„Brak wiadomości od Gurba”. Eduardo Mendoza.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2010).

Przełożyła Magdalena Tadel.

Tytuł oryginalny Sin noticias de Gurb.

O „Braku wiadomości od Gurba” przypomniała mi moja przyjaciółka. Był czas, gdy obie zaczytywałyśmy się książkami Eduarda Mendozy i ponieważ na naszym rynku pojawił się nowy tytuł autora, rozmowa zeszła na „Gurba…” i tak oto postanowiłam się do niej dokopać (jak dzik do trufli) i przypomnieć ją sobie. Z fleszy wspomnień pamiętałam jedynie,że była zabawna ale że aż tak-nie.
I oto okazało się,że zdecydowanie warto wracać do swoich własnych tytułów i (przynajmniej tak miało miejsce w moim przypadku) mieć po raz kolejny świetną lekturę.

Statek kosmiczny z dwójką obcych o wysokiej inteligencji, podróżujących jednakowoż bezcieleśnie, przybywa do katalońskiej miejscowości pod Barceloną. Całą historię znamy z narracji dowódcy tej wyprawy, którego imienia nie poznajemy. Natomiast doskonale znamy imię jego podwładnego, Gurba, bowiem imię to jest najczęściej padającym imieniem w tej prześmiesznej książce.
Oddelegowawszy w misję zbadania realiów ziemskich swego podwładnego (któremu szef wybiera postać Marty Sanchez), wydaje się odczuwać satysfakcję z dobrze wypełnionego początku misji. Poczucie to towarzyszy narratorowi jednak przez krótki czas, albowiem szybko ślad po wysłanniku ginie.
I oto tytułowy „brak wiadomości od Gurba” staje się wątkiem wiodącym a dowódca chcąc nie chcąc rusza za Gurbem, aby odnaleźć podwładnego.

Kosmita trafiający na naszą planetę i konkretnie w miejską dżunglę Barcelony, to jest to, czego Państwo chcieli. Lub jeszcze nie wiecie, że chcieliście.
Oczywiście, z poczuciem humoru, jak ze wszystkim, każdy ma własne i zależy, co się komu podoba, ale sądzę, że spora część osób, która nie zna jeszcze tego tytułu nie zawiedzie się.
Chociaż uprzedzam, raczej do nabycia z tak zwanej drugiej ręki, bo chyba wznowień brak. Moje wydanie ma szesnaście lat, więc sporo.

Gdyby ktoś zapytał, czemu tak mnie „Brak wiadomości od Gurba” rozbawiła, to powiem, że ujął mnie specyficzny humor tej książki. W końcu nie jest źle, gdy inteligetne poczucie humoru miesza się z absurdem na wysokim poziomie. A to jest w tej książce jak najbardziej wyczuwalne.
I tak oto śledząc losy poszukującego Gurba narratora w Barcelonie końca lat osiemdziesiątych nieraz mamy okazję naprawdę się uśmiać.
Gdyby ktoś spytał, jaki to rodzaj humoru, dodam, że nieco w klimacie serii o Ostatniej Arystokratce Evzena Bozka. I od razu wiem, że to jakąś część czytelników mojego blogu może zachęcić a innych z kolei – zniechęcić.

Ostatecznie zakończenie samej książki fajne i udane tak, jak moje zdjęcie, które usiłowałam ładnie skomponować na fanpejdż blogu i które jedynie tam możecie znaleźć 🙂

Moja ocena to 6 / 6.

Lipcowe lektury

W wakacje włącza mi się tryb czytelniczy „wakacje” 😉 Czyli, czytam o wiele, wiele mniej ( i przyznam, niczego nie żałuję 😉 ) , i chyba jednak w większości sięgam tradycyjnie po kryminały.
Tym razem tuż przed wyjazdem skończyłam „Regiel” Michała Śmielaka. Kupiłam ją w świetnej promocji ebookowej i jestem zadowolona z niej ogromnie. Ten autor nigdy mnie, jak dotąd nie zawiódł. Polecam.
Z kolei zawiodłam się niestety nieco na „Śmierci w leśniczówce” Anny Klejzerowicz, wygranej w konkursie na stronie Autorki. Jestem szczera w swoich opiniach i nawet, kiedy kogoś znam, to nie kadzę niepotrzebnie. To właściwie opowiadanie a nie powieść. W dodatku szczerze mówiąc, miałam wrażenie, że mimo że był potencjał na coś ciekawszego, skończyło się nieco na oczekiwaniach. Moich, rzecz jasna. Do ocenienia, to że mnie się nie spodobała nadmiernie, nie oznacza, że każdy musi narzekać.
Za to rewelacją lipca okazał się „Głos naszego cienia” Jonathana Carolla. Książka wzięta z Książkodzielni, której już nie ma, zlikwidowano ją po tym, jak ludziom mieszała się ze śmietnikiem ;( Szkoda, bo wzięłam z niej masę dobrych książek a gdy pojawiła się we wrześniu, sama zaniosłam do niej parę kilogramów i wszystkie tytuły poznikały.
„Głos naszego cienia” to to, co pamiętam, że uwielbiałam w prozie Carrolla. Magia, tajemniczość, jakaś totalna dziwaczność postaci, zakręcenie wszystkich wątków i sprowadzenie postaci i wątków właśnie do absurdu. Nie pamiętam, czy czytałam ją te kilkadziesiąt lat temu, obecnie nie mogłam się od niej oderwać. No i Wiedeń w tle, i Nowy Jork.
Wczoraj wracając z Warmii otworzyłam tylko sprawdzić, co i jak NIetuzinkowy sklep całodobowy” Kim Ho-Yeona i… przepadłam. Nabyłam ją w owadzim sklepie, bo pasowała mi cena. Zastanawiałam się, czy to nie będzie kolejna taka słodka opowiastka z tamtych stron ale jak na razie ogromnie mnie wciągnęła i podoba mi się bardzo. Dam znać „po”, jak się ostatecznie odnoszę, ale wydaje mi się, że całość będzie dobra, bo jestem już w mniej więcej jednej trzeciej książki.
A co Wy czytacie obecnie ? I czy też w wakacje czytacie mniej, niż zazwyczaj?

„Cypryjskie meze”. Jolanta Kosowska.

 Wydana w Wydawnictwie Zaczytani. Gdynia (2026).

Książkę udało mi się wygrać parę miesięcy temu w konkursie na stronie Autorki na Fb i trochę się na nią naczekałam, ale było warto. Przeczytałam ją bowiem z wielką przyjemnością. 
„Cypryjskie meze” to opowieść o tym, jak ważne w naszym życiu są korzenie, świadomość, skąd pochodzimy, znajomość naszych przodków, rodzin. Także o tym, że gdy obok nas są serdeczni nam ludzie, uda nam się przejść przez każde zło, nieszczęście, jakie nas może spotkać w życiu. 

Ewelina, to kończąca studia a konkretnie Historię Sztuki młoda kobieta, której znajoma starsza pani zostawia nietypową misję. 
Otóż, prosi ją, by pomogła jej dowiedzieć się, jakie losy spotkały małą dziewczynkę. Starsza pani pracowała kiedyś w domu dziecka i w siedemdziesiątych latach do owej placówki trafiła mała dziewczynka, która niewiele mówiła po polsku. W plecaku dziecka znaleziono potem rzeczy, które mogły wskazywać na to, że nie pochodzi ona z Polski. I oto Ewelina rusza odwiedzić Cypr, aby śladami owej dziewczynki, która, jeśli wciąż żyje, ma obecnie ponad pięćdziesiąt lat, odkryć, co się z nią stało. 
Wielka tajemnica, która okaże się jeszcze ciekawsza, niż młoda kobieta sądzi a tym bardziej, że sama do chwili wyjazdu na wyspę nie znała burzliwej historii Cypru. Przyznam się,że i ja nie znałam i z wielką ciekawością taką skróconą lekcję historii poznałam. 

Podczas swojej cypryjskiej wyprawy Ewelina na wyspie pozna nie tylko jej piękno i starożytne zabytki, pozna dobrych ludzi, którzy uświadomią jej to, o czym pisałam na początku, ważna jest w życiu człowieka rodzina, bliscy, korzenie, które determinują nasze losy, ważna jest ich świadomość. 

„Cypryjskie meze” jest ciekawą opowieścią o ciężkich i trudnych losach zarówno Cypru, jak i jego mieszkańców, których historia i politycy postawili z dnia na dzień w obliczu konieczności zmiany życia i utraty tego, co było tak cenne. Domów, rodzin, korzeni właśnie. 
Czyta się ją bardzo dobrze. Mnie książka ta wciągnęła od pierwszej strony i przeczytałam ją bardzo szybko, co mi się ostatnio często nie zdarza a jednak chęć poznania losów i Eweliny, która ruszyła śladami dziecka i samej Eleni / Helenki właśnie, spowodowała,  że nie mogłam się od niej oderwać. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Biała elegia”. Han Kang.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2024).

Przełożyła Justyna Najbar-Miller. 
Tytuł oryginalny ang. The White Book.

Podoba mi się ten tytuł polski ! Ha, o wiele bardziej od tego angielskiego. Nie wiem, kto o nim zdecydował, czy polska Tłumaczka, czy ktoś z Wydawnictwa. Niemniej jednak tytuł ten pasuje bardzo do treści. 

Po książkę Noblistki, która to ową literacką nagrodę odebrała w roku 2024 sięgnęłam niejako przypadkiem. W zeszły weekend bez planu i dosłownie na chwilę znalazłam się w jednej z warszawskich galerii handlowych, gdzie okazało się, że nici z oglądania ubrań, gdyż odbywa się tam organizowany przez jeden z antykwariatów, kiermasz książki. 
Przepraszam, teraz będzie wtręt kompletnie nie pasujący do treści, o jakiej potem napiszę, ale muszę! No więc rzuciłam się w wir poszukiwań i ryłam w tytułach, jak dzik w truflach. Dziękuję za przeczytanie tego 🙂

Podczas przeglądu książek w ręce wpadła mi wtedy „Biała elegia”. Z informacji na fanpejdżu blogu już wiem, że ostatnio w dyskontach i sklepach panuje promocja (wyprzedaż?) książek Han Kang. Pojęcia nie mam, czemu. 
Ja zwyczajnie ucieszyłam się z tego konkretnego tytułu, bo akurat on z paru osobistych mocno powodów był dla mnie ważny i od dawna nosiłam się z myślą przeczytania tej książki. I czyż to nie jest niezwykłe, że wpadła mi w ręce nieco przypadkowo, w korzystnej cenie, dodatkowo, gdy autorka opisuje zimę spędzoną w Warszawie a ja czytałam ją w panujących w mieście koszmarnych upałach?

Koleżanka z blogu 100 stron na godzinę napisała mi wczoraj w wiadomości prywatnej o „Białej elegii”, że jest to, cytuję, książka „(…)  delikatna, poetycka, smutna „. 

Właściwie to trzy słowa, które faktycznie oddają w stu procentach, czym jest ta ksiażka. To zbiór myśli, refleksji Han Kang na temat jej żałoby? przeżywania śmierci starszej siostry, która żyła jedynie dwie godziny. A Han Kang żyła wraz z bratem w cieniu tego żyjącego tak krótko dziecka… |

Książka nie dość, że nie jest obszerna, to jeszcze dodatkowo poszczególne teksty są najczęściej bardzo krótkie. Ale wydaje mi się, że taka właśnie ma być. Nie ma tu nadmiaru słów i to plus tej książki.
Nie wiem, na ile naprawdę w domu autorki mówiono czy wspominano ową tragedię związaną z porodem pierwszego dziecka w rodzinie. Wiem jedno, odnoszę wrażenie, że to zmarłe dziecko, starsza siostra Han Kang wciąż „żyje”… Trudno to określić, w jaki sposób,ale jakby mimo tego, że nie ma jej fiizycznie, to jest wciąż obok autorki przez to, jak wiele myśli jej ona poświęca. 
Biały, uszyty przez matkę kaftanik staje się też pierwszym i ostatnim ubrankiem noworodka i jednocześnie ubraniem dziewczynki do pochówku. A jednak wydaje się,że dzięki słowom Han Kang ona jednak wciąż żyje. Może właśnie dlatego, aby nieco więcej poczuć siostrę Noblistka zdecydowała się napisać „Białą elegię”?

Podczas lektury zastanawiałam się parę razy, czy można mieć żałobę po kimś, kogo się zupełnie nie znało, ba, nawet nie widziało na oczy? 
A jeśli, to przyszło mi do głowy określenie, moje własne, przeze mnie ukute o „żałobie odroczonej”. Albo o „próbie żałoby”. Nie wiem, na ile da się naprawdę przeżywać własną żałobę po siostrze, której się nie zna a w jakim stopniu, to uczucia przejęte po na przykład matce.  Może więc fakt, że podczas zimowego pobytu w Warszawie autorka pod wpływem filmu o zrujnowanym po Powstaniu Warszawskim mieście, zaczęła pisać słowa pozwoliło jej na wreszcie przeżycie tej żałoby i jakby wypuszczenie z płuc zbyt długo wstrzymywanego oddechu. 

Jak dla mnie ta książka była oniryczna, jakby toczył się w niej bardzo długi sen. Można też na swój sposób odebrać to, jako wędrówkę po światach, do których na co dzień nie mamy dostepu. Po żaświatach?

Czy to jest książka dla każdego? O tak, moje ulubione (znowu dzięki koleżance ze 100 stron na godzinę) pytanie. 
Nie wiem, szczerze mówiąc. Jestem pewna, że wiele osób odłoży ją ze stwierdzeniem, że jest „niezrozumiała”. Ja odnoszę wrażenie, że jest to jedna z tych książek, które najwięcej dają samej piszącej ją osobie i nie jest to zarzut ani nawet próba porównania książki do jakiejś autoterapii. To według mnie próba uporządkowania odczuć, myśli, poukładania słów, które nareszcze zdają się do czegoś pasować. Biel, która jest motywem wiodącym „Białej elegii” może być interpretowana na tak wiele sposobów. Bo przecież i biel kaftanika, w którym zostało złożone ciało dziecka do grobu i śnieg, który sypie w mieście, w którym autorka tworzy najważniejszy koncept swojej przyszłej książki i w końcu owa biel, mylnie pierwotnie zintepretowana przez Han Kang jako śnieg. Owym śniegiem na filmie dokumentalnym okazał się pył pokrywający ruiny zniszczonej Warszawy.  

Na pewno „Biała elegia”, to książka specyficzna i taka, którą się albo pochłonie i będzie w nas rezonować albo odłoży na półkę lub puści dalej w obieg, gdyż nie zostanie po niej nic, co stanowiłoby powód do jej zatrzymania. 

Trochę się obawiałam lektuury, ale dałam radę i chyba na swój sposób mogę nawet powiedzieć, że cieszę się z tego, że w końcu ją przeczytałam. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Jaśń”. Józef Baran.

 84 nowe wiersze z lat 2022-2026.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2026).

Tom wierszy Józefa Barana otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa i serdecznie za to dziękuję.

Za każdym razem, gdy sięgam po wiersze, a stali czytelnicy blogu wiedzą, że poezję czytam i lubię po nią sięgać, przypomina mi się wiersz Noblistki czyli „Niektórzy lubią poezję”. I tak, jak Wisława Szymborska nie potrafi dać jasnej i konkretnej odpowiedzi na pytanie, czym właściwie jest poezja, tak i ja nie potrafię. Wiem natomiast, dlaczego tak bardzo lubię ją czytać. Bo lubię czytać piękne słowa wrażliwych ludzi, którzy w te słowa właśnie potrafią ubrać wydarzenia, myśli, obserwację świata i ludzi, swoją radość z czegoś lub bunt czy niezgodę na coś. 

Uczciwie powiem, że wcześniej po wiersze Poety nie sięgnęłam. I tym bardziej raduję się z tego, że nadrobiłam tę nieznajomość Jego poezji. 

Czym jest tytułowa „Jaśń”? Nie wiem, nie umiem tego wyjaśnić ale myślę, że jest to coś pomiędzy jaźnią a jaśniejącą substancją, jaśnieniem 🙂
Kierując się tropem „jaźni” można powiedzieć, że w tych osiemdziesięciu czterech wierszach Poeta skupia się mocno na swoich odczuciach świata tu i teraz. Takie mam wrażenie, że ten tom, to próba rozliczenia się z tym, co mija, pogodzenia z upływającym czasem, który nie bierze jeńców i który z roku na rok coraz szybciej biegnie i przypomina nam o tym, że jest tu i teraz, innego życia nie będzie. 

„Jaśń” to (w moim odczuciu) próba delikatnego i czułego zrozumienia tego, że oto już w życiu Poety nastaje wieczór. Ten zmierzch wcale nie musi być ogarniający osobę w sytuacji zmierzchania się życia czymś strasznym, budzącym lęk. Może stanowić jedynie wstęp do gruntowniejszego przyjrzenia się dotychczasowej jakości swojego życia, próby naprawienia tego, co jeszcze można, pogodzenia się z tym, co nieuchronne. Wszyscy umrzemy! Oczywiście, że tak. To pewne. Ta starość, zmierzch, którego dużo ludzi tak się obawia, nie jest już dobrem danym z założenia każdemu człowiekowi. Józef Baran w swoich wierszach podsumowując upływ czasu, życia, świata chce nam chyba delikatnie przypomnieć ( i ze swoistym poczuciem humoru, który ogromnie doceniam), że warto jest żyć dobrze i godnie. Bez patosu, ale tak, żeby bez wstydu móc spojrzeć nie tylko sobie w lustro przy porannych ablucjach, ale też drugiemu człowiekowi w twarz. 

Co mnie osobiście urzekło jeszcze w wierszach Józefa Barana? Cieszenie się drobiazgami życia, to mnie z Poetą zdecydowanie łączy, bo i ja lubię wynajdować w swoim otoczeniu drobiazgi, które w danej chwili mogą rozpogodzić mój nastrój, które mnie ucieszą. 

Poezja Barana nie jest może niesamowicie wyśrubowana czy wycyzelowana, nie ma tu nadmiaru metafor i słów, które zmuszają do długich refleksji. Niemniej jednak to proste operowanie słowem zdecydowanie jest przyjemne i łapałam się wielokrotnie na przyjemnej refleksji, że oto z Poetą mam zbieżne przemyślenia. 

Wspomniałam już poczucie humoru, które w wielu wierszach przebija i to,że zdecydowanie mi się to, jako odbiorcy, podobało. Co nie oznacza, że autor wierszy pisze w jakiś rubaszny sposób. On po prostu ma taki styl, który nie traktuje martyrologicznie naturalnej kolei rzeczy, natomiast podkreśla, że wciąż, mimo nadciągającego bardziej lub odleglej, zmierzchu, mamy wpływ na jakość swojego życia, na wrażliwość, z jakąś odbieramy to, co nas otacza i ludzi, którymi się otaczamy. 
Rachunki, rozrachunki i podsumowania zawsze przecież są słodko-gorzkie. Nikt z nas nie prowadzi życia, w którym wiecznie coś się udaje i szczęśliwie nie jest tak,że zdarza się w czyimś życiu jedynie nieustające pasmo nieszczęść. 
A przede wszystkim (w moim oczywiście odczuciu) Józef Baran pięknie cieszy się życiem i nas, czytelników Jego wierszy, do takiego też cieszenia się życiem zaprasza. 

Mój tomik (och, jak ja to lubię) kolorowy od karteczek indeksujących. Pozaznaczany na tych wierszach, które zrobiły największe wrażenie. 
Tu odnotuję dosłownie kilka z tytułów, które szczególnie mnie ujęły. A są to : „Pierwszy śnieg” za całość (strona 45), „Wiersz hip-hopowy urodzinowy o niespodziance” za pointę (strona 73), „Autoportret wielopiętrowy” za to, jak jest prawdziwy (strona 80), ” samo z siebie” za przesłanie (strona 97), „Ostatnia kąpiel” za wzruszenie (strona 118), „Bolesne piękno świata” za łagodność (strona 122).

Nie ma co poradzić na upływ czasu, musimy przyjąć to za nieuchronność, która nam się zdarza. To, co możemy, to stworzyć życie swoje i osób nas otaczających życiem dobrym i pięknym, również dzięki takiej poezji. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Gołoborze”. Maciej Siembieda.

Wydana w Wydawnictwie Znak Literanova. Kraków (2025). Ebook.

„Gołoborze” otrzymałam w prezencie po tym, jak wyraziłam chęć przeczytania tego tytułu. I za prezent ten, ogromnie trafiony, jeszcze raz dziękuję. Książki autora, Macieja Siembiedy to pewnik dobrej literatury, wiadomo, ale za tę konkretnie książkę autor otrzymał podwójną Nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepszy kryminał 2025. Nagrodę o tyle ciakawie zdublowaną, bo przyznaną i przez jurorów i przez publiczność.
Powiem tak. Dziwnie jest napisać o „Gołoborzu”, że czytało się świetnie, no ale co poradzę, skoro dokładnie tak było.

Okolice Klasztoru Świętego Krzyża , Góry Świętokrzyskie i wieś Grabin. Mieszkają tam dwa rody Kończaków i Cebrzynów. Rodziny, które nienawidzą się od zawsze. Od Powstania Styczniowego, kiedy zaczęły się między nimi pierwsze waśnie. Waśnie, które Maciej Siembieda udokumentuje prozą i stworzy historię wielkiego międzyrodowego zła.

W klimacie świętokrzyskich gór, gołoborze, stok Łysej Góry i miejsce, w którym według legend od wieków dzieją się rzeczy tajemne i magiczne a czarownice hulają w najlepsze, nie potrzeba tak naprawdę żadnej magii, aby okazało się, że faktycznie największym wrogiem może okazać się najbliższy sąsiad. I co prawda, można przecież w małej wiosce funkcjonować obok siebie w zgodzie i poprawnie, ale można też toczyć ze sobą nieustanne boje i przybierające wraz z upływem czasu walki. I bliskość Klasztoru na Świętym Krzyżu niewiele tu pomaga, niestety.

Kończaki i Cebrzyny wydają się szczerze mówiąc nie brać w ogóle pod uwagę w swoim odwiecznym sporze tego, że mogliby kiedyś po prostu zawiesić tę nienawiść i podać sobie ręce, przebaczyć sobie wzajemnie a następnie żyć w pokoju. Wręcz wzajemnie w rodzinie nakręcają się na przeciwników w imię oczywiście „pomszczenia przodków”.

Maciej Siembieda przedstawia historię tego rodowego sporu przez szeroki czas polskiej historii, od wspomnianego przeze mnie powyżej Powstawnia Styczniowego aż do chwili po przełomie i upadku w Polsce komunizmu. Nie wiem, jak to zręcznie napisać ale tak, tę historię pełną brutalności, zła, przemocy czyta się wręcz rewelacyjnie. Aż ciarki człowieka przechodzą, gdy uświadomi sobie, jak niektórzy są w stanie pielęgnować w sobie uczucia nienawiści i zła w odniesieniu do drugiego człowieka i jak bardzo może to mieć wpływa na osoby, które z prawdziwymi lub co gorsza, wyimaginowanymi przez kogoś grzechami nie mają nic wspólnego.
No więc tak, to książka o ciężkim klimacie zła, które rozpala bohaterów do czerwoności i nawet próba ułagodzenia sytuacji (miłość dwojga młodziutkich osób z przeciwnych rodzin, taka mocno Szekspirowska) nie spowoduje cudownego ozdrowienia tych chorych relacji i nagłej, wielkiej miłości wzajemnej. Ale czyta się ją zaskakująco wartko i och, złe słowo, dobrze.

Maciej Siembieda wplótł w treść książki prawdziwe szokujące zbrodnie PRL-u. Okazało się, że zmowa milczenia, to nie domena współczesności. A największa zbrodnia może być tak niewytłumaczalnie bezsensownie tłumaczona, że zdrowy umysł nie jest w stanie tego tłumaczenia pojąć.

Jeśli jeszcze nie znacie „Gołoborza”, to ogromnie Wam tę książkę polecam.

Moja ocena to 6 / 6.

„Kora i inne zwierzęta”. Kamil Sipowicz.

Wydana w Wydawnictwie MARGINESY. Warszawa (2026).


Mam jedno lekkie zastrzeżenie do tej książki, to znaczy, wolałabym ciut więcej obecności Kory. Ale może tak, jak jest , jest dobrze? Może pisząc książkę (nie mam w sumie pojęcia, kiedy Kamil Sipowicz ją pisał) powoli przyzwyczajał się do nieobecności Kory w jego życiu? Może to był jakiś rodzaj wcześniejszego oswojenia się z brakiem już po Jej odejściu?
Nie wiem. Wiem, że dostałam ją w prezencie urodzinowym i z przeróżnych (osobistych) powodów jest ona dla mnie ważna i istotna i z pewnością trafia na półkę z tak zwanymi „natychmiastami”, żeby ją mieć pod ręką. Zwłaszcza, że forma krótkich opowieści, nawet nie opowiadań, sprzyja temu by czytać ją wyrywkowo, po prostu sięgnąć po książkę i otworzyć na chybił trafił. I czytać.
Czytać o swoistym prywatnym Raju, jaki w ostatnich latach Kory stworzyli na Roztoczu małżonkowie. Raju z ukochanymi zwierzętami, które są tu zdecydowanie traktowane podmiotowo, z bliskimi przyjaciółmi, w miejscu, które organizowali właśnie chyba z myślą, by Kora mogła odejść w jak najbardziej możliwym komforcie…

Mnie się tę książkę czytało z zachwytem (opisy przyrody, natury, zwierzaków i ich losów, miłość do zwierząt) ale i ze ściśniętym gardłem, bo przecież wiedziałam, jak się to wszystko zakończyło. Ten etap życia Kory, z ukochanymi i w miejscu, w którym była szczęśliwa po prostu dobiegł końca.
Przebija tu rodzaj pewnej osobistej filozofii życia, miłość do życia, umiejętność przyjęcia go takim, jakie jest, ale i walka o to, by było to życie dobre i godne dla wszystkich istot zamieszkujących to niezwykłe miejsce. To główny wątek książki.
Nie jest to w żadnym wypadku coś na kształt kolejnej biografii wspaniałej piosenkarki, ale taki pean na cześć życia.
Myślę, że na swój sposób, (chociaż wciąż wolałabym „wiecej Kory” ) to książka, z której każdy z nas może wynieść ważne dla siebie refleksje i coś, co sobie zapożyczy.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Sen o okapi”. Mariana Leky.

Wydało Wydawnictwo Otwarte. Kraków (2021). Ebook. 

Przełożyła Agnieszka Walczy. 
Tytuł oryginału Was man von hier aus sehen kann.

Przekład „Snu o okapi” jest świetny i w tym miejscu naprawdę chciałam podziękować Tłumaczce za świetny tekst. Ja wiem, że wróbel orła nie urodzi i zwyczajnie, najważniejsze, żeby oryginał był dobry, ale powiedzmy sobie szczerze, tłumacz robi robotę. Tu robota została wykonana świetnie. 

„Sen o okapi” to prezent, który się przeleżał, jak to się kolokwialnie mówi. Zaczęłam go czytać w chwili, gdy otrzymałam książkę i … porzuciłam. Myślę, a nawet to wiem, że to nie był wówczas „jej”czas. I cieszę się ogromnie, że od pewnego czasu robię coś kompletnie odwrotnego od tego, co do niedawna było moim zwyczajem. Czyli, że zaczęłam wracać do książek porzuconych. W ten sposób skończyłam już trzecią porzuconą wcześniej, lekturę (wszystkie są czytane na głos świnkom, więc najwyraźniej – to działa !). 

Nie żałuję ani sekundy spędzonej nad książką i mam tę chęć, która aż tak często mi się nie zdarza, a mianowicie rozpocząć ją od początku. 

Cóż to za książka? To taka spokojna, cicha, łagodna opowieść. Z gatunku, który ostatnio baaaardzo lubię i i baaaaardzo potrzebuję. 

W małej niemieckiej wiosce żyje sobie spokojnie zżyta ze sobą społeczność. Narratorką opowieści o owej społeczności jest Luiza, która opowiada historię od czasu, gdy ona i jej najlepszy przyjaciel Martin mieli dziesięć lat. 

Babcia Luizy, Selma miewa sny prorocze. Otóż, gdy przyśni się okapi, w ciągu następnej doby ktoś z bliskich lub nawet ze znajomych ze społeczności umiera. „(…) Selma trzy razy w życiu śniła o okapi i zawsze ktoś potem umierał, dlatego byliśmy przekonani, że sen o okapi i śmierć są nierozerwalnie związane”. 
I tak się też dzieje na początku książki. Selmie śni się okapi i śmierć faktycznie po kogoś z opisanego grona przychodzi. 

Wiem, że są ludzie, którzy takich książek nie lubią. Bo w sumie, o czym jest „Sen o okapi”? O starszej pani, która miewa oryginalne sny przepowiadające zgony? O małej wiosce gdzieś w Niemczech, w której ludzie żyją, jak wszędzie indziej? Uprawiają ziemię, chodzą do szkoły, chodzą do biura, prowadzą swój zakład optyczny lub leczą inne osoby? Ani tu nie ma wielkich dramatów, ani nie ma wielkich karier, wygranych? Ot, życie. Życie, jak wokół nas. Ale całość jest napisana w taki sposób, jak lubię, czyli tak spokojnie, bez fajerwerków ale właśnie tak oryginalnie, specyficznie. Trochę bajkowo, a trochę tak, że podczas czytania wielokrotnie myślałam sobie „Jak ta pani Mariana ładnie napisała to, co ja wielokrotnie myślałam”. 
Ogólnie, to już wiem, czemu ta książka na mnie „poczekała”. Bo to też opowieść o stracie i odchodzeniu. O godzeniu się z tym i z życiem, jakie ma miejsce po stracie. O tym, że każda strata czyni pustkę ale nie musi czynić nicości. Jeśli rozumiecie, co mam na myśli. 

„Sen o okapi” to jedna z tych opowieści, które pewnie czytaliśmy parę razy w życiu. A jednak jest na swój sposób napisana we własnym, oryginalnym stylu i to tak, że czytałam ją z naprawdę wielką przyjemnością, pomimo, że opowiada miejscami o sprawach ogromnie trudnych i takich, które uwierają, ale opisane są tak,że się nie czuje człowiek zdołowany i przybity a pokrzepiony i taki od razu w lepszym nastroju. 

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Idę po ciebie”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie ZYSK I S-KA. Poznań (2026). 

Książkę do recenzji otrzymałam od Wydawnictwa, za co ogromnie dziękuję. 

Na wstępie przedstawię się. Mam na imię Maria, mam pięćdziesiąt lat i jestem niereformowalną fanką kryminałów i sensacji autorstwa Wojciecha Wójcika. 

Odkąd przeczytałam jego „Bilet dla zabójcy” i sięgnęłam po wcześniejsze książki autora, wiem, że każdą następną wydaną u nas książkę Wójcika biorę w tak zwane ciemno. 
I mimo że, teraz powiem mój stały żarcik przy recenzowaniu jego książek, ilość notatek, które przy tej okazji czynię bywa, że zbliżona jest ilością kartek do jakiejś cieńszej książki, to nie zraża mnie to. Ale przyznam, rzeczywiście notatki czynię, bo ilość wątków i postaci tego (przynajmniej w moim przypadku) tego wymaga. 

„Idę po ciebie” – taki komunikat można odbierać na różne sposoby. W sumie, wszystko zależy od tonu głosu i osoby, która takie zdanie w naszym kierunku wypowiada. Może brzmieć, jak groźba i to niekoniecznie jakaś ukryta, może być jednak, wypowiedziana tonem ciepłym i krzepiącym, zapowiedzią pomocy, którą ktoś nam obiecuje i której nam dostarczy. Wszystko, powtarzam, zależy od tego, kto i jakim tonem taką frazę wypowiada. 

Gerard Choiński vel Choina, to więzień, któremu osiem lat temu zasądzono wyrok relatywnie krótki, jak na zbrodnię, jakiej się dopuścił. A mianowicie odebrał on życie jednemu ze szczecińskich policjantów, Janowi Cioskowi, zwanemu Johnny. 
Kara krótka, ale wiadomo, kara to kara, a więzienie, to nie przedszkole. I tak oto wydaje się, że Choina wkrótce opuści mury ZK, gdy podczas prac społecznych, których nawiasem mówiąc osadzony był współpomysłodawcą, więzień zabija współosadzonego, ciężko rani wychowawcę grupy a sam… ucieka. Na okolice pada blady strach, w końcu Choina nie siedział za przekręty finansowe a za najcięższą zbrodnię. I jak widać, nie waha się przed kolejną!
I oto zaczyna się akcja książki, która na pewno nie będzie ani nudna, ani nie da nawet na chwilę odetchnąć czytelnikowi. 

Już przywykłam do stylu autora. W jego książkach zawsze jest więcej, niż jeden ważny bohater. W tym przpadku śledzimy naprzemiennie losy uciekiniera a także śledztwo prowadzone przez milicję. 
Praktykantkę Igę Kostrzewę, jej opiekunkę Aśkę i Igora łączy to, że będą się starali jak najszybciej ująć zbiega a także wygasić nastrój paniki, jaki się udziela okolicy. 
Choiński uciekł z cmentarza w Darłówku, osadzony był w Szczecinku, ale gdzie się wybiera? I po kogo tak naprawdę idzie? 

W „Idę po ciebie”, jak wspominałam, jest mnogość osób i wątków, co, jak wspomniałam, nie jest jakimś specjalnym zaskoczeniem dla miłośników książek autora. 
Warto pilnie śledzić nawet wydawałoby się wzmianki o jakiejś postaci, czy wydarzeniu, tym bardziej że akcja nie zwalnia ani na minutę, bo, jak to u Wojciecha Wójcika, na końcu okazuje się, że wszystko to było po coś i na samym końcu ładnie i logicznie się splata. 

„Idę po ciebie” okazało się bardzo wciągającą rozrywką, która spełniła swoje zadanie, otrzymałam ciekawy pomysł na akcję, wątek sensacyjny a dodatkowo, co lubię u tego autora, właściwie wszystko rozwiązuje się, jak powinno 🙂 w dobrym kryminale, dosłownie na paru ostatnich stronach. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Bursztynowe Słodycze Magiczne”. Hiyoko Kurisu.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2026).

Anna Horikoshi.
Tytuł oryginalny Yuyamidori Shotengai – Kohaku Yogashiten.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa do recenzji, za co ogromnie dziękuję.

„Bursztynowe Słodycze Magiczne” to nazwa, jaką nosi niewielki sklepik ze słodyczami (niespodzianka 🙂 ) w bardzo schowanym w mieście, opustoszałym pasażu handlowym nieopodal niewielkiej świątyni.
Część osób jednak trafia do sklepiku właśnie drogą via chram. Kiedy odczuwają potrzebę modlitwy w jakiejś szczególnie ważnej intencji, bywa, że dostrzegą ukrytą przed oczami innych, drogę prowadzącą do pasażu właśnie. A kiedy tam trafią i wędrują pomiędzy zamkniętymi lub wydającymi się być nieodwiedzanymi sklepikami, ich nogi prędzej czy później zaprowadzą ich do „Bursztynowych Słodyczy Magicznych”.

Książka składa się z sześciu opowieści o pięciu klientkach i klientach tajemnicznego sprzedawcy Kogetsu i o nim samym (ostatnie opowiadanie przybliża nam postać owego niezwykłego młodzieńca, który wydaje się być czasem nie w pełni człowiekiem).

Czyż nie byłoby cudownie, gdybyśmy mieli możliwość na część naszych zmartwień i problemów „zażyć” jakąś słodycz, zjeść kandyzowany owoc, cukierka lub jakieś mini ciasteczko? Klienci sklepiku mają taką możliwość.
Oczywiście wchodząc w progi cukierni nie mają zielonego pojęcia, jak owe słodkości, które ich skuszą, działają. Ale może to i lepiej?
Kupujący kierują się czasem smakiem, kształtem słodycza a najczęściej intrygującą nazwą. Bo któż z nas nie skusiłby się na smakołyk noszący tak intrygującą nazwę, jak „Chciwe konpeito”, „Niewidzialny wasanbon”, „Monaka z kasztanem nie do ukrycia”, „Karmelki podmianka” czy „Jabłko w polewie „Sprawdzam” „. Takie zresztą noszą tytuły poszczególne opowiadania, ostatnie to „Pożegnalne mame daifuku”.

Czy słodycze, które klienci kupują u Kogetsu mają w sobie jakąś magię? Zgodnie z tytułem książki, oczywiście, że tak. Okazuje się, że ich zjedzenie (nie w nadmiarze, przed czym przestrzega sprzedawca), może pomóc zmierzyć się z tym, co człowieka gnębi, gryzie, co sprawia, że jest mu źle i ciężko na duszy.
Można powiedzieć, że dzięki tym słodyczom łatwiej jest im zrozumieć coś, dojść do dobrych pomysłów i rozwiązań, zrozumieć siebie wzajemnie i otaczających ich ludzi.
Nie są ostatecznym remedium na wszystkie bolączki, ale okazuje się,że mocno wspierają ich w podjęciu najwłaściwszych rozwiązań i uwolnieniu się od tego, co ich tak bardzo przygnębiało.

Proza Hiyoko Kurisu jest delikatna i łagodna. Autorka operuje słowem, stara się wygładzić treść i stworzyć łagodny klimat, powoduje, że ma się wrażenie, że ta proza otula czymś ciepłym i przyjemnym.
Jest to też niewątpliwie ta książka, o której mogę z całą pewnością powiedzieć, że nie jest dla każdego. Nie dlatego, że dyskryminuję jakiegokolwiek czytelnika, ale wiem, że są osoby, którym taka opowieść z pogranicza baśni i z dobrymi zakończeniami historii, bo takie są, nie przypadnie do gustu. Ale wiem też, że jest wiele osób, które z chęcią, jak ja, sięgną po nią i odnajdą w niej coś w rodzaju ukojenia.

Moja ocena to 6 / 6.