„Prawiek i inne czasy”. Olga Tokarczuk.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2012). Ebook.

„Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata”.Tak zaczyna się książka „Prawiek i inne czasy” naszej Noblistki Olgi Tokarczuk.

Jestem przeszczęśliwa, że sięgnęłam po nią właśnie teraz, dopiero tyle lat od jej ukazania się, kiedy opowiedziano o niej tyle, że ja po prostu mogę zanotować własne odczucia bez napinki, bez stresu. Mądrzejsi ode mnie przeanalizowali tę książkę na wszystkie strony, ja zaś zamierzam zanotować własne odczucia na jej temat.

Nie jest odkryciem, że książka ta może kojarzyć się nieco z książką Marqueza „Sto lat samotności”.

Tu, podobnie jak u tego autora, akcja książki umiejscowiona jest w wybranym miejscu, punkcie na mapie. I podobnie towarzyszy jej oniryczny klimat, ulotność a jednocześnie akcja dzieje się w konkretnym czasie na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Prawiek to miejscowość w sąsiedztwie kilku innych wspominanych wsi i miasteczek, jednak mamy tu zdecydowanie ograniczoną topografię. Zamknięta społeczność niesie ze sobą jednak prawdy stałe, prawdy wieczne, o życiu, o człowieku, o świecie. Miłość, namiętność, pożądanie, słabość, radość, nienawiść, to wszystko dzieje się bez względu na położenie na mapie czy liczbę mieszkańców. Sacrum miesza się z profanum i nie ma w tym nic dziwnego, tak dzieje się od wieków.

„Prawiek i inne czasy” pomijając klimat oniryzmu czy wręcz bajania, to również opowieść o historii dwóch rodzin na przestrzeni niemal wieku. Akcja książki rozpoczyna się wraz z rozpoczęciem IWŚ a kończy w latach tuż przed przełomem lat osiemdziesiątych.

Losy rodzin Niebieskich i Boskich (same nazwiska są już swego rodzaju „smaczkiem”) toczą się głównie w Prawieku. Tak jakby bohaterom nie było potrzeba większych przestrzeni, jakby autorka chciała nam przypomnieć, że tak naprawdę te największe i najważniejsze rzeczy dzieją się „tu i teraz”. Że tak naprawdę każdy z nas osadzony jest w jakimś prywatnym Prawieku.

Biada tym, którzy wątpią, że w Prawieku dzieje się niemal jak w mitycznej Arkadii. Zło, śmierć, zdrada i okrucieństwo dotarły i tam, i jak wszędzie, mają się dobrze.

Bohaterów jest niewielu, jest raczej kameralne grono obu rodzin i kilkoro z zewnątrz jak chociażby dziedzic Popielski, który zostanie obdarowany przez jednego z miejscowych Żydów niezwykłą grą, która wciągnie go i pochłonie całkowicie.

Ale mamy też Kłoskę i jej córkę. Jest więc też Eli, który śni się po nocach pewnej kobiecie.

Atmosfera magii i nierealności towarzyszy równocześnie z konkretnymi historycznymi wydarzeniami. Jest więc mówiący obraz Matki Boskiej i jednocześnie obie wojny światowe z ich okrucieństwem. Jest rosnący przy oknie pewnej kobiety arcydzięgiel, z którą to rośliną potem odbywa ona miłosną przygodę. Jest Florentynka, która zagniewała się na Księżyc. Jest też młynek do kawy, który potrafi przemielić czas. Dużo w tej książce symboli i znaczeń, których można się dopatrywać i które można wyłuskiwać jak ziarna słonecznika ale które można po prostu zauważać z przyjemnością jako dodający zdecydowanego kolorytu książce, zdobienia.

„Prawiek i inne czasy” to tego rodzaju opowieść, którą kiedyś snuto być może w długie, jesienne wieczory. W czasach, w których opowieści słowne przekazywane z pokolenia na pokolenie, przekonywały ludzi, że to co znają z własnego życia, działo się kiedyś i dziać się będzie. I tak w sumie jest.

Przeczytałam tę książkę z przyjemnością.

Moja ocena to 6 / 6.

Reklamy

Dzień Dziecka Utraconego…

…czyli „święto”, które celebruję pomimo tego, że nie chcę.

W dniu, kiedy myślę jeszcze intensywniej o mojej Córeczce, Emilce, mam w pamięci i w sercu wszystkie te Dzieci, które zostały utracone.

To nie tak miało być.

I wiem, że pomimo tego, co mówią, pewne rany nie zagoją się nigdy.

Nie zagoją się a ty istniejesz z częścią serca bo część odeszła wraz z tym Dzieckiem.

Nie wiem, jak żyłabym gdyby nie mój Syn , Jan.
To największe szczęście, że On jest w naszym życiu.

„Podarunek”. Krystyna Mirek.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2014). Ebook.

Co się naczekał na swoją kolej ten ebook , to jego. Ale się doczekał.

A ja miałam bardzo udaną lekturę i cieszę się z tego.

Na fali książek świątecznych (czy Wiecie, że wydawnictwa od dawna już zapowiadają książki z motywem Świąt? Zaczęły we wrześniu 😉 ) ta raczej się nie przemknie. Co prawda jest tu ważny motyw właśnie świątecznego czasu ale jednak akcja książki rozgrywa się już po a to, co się stanie można uznać za nietypowy tytułowy podarunek na Święta dla jednej z bohaterek.

Bohaterki są dwie, łączy je praca w banku. Marta to kobieta z długim stażem małżeńskim, nieszczęśliwa w swoim małżeństwie. Kaja z kolei to dość młoda dziewczyna, wciąż bez zobowiązań. Kaja kocha życie i żyje bardzo ponad stan.

To co prawda Marta w Święta Bożego Narodzenia wypowie życzenie o jakąś niesamowitą zmianę w życiu, coś w rodzaju niezwykłego podarunku, który ją zaskoczy ale i losy Kai będą opowiedziane w tej książce.

To nie jest jak już mówiłam, typowa książka świąteczna. Święta są tu jedynie pretekstem do pokazania sytuacji obu bohaterek.

Sytuacja Marty jest poważniejsza. Kobieta naprawdę czuje się na rozdrożu. Ma w domu męża, który jej nie zauważa i którego tak naprawdę, ona też przestała zauważać, dwoje dzieci, wciąż kłóci się z mężem, podkochuje się w swoim szefie. Ogólnie nie najlepiej.

Po tych Świętach jednak zmieni swoje spojrzenie na życie. Podobnie zresztą jak Kaja, która z kolei też zrozumie swoje błędy.

Kaja żyje ponad stan, traktuje życie jak wieczną zabawę ale w tej zabawie zbyt się zagalopowała a efektem są poważne problemy finansowe.

Istotne w „Podarunku” jest pokazanie tego, jak sami możemy decydować o tym czy jesteśmy szczęśliwi czy nie. Bardzo wiele zależy od tego jak my patrzymy na swoje życie. Możemy narzekać na wszystko i nie doceniać drobiazgów w naszym życiu, wciąż oczekując więcej a możemy codziennie doceniać i cieszyć się tym, co mamy.

I o tym właśnie jest ta książka. O tym, że warto jest czasem zmienić perspektywę naszego spojrzenia na to, co dzieje się w naszym życiu. Być może nie zawsze to zadziała, ale na pewno warto jets próbować.

No i autorka nie byłaby sobą gdyby wszystko dobrze się nie poukładało na koniec.

Moja ocena to 5 / 6.

No dobrze, nie spodziewałam się…

…że jednak Literacki Nobel trafi do rąk Olgi Tokarczuk w tym roku.

A więc, dla porządku, mamy go po raz kolejny ! Czyli Nobel za rok 2018 trafia w ręce Olgi Tokarczuk a za rok 2019 otrzymał tę nagrodę Peter Handke. Od razu przyznaję, że tego drugiego nie czytałam nic.

A Olgę Tokarczuk „znam” z jej „Biegunów”. I dziś obiecuję sobie, że wrócę i do pozostałych, które cierpliwie czekają sobie na czytniku.

Bardzo, bardzo się cieszę, że kolejna Polka otrzymała tę nagrodę.

Gratuluję Pani Oldze z serca chociaż wątpię czy trafi kiedyś na mój blog (pół godziny potem odzywa się w komentarzu Nagrodzona i dziękuje za gratulacje ;P to byłoby coś).

Przyznam się, że w tym roku, chyba po zeszłorocznej przerwie, kompletnie nie podeszłam do tematu. Na obejrzenie wyniku zdecydowałam się właściwie kwadrans przed i śledziłam jak ci, którzy też mieli to akurat włączone na YouTube, transmisję z pokazu oczekujących ludzi. Jak się śmiał parę lat wstecz znajomy, wtenczas przez kwadrans patrzyliśmy na drzwi. W tym roku zmieniono to lub może i wcześniej, ale w tym roku przez kwadrans gapiliśmy się na ludzi. Afirmowałam się tym widokiem. Nie, nie, gdyby ktoś pomyślał, nie mam żadnych aspiracji do literackiego Nobla. Za to zamierzam kiedyś być wśród zaproszonych na ogłoszenie wyników 😉 Będę siedziała w którymś z pierwszych rzędów. Zapamiętajcie i życzcie mi tego 🙂

Naprawdę dobry ten dzień, naprawdę.

„Splecione letnie sny”. Karolina Wilczyńska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2019). Ebook.

„Splecione letnie sny” to dziesiąta z rzędu książka z cyklu „Stacja Jagodno”.

Trudno napisać coś nowego na temat książki, która jest już dziesiątą z serii i opowiada o tych samych niemal bohaterach. W każdej części pojawiają się znane nam z poprzednich książek, bohaterowie i zawsze jakaś nowa postać czy postaci.

Ogólnie jednak akcja dzieje się w znajomych miejscach i realiach. I co tu dużo kryć, zaczyna być bardzo mocno przewidywalna.
Nie ukrywam, narzekałam trochę i marudziłam podczas lektury tej książki, co zdziwiło P., gdy mu powiedziałam, że dziś w nocy chciałam ją skończyć i zaczytałam się do nieprzyzwoicie późnej pory. Tak, chciałam skończyć aby zobaczyć czy skończy się tak, jak podejrzewam. Tak, skończyła się tak jak podejrzewałam.
Wiem, że rok temu marudziłam na świąteczną książkę autorki, że była zbyt okrutna, że właśnie w książce świątecznej oczekuję nieco niemożliwej do zaistnienia czy to magii czy zwyczajnie bajki. Taka jest konwencja tych książek, rozpowszechniona na całym świecie i ja to jak to określam, „kupuję”. Z kolei w książkach obyczajowych, tego typu jak „Stacja Jagodno” chciałabym czasem zwykłego życia. Nie mówię od razu, że bohaterów ma trafić jakaś śmiertelna choroba i męka. Nie, nie to mam na myśli. Ale czasem mam wrażenie, że tam po prostu wszystko toczy się zbyt gładko, zbyt lukrowano i niestety, o czym już wspomniałam, zbyt przewidywalnie. Być może nie raziłoby mnie to jako czytelniczki gdyby cykl nie obejmował aż tylu tomów. Jeśli jednak czytasz coś w bardzo podobnym tonie po raz kolejny, zwyczajnie nie ma miejsca na zachwyt czy nawet zwyczajne zaskoczenie, oczekiwanie czegoś innego. Jest stały, wytyczony tor, pewnego rodzaju nawet rutyna.
Wiem, że narażam się tym samym wielbicielkom cyklu, trudno. Nie lubię nieuczciwości w życiu, również w ocenie tego, co czytam. Zwłaszcza, że autorka przyzwyczaiła mnie do naprawdę dobrej prozy, w której nawet jeśli wszystko kończy się pozytywnie to po drodze dzieje się jednak „życie”.

Już kiedyś wspominałam, że ten cykl czyta mi się nierówno i wtedy prowadziłam z kimś rozmowę, że być może powinnam już go zakończyć. Za każdym razem jednak gdy zostaje wydana kolejna jego część „łamię się” i nabywam. Chyba wykazuję się sporą niekonsekwencją. Być może faktycznie powinnam porzucić tę serię i zwyczajnie, poznać inne książki autorki, które możliwe, że okażą się na tyle inne, że poczuję jednak jakiś rodzaj zmiany.

Na razie, głównie do wieloletniej sympatii do bohaterów, daję dzisiaj ocenę tej książce, jaką jest 4 / 6.

„Siostry”. Bernard Minier.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2018). Ebook.

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginalny Soeurs.

No dobrze, to dzięki wyzwaniu wakacyjnemu blogu http://francuskirozdzial.pl/ a właściwie stronie tego blogu na Fb, kiedy to wzięłam w owym wyzwaniu udział, mam za sobą wszystkie wydane u nas kryminały autorstwa Bernarda Miniera. Wyzwanie zatytułowane było, o ile dobrze pamiętam „W te wakacje przeczytam książkę francuskojęzyczną” i mójwybór padł wtedy na pierwszą z serii o komendancie Martinie Servazie, „Bielszy odcień śmierci”, która czekała cierpliwie na czytniku. A potem tak się wciągnęłam w ten cykl, że z pomocą trafiła się ebookowa promocja (naprawdę świetna) na książki wydawnictwa REBIS i oto za mną cały cykl kryminalny autorstwa Miniera.

Jakie są „Siostry”? Dobre. Nawet bardzo. W tej części oprócz rozwijających się spraw osobistych Servaza mamy do czynienia z ciekawą analizą autora. Autora , w sensie pisarza. Dla jednych jeszcze jednego, dla innych czytelników, niemal bóstwa. Ciekawie ujął temat Minier i chociaż zastosował w „Siostrach” znany z paru innych książek innych autorów zabieg, odpuszczam mu to chociażby za ciekawe spostrzeżenia dotyczące pisania książek.

Jak mówi w pewnej chwili bohater książki, autor bestsellerów, Eric Lang, cytuję „(…) na tym polega sztuka opowiadania. Stwarzać to straszne poczucie bliskości, które sprawia, że towarzyszy pan bohaterom, kocha ich i żałuje, cierpi z nimi, cieszy się, drży… (…) Powieściopisarze to kłamcy (…), wyolbrzymiają, ekstrapolują, aż wreszcie zaczynają brać własne kłamstwa za rzeczywistość.”

Akcja książki dzieje się w 1993 roku gdy Servaz dopiero rozpoczyna pracę w policji i współcześnie w roku 2018.

W roku 1993 zostają znalezione zamordowane w bardzo brutalny sposób dwie dziewczyny, młode siostry Alice i Ambre Oesterman. Jest to jedna z pierwszych spraw tuluskich, w jakich bierze udział młody wówczas Servaz, małżonek i ojciec malutkiej wówczas Margot, którą znamy z poprzednich części cyklu.
Śledztwo wykazuje, że że rodzice w ogóle nie znali swoich córek, studentek. Nie wiedzieli chociażby o tym, jak obsesyjnie obie dziewczyny traktowały książki wspólnego ulubionego autora, Erica Langa. Okazuje się, że morderstwo zostało zainscenizowane tak, jak w jednej z książek tego autora. Jednak w roku 1993 roku po żmudnym przesłuchaniu i dochodzeniu nic na winę Langa, czego bardzo by sobie życzyli niektórzy śledczy, nie wskazywało.

Mijają lata. Nadchodzi rok 2018, kiedy zostaje popełniona kolejna zbrodnia. I tym razem jest ona wystylizowana na zbrodnię z książki Erica Langa. Co tak naprawdę się dzieje? Kto pociąga za zbrodnicze sznurki? Dlaczego tak inspiruje się brutalnymi książkami Langa? A może prawda jest jeszcze bardziej zawiła?

Nie wiem jak po zakończeniu „Sióstr” potoczą się losy zdegradowanego w poprzedniej części czyli „Nocy” Servaza. Jakie Bernard Minier wymyśli dla niego losy?
Jednak nie ukrywam, że z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg opowieści. Tym bardziej, że Minier pozostawił wiele możliwości i otwartych furtek.

Moja ocena to 5 / 6.

Detektyw Kefirek, cykl autorstwa Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby

„Detektyw Kefirek na tropie kościotrupa”, „Detektyw kefirek i pierwszy trup”. 

Wydane w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa.

Jakiś czas temu w jednej z ebookowych promocji pojawiły się nieznane nam kompletnie książki z serii kryminałów dla dzieci autorstwa pani Małgorzaty Strękowskiej- Zaremby. 

Jak się okazuje, to cała seria a pierwszą z niej książką jest „Detektyw Kefirek na tropie kościotrupa”.

Bohaterem i narratorem jest Teoś Kefirek , zwany Kefirkiem. Teoś ma dwanaście lat, młodszego brata Zachariasza, zwanego po prostu Młodszym, który chodzi do przedszkola. Ma przyjaciela „wiecznie grzecznego Dominiczka”. I wielkie ambicje by zostać prywatnym detektywem. Szybko okazuje się, że ma też rywalkę czy może z czasem, okaże się, że współpracowniczkę, Karolinę. Trójka dzieciaków, Teoś, Karolina i Dominiczek to uczniowie jednak z klas szkoły podstawowej, w której dość blisko Halloween ginie znienacka z pracowni biologicznej Tadziczek. Tadziczek to ochrzczony tak przez młodzież model szkieletu ludzkiego. Ta ciekawa ale z pewnością droga pomoc naukowa jednak znika z sali a ponieważ na miejscu zbrodni pozostawione zostały ćwiczenia do matematyki Teosia Kefirka, dyrektor szkoły szybko wnioskuje, że sprawcą zniknięcia Tadziczka jest ni mniej ni więcej a chłopiec. Teoś nie pozwoli jednak by ktoś rzucał na niego fałszywe podejrzenia i wraz z Dominikiem rozpoczyna prywatne śledztwo. Które doprowadzi chłopaków do ciekawych informacji a wyniki tegoż zaskoczą każdego. 

Książka napisana jest w dobrym dla dzieci stylu, narrator nie przynudza a ponadto, co mi się podobało, przyszły detektyw faktycznie wykazuje się zmysłem obserwacji i sporą wiedzą na temat życia szkoły, do której uczęszcza. Plus poczucie humoru obecne w książce, ciekawa intryga kryminalna i mamy bardzo ciekawą propozycję dla dzieci, które lubią kryminały. A w końcu, dorosły miłośnik kryminałów i czytelnik tego gatunku w przyszłości, pozostawiający fortunę na książki z tego gatunku w księgarni, nie narodzi się sam. Trzeba mu pomóc 🙂 

W drugiej części „Detektyw Kefirek i pierwszy trup” to kontynuacja przygód detektywistycznych Teosia, Dominiczka i Karoliny. Mamy więc znanych nam z pierwszej części bohaterów, rodziców tychże. Jest też w tej części o wiele więcej miejsca dla Młodszego i jego psa Superbrysia. 
Tym razem faktycznie okaże się, że jest najprawdziwsza zbrodnia, zamordowany został właściciel zakładu kamieniarskiego. Tym razem tropy wiodące ku rozwiązaniu zbrodni będą baaardzo śmierdzące i to niekoniecznie w przenośni albowiem , no cóż, będą nimi niesprzątnięte kupy psa Cerbera. 
Spotkałam się z zarzutami jak to ta książka jest obrzydliwa i w ogóle, co za temat. Cóż, nie wiem czy czytał ją ktoś , kto jest dzieckiem? No więc powiedzmy sobie szczerze, że w pewnym wieku takie właśnie atrakcje jak wygłupy z psich kup i konsekwencje owych wygłupów, bawią niektórych. To mija, szczęśliwie. Natomiast ja uważam, że autorka dobrze obserwuje otoczenie i ma świadomość, co może ubawić a co niekoniecznie, dzieci, do których jednak adresuje swoje kryminały o Teosiu Kefirku. Jeśli jednak na sali jest jakaś nadwrażliwa osoba, to uprzedzam, tak tak, mamy tu motyw psich kup. Niesprzątniętych. Ale nie tylko kupy są tu na pierwszym miejscu, chociaż pomogą rozwiązać sprawę morderstwa. Jest więc przedziwna agencja ochrony, której alarmy pewnej nocy (jak się okaże, będzie to noc zbrodni) rozwyją się w całym mieście. Jest też podejrzana Wróżka Kassandra i jak wspomniałam, Superbryś. Są jak zwykle lekko nieobecni duchem rodziciele Teosia i Młodszego, jak zwykle mający parcie na wychowywanie pociech jedynie w chwilach dramatycznych.

Następna w kolejności i już przez nas rozpoczęta książka z tego cyklu to „Detektyw Kefirek rozgryza prawnusia” a następna to „Detektyw Kefirek śledzi śledzia”.

Nie wiem jak innym, nam się Kefirkowo detektywistyczna seria podoba. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer”. Anna Sakowicz.

Wydana w Wydawnictwie Poradnia K. Warszawa. 

Data premiery 18.09.2019.

Ilustracje Ewa Beniak-Haremska.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Listy do A.” to z pewnością jedna z najbardziej przejmujących książek, jakie czytałam.

Bohaterką i narratorką jest mała dziewczynka, Anielka, która niedawno zaczęła naukę w szkole podstawowej. W domu Anielki jeszcze do niedawna mieszkało mniej osób, jej rodzice, ona i jej nastoletnia siostra,  Patrycja. Jednak od pewnego czasu w jej domu zaszły zmiany. Otóż zamieszkała z nimi mieszkająca do tej pory w innej miejscowości wraz z dziadkiem, ukochana babcia Tosia.

Babcia Tosia to osoba, którą siostry bardzo kochają. To ona lepiła z nimi wymyślne kluseczki, to ona nauczyła je czytać. Wiele wiedziała i była i jest najmądrzejszą babcią na świecie. Dużo mądrych słów i nauk wyniosły z domu babci Anielka i Patrycja. Babcia wszystko wiedziała, na wszystkim się znała i zawsze służyła radą.

Jednak babcia Tosia, która wprowadziła się do domu obecnie, jest zupełnie inna. Zapomina nazw przedmiotów, do Anielki zwraca się „Marysiu” czyli imieniem mamy dziewczynki. Nie zawsze jest w stanie zapanować nad czynnościami fizjologicznymi czy samodzielnie się ubrać.

Anielka doskonale wie, kto stoi za tą nagłą dla niej i niezrozumiałą zmianą babci na kogoś kompletnie innego. Pan A. . Wprowadził się wraz z babcią do ich mieszkania i bardzo przeszkadza. Naruszył dotychczasowy ład i porządek, namącił a najgorsze, że wygląda na to, że zagnieździł się w ich domu na dobre ! Jak tu pozbyć się tego nieproszonego gościa i sprawić aby babcia wróciła do siebie takiej jaką dziewczynka zna ją sprzed okresu gdy dopadł ją Pan A. ?

Bliscy wyjaśniają dziewczynce, że babcia choruje i ona to na jakimś poziomie oczywiście rozumie ale z drugiej strony, cały czas posiada w sobie tą nadzieję, że choroba trapiąca ukochaną babcię jest uleczalna.

Któregoś dnia dziewczynka zaczyna pisać listy do Pana A. Pana A. ,który jest winien tego całego zamieszania, bałaganu i zła, które się zjawiło w ich domu.

To przez Pana A. babcia nie jest sobą. To przez pana A. dotychczasowe czynności sprawiają jej coraz więcej problemów. To przez Pana A. dziadek został sam na gospodarstwie a mama coraz częściej płacze w ukryciu nie chcąc martwić córek.

Anielka personifikując chorobę w swój sposób usiłuje zmóc się z tematem choroby okrutnej, odbierającej bliskim pamięć, wiedzę, spokój, często wręcz bywa, że poczucie godności a im bliskim nie daje nic oprócz rozpaczliwego poczucia niemożności i przejmującego bólu gdy patrzą na cierpiących bliskich. Cierpienie nigdy nie uszlachetnia , jest to powiedzenie bezsensowne i najlepiej wiedzą właśnie ci, którzy cierpią.

W swoich pisanych co wieczór listach zostawianych na progu pokoju babci Anielka wyraża wszystko to, co ją obecnie złości, irytuje. Widać w nich jednak ogromną wrażliwość jak również lekcje życia wyniesione z babcinej mądrości. Dziewczynka nauczyła się od babci, że dobro pomaga przezwyciężyć wiele przeszkód. Dlaczego więc nie spróbować być dla Pana A. miłym ? Może wtedy zrozumie jak przeszkodził w tej rodzinie , pokaja się i sobie pójdzie? Może jeśli dostanie od Anielki prezent, piękną bransoletkę własnoręcznie przez nią wykonaną, stanie się milszy i pożałuje tego, co się stało?

Według mnie ta rewelacyjnie wymyślona graficznie książka jest mądra z wielu powodów. Po pierwsze, pokazuje nam sposób patrzenia małego dziecka na chorobę przewlekłą, która zjawia się w domu tegoż. Nie jest powiedziane, że nawet dorosły mający świadomość choroby, do końca jest w stanie się z nią u kogoś bliskiego pogodzić. Dlaczego więc miałoby przyjąć taką chorobę dotykającą bliskiego bez słowa sprzeciwu dziecko? Mamy więc tu w bardzo wiarygodny sposób ukazaną próbę zrozumienia czy może oswojenia się z problematyką choroby na poziomie kilkuletniego dziecka.

To również książka, która pokazuje jak bardzo zabrnęliśmy w świat, w którym liczy się głównie „pięknym , zdrowym i młodym a w pakiecie – bogatym”.  Zmieniające się struktury rodzin i zwyczajnie, społeczeństwa, nie uczestniczą już wzajemnie ani w procesie narodzin, ani w procesie chorowania ani w procesie odchodzenia. Ongiś żyło się w stadzie, potem w rodzinie wielopokoleniowej. Obecnie tak nie jest. Oczywiście,że wiele osób pomaga swoim bliskim i nie jest tak, że wszyscy izolują się od siebie wzajemnie. Jednak chyba wciąż za dużo gloryfikuje się młodość a za mało przy tym wszystkim szanuje fakt, że większość ludzi dopadnie jednak starość. Która oby była jak najlepsza i najszczęśliwsza. Jednak może zdarzyć się i wersja z chorobą czy przypadłością, która uprzykrzy życie tej osoby.  Babcia Tosia nie jest wcale starą osobą a jednak dopadł ją Pan A. , który trzyma i nie puszcza, choćby wszyscy członkowie rodziny połączyli swoje siły w tym aby go wygonić.

W domu dziewczynki Pan A. przynajmniej jeśli można tak określić, przyniósł jedno dobro. Poczucie tego, że w obliczu nieszczęścia wszyscy wzajemnie się wspierają. Nawet do tej pory często burcząca na siostrę dorastająca Patrycja rozumie, że musi być wsparciem dla Anielki, która nie jest w stanie całkowicie zrozumieć tego co się dzieje w jej domu i jak choroba babci na starszą panią wpływa.

Mała próbuje różnych metod z Panem A.. To mu grozi, to usiłuje go przekupić, to zapewnia, że kiedyś wymyśli lekarstwo na chorobę trapiącą jej babcię.

Jest też zła, że adresat jej listów nigdy do niej nie odpisał (chociaż Anielka doczeka się jednego listu od Pana A.).

Trudno jest dorosłej osobie zrozumieć tę chorobę, wciąż tak wiele o niej nie wiemy, naukowcy są wciąż na etapie badań. W chwili obecnej jak wiemy, można jedynie starać się spowalniać ją lekami. Można też starać się dbać o osoby starsze w naszym towarzystwie. Polecić dobrą lekturę, rozwiązać jakąś krzyżówkę, dbać o to aby wciąż ćwiczyły umysł , niezależnie od tego czy są chore na chorobę Alzheimera czy nie. To kolejny mądry aspekt tej książki, o której wspominałam, że ma ich tak wiele. Przypomnienie abyśmy pamiętali o naszych starszych członkach rodziny, sąsiadach, przyjaciołach.

Wspomniałam też o zachwycie nad szatą graficzną książki i jej rozplanowaniem graficznym. Otóż kartki „Listów do A.” wyglądają jak wyrwane ze szkolnego zeszytu w kratkę. Ten „zabieg” oprócz ładnych ilustracji w książce, dodał jej poczucia wiarygodności i prawdziwości przeżyć Anielki i jej bliskich.

Na koniec, tak, to książka, która porusza ogromnie. Nie jest według mnie możliwe czytać ją bez chusteczek na otarcie łez. Ja musiałam czytać ją na dwa razy. Pierwsze podejście zakończyło się tak wielkim płaczem, że zwyczajnie , nie byłam w stanie w danym momencie kontynuować lektury.

Myślę, że poczucie smutku i wzruszenie wzmagała świadomość tego, z czym wiąże się powstanie tej właśnie książki. Mama autorki od paru lat choruje właśnie na chorobę Alzheimera. Myślę, że dla pani Anny Sakowicz, ta książka jest książką terapeutyczną i na swój sposób jak małej Anielki, próbą z oswojeniem się z tym, co się stało w życiu mamy pani Anny. Nie jest tak, że my, dorośli wraz z wiekiem zyskujemy wiedzę , świadomość i mądrość na każdy temat. A gdy w grę wchodzi po prostu coś wyższego jak miłość, uczucie do kogoś, zamęt bywa wielki i naprawdę trudno jest nam podjeść do tego w sposób obojętny.

Książce „Listy do A.” patronuje Polskie Stowarzyszenie Pomocy Osobom z Chorobą Alzheimera.

Uważam, że jest to niezwykle ważna , potrzebna książka i bardzo dobrze, że ukazała się na naszym rynku.

Oby w zalewie różnego rodzaju literatury nie została ona zwyczajnie przegapiona. Bardzo bym nie chciała aby tak się stało. Uważam ją za niezwykle pomocną.

Na koniec pytanie, do kogo jest adresowana ta książka. Teoretycznie, do dziecka. Wskazuje na to zarówno szata graficzna jak sam styl pisania. W praktyce, według mnie to książka dla każdego, kto czy to z powodów konkretnych czy po prostu chce zapoznać się z tematyką choroby Alzheimera w nieco inny sposób niż suche medyczno naukowe fakty.

Według mnie , mamy siedmiolatka, to bardzo dobra książka , jak ją określę „baza wyjściowa” do porozmawiania o tym, jak może wyglądać starość człowieka. Niekoniecznie z przewlekłą czy śmiertelną chorobą ale z wszystkim tym, co dzieje się z organizmem człowieka i w jego życiu wraz z upływającym czasem.

Rzadko kiedy udaje mi się przeczytać tak niewielką w sumie objętościowo książkę (liczy sobie ona 136 stron) z tak mądrą, w sumie skondensowaną rewelacyjną treścią.

Wiem, ile kosztowało panią Annę Sakowicz napisanie tej książki ale sądzę, że jest to wielkie dobro, które puszczając w świat, przyniesie na pewno wiele korzyści , chociażby dla rodziców, którzy nie wiedzą, jak można porozmawiać z małym dzieckiem o czymś, co nie zawsze do końca sami są w stanie pomóc bądź to zaakceptować.

Moja ocena to 6 / 6 a właściwie , 6.5 / 6.

„Powiedz „NIE” szkolnym dręczycielom”. Vanessa Green Allen.

Wydana w Wydawnictwie Poradnia K. Warszawa (2019).

Przełożyły Emilia Oziewicz i Tina Oziewicz.

Tytuł oryginalny The No More Bullying Book for Kids. Become Strong, Happy, and Bylly-Proof.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Powiedz „NIE” szkolnym dręczycielom” Vanessy Green Allen to poradnik dla dzieci i młodzieży.

Poradnik, który sądzę, że powinien znajdować się w każdej szkolnej bibliotece, dostępny w każdej chwili.

Na wstępie pytanie, czy padliście kiedyś ofiarą szkolnych prześladowców czy innymi słowy ktoś w czasach szkolnych was dręczył? Nie. Fantastycznie. Ja niestety, nie mogę tego powiedzieć. W szkolnych czasach miałam nieprzyjemność trafić na kogoś, kto postarał się aby moje szkolne życie mijało w stresie i nerwach. I dobrze pamiętam uczucie bezradności i osamotnienia jakie mi w tamtych złych chwilach towarzyszyło.

Nie wiem, trudno mi powiedzieć czy gdybym w czasach szkolnych mogła sięgnąć po tę książkę, byłoby mi łatwiej. Podejrzewam jednak, że przynajmniej wiedziałabym bo jest to tam kilkukrotnie podkreślone, że nie ze mną wtedy było coś „nie tak” a z dręczycielem.

Pytanie brzmi, czemu nie zwróciłam się z prośbą o pomoc do opiekunów w szkole. Cóż, niestety, w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów, kiedy pedagodzy w większości naprawdę starają się pomóc uczniom i ich rodzicom w skrajnych sytuacjach , w mojej szkole niestety takiej pomocy nie byłam w stanie otrzymać. Nie chcę pisać szczegółów, poprzestanę na stwierdzeniu, że pedagodzy nie stanęli na wysokości zadania.

Tak czy inaczej, przyznam się, że książkę tę czytało mi się ze ściśniętym sercem. Od czasów własnej szkoły jestem szalenie uwrażliwiona na jakiekolwiek przejawy nietolerancji i dyskryminacji a co za tym idzie na wykluczenie i dręczenie. Cieszę się, naprawdę się cieszę, że nareszcie głośno mówi się o tym problemie, nie zamiata go pod dywan, a co najważniejsze, że wreszcie pisze się o tym bezpośrednio adresując swoje słowa do dzieci i młodzieży. Sądzę bowiem, że jest im wtedy zdecydowanie łatwiej poczytać o problemie ich dotyczącym i być może wcielić w życie porady tam zawarte.

Poradnik ten nie jest zbyt gruby i bardzo dobrze. Według mnie jego niewielka objętość (69 stron treści) stanowi jego mocną stronę. Powiedzmy sobie szczerze, że na pewne tematy dobrze jest porozmawiać krótko ale treściwie. Bez niepotrzebnego dzielenia włosa na czworo ale merytorycznie. No i oczywiście tak, żeby ktoś kto sięga po poradnik tego typu wyniósł z niego konkretną pomoc. Nie inaczej jest w przypadku tej książki.

Na samym wstępie wydawnictwo dodało opowiadanie jednej z moich i Syna ulubionych autorek, pani Justyny Bednarek, zatytułowane „Bractwo nieustraszonych matek”, doskonale odnoszące się do treści książki. Potem jest list skierowany do osób dorosłych a potem książka, którą może czytać dziecko samodzielnie lub z kimś dorosłym. Ja chyba polecałabym lekturę wspólną z rodzicem czy opiekunem, wydaje mi się, że łatwiej jest na bieżąco omawiać poruszone w niej problemy.

Jest ona podzielona na rozdziały :

  1. Jak rozpoznać szkolną przemoc.
  2. Powstrzymaj szkolną przemoc.
  3. Nie łam się.

Rozdziały mają podrozdziały, wyjaśniające w przyziemny sposób problem przemocy, fizycznej, słownej, emocjonalnej, cyberprzemocy. Następnie autorka omawia zarówno te problemy jak i to jak sobie z nimi radzić, zapobiegać i nagłaśniać. Proponuje też rodzaj zadań dla czytelnika, nad którymi warto się zastanowić.

Autorka będąca pedagogiem szkolnym doskonale wie o czym pisze więc serwuje przykłady z dobrze znanego jej szkolnego podwórka. Każdy rozdział omawia problemy w sposób bardzo prosty i klarowny dla dziecka, bez zbędnych zawiłości a podkreślając najważniejsze i najistotniejsze aspekty tychże. Allen omawia też różnice pomiędzy faktycznym dręczeniem a byciem okazjonalnie nieprzyjemnym czy złośliwym.

Podkreśla i wyjaśnia jaka jest różnica między donoszeniem a poinformowaniem osób dorosłych. Wiem , że wiele dzieci czy młodzieży boi się powiedzieć o przemocy komuś więcej niż rodzicowi, któremu ufa, właśnie dlatego, że boi się zostać oskarżonym czy to przez kolegów czy przez kadrę (tak , tak) o donosicielstwo. Autorka omawia te dylematy i wyjaśnia różnice pomiędzy skarżeniem a faktycznym informowaniem o prawdziwym problemie mogącym mieć poważne konsekwencje nie tylko dla jednej często osoby.

Ponadto w przystępny sposób omawia z czytelnikami problemy jak również podsuwa sposoby na ich rozwiązanie. Każdy rozdział i podrozdział kończy się jakimś przykładem sytuacji i możliwościami zachowań w takiej a nie innej sytuacji. Dobrze jest więc czytać tę książkę wraz z dzieckiem aby móc omawiać na bieżąco problemy poruszane w niej,

Allen ponadto podkreśla jak ważne jest reagowanie na przemoc, jak ważne jest reagowanie nie tylko gdy jest się ofiarą takiej ale gdy jest się jej świadkiem. Podkreśla wielokrotnie siłę i moc solidarności i współpracy. Autorka książki podkreśla, że nie wolno nam zachowywać bierności w sytuacji gdy jesteśmy świadkami przemocy.

Wyjaśnia kiedy warto próbować rozwiązać sytuację samemu a kiedy bezsprzecznie zwrócić się o pomoc do osoby dorosłej.

Radzi też jak można ćwiczyć swoją odporność na nękanie i prześladowanie. Podkreśla jak ważne jest pozytywne nastawienie (z radością odkryłam, że autorka poleca prowadzenie dziennika wdzięczności, stosuję, polecam). Zaleca też ćwiczenia oddechowe i stosowanie tak zwanej uważności.

Na końcu książki zawarte są informacje dotyczące stron, niestety anglojęzycznych, poruszających te problemy dla dzieci jak i dorosłych. Jest też również spis telefonów do polskich instytucji mających w założeniu wspierać i pomagać dzieciom i młodzieży.

Bardzo żałuję, że tego typu książki nie było w moich szkolnych czasach gdy nie bardzo mogłam otrzymać tak bardzo potrzebną mi pomoc w szkole. Muszę przyznać,że czytałam ją zastanawiając się nad tym, jak bardzo mogła wtedy mi ona pomóc. Ale również, zastanawiałam się nad tym jak dobrze jest, że rodzice i dzieci mają możliwość sięgnięcia po tego typu publikacje teraz, gdy problem przemocy szkolnej niestety, nie jest marginalny.

Uważam ją za bardzo istotną i potrzebną publikację i mogę powiedzieć, że nie tyle polecam co wręcz zalecam zapoznanie się z nią.

Moja ocena to 6 / 6.

„Noc”. Bernard Minier.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2017). Ebook.

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginalny La nuit.

Za mną kolejna część kryminalnych opowieści o komendancie Martinie Servazie. Tym razem zabrakło jej tego „czegoś” co trzymało mnie przy „Nie gaś światła”. I pomimo, że nie narzekam na nią aż tak bardzo, przyznaję, że trochę mi żal, że nie było aż takich fajerwerków jak podczas czytania poprzedniej części.

Być może dlatego, że właściwie w tej części opowieści zbrodnie, które mają miejsce są jakby pretekstem do wyjaśnienia dalszych losów zarówno Martina jak i „ducha” z przeszłości, który ściga Martina od lat, a mam na myśli oczywiście Juliana Hirtmanna.

W „Nocy” do policjantów a właściwie do Martina dołącza na chwilę policjantka z Norwegii. Oto bowiem w jednym z kościołów tam została popełniona zbrodnia a ślad prowadzi na platformę wiertniczą. Kiedy policjantka, Kirsten Nigaard trafia na platformę okazuje się, że osoba podejrzewana o morderstwo ma w swojej kabinie zdjęcia Martina Servaza. I pewnego pięciolatka. Nie dziwi więc , że siły policyjne dwóch krajów zostaną połączone a my wraz z Martinem, który w tej części odniesie wyjątkowo wiele ran i przejdzie niejedno złe zdarzenie, będziemy śledzili Hirtmanna jak również starali się odkryć prawdę o owym chłopcu. Wyjątkowo wiele tajemnic zostanie w tej części rozwiązanych.

Okaże się jednak,że nie jedynie Martin Servaz i norweska policjantka mają zamiar znaleźć Hirtmanna.

Ta część, jak wspomniałam, nieco mniej mnie ciekawiła niż poprzednia. Jednak doceniam ją ze względu na to jakie dla Servaza losy wymyślił autor i jak poprowadził kolejne wątki.

No i plus za umiejscowienie części akcji w pewnym małym, austriackim miasteczku, w którym kiedyś byłam i które faktycznie stanowi ciekawe tło do umiejscowienia tam akcji kryminału. A owym miasteczkiem jest Hallstatt. Przyjmijmy jednak , że „Noc” napisana została głównie po to aby wprowadzić nas , czytelników, w dalsze losy Martina Servaza i jego bliskich.

Przede mną zaczęta już kolejna książka z tego cyklu czyli „Siostry”. Zaczyna się interesująco.

A tymczasem moja ocena książki „Noc” to 5 / 6.