„Popołudnia na Miodowej”. Joanna Szarańska.

 Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2020). Ebook.

„Popołudnia na Miodowej” to druga z serii o mieszkańcach ulicy Miodowej, jaką przeczytałam. W każdej części kto inny jest bohaterem czy raczej jak na razie, bohaterką pierwszoplanową. W poprzedniej części, „Porankach na Miodowej” bohaterką była Małgosia, która po wielu latach powróciła do ciotki Wandy. Tym razem jest nią, poznana przez czytelników w pierwszej części, Klara. Klara jest synową Barbary, przyjaciółki Wandy. Klara jest mężatką a jej córka, Nela ma autyzm. 

Nie ukrywam, że książka „Popołudnia na Miodowej” bardzo mnie poruszyła. Niejednokrotnie miałam łzy pod powiekami podczas lektury książki. Autorka zastosowała znany już z pierwszej części „zabieg” jakim jest poprowadzenie narracji bohaterki jako opowieści współczesnej i sięganiu do wspomnień. To nielinearne prowadzenie akcji stwarza jeszcze bardziej poruszający klimat książki.

Autorka ma córkę z autyzmem i sądzę, że ta znajomość sytuacji sprawiła, że książka ta jest wyjątkowo prawdziwa, wzrusza i sprawia, że przynajmniej niektórzy wyciągną z niej dodatkowe refleksje i przemyślenia. 
Może następnym razem, kiedy na ulicy czy w sklepie ktoś będzie świadkiem sytuacji, w której na usta cisnąć się będą jakieś komentarze, uda się komuś powstrzymać przed naprędkim skomentowaniem, dogadaniem komuś, mędrkowaniem. Nie każda sytuacja jest taką istotną jak się wydaje. Nie wszystkie szarpiące się z opiekunem, krzyczące, niespokojne dzieci, są „wychowane bezstresowo”. Niektóre mogą nieść ze sobą niechciany bagaż chociażby w postaci autyzmu właśnie.

Dla mnie ta książka była poruszająca jeszcze w kontekście przedstawienia każdego z etapów, jakie przechodzą rodzice dzieci z jakąkolwiek niepełnosprawnością czy zaburzeniem rozwoju. 
Pierwsze chwile gdy do głowy zaczynają napływać niepewne ale dręczące myśli, że dziecko zaczyna jakby odstawać rozwojem i zachowaniem od rówieśników, początkowe niedopuszczanie obaw do głowy, stopniowe zauważanie i oswajanie się z myślą, że chyba jednak coś nie do końca idzie tak, jak powinno. Wreszcie żmudną i trudną diagnostykę, która zapewne w przypadku autyzmu nie jest też zawsze tak przejrzysta jak można by oczekiwać bo każdy przypadek jest inny. Potem podjęcie terapii i działań mających pomóc osobie z autyzmem. 
No i to, przez co przechodzą rodzice i najbliżsi osoby zdiagnozowanej. 
Wiadomo, że łatwo nie jest ale niektórym oswojenie się z taką informacją zajmuje więcej czasu. Zapewne jakaś część nigdy się z taką wiadomością nie pogodzi. 

W opowieści z książki również nie wszystkim przyjęcie do świadomości autyzmu Neli przychodzi łatwo. Niektóre z postaci podejmą trud bycia rodzica dziecka ze specjalnymi wymaganiami, inne zdezerterują…Jak w życiu, prawda?

Nie ukrywam nigdy, że książki Joanny Szarańskiej bardzo lubię. Uważam, że jest jedną z najlepszych polskich autorek i chciałabym aby jeszcze więcej osób sięgało po Jej książki. Nie ukrywam też, że „Popołudnia na Miodowej” to książka, która jak na razie najbardziej mną poruszyła, wręcz wstrząsnęła. Myślę, że to taka książka, która zostanie ze mną, we mnie? na zawsze. 
Sądzę też, że zdecydowanie warto jest po nią sięgnąć i dodatkowo, można sięgnąć po nią bez znajomości części pierwszej cyklu, bowiem są to jednak książki możliwie autonomiczne treścią chociaż oczywiście łączą je bohaterowie występujący w obu częściach. 

Dodam, że mimo poruszanego w niej tematu a także losu bohaterek, jakie nakreśliła Joanna Szarańska, nie jest to książka przybijająca czy dobijająca. Jak to u tej autorki, na szczęście Klara i Nela otoczone są dobrymi, życzliwymi ludźmi. Mogą poczuć, że w całym zawirowaniu, które na nie spadło, są osoby, któe je kochają, wspierają i zawsze są obok.

Moja ocena to 6/ 6. 

„Poranki na Miodowej”. Joanna Szarańska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2020).Ebook.

Niemal cały cykl „Miodowej” autorstwa Joany Szarańskiej jest już na moim czytniku (niemal bo na dniach ukazała się najnowsza, czwarta już część serii) a ja dopiero teraz wzięłam się za pierwszą część i…żałuję, że nie zaczęłam go dużo wcześniej.

„Poranki na Miodowej” to książka zupełnie inna od tych, które do tej pory czytałam jednej z moich ulubionych autorek. Dlaczego? Bo tym razem mniej jest w treści tego charaktersytycznego dla Joanny Szarańskiej humoru, nie ma tego śmiechu i wesołości, które tam cenię w Jej książkach. Jest za to dużo refleksji, mądrości, czegoś takiego, co sprawia, że lektura na długo zostaje w pamięci. 

Obiecuję sobie po raz kolejny nie czytać opinii w internecie bo gdy czytam, że lektura ta nie jesy wymagająca, to opada mi wszystko, co może opaść kobiecie. Przepraszam za szczerość ale serio, ręce mi opadły i po raz kolejny obiecuję sobie, żeby w ogóle nie zaglądać na żadne opiniotwórcze rzekomo serwisy bo szczerze i tak zawsze sama wyrabiam sobie zdanie na podstawie własnych odczuć. 

„Poranki na Miodowej” rozpoczynają się w chwili gdy narratorka, Małgorzata Celińska, wraca po piętnastu latach do miasteczka,  w którym od siódmego do osiemnastego roku życia wychowywała się u ciotki Wandy. 

Ściągnięta przez Barbarę, przyjaciółkę ciotki do jedynego miejsca, które w sumie jest w stanie nazwać domem, Gosia jest zdenerwowana i przerażona. Wraca po długiej nieobecności i braku jakiegokolwiek kontaktu z dawną opiekunką. Nie kontaktowały się z wyboru Małgorzaty. Ale też i ciotki, która po ucieczce podopiecznej nie usiłowała nawiązać z nią żadnego kontaktu, powodowana źle pojmowanym honorem czy może prędzej, dumą. 

Kiedy ciotka leży w szpitalu po przejściu ciężkiego zawału, Małgorzata osiedla się chcąc nie chcąc w dawnym swoim domu, jednocześnie odwiedzając Wandę w szpitalu ale również dbając o prowadzoną całę życie przez ciotkę księgarnię mieszczącą się w domu, w którym mieszkała Wanda Celińska. 

Jej historię w domu ciotki poznajemy dwutorowo, tę współczesną, trudny ale i pełen rozmaitych wzruszeń i wrażeń powrót ale również dowiadujemy się z jej wspomnień o tym dlaczego w ogóle siedmiolatka trafiła do domu surowej i oschłej ciotki. Jak to się stało, że mała dziewczynka nie miała na świecie nikogo więcej ponad swego ojca jak również, dlaczego jedenaście lat po przybyciu do miastecznka, pod opiekę Wandy, uciekła bez słowa pożegnania. 

„Poranki na Miodowej” to książka niezwykle wciągająca chociaż przyznam uczciwie, że miałam z nią na początku lekki problem. Jakoś nie zaskakiwała mi ta lektura i już nawet zastanawiałam się nad jej przerwaniem gdy stwierdziłam, że nie, że chcę dowiedzieć się co takiego stało się i w życiu Gosi, nawiasem mówiąc, autorki poczytnych książek beletrystycznych ale również, co takiego zdarzyło się w życiu jej opiekunki, że jednocześnie wrażliwa na literaturę i przyrodę Tatr kobieta, mogła odnosić się do małego dziecka z taką surowością.

Jeśli lubicie książkowe serie, jeśli oczekujecie książki, która w danym momencie nie jest może rozrywką a raczej przyczynkiem do przemyśleń, refleksji i zastanowieniem się nad kolejami ludzkiego losu, z pewnością „Poranki na Miodowej” powinny Was zainteresować i spodobać się Wam. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Dziś zanucę ci kolędę”. Joanna Szarańska.

 Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2022).

Był moment, gdy książek z motywem około świątecznym czytałam dużo. Od pewnego czasu jednak nie chwytam wszystkiego, co ma ten motyw lub przynajmiej dzieje się w okolicy Świąt Bożego Narodzenia i co ukazuje się na naszym rynku. Mam natomiast swoje „pewniaki” co do nazwisk a jednym z nich jest z pewnością autorka popularnych książek jaką jest Joanna Szarańska. I nie kadzę tu autorce bo osoby, które mnie znają, wiedzą, że to właśnie mówię gdy rozmawiamy o planach lektur tego typu. Mówię „Książkę Asi muszę mieć”.
Nie inaczej więc stało się w przypadku najnowszej książki autorki nosząca tytuł „Dziś zanucę ci kolędę”. A nawet, zrobiłam sobie z tej książki prezent samej sobie bo odkąd zobaczyłam okładkę tej książki, wiedziałam, że muszę ją przeczytać jak najszybciej. Książka z przemiłą dedykacją Autorki to w końcu nie byle co!

Sądzę, że każdy z nas ma jakąś swoją ulubioną kolędę. Parę lat temu zrobiłam ankietę wśród członków rodziny podczas wigilijnej wieczerzy i zapisałam ulubione kolędy moich bliskich. 
Ja także mam swoją ulubioną a jest nią „Wśród nocnej ciszy”. Ciekawa jestem jaka jest Wasza ulubiona? 
Swoje ulubione kolędy mają też mieszkańcy małego miasteczka, którzy od lat mają swoją piękną tradycję. Otóż od domu do domu wędrują po mieście kolędnicy. Czas pomiędzy Świętami a Świętem Trzech Króli to wieczory, w których kolędnicy odwiedzają kolejne domy i sprawiając radość swoim śpiewem jednocześnie kwestują na szczytny cel.

Nie inaczej jest w roku, w którym Hania, główna bohaterka książki, żona i mama dwójki dzieci, niejako przypadkiem zostaje zaangażowana do kolędowania, a konkretnie w kostiumie osiołka. Kobieta nie do końca wie jak udało się jej w to zostać wkręconym ale obiecuje sobie, że pójdzie z zespołem raz a potem jakoś elegancko się wykręci. Co oczywiście się nie zdarzy ale czemu Hania, która nie do końca pewnie czuje się śpiewając a ponadto ma na głowie sporo pracy w domu (na święta zjawiła się teściowa i wygląda na to, że jeszcze długo zabawi u rodziny syna) decyduje się jednak na cowieczorne kolędowanie? Odpowiedź poznamy wkrótce.

Książka składa się z naprzemiennych rozdziałów opowiadających o tym, co dzieieje się u Hani i poszczególnych rozdziałów przedstawiających wizyty w poszczególnych domach, u rodzin i osób samotnych. Tak właściwie to podczas jej lektury pomyślałam sobie, że do książki powinna być dołączona płyta z kolędami, których tytuły noszą poszczególne rozdziały. Byłby to przyjemny dodatek do lektury.

„Dziś zanucę ci kolędę” to książka, która urzekła mnie wieloma aspektami. Po pierwsze, kolędowaniem! Jakiż to piękny zwyczaj i mimo, że z pewnością okupiony wieloma niedogodnościami, ostatecznie na pewno wspominany jako czas piękny i dobry. No i plus, wiem, że sama Joanna Szarańska wędruje z kolędnikami po swojej miejscowości więc doskonale udało się oddać klimat i nastrój takiego wydarzenia. Po drugie, jak zwykle jest to książka i z charakterystycznym dla Joanny Szarańskiej poczuciem humoru ale również z typową dla Niej wrażliwością na drugiego człowieka. 
Sądzę, że większość z nas, dla których Święta Bożego Narodzenia są ważne, miała takie Święta, o których myślała, że właściwie to może w ogóle ich nie być. Ja takie miałam. 
I wśród osób, które podczas kolędowania odwiedza Hania i jej znajomi, są osoby, dla których z przeróżnych powodów, Święta nie stanowią powodów do radości i szczęścia…
Po trzecie, wiem, że to nie jest z pewnością najważniejsze ale dla mnie, czytelniczki, bardzo ważne to fakt, że małe miasteczko nareszcie nie zostało przedstawione jako siedlisko zła i zbrodni lub tokstyczne miejsce, w którym ludzie znają jeden drugiego i wzajemnie się obgadują a jako miejsce przyjemne do życia, miejsce, w którym dzieją się różne ciekawe inicjatywy. Dla mnie na plus!
No i oczywiście, Joanna Szarańska nie byłaby sobą, gdyby w książce nie przypomniała o losie zwierząt, które są porzucone lub niekochane a w „lepszym” przypadku, zwyczajnie nie poświęca się im należytej uwagi. I w tej książce pojawi się zarówno piesek, który znajdzie nowy dom (zgadnijmy, u kogo?) i również osoba, która pomaga porzuconym i zaniedbanym zwierzętom. To rys typowy dla książek tej autorki i nie ukrywam, że jak dla mnie zawsze jest to ogromna zaleta.

„Dziś zanucę ci kolędę” wielokrotnie wzruszyła mnie do łez. Być może nie od parady byłoby, co sugerowano żartobliwie w posłowiu, dołączanie do książki paczki chusteczek higienicznych.
Myślę, że jestem wdzięczna Joannie Szarańskiej, że nienachalnie a mądrze i z wielką wrażliwością, przypomniała, że „Magiczne Święta pełne radosnej rodzinnej atmosfery” nie dla wszystkich oznaczają radość i szczęście. Czasem są to Święta w żałobie, chorobie, strachu czy obawach o kogoś bliskiego, w samotności, czasem ktoś w tym czasie odchodzi z tego świata…

Bonusem jest wielka niespodzianka, którą odkryłam oczywiście dopiero jak do niej dotarłam (może dobrze? miałam piękną niespodziankę) i tak pisząc te słowa zastanawiam się czy warto jest ją Wam zdradzać ale jednak trudno, zdradzę 😉 a mianowicie to fakt, że w książce na końcu Joanna Szarańska dołączyła nam, czytelniczkom i czytelnikom, prezent a mianowicie opowiadanie dziejące się w Świerczynkach, które to dobrze wraz z ich mieszkańcami poznaliśmy w dwóch częściach czyli „Krainie Zeszłorocznych Choinek” i „Krainie Spełnionych Życzeń”. Tak, liczyłam na to, że cykl ten będzie trylogią ale skoro nie jest, to z wielką radością przyjęłam to domykające wątki z dylogii, zakończenie.

Jak już napisałam powyżej, „Dziś zanucę ci kolędę” to mądra, ciepła, dobra książka, która wydaje mi się idealna na prezent od Mikołaja. Według mnie miłośnicy książek Joanny Szarańskiej będą lekturą „Dziś zanucę ci kolędę” zachwyceni jak i ja sama jestem.

Moja ocena to 6 / 6.

Ocenię również opowiadanie dziejące się w Świerczynkach, tu również bez zaskoczenia, 6 / 6. 

„Urodzona w 1982”. Kim Jiyoung.

Wydana w Wydawnictwie MANDO. Kraków (2021). Ebook.

Z języka angielskiego przełożyła Joanna Sobesto.

Tytuł oryginalny  82년생 김지영

Wydana w Wydawnictwie MANDO. Kraków (2021). Ebook.

Nie ukrywam,nie sięgnęłabym po tę książkę gdyby nie fakt, że od paru miesięcy wpadłam jak śliwka w kompot i oglądam kanał na YT Polki mieszkającej w Korei Południowej noszący nazwę „Pyra w Korei”. Kanał polubiliśmy rodzinnie bo stanowi niezwykle ciekawe i zabawne często źródło informacji na temat życia w tym kompletnie dla mnie nieznanym kraju. 

Tak więc gdy Pyra poleciła tę książkę przypomniałam sobie, jak w zeszłym roku w paru miejscach o niej słyszałam i postanowiłam sama przekonać się jak mi się spodoba ta książka. 

Od razu powiem, że jest niezbyt długa, w sumie sama przeczytałam ją w trzy dni czy raczej, wieczory bo nie bardzo za dnia mam czas na lekturę. Tak czy inaczej, myślę, że dobrze zrobiłam odsłuchując wcześniej kanał na YT, o którym wspomniałam bo wiele poruszanych spraw w tej książce nie było dla mnie nowością. Czy mi się podoba, to inna sprawa bo poruszane przez autorkę problemy kobiet do najmilszych nie należą i komfortu podczas lektury tej książki z pewnością się nie odczuwa, zwłaszcza, że gdzieś podskórnie wyczuwa się w tak wielu sytuacjach taką nagle zbieżność z polskimi realiami, co również nie dodaje otuchy.

Ta niby niedługa książka a treściwa wbrew pozorom przybliża nam w skrócie życiorys młodej kobiety, Kim Jiyoung, od paru lat mężatki, która to jakiś czas temu została mamą. Obecnie jej córeczka już chodzi do żłobka. I niby życie Jiyoung jest na dość dobrych torach, skończyła studia, ma kochającego męża, córeczkę, nie przymiera głodem i nikt jej nie bija ale… W pewnym momencie coś zaczyna się z kobietą dziać i jej zachowanie dalekie jest od przyjętego w Korei dobrego tonu. 

I w tym momencie zaczynamy poznawać życie Kim Jiyoung, od narodzin 1 kwietnia 1982 roku aż po współczesny czas, w którym zaczyna się książka. Chociaż tak naprawdę, moglibyśmy powiedzieć, że poznajemy życie nie tej jednej, konkretnej trzydziestotrzylatki a zapewne wielu kobiet, urodzonych nieco przed lub po, bohaterce.

Czy koreańska dziewczynka dziwi się, że w domu,w której jest jeden syn a pozostałe dzieci to dziewczynki,najlepsze kąski i rzeczy w pierwszej kolejności należą się bratu a dopiero w dalszyej kolejności jej i jej siostrom? 

Czy koreańska dziewczyna dziwi się, że na edukację jej braci znalazły się pieniądze a na jej naukę pieniędzy zabrakło i musiała w tej kwestii radzić sobie sama? 

Czy koreańska dziewczyna, nastolatka dziwi się dziwnym akcjom w autobusach albo w metrze, które gdzieś inadziej wprost nazwane są molestowaniem? 

Czy koreańskie dziewczyny w szkole dziwią się, że chłopcom w szkole wiele się odpuszcza a im nie? 

Czy koreańska kobieta dziwi się, że po skończeniu studiów nie może znaleźć pracy a gdy już ją znajdzie, jej koledzy nie dość, że zarabiają ogromnie więcej niż ona sama na tym stanowisku ale również, nawet ci niezbyt lotni wskakują na kolejne szczeble kariery podczas gdy ona sama ma wrażenie, że drepcze w miejscu?

Czy koreańska kobieta zastanawia się, dlaczego gdy zajdzie w ciążę i urodzi dziecko, automatycznie oznacza to zwolnienie się z pracy i zajęcie się domem i dzieckiem?

Czy koreańska kobieta dziwi się, że na święta, na których zjeżdża się rodzina, często nie widująca się miesiącami, ona jedzie do rodziny jej męża, podczas gdy chciałaby odwiedzić swoich rodziców, jak również, że całe drobiazgowe i ciężkie przygotowania do świąt spada wyłącznie na kobiety w tym domu?

Czy koreańska kobieta dziwi się gdy w sytuacji kiedy natychmiast po ślubie nie oznajmia ona rodzinie, że jest w ciąży, o to że ma problemy z płodnością obwinia się jedynie ją?

Widziałam sporo krytycznych opinii o książce ale akurat w serwisie, który do mnie nie do końca przemawia. Dla mnie to książka bardzo ciekawa, a wręcz rewolucyjna. Nie, nie u nas, chociaż wiele tych zbieżności, o których pisałam, dotyczy również polskich dziewcząt lub kobiet. Niemniej jednak u nas realatywnie więcej głosów protestujących słychać i bardzo dobrze. Niemniej jednak jestem w stanie wyobrazić sobie jakim szokiem dla wielu Koreańczyków musiało być to, że o zastałych skamieniałych formach śmiała napisać kobieta, w dodatku je kontestując.

Nie wiem jak państwu marudzącym, mnie się ta książka podobała nawet pomimo tego, że jak wspomniałam na początku, dzięki kanałowi Pyry, o poruszanych problemach już wiedziałam, nie były dla mnie nowością. Niemniej jednak według mnie, warto jest poczytać coś więcej z perspektywy osoby, którą to najbardziej dotyczy.

Moja ocena to 6 / 6.

Dzień Dziecka Utraconego…

Dzisiaj niektórzy mają z pewnością niechciane i narzucone im „święto” a mianowicie Dzień Dziecka Utraconego.
Z biegiem lat odczuwam coraz pewniej, że tak naprawdę w tym święcie nie ma różnicy czy Dziecko miało dwa tygodnie jak nasza Emilka czy dwadzieścia lat czy czterdzieści.
Żaden rodzic nie powinien chować własnego Dziecka.
Dzisiaj w sercu i w pamięci mam nie tylko Emilkę, o której, wiadomo, myśli się codziennie ale wszystkie te Dzieci, które wiem,że odeszły a które powinny być tu, na ziemi, z bliskimi…

„Niekochane”. Hanna Dikta.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2022).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Stali czytelnicy mojego blogu pamiętają na pewno moje zapowiedzi, postanowienia książkowe w początku roku. Otóż, obiecałam sobie, że nie będę szła na ilość a na jakość. Uważam, że planu trzymam się świetnie i wypełniam go dosłownie w stu procentach.

Dlatego też gdy tylko na stronie Autorki ujrzałam zapowiedź Jej najnowszej książki, wiedziałam, że muszę ją przeczytać.
Nie ukrywam, kierowałam się nazwiskiem, niekoniecznie na przykład okładką, która, niestety ale osobiście może sugerować coś nieco innego, niż to, co otrzymałam podczas lektury tej książki. 
Ale, jak może pamiętają stali czytelnicy mojego blogu, bardzo cenię i zwyczajnie, lubię, zarówno poezję jak i prozę Hanny Dikty. Albowiem, nie zapominajmy, że Autorka jest również (a może przede wszystkim?) poetką.

Cieszę się ogromnie, że Hanna Dikta pisze prozę bo robi to po prostu bardzo dobrze.
I muszę powiedzieć, że chociaż można by zarzucić autorce to, że czasem wydaje się, że porusza podobne motywy główne (samotnie wychowująca córkę matka), to ja osobiście uważam, że zdecydowanie każda książka autorki dotyczy czego innego.

W książce „Niekochane” na przykład Hanna Dikta skupia się na teorii, która pojawiła się wbrew pozorom nie tak niedawno, a mianowicie na tematcie dziedziczenia traum, lęków naszych przodków. Co przypomniało mi, że na moim czytniku wciąż czeka na swoją kolej książka dotycząca właśnie tego tematu.

Monika Winnicka, to jedna z głównych bohaterek „Niekochanych” a jednocześnie narratorka i  wychowująca sama (jest po rozwodzie z Mariuszem, tatą córki) siedemnastoletnią córkę Polę. 
Monika ma też lub raczej miała bo książka rozpoczyna się od informacji o śmierci, matkę, Ninę. Nina była alkoholiczką i córka oskarża matkę o to, że ta zmarnowała jej życie. 
Praktycznie nie utrzymywały ze sobą kontaktów aż zdarzyło się tak, że jej matka zmarła. Czy raczej, jak mówi zdanie rozpoczynające książkę, „Matka umarła tak, jak żyła, zupełnie sama”. Nie wiem jak na Was ale na mnie to zdanie działa ogromnie. Kiedy je przeczytałam pierwszy raz aż przeszły mnie ciarki. 

I tak oto rozpoczyna się ta opowieść. Opowieść o Monice, która całe życie czuła się niekochana przez matkę Ninę. Jest to też opowieść o jej córce Poli, z którą to od paru lat niestety, pogorszyły się relacje Moniki. Wreszcie jest to też opowieść o Ninie, przyczynie smutku i zgryzoty Moniki, która obwinia matkę alkoholiczkę o każde niepowodzenie w swoim życiu i wreszcie, o babce Antoninie. Babce nieznanej Monice, o której to kobieta zawsze myślała, że zmarła w młodości matki a która jak się okazało, żyła jeszcze do niedawna. 
Jest to też opowieść o nietypowym spadku, który pozwoli Monice na poznanie nieznanej kompletnie historii jej rodziny i jej matki. I zrozumienie, że pewne sytuacje z jej życia, wybory jakich dokonywała, mogły dziać się za sprawą owych właśnie dziedziczonych traum.

Monika po śmierci matki dowiaduje się o tym, że odziedziczyła dom na wsi po matce. Doznaje podwójnego szoku odkrywając, że nie dość, że matka zostawiła jej spadek, czego się nie spodziewała, to jeszcze dodatkowo, że babka Antonina zmarła dopiero dziesięć lat temu, podczas gdy matka twierdziła, że gdy była nastolatką została osierocona. 
Kobieta łączy gorzką refleksję nad tym, w jakich jeszcze kwestiach okłamała ją matka, z faktem, że z niewiadomych dla siebie powodów, odczuwa lęk przed pojechaniem na wieś i zobaczeniem, co tak naprawdę dziedziczy.

Szczęśliwie, nie jest to ta opowieść, w której główna bohaterka otrzymuje po babci, cioci, krewnej domek na wsi i rozpoczyna w nim nowe, cudowne życie. Nie, tego typu opowieści dzieją się na kartach innych książek.

W tej , inaczej, dom czy raczej wyprawa do niego, na którą wreszcie zdecyduje się Monika, dopingowana przez pana Stanisława, przyjaciela z młodości matki a zwanego przez nią w myślach Scroogem, okaże się jednym z większych a na pewno ważniejszych momentów w życiu kobiety. Można wręcz powiedzieć, że przełomem.
Podczas wizyt w domu babki Antoniny odnajduje pamiętniki pisane ręką starszej kobiety, z których wyłoni się niezwykła ale i przede wszystkim dramatyczna historia życia zarówno babki jak i jej matki. I to po lekturze tychże pamiętników Monice uda się nieco inaczej spojrzeć na życie zarówno matki ale i swoje. Coś jest w teorii, którą zajmuje się ostatnio przyjaciółka kobiety, Sylwia, która twierdzi, że istnieje coś takiego jak trauma pokoleniowa. 

Kobiety w książce, Antonina, Nina, Monika i Pola, to kobiety, które łączy więcej niż mogłyby przypuszczać. To, co rzuca się w oczy to fakt, że są raczej samotne a jeśli jak Monika, mają przyjaciół, to raczej jak ona jedną, sprawdzoną osobę a nie szerokie grono towarzyskie. 

Przyznaję, pierwsza część książki działała na mnie niezwykle przygnębiająco. Zarówno opis dzieciństwa i młodości Moniki u boku nieradzącej sobie z nałogiem Niny jak również opis relacji Moniki z jej nastoletnią córką Polą, to wszystko składało się na poczucie ogromnego smutku i przygnębienia podczas lektury. Aczkolwiek jak to zawsze jest u Hanny Dikty, wszystko to opisane w taki prawdziwy, realistyczny sposób. Żadnego bezsensownego lukrowania treści, a jednocześnie po prostu realizm i przebijająca z kart książki, wiarygodność postaci, ich relacji, emocji, zdarzeń. 

Dalsza jej część złagodziła początek i pojawiły się pierwsze przebłyski nadziei na to, że w życiu po złych czasach mogą przyjść lepsze i łagodniejsze dla nas.
Samoanaliza, jakiej dokonuje narratorka a jednocześnie szansa dla siebie aby próbować zrozumieć matkę i powody jej nałogu, to wszystko sprowadza się do konkluzji, którą wyciągnęłam z treści „Niekochanych”. Że aby spokojnie ruszyć w przyszłość, musimy niejednokrotnie zmierzyć się z przeszłością. 
Monika, decydując się odwiedzić odziedziczony w Gieble dom (miejscowości, którą na własny użytek niejednokrotnie nazywała Piekłem), daje sobie szansę na poznanie nieznanej i dramatycznej historii własnej rodziny, przodkiń ale i na zrozumienie co z tego dziedziczy właśnie ona sama. I jak może się z tą świadomością zmierzyć, jakie plusy z tego dla siebie i swoich bliskich, wyciągnąć.

Polecam Wam z serca zarówno poezję jak i prozę Hanny Dikty a książkę „Niekochane” polecam Wam obecnie bardzo bo mam wrażenie, że potrzebujemy takiej prozy mądrej, nienachalnie łopatologicznej. Takiej, przy której spokojnie możemy się zamyślić, wyciągnąć i dla siebie jakieś refleksje, wzruszyć lub pozłościć. 

Moja ocena to 6 / 6.

Cykl o komisarzu Montalbano.

 Nie ukrywam, wciągnął mnie cykl kryminalny o komisarzu Salvo Montalbano. Akcja książek dzieje się w fikcyjnej miejscowości na Sycylii i, co dla mnie świetne, a o co spytała mnie ostatnio znajoma, która wie, że czytam sporo, nie ma żadnych większych kotłowań z mafią. Owszem, obecność mafii na wyspie jest zaznaczona jak najbardziej ale zbrodnie, które się dzieją i śledztwa, jakie prowadzi Montalbano, więcej mają wspólnego ze starym dobrym kryminałem, gdzie na ogół do głosu dochodzą skrywane emocje, gdzie kara dosięga sprawcę itd. 

Okazuje się, że dobrze jest czasem dać drugą szansę jakiejś kiedyś porzuconej lekturze. Ja któryś z kryminałów Camilleriego o Montalbano kiedyś czytałam (wydaje mi się, że już jest ponownie „za mną”) ale wtedy zupełnie nie zagrało, nie było chemii, jak zwał, tak zwał. W każdym razie, nie poszło. 
Jednak korzystałam z różnych promocji i obniżek i tak oto na mój czytnik trafiło parę ebooków Andrei Camilleriego, po które sięgnęłam ponownie i okazało się, że cykl wciągnął mnie tym razem całkowicie. 

Nadal, po przeczytaniu już dziesięciu książek, nie darzę wielką sympatią głównego bohatera. Najwyraźniej moja mieszczańska strona osobowości znacznie lepiej czuje się z „bezpiecznym” komisarzem Guido Brunettim, który występuje w cyklu kryminalnym autorstwa Donny Leon, niemniej jednak lubię tak wykreowanych bohaterów, co do których potrafię odczuwać emocje o wiele bardziej zaskakujące mnie samą niż zwyczajne „lubienie”.

Obecnie sytuacja niejako zmusiła mnie do przeskoczenia jednej części serii o Montalbano a mianowicie, nie mam w ebooku „Skrzydeł Sfinksa” ale ku mojej radości, raczej ważne wydarzenia w życiu osobistym bohatera działy się w części jeszcze mi dostępnej czyli w „Sierpiowym żarze”. Tak więc czytam nadal i muszę powiedzieć, że z przyjemnością. Myślałam, że będą one dobre jedynie na wakacyjny czas, kiedy to lubię czytać kryminały (a kiedy nie lubię ? 🙂 ) ale nie, jest chęć i nastrój na dalsze zapoznanie się z życiem na Sycylii, zbrodniami a nadto, z tym co dzieje się w życiu Salvo Montalbano. 

„Anne z Redmondu”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2022).

Przełożyła Anna Bańkowska.
Tytuł oryginalny Anne of the Island. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Anne z Redmondu” to trzecia z serii oraz w nowym tłumaczeniu pani Anny Bańkowskiej książka opowiadająca o Anne z Zielonych Szczytów.
Nie ukrywam, sięgnęłam po nią przeczytawszy na świetnym blogu, który Wam polecam a mianowicie tu o, https://siekierka.home.blog/  dość krytyczną recenzję „Anne z Redmondu”. I sięgałam po nią z pewnymi obawami ale i nadzieją, że może ja zachwycę się nią bardziej. W końcu pierwsza część historii Anne mnie zachwyciła, druga również (a już przy drugiej czytałam krytykę nie tłumaczenia bynajmniej bo to jest rewelacyjne a samej postaci Anne, która się jakoś zmienia na niekorzyść) a tu? 
No i powiem tak, że ogólnie to różnie. Faktycznie przyznaję, postać Anne zmienia się. Nie dziwne. Gdy ją „poznaliśmy” była jedenastolatką. Teraz to dorosła kobieta rozpoczynająca i kończąca pod koniec książki, studia na Redmond College. Ale dlaczego ta Anne, która miała w sobie tyle empatii, czułości, cierpliwości i spokoju, zdaje się zmieniać w jakąś zupełnie odmienną osobę?

Najciekawiej dostrzegłam to w opisie i sytuacji nieuleczalnej w tamtych czasach chorobie koleżanki z dzieciństwa Anne. Jeśli ktoś nie chce spoilerów , uprzedzam, mogą być w tym momencie więc jeśli ktoś nie chce wiedzieć, kto zmarł, a nie pamięta z książki, niech nie czyta dalej.

Otóż to właśnie koleżanka szkolna Anne, Ruby Gillis, zapada na galopujące suchoty i w dość szybkim czasie, umiera. Refleksje, jakie snuje wokół tej śmierci Anne są, cóż, ogólnie mówiąc, paskudne. Wcale , powtarzam, wcale nie dziwię się, że niespełna dwudziestoletnia dziewczyna tak naprawdę, ledwo co stająca się kobietą, żałuje tego, że umiera, że nie przeżyje miłości, zauroczeń, śmiechu, zabawy, tańców i rozrywki. Owszem, wiem, książka pisana jest przez osobę wychowaną w kościele protestanckim i postaci do takowego należą ale hipokryzją ze strony Anne jest snucie tych rozważań (szczęśliwie jedynie względem siebie a nie głoszeniu tych myśli innym). Anne bowiem w tym samym czasie mimo wzniosłych refleksji i rozważań doskonale korzysta z życia i chociażby to, że zdobywa wykształcenie, wcale nie oczywiste dla sporej części kobiet tamtych czasów, powinno uświadomić jej, że ona żyjąc ma przynajmniej szansę na weryfikację i stwierdzenie, co jest w jej życiu priorytetem a co nie. I, nie oszukujmy się, ta sama Anne, która stwierdza, że drobne życiowe przyjemności nie powinny stanowić w życiu celu, świetnie z owych drobnych przyjemności korzysta. A jednocześnie jakby dziwiło ją, że Ruby boi się śmierci, nawet będąc osobą wierzącą i przekonaną o tym, że istnieje jakieś życie poza tym doczesnym. 

Ten moment i te refleksje młodej dziewczyny sprawiły, że spojrzałam na nią zupełnie innym okiem. Jakimś chyba surowszym. Gdzie Anne, która znajdowała czułe słowo wsparcia dla każdego. Owszem, samej umierającej przyjaciółki nie przygnębiła ale nie ukrywam, straciłam do Anne sporo ze swej pierwotnej sympatii. 

A tak poza tym, to Anne w tej części studiuje. I jak każda studentka, ma czas nie tylko na rozwój i zdobywanie wiedzy ale również na zawieranie nowych znajomości, zabawę, spacery, flirty, a nawet nieustające odrzucanie nietrafionych oświadczyn (w pewnej chwili w ogóle pomyślałam, że ta książka powinna się nazywać „Odrzucone oświadczyny”), czyli wszystko to, czego nie mogła doświadczyć umierająca koleżanka.

Nie do końca, przyznaję teraz, kiedy czytam na nowo opowieść o Anne, jest dla mnie jako czytelniczki, jasne to, dlaczego tak a nie inaczej, Anne traktuje Gilberta. To, co nie dziwi w przypadku dziewczynki, nie ma dla mnie logicznego przełożenia na traktowanie jej i odczucia w przypadku dorosłej już przecież Anne. Która z jednej strony rzekomo taka mądra, rozsądna i refleksyjna (nie daruję jej tej Ruby) a z drugiej zachowania naprawdę dziecinne i niepoważne a nadto, raniące uczucia drugiego człowieka. 

Co ewidentnie jednak mi się w tej części wciąż podobało, to nowe tłumaczenie Pani Anny Bańkowskiej. Z wielką, naprawdę wielką przyjemnością czyta się taką jakby nie było, klasykę odświeżoną i z takim przyjemnym współczesnym ale nie nachalnym, klimatem. Anne jest typową młodą osobą, która próbuje wynieść z życia jak najwięcej i najciekawiej a przy tym po prostu chce się nim cieszyć. 

Nie wiem czy ktoś poczuje się zaskoczony czy nie ale tym razem moja ocena tej części nie jest aż tak entuzjastyczna jak dwóch poprzednich części a jest nią 4.5 / 6.

Dzień blogów

Dzisiaj obchodzimy Dzień Blogów. 
A więc, czuję się w swoistego rodzaju obowiązku, odnotować ten fakt. 
I po prostu, po raz kolejny napiszę, że cieszę się, że piszę mój blog, pomimo tego, że niestety ale zmiana platformy blogowej nie poprawiła mojej blogowej sytuacji. Niemniej jednak, o czym pisałam parę razy, zdecydowanie piszę dla siebie przede wszystkim ale oczywiście, skłamałabym gdybym nie powiedziała, że jedynie dla siebie. Zawsze cieszy mnie gdy ktoś daje mi znać, że dzięki mojemu wpisowi na temat danej książki, sam po nią sięgnął. A jeszcze bardziej, gdy możemy o książkach napisać. 

Dziękuję, że odwiedzacie mój blog i serdecznie Was pozdrawiam !

Sto Lat !

 Dzisiaj 10 lat kończy nasz Syn, Jaś.

Nie chce się wierzyć, że czas tak szybko biegnie bo dopiero co trzymałam Go w ramionach po nocnym przyjściu na świat a teraz proszę, od jutra rozpoczyna naukę w klasie czwartej. 
A my  Jego rodzice, wciąż piękni i młodzi. Tak się to robi 😉 

Czego życzę Jankowi w Dniu Jego Urodzin ?
Zdrowia dla Niego i jego Bliskich. Spokoju, Pokoju, tylko życzliwych i dobrych ludzi wokół Niego. Szczęścia i tego aby nigdy nie zwątpił w to, że Jego rodzice, cokolwiek by się nie działo, zawsze są obok Niego.

Kochamy Cię, Synku !!!