„Upadek”. Michael Connelly.

 Wydana w Wydawnictwie Albatros.  Warszawa (2015). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.

Tytuł oryginalny The Drop.

Znów „przeskoczyłam” kolejkę kryminałów w cyklu z detektywem Harrym Boschem i oto jestem w chwili gdy Harry Bosch dostaje odroczenie przejścia na emeryturę.
Pracuje w Jednostce do Spraw Przestępstw Niewyjaśnionych gdzie rozwiązuje się sprawy dawne, kiedyś niemożliwe do wyjaśnienia chociażby ze względu na niewystarczające możliwości techniczne. 

Jednocześnie wychowuje on swoją piętnastoletnią już córkę Maddie. Ich relacje układają się w porządku, właściwie więc Bosch jest w bardzo dobrym momencie w miarę spokojnej stabilizacji. 

Nowy przypadek, który przyjdzie mu rozwiązać, to sprawa gwałtu i morderstwa Lilly Price sprzed dwudziestu lat. Dziwne, okazuje się, że testy DNA wskazują na to, że podczas tego zabójstwa obecny był skazany za przestępstwa na tle seksualnym Clayton S. Pell. Wydaje się, że wszystko jest jasne, jest sprawca sprzed lat, nic , tylko go aresztować i próbować dowieść jego winy. Hmmm. Jednak nie jest to takie łatwe jak się może wydawać. A dlaczego? A dlatego, że Pell w chwili zbrodni miał dokładnie osiem lat. Raczej trudno jest uwierzyć w to, że ośmiolatek dopuścił się takiej zbrodni. 

Boschowi więc nie pozostaje nic innego jak rozwikłać ten szczególny przypadek. 
Dodatkowo okazuje się, że musi zająć się rozwiązaniem zagadki śmierci syna odwiecznego adwersarza, Irvina Irvinga. Pracował on wiele lat w Policji a obecnie jest radnym rady miejskiej od kilku kadencji i zdecydowanie nie wspiera lokalnej Policji. Pozostaje zagadką dlaczego właśnie on, swego czasu usunięty z Policji również dzięki działaniom Harry’ego Boscha, prosi Boscha właśnie o to aby ten dowiedział się czy syn radnego zginął śmiercią samobójczą czy też został zamordowany. 

Tak więc roboty Bosch ma aż nadto. Z jednej strony pilna sprawa syna radnego a z drugiej, chęć rozwikłania morderstwa młodziutkiej Lilly Price. 
Do tego dochodzą układy, układziki na szczycie policyjnych warstw jak również odwieczna niechęć Irvinga do Boscha. Brzmi skomplikowanie? I tak będzie. Bosch nieźle się napoci zarówno nad skokiem lub pchnięciem z hotelowego okna jak i morderstwem sprzed dwudziestu lat. A zakończenie będzie naprawdę ciężkie. 

Bardzo dobra kolejna książka autorstwa Boscha, moja ocena to 5 / 6. 

„Stacja Tokio Ueno”. Yu Miri.

 Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego.  Kraków (2020).

Przełożył Dariusz Latoś. 

Tytuł oryginału JR UENO-EKI KOEN-GUCHI.

Od razu napiszę, że „Stacja Tokio Ueno” jest bardzo dobrą książką. Zdecydowanie warto ją przeczytać. Ja jednak muszę przyznać, że nie czytałam jej w najbardziej odpowiednim momencie. Ogólnie mówiąc, obecnie potrzebuję lektury, która poprawi mi humor i nastrój a ta książka zdecydowanie tego nie zrobiła.

Poznajemy narratora, Kazu. To duch, który opowiada nam swoje życie. Kazu mieszka obecnie w parku położonym obok stacji metra Ueno. W parku tym od lat mieszkają osoby bezdomne. 
Japonia jawi się większości ludziom jako kraj dobrobytu. Tak przynajmniej jawiła się mnie. Do czasu. Z dobre ponad dziesięć lat temu po raz pierwszy czytałam coś większego dotyczącego bezdomności w kraju kwitnącej wiśni. I szczerze, nie wiem czemu w sumie, było to dla mnie ogromne zaskoczenie i szok, że w tej pięknej, bogatej krainie są ludzie, którzy wybierają lub są zmuszeni, do życia na ulicy. 

Autorka książki w roku 2011, słynnym z trzęsienia ziemi i katastrofalnego tsunami, przeprowadziła się do miasta w prefekturze Fukushima i prowadzi obecnie audycje z tymi, którzy przeżyli tamten straszny czas. 
Myślę, że to też wyjaśnia, dlaczego ta autorka, pochodzenia koreańskiego, zajmuje się jakby nie było, bardzo niewygodnym i mało ślicznym tematem. 
Tematem marginalnym bo i u nas ze świecą szukać czegokolwiek co nie byłoby reportażem a zajmowało się tematyką osób bezdomnych. Właściwie chyba nic takiego nie ma?

Opowieść Kazu jest bardzo smutna w całej swojej wymowie. Urodzony w ubogiej, wielodzietnej rodzinie, już jako dwunastolatek musi rozpocząć pracę. W roku poprzedzającym Igrzyska Olimpijskie w Tokio przybywa ze swojej wioski aby rozpocząć pracę. Pracy jest dużo. Igrzyska rozpoczną się za chwilę i potrzeba całej tej infrastruktury umożliwiającej ich rozpoczęcie. Narrator pracuje więc na budowach. W tym czasie w wiosce zostaje jego żona, i reszta jego rodzeństwa i rodzice. Podczas kiedy Kazu ciężko pracuje i wysyła pieniądze a dom odwiedza rzadko, dwukrotnie w roku, jego żona dba o dwójkę ich dzieci, córkę Yoko i syna Koichi ale i o jego rodziców i rodzeństwo. 

Mężczyzna tymczasem dwadzieścia lat spędza poza domem. Nie zdąży tak naprawdę poznać własnej żony a co dopiero własnych dzieci, które są dla niego niemal obcymi dziećmi. Pewnego razu uświadamia sobie, że nie ma z nimi żadnej fotografii.
Dwadzieścia lat poza domem, nie mający możliwości poznania naprawdę własnych bliskich. I właściwie niekończąca się historia smutków i dramatów. 

Jak napisałam na początku tego wpisu, niestety, książka głównie mnie przybiła. Ilość zła i niepowodzeń spadających na głównego bohatera opowiadającego jakby bez większych emocji i bardzo oszczędnie o kolejnych katastrofach niszczących jego życie i świat, powodowała, że czułam się podczas lektury bardzo przygnębiona. 
Wiem, że ta książka znajdzie miłośników i z pewnością na wiele osób nie podziała aż tak przygnębiająco. Ja sama uważam ją za dobrą, nawet o niej rozmawiałam podczas lektury z P. ale jak już wspomniałam, czytałam ją w nie najlepszym momencie. 

Na pewno to ważna lektura bo oddająca głos osobom na co dzień nazwijmy to wprost, niezauważalnym, wyprowadzonym na margines społeczeństwa. Mieszkający w parku bezdomni, których wcale nie jest mało, co jakiś czas zostają zmuszeni do zabrani dobytku bo park jest sprzątany przed wizytą pary cesarskiej. Lub, już bardziej współcześnie, przed wizytą w nim komisji mającej na celu ocenę możliwości ponownego przyznania organizacji Igrzysk Olimpijskich japońskiej stolicy. I to jest jeden z najważniejszych według mnie, aspektów „Stacji Tokio Ueno”. 

Myślę, że to z pewnością tego typu książka, która zostaje w głowie czytelnika na dłużej.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Betonowa blondynka”. Michael Connelly.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2019). Ebook.

Przełożył Grzegorz Kołodziejczyk.

Tytuł oryginalny The Concrete Blonde.

Jak widzicie, wciągnęło mnie na dobre w kryminały autorstwa Michaela Connelly’ego.
Tym razem czytałam trzecią z cyklu o detektywie Harrym Boschu książkę. Książkę świetną aczkolwiek bardzo mroczną. Mroczną ze względu na sam pomysł kryminalny jak i na wychodzące na świat sprawy, sytuacje i relacje z życia samego Boscha, o których to sprawach zapewne wolałby nie pamiętać.

Książka rozpoczyna się w chwili gdy Bosch spotyka się z poznaną w poprzedniej części kobietą ale również w momencie wielkiej dla śledczego próby. Rozpoczyna się bowiem proces, w którym jest on oskarżony o nieuzasadnione użycie ze skutkiem śmiertelnym broni. Sytuacja ta wydarzyła się cztery lata wstecz gdy Bosch faktycznie udał się bez wsparcia na interwencję ale jego działanie było uzasadnione, gdyż w tamtym czasie prowadził ze specjalnym zespołem sprawę seryjnego mordercy kobiet nazywanego wówczas Lalkarzem.
Bosch podczas swojej samotnej interwencji musiał podejmować decyzje co do działania bardzo szybko albowiem doskonale zdawał sobie sprawę, że ma przed sobą osobę najprawdopodobniej niebezpieczną, która to osoba mimo wezwania do zaniechania działania sięgnęła w pewnej chwili gwałtownie pod poduszkę.
Okazało się jednak, że zabity podczas interwencji Harry’ego Norman Church nie sięgał wówczas po broń. Okazał się jednak być poszukiwanym mordercą, Lalkarzem.
Proces jednak rozpoczyna się. Boscha broni nie najlepszy w świecie prawnik z Biura Prokuratora Miejskiego, Belk, a powódkę , wdowę po Churchu reprezentuje niesamowicie dobra prawniczka, mecenas Honey Chandler. Proces więc od początku zapowiada się naprawdę gorąco.

W międzyczasie jednak dzieje się coś niedobrego. Otóż do gazety „Times” i do samego Boscha ktoś przysyła listy z rymowankami, podobnie jak ongiś wysyłał je Lalkarz. Lalkarz jednak od czterech lat nie żyje. A kiedy do tego zostaje znalezione zabetonowane ciało kobiety, policję dopada straszna myśl. Lalkarz ma naśladowcę. Pytanie tylko czy od dawna czy też od dłuższego czasu niż się im to wydaje.

„Betonowa blondynka” to bardzo dobrze napisany kryminał. Jak rzadko, autorowi udało się trzymać mnie w niepewności aż do niemal ostatniej strony, na której też została wykonana niezła wolta.
Do tego, niełatwy temat jaki został poruszony w tym kryminale. Bo i seryjny morderca i brutalny przemysł filmów dla dorosłych i również przeszłość Boscha a raczej przeszłość i życie jego matki, którą to przeszłość usiłuje wciąż przypomnieć na ławie sądowej Honey Chandler, zwana przez nieprzyjaznych jej, Money Chandler.

Cieszę się, że Michael Connelly kreując swojego bohatera pomimo darowanej mu niełatwej przeszłości zarówno w dzieciństwie jak i w późniejszych latach, nie wykreował ponurego, topiącego smutki w alkoholu, staczającego się powoli śledczego. Zamiast tego mamy mężczyznę, nad którym owszem, wisi wiele niedobrych wspomnień ale też nie daje się on pogrążyć zarówno własnej przeszłości jak również rodzajowi trudnej pracy jaką wciąż przecież wykonuje.

Bywa, że literatura kryminalna traktowana jest wciąż jeszcze po macoszemu a niektórzy czytelnicy niechętnie przyznają się do tego, że kryminały zwyczajnie lubią czytać. Ja nie mam z tym problemu. A kiedy czytam tak świetnie napisany kryminał jak właśnie „Betonowa blondynka”, kiedy autor wodzi mnie za nos praktycznie nieustająco myląc tropy i sugerując wciąż nowe możliwości, no, wtedy mogę powiedzieć, że lektura jest naprawdę udana.

Moja ocena nie jest chyba zaskoczeniem czyli jest to 6 / 6.

„Bronki. Siostry od wykluczonych”. Elżbieta Wiater.

Redakcja i adiustacja : Stacja7.pl Broniszewice (2018).

Broniszewice to mała miejscowość w południowej Wielkopolsce, w której mają dom chłopcy i mężczyźni niepełnosprawni. I którymi opiekują się siostry ze zgromadzenia Sióstr Dominikanek, nauczyciele, terapeuci i wolontariusze.
Przyznaję, nie byłam tą osobą, która pierwszy raz o Broniszewicach i działających na rzecz powstania Domu dla Chłopaków lub Chłopców jak nazywają Ich siostry usłyszała za sprawą owego słynnego już chyba filmu na YouTube, w którym dwie z sióstr idą korytarzem swoistym pingwinim krokiem. Ba, kiedy to gdzieś usłyszałam, nawet jakoś wewnętrznie się żachnęłam. Może dlatego, że było to dość szybko po sprawie słynnej siostry Bernadetty, nie wiem sama.
I, kiedy usiłuję sobie przypomnieć jak to się stało, że trafiłam na stronę Domu Chłopaków w Broniszewicach na Fb, nie do końca mogę sobie przypomnieć ten moment. Ale,że trafiłam, stało się bardzo dobrze. A jeszcze lepiej się stało, że tam zostałam.
Kiedyś w komentarzu na stronie wyczytałam , że „oglądanie tego, co się dzieje w Broniszewicach, to takie codzienne rekolekcje”. I coś w tym komentarzu zdecydowanie jest.
Od razu powiem, bo to mi w głowie siedzi odkąd zaczęłam czytać ich wpisy i poznawać sytuację podopiecznych, których jest tam wielu i to od takich całkiem małych aż do dość dorosłych. Broniszewice i działające tam na rzecz drugiego, niepełnosprawnego człowieka Siostry wróciły mi wiarę z działalność zakonów żeńskich w Polsce.

Książka „Bronki. Siostry od wykluczonych” wpadła do mnie jako nieoczekiwany prezent i dobrze, że tak się stało bo dzięki niej poznałam jeszcze bardziej to, jakie są same Siostry ale i również ich walkę o zbudowanie domu dla Chłopaków jak również po prostu życie codzienne i ciężką, ogromnie ciężką pracę w tego typu miejscu. Nie będę pisała „ośrodku” chociaż dom spełnia wszelkie wymagania do opieki nad osobami niepełnosprawnymi ale właśnie „dom” jako, że dla przebywających w nim Chłopaków to miejsce to często jedyny dom jaki mają ale również, tak sądzę, dla wielu pracujących tam czy będących na wolontariacie, Broniszewice stały się na swój sposób jakby drugim domem.

Sądzę, że dla niektórych osób poznanie większej ilości szczegółów może być szokiem. Żyjemy wszak w świecie, w którym wiadomo, milej i lżej żyje się będąc pięknym, zdrowym, bogatym. Te gorsze strony życia z wielką ulgą spychamy na margines, nie chcemy nawet otwierać oka aby się im przyjrzeć. Często jeśli nie odcinamy się od tej mniej fajnej strony życia, to co najmniej staramy się ją umniejszyć czy wręcz zmarginalizować.
„Bronki” dały mi piękne świadectwo tego, że nikt tam nie buja w obłokach. Wywiady z Siostrami Elizą Myk, Tymoteuszą Gil, Augustyną Król pokazały mi, że to bardzo mądre, silne i twardo stąpające po ziemi kobiety. Kobiety, które nie raz muszą wykazać się ogromną siłą, twardością charakteru i nieustępliwością.

Co mi się najbardziej spodobało podczas czytania rozmów z Siostrami i opisem ich żmudnej walki o zebranie funduszy na Dom Chłopaków to to, że z tych rozmów bije optymizm i nadzieja. Książkę zaczęłam czytać w grudniu, jeszcze zanim w ogóle można było pomyśleć co przyniosą nam i światu przyszłe trudne miesiące ale coś mnie od niej oderwało (nie wszystkie fragmenty były łatwe, nie raz polały się moje łzy) i wróciłam do niej dopiero parę dni temu. Być może też to właśnie tak miało być, to miał być ten czas tej książki.
Dobrze jest czytać, że są na świecie ludzie, którzy mają niezachwianą wiarę ale oprócz niej nieustające pomysły na to, jak działać aby pomóc drugiemu człowiekowi. Podoba mi się też to, że siostry absolutnie nie wartościują innych, nie dzielą ludzi na tych lepszych czy gorszych. Za świadectwo tego, jak potrafią ludzi jednoczyć, niech świadczy fakt, że swoją pomoc fizyczną czy finansową oferują na rzecz domu i Chłopaków osoby, które wprost deklarują się jako osoby nie wierzące w Boga. Być może lekcję tego jak ludzi łączyć w imieniu dobra a nie dzielić złem mogliby od Sióstr z Broniszewic przyjąć nasi politycy (ironia).

Jak już wspomniałam, ta książka nie jest wcale lekka, łatwa i przyjemna. To nie opis jedynie dobrych wydarzeń, zbiegów przypadków jak zapewne widzą to jedni czy działania Boga dla Sióstr i Chłopaków, jak mogą widzieć do drudzy. Jest tu krew, pot i łzy. Jest sporo niemocy, także w opisie tego jak żyje się czy jak się choruje tym, dla których to wszystko się dzieje. Ale jest też ogromnie wiele optymizmu i radości, takiego zwykłego dobra, takiego doceniania w każdym drobiazgu jego wielkości. Sądzę, że jest to książka , która jeszcze głębiej zrozumiana może być przez rodziców dzieci niepełnosprawnych bo oni zapewne doskonale potrafią zrozumieć radość i satysfakcję Sióstr z najdrobniejszych osiągnięć ich Podopiecznych.

Moja ocena tej książki to 6 / 6.

„Czarny lód”. Michael Connelly.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2017). Ebook.

Przełożył Marcin Łakomski.
Tytuł oryginalny The Black Ice.

Powrót do kryminałów Michaela Connelly’ego, jaki sobie zafundowałam w sierpniu trwa i jest nadzwyczaj udany. Co prawda trochę sobie „skaczę” po chronologii bo po jednej z późniejszych książek o śledczym Harrym Boschu sięgnęłam po drugą książkę z tej serii ale w niczym mi to nie przeszkadza.

Zwłaszcza, że mimo, że odnoszę wrażenie, że tę książkę kiedyś czytałam, powrót był bardzo ciekawy zarówno ze względu na samą akcję i intrygę kryminalną jak również dlatego, że nieco więcej dowiedzieliśmy się z „Czarnego lodu” o przeszłości samego Harry’ego Boscha. Wychował się on bowiem w domach dziecka i rodzinach zastępczych, z których jednak żadna z nich nie stała się dla niego rodziną na dłużej.

Cała historia rozpoczyna się w świąteczny czas Bożego Narodzenia, kiedy to Calexico Moore, pracujący w wydziale antynarkotykowym, popełnia samobójstwo w wynajętym motelowym pokoju. Na miejscu, chociaż zdecydowanie nie powinien, zjawia się Bosch. Kilka szczegółów, informacji na tyle mu się nie zgadza, że zaczyna wątpić w samobójstwo kolegi po fachu. A kiedy otrzymuje od kolegów z wydziału Moore’a informację o tym, że Moor pozostawił jakieś teczki i informacje z adnotacją aby oddać je właśnie Boschowi, policjant rozpoczyna własne, prywatne śledztwo. Które to śledztwo okaże się być bardzo zagmatwane i którego trop prowadzić będzie w jednym kierunku, do Meksyku.

I, pomimo tego, że nie jest to dobrze widziane przez przełożonych detektywa, Bosch podejmuje spore ryzyko ruszając do Meksyku właśnie aby tam dowiedzieć się o co tak naprawdę chodzi i dlaczego ktoś zamordował Moore’a.

Dla mnie jednak bardzo ciekawe było poznanie przeszłości Harry’ego, jego niewesołego dzieciństwa, sytuacji z brakiem ojca, tego dlaczego wylądował w domu dziecka. Nie ukrywam, że ta część „Czarnego lodu” podobała mi się najbardziej i jako dla czytelniczki tej serii, była dla mnie istotna. Dobra intryga kryminalna jest oczywiście ważna a dobry pomysł jest w tej książce, niemniej jednak dobrze też znać historię życia bohaterów, która czasem może odezwać się w czasie prowadzonych przez nich śledztw. Przeszłość na swój sposób „dopada” Harry’ego Boscha w tej części serii.

Dobrze się czyta tę książkę mimo mnogości postaci w niej występujących i co za tym idzie, nazwisk, które trzeba zapamiętać. Jednak całość jest naprawdę bardzo dobra.

Moja ocena to 6 / 6.

8 lat…

 …temu na świecie pojawił się Człowiek, który , nie będę owijać w bawełnę, wywrócił nasz życie do góry nogami. Ale to był bardzo dobry, napędzający pozytywną energię, wywrót 😉
Tak, mowa tu o Jasiu. 

Pierwszą część obchodów mój Syn miał w swoim ukochanym miejscu na wsi warmińskiej i szczerze, nic Mu więcej nie było potrzeba. 
Ale dopisali i goście i sama impreza trwająca dwa dni (lepiej od niejednego polskiego wesela :P). No i kto z Was? bo ja na pewno nie, może się pochwalić, że zorganizowano mu na urodziny prawdziwą dyskotekę ze świecącą kulą i innymi bajerami, w kameralnym gronie?
Był baaardzo smaczny tort wypiekany w cukierni Szabelski w Pieckach (polecam !) z motywem ulubionych serialowych bohaterów Jubilata. Były piękne i trafione prezenty.

Ale co było najważniejsze to to, że były te urodziny w ukochanym miejscu, z najbliższymi osobami. Że , powiedzmy sobie, w sumie obce osoby, które z czasem stały się nam bliskie, miały chęć, czas i pomysł aby pomóc nam zorganizować taką imprezę dla Jasia. 
Nie wiem jak On ale jak dla mnie to byłyby urodziny numer 1, tym bardziej, że przyznam się, jestem osobą, która wciąż jednak marzy, że kiedyś zostanie mi zorganizowane przyjęcie urodzinowe – niespodzianka (a co tam ,przyznam się 🙂 ). 

Czego życzę Jasiowi w tym Ważnym Dniu? Wiele Zdrowia dla Niego i Jego Bliskich, Szczęścia, samych życzliwych Mu ludzi wokół. Radości, Zabawy, Przyjaciół i doceniania, tej umiejętności docenienia drobnych radości w życiu. 

„Dziewięć smoków”. Michael Connelly.

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2013). Ebook.

Przełożył Robert Waliś.

Tytuł oryginalny 9 DRAGONS.

Michale Connelly to drugi po Lee Childzie autor, którego książki czytamy razem z mężem. Jednym słowem, to drugi nasz wspólny naprawdę lubiany autor. Tak się jednak składa, że czytałam coś tego autora bardzo dawno temu, w dodatku teraz kompletnie nie pamiętam, co. W wakacje sięgnęłam po jego kryminał i …wsiąkłam. Obecnie również czytam jego książkę aczkolwiek, jak się śmieję, kompletnie nie zachowuję chronologii gdyż po tej, którą teraz opisuję, czytam drugą z serii o detektywie Harrym Boschu.

W tej części detektyw rozpoczyna śledztwo mające wykazać, kto zamordował pochodzącego z Chin właściciela sklepu. Dla Boscha sprawa jest nieco bardziej „osobista” niż dla każdego innego śledczego albowiem właściciel sklepu pomógł mu kiedyś w bardzo trudnej sytuacji.

Rozpoczyna się więc zagmatwane śledztwo, którego pewne tropy wiążą się z chińskimi triadami. A pewna sytuacja poprowadzi Harry’ego aż do Hongkongu, gdzie mieszka wraz z matką Eleanor córka Boscha, nastoletnia Madeline.

Akcja książki „Dziewięć smoków” dzieje się szybko, konkretnie, tak jak powinna dziać się akcja książki sensacyjno kryminalnej. Nie ma tu miejsca na zbędne filozofowania, rozterki duchowe głównego bohatera. Detektyw jest jednak pomimo tego postacią, którą zdecydowanie się lubi. I nie tylko dlatego, że słucha między innymi muzyki Tomasza Stańki.

Czytając ten kryminał ma się wrażenie, że po części ogląda się dobrze nakręcony film. Jest szybko, bywa bardzo niebezpiecznie a pewne sytuacje kończą się wręcz tragicznie.
Czy w zatłoczonym mieście uda się Harry’emu Boschowi odnaleźć pewną dziewczynkę? I czy jeśli wpadnie na jej trop, to znajdzie ją jeszcze żywą?

Moja ocena tej książki to zdecydowanie 6 / 6.

„List z powstania”. Anna Klejzerowicz.

Wydana w Wydawnictwie Replika. Zakrzewo (2018).

Od dawna miałam ochotę wreszcie przeczytać tę książkę i w okolicy kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego wreszcie postanowiłam po nią sięgnąć.

Decyzja była dobra aczkolwiek „List z powstania” to książka, która nie ukrywam, bardzo, bardzo mnie przygnębiła. Nie jestem ostatnio w najlepszym nastroju, potrzebowałam czegoś, co mnie pokrzepi, tu się niestety, niezbyt udało. Natomiast bezsprzecznie jest to bardzo dobra , ciekawie napisana książka. Z wieloma aspektami. Jest to bowiem i klasyczny kryminał ale i oddany jest ciekawie rys psychologiczny postaci. Z najbardziej ciekawym motywem „zaklinowania się” na jednym, ważnym dla kogoś temacie.

Ale od początku. Akcja książki rozpoczyna się w chwili gdy niemal w końcu Powstania Warszawskiego do willi doktorostwa Bańkowskich przybywa tajemniczy emisariusz. To ktoś, kto zna ich córkę, biorącą udział w Powstaniu, Hankę. Początkowo przerażeni, że niesie im najgorszą z możliwych wiadomości, szybko oddychają z ulgą, jednak nie na długo. Oboje bowiem zostają zamordowani przez dziwnego gościa.
Morderca być może nie wie, że tym samym pozbawił rodziny jedyną ocalałą z wojennej pożogi, małą Julię.

Po wojnie Julią zajmuje się jedyna jej krewna, stryjenka Zuzanna. Obie przenoszą się na Ziemie Odzyskane i rozpoczynają nowe życie w Gdańsku. Nikt nie wie co stało się z siostrą Julii, która wierzy nieustająco, że jednak Hance udało się w jakiś sposób przeżyć.

Od tej pory zaczyna się historia rodziny, która ogarnięta zostaje potrzebą dowiedzenia się co tak naprawdę stało się z Hanką.
Julii pomaga jej mąż, dziennikarz Janusz, jednak to prywatne śledztwo od początku naznaczone jest dziwnymi wydarzeniami, tajemniczymi osobami kręcącymi się wokół czy wręcz zastraszaniem.
Dzieje się też wiele ciekawych momentów, w tym jeden przełomowy, gdy Julię „odkrywa” ktoś z Wielkiej Brytanii.

„List z powstania” swoją okładką nie zapowiada książki, którą otrzymałam. Z interesującą zagadką kryminalną, wielowymiarową, z jak najbardziej możliwymi do zaistnienia bohaterami. Do tego bardzo dobrze oddana atmosfera wobec tego jak traktowano osoby mające za sobą powstańczą przeszłość tuż po wojnie i potem w ciągu dziesięcioleci aż do czasów współczesnych.

Jednak, o czym wspominałam na początku tej recenzji, książka mocno mnie przygnębiła. Dobrze oddała czyjąś obsesję, graniczącą wręcz z szaleństwem. I to, że każdy z nas może wpaść w wir takiej obsesji na jakimś punkcie. Jeden można rzec, szlachetniejszej, inny niekoniecznie. Jednak to zakręcenie się w jednym temacie, mimo obaw o zdrowie czy wręcz życie swoje i najbliższych , prowadzić może do niebezpiecznych sytuacji.

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6.

„Dzień wagarowicza”. Robert Ziębiński.

 Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2020). Ebook.

Skorzystałam z niedawnej promocji cenowej i nabyłam horror z nadzieją na udaną lekturę. I taka się też okazała. 

Akcja książki dzieje się w ubiegłym wieku, tuż po śmierci Bieruta. 
Córka Ochaba , Inga , wybiera się z grupą przyjaciół licealistów do rządowej , świetnie wyposażonej willi na Mazury, w okolice Popielna. Ojciec nie sprzeciwia się przewidując niezły horror w walce komunistów o schedę. Prawdziwy horror rozegra się jednak w okolicach willi, do której przekonany o bezpieczeństwie córki, wysyła Ingę ojciec. 

W tle mamy politykę połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Położony w głuszy radziecki ośrodek naukowo badawczy rodem z najkrwawszego horroru, w którym przeprowadza się tajemnicze eksperymenty. I COŚ, co napada na nielicznych mieszkańców wioseczki już od pierwszych stron książki. Napada i brutalnie się z nimi rozprawia. Dzika bestia? Wilk? Kto uparł się na mieszkańców stron, którzy już naprawdę niejedno zło przeżyli? 

A do tego wszystkiego do rządowej willi zjeżdża się gromadka niczego oczywiście nieświadomych licealistów. Którzy mają wielką chęć na przeżycie przygody życia. Przygoda życia zapowiada się naprawdę ostra czego te dzieciaki w sumie jeszcze, oczywiście nie wiedzą. My, czytelnicy wiemy i zaczynamy się o nich naprawdę martwić. 

Autor nie bierze jeńców. Akcja toczy się szybko, jest brutalnie (jak dla mnie trochę jednak zbyt ale sądzę, że to po prostu moja indywidualna ocena) i widać, że dobrze nie będzie. 

Dla miłośników gatunku bardzo przyzwoita lektura. 
Moja ocena to 5 / 6.

„Siódma ofiara”. Aleksandra Marinina.

 Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2020). Ebook.

Przełożyła Aleksandra Stronka. 
Tytuł oryginalny 

W czasie wakacji w Gdańsku przeczytałam „Śmierć nadeszła wczoraj” Marininej ale muszę przyznać, że szło mi jak po grudzie. Przede wszystkim irytowała mnie jakoś niemoc jaka się działa w związku Nastii i Czestiakowa. 

„Siódma ofiara” to kolejna z rzędu część opowieści o Nastii Kamieńskiej, dwudziesta pierwsza w kolejności. Kryzys w związku małżeńskim Kamieńskiej został zażegnany. Przyjaciele Kamieńskiej i jej męża zostali rodzicami dorodnego chłopca , który pod opieką Iroczką pięknie rośnie. Akcja książki rozpoczyna się właśnie w mieszkaniu Stasowa i jego rodziny, gdzie Tatiana i Nastia omawiają swój pierwszy wspólny występ w telewizji, w którym to mają opowiadać o zawodach nie do końca kojarzonych z zawodami wykonywanymi przez kobiety. Obie kobiety udzielają odpowiedzi na pytania w studiu ale jest też zorganizowany telemost, podczas którego widzowie w moskiewskiej ulicy mogą zadawać pytania zaproszonym do studia gościom. 
Program powoli już się kończy gdy nagle Nastia i Tatiana widzą, że za zebranym na ulicy tłumem biorącym udział w programie pojawia się tekturowa karta z napisem, który powoduje, że obie kobiety aż cierpną ze strachu. Oczywiście program szybko zostaje zakończony a milicja rozpoczyna poszukiwanie kogoś, kto usiłuje zastraszyć którąś z występujących przed kamerą kobiet. Ale która z nich jest tą, którą chce zastraszyć ktoś z tłumu widzów? A przede wszystkim, o co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego ktoś wybrał taką a nie inną formę przestraszenia Nastii bądź Tatiany? I czy za napisanymi na kartonie pogróżkami mogą iść konkretne działania?

Niestety, szybko okazuje się,że faktycznie za pogróżkami stają fakty. Pojawia się pierwsza ofiara i szybko okazuje się, że morderca nie powiedział ostatniego słowa. 

Kamieńska rozpoczyna wyjątkowo skomplikowane śledztwo, podczas którego wiele tropów będzie naprawdę niejasnych i zapętlonych. Dodatkowo w Rosji przełomu stuleci pojawiają się związane z przemianą ustrojową problemy. Te związane z niejasną sytuacją bankową, dotykają również Kamieńska i Czistiakowa. Ale przynajmniej w tej części nie mają problemów małżeńskich. 

Intryga kryminalna trochę zbyt skomplikowana według mnie ale ogólnie czytało mi się to o wiele lepiej niż poprzednią książkę autorki. 

Moja ocena to 5 / 6.