów to jednak główną bohaterką bezsprzecznie jest pani Callie

Moja ocena tej książki to 5 /6.

„Fistaszki”. Charles M. Schulz.

 Wydane w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa. 

Tytuły poszczególnych tomów The Complete Peanuts. (I podane roczniki, które są wydane w danym tomie).

Tłumaczenie Michał Rusinek. 

Nie wiem czy Fistaszki, które wydawane były przez pięćdziesiąt lat (od 1950 do 2000 roku) nie są najdłużej wydawanymi komiksami na świecie. 
Ci, którzy znają stronę mojego blogu na Fb wiedzą już, że czas jakiś temu nabyłam pierwszy tom wydawanych od wielu lat przez Wydawnictwo Nasza Księgarnia, komiksów autorstwa Charlesa Schulza. Nabyłam wówczas tom obejmujących roczniki 1985 i 1986. W celach powrotu chociaż na chwilę do miłych wspomnień z dzieciństwa. Albowiem książeczkę z Fistaszkami nabyłam w kiosku Ruchu dzieckiem będąc. Niestety, nie pamiętam zupełnie jaki to był rok, coś mi się w głowie obija, że mogłam mieć wtedy około 11 lat ale równie dobrze mogłam mieć i ze dwa lata więcej. Tak czy inaczej, komiks o Charliem Brownie , jego siostrze Sally ale też o równorzędnym bohaterze, czyli ich psie Snoopym (rasy beagle) i gronie przyjaciół Charliego, znałam już za PRL-u. Nie mam pojęcia co się stało z tamtą książeczką, najprawdopodobniej zginęła w odmętach dziejów, żałuję bo byłaby to dla mnie ciekawostka po latach. Dobrze jednak, że Nasza Księgarnia zdecydowała się na przypomnienie polskim czytelnikom, dlaczego Fistaszki to fajny komiks i czemu trochę szkoda, że niektórzy kojarzą bohaterów tychże jedynie przez pryzmat fajnych i ładnych ale jednak wciąż tylko gadżetów z postaciami z komiksów. 

Z komiksami (na przykład z tymi z Mafaldą, o których wiecie, że też je lubię) jest tak, jak ze wszystkim. Zaskoczy i kochasz albo nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi. Ja w tym przypadku zaskoczyłam te ponad  trzydzieści lat temu i …po latach wciąż jest dobrze. A może nawet i lepiej bo zupełnie inaczej czyta się je jako dzieciak a inaczej jako dorosła osoba. 

I tak, cóż, niby nie powinny nas radować cudze niepowodzenia i klęski i ogólnie wciąż nie cieszą ale jednak lżej na duszy wiedząc, że komuś nieustająco nie idzie w baseballu, ktoś inny niekoniecznie jest orłem w szkole a z kolei Snoopy jedyne listy jakie otrzymuje od wydawnictw, którym wysyła rękopisy z nadzieją na ich publikacje, to te w których wydawnictwa nie dość, że odmawiają wydania jego książki to jeszcze czynią to w bardzo nieprzyjemnym tonie. 

Dzieci przedstawione w książce to dzieci dalekie od wyobrażeń dzieciaczków, jakie serwuje się w reklamach 🙂 Są pewne siebie, wygadane, ba, nawet jak Lucy, nazwać je można przemądrzałymi czy niekoniecznie sympatycznymi.  Często wyglądają jakby przed wyjściem z domu nie zerknęły w lustro a ich największym zmartwieniem było to, że mogły pospać dziesięć minut dłużej a nie stać na przystanku w oczekiwaniu na szkolny autobus. Do głowy przyjść im nie może, że ktoś patrzy na nie krytycznie bo i czemu by miał je krytykować? Z drugiej strony, niektórymi z nich targają niepokoje czy traumy, skąd w innym przypadku słynny kocyk Linusa, z którym chłopiec nie jest w stanie się rozstać. 

Brak w tych komiksach, co charakterystyczne, wizerunku dorosłych. Celowo użyłam tego właśnie określenia. Ich obecność zresztą też jest zaznaczona raczej marginalnie, chociaż jest obecna na przykład w odpowiedziach Patty do nauczycielki czy relacjach chłopców na temat podejścia ich dziadków do życia. 

Snoopy ma brata mieszkającego na pustyni (w Teksasie? w Nevadzie?), który pojawia się na kartach komiksów raz na jakiś czas. Sam Snoopy nie jest typowym psem. To pies mający baaaardzo bogate życie wewnętrzne i życiorys. To pies aktywny (jeśli tylko nie leży na budzie drzemiąc w oczekiwaniu na miskę z kolacją przyniesioną prze Charliego). Wciela się w role lotników biorących udział w IWŚ, prowadzi zastęp skautów na biwaki i wyprawy (w których to uczestniczy kolejny bohater zwierzęcy, ptaszek Woodstock, którego gatunek pozostanie zdaje się dla nas, czytelników zagadką, nie jest to w każdym razie orzeł czy sęp 😛 ), próbuje wydać książkę, pisze listy miłosne,, gra w golfa i w tenisa, towarzyszy bohaterom komiksów w różnych sytuacjach dodając im otuchy albo i nie 😉  Prowadzi praktykę lekarską i prawniczą. Człowiek, to jest pies, renesansu 🙂

Jak na razie za mną zbiór Fistaszków z lat 1985 – 1986 i 1987 – 1988. Przede mną kolejne chronologicznie dwa lata ale mam nadzieję, że uda mi się zdobyć jeszcze Fistaszki z lat przed rokiem 1985. 

Moja ocena to, co zapewne Was nie zdziwi, 6 / 6.