„Siódma ofiara”. Aleksandra Marinina.

 Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2020). Ebook.

Przełożyła Aleksandra Stronka. 
Tytuł oryginalny 

W czasie wakacji w Gdańsku przeczytałam „Śmierć nadeszła wczoraj” Marininej ale muszę przyznać, że szło mi jak po grudzie. Przede wszystkim irytowała mnie jakoś niemoc jaka się działa w związku Nastii i Czestiakowa. 

„Siódma ofiara” to kolejna z rzędu część opowieści o Nastii Kamieńskiej, dwudziesta pierwsza w kolejności. Kryzys w związku małżeńskim Kamieńskiej został zażegnany. Przyjaciele Kamieńskiej i jej męża zostali rodzicami dorodnego chłopca , który pod opieką Iroczką pięknie rośnie. Akcja książki rozpoczyna się właśnie w mieszkaniu Stasowa i jego rodziny, gdzie Tatiana i Nastia omawiają swój pierwszy wspólny występ w telewizji, w którym to mają opowiadać o zawodach nie do końca kojarzonych z zawodami wykonywanymi przez kobiety. Obie kobiety udzielają odpowiedzi na pytania w studiu ale jest też zorganizowany telemost, podczas którego widzowie w moskiewskiej ulicy mogą zadawać pytania zaproszonym do studia gościom. 
Program powoli już się kończy gdy nagle Nastia i Tatiana widzą, że za zebranym na ulicy tłumem biorącym udział w programie pojawia się tekturowa karta z napisem, który powoduje, że obie kobiety aż cierpną ze strachu. Oczywiście program szybko zostaje zakończony a milicja rozpoczyna poszukiwanie kogoś, kto usiłuje zastraszyć którąś z występujących przed kamerą kobiet. Ale która z nich jest tą, którą chce zastraszyć ktoś z tłumu widzów? A przede wszystkim, o co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego ktoś wybrał taką a nie inną formę przestraszenia Nastii bądź Tatiany? I czy za napisanymi na kartonie pogróżkami mogą iść konkretne działania?

Niestety, szybko okazuje się,że faktycznie za pogróżkami stają fakty. Pojawia się pierwsza ofiara i szybko okazuje się, że morderca nie powiedział ostatniego słowa. 

Kamieńska rozpoczyna wyjątkowo skomplikowane śledztwo, podczas którego wiele tropów będzie naprawdę niejasnych i zapętlonych. Dodatkowo w Rosji przełomu stuleci pojawiają się związane z przemianą ustrojową problemy. Te związane z niejasną sytuacją bankową, dotykają również Kamieńska i Czistiakowa. Ale przynajmniej w tej części nie mają problemów małżeńskich. 

Intryga kryminalna trochę zbyt skomplikowana według mnie ale ogólnie czytało mi się to o wiele lepiej niż poprzednią książkę autorki. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Wszystko przez krasnala”. Małgorzata J. Kursa.

Wydana w Wydawnictwie LIRA. Warszawa (2020).

Wygrałam tę książkę w konkursie organizowanym przez portal Kawiarenka Kryminalna na Fb. Grałam z całą premedytacją, jako, że po pierwsze, chciałam przeczytać dalsze losy przygód kryminalnych Malwiny i Elizy a po drugie, absolutnie urzekł mnie tytuł i okładka książki.

Akcja książki rozgrywa się w ciągu Wielkiego Tygodnia w czasie którego Malwina i Eliza postanawiają zostawić młodych samym sobie (w nadziei na to, że ci postarają się uczynić je babciami:) ) i wybrać się na urlop na Mazury. Co też czynią.

Ale zanim trafią do kameralnego pensjonatu „Olszynka”, okazuje się, że pierwsza kwatera u zwanej Kolejarką panią Józefiną, nie przypada im do gustu. Właściwie najwięcej na kwaterę psioczy Malwina. A już taką powiedzonkową kroplą goryczy stanowi krasnal ogrodowy. Wielkiej szpetności, żeby nie rzec więcej i brutalniej. Tak czy siak, kobiety uciekają przed gadatliwą gospodynią i jej straszną ogrodową „ozdobą” i trafiają do pensjonatu „Olszynka”, gdzie fartem udaje się im znaleźć wolny pokój. Zwolniony przez aktorkę Joannę Stompkę, która opuściła w pośpiechu pensjonat.

Szybko obie panie dowiadują się, że jednak pani Stompka nie do końca opuściła kameralne miejsce. Jej zwłoki odnajdują właśnie nasze zaprzyjaźnione literacko przyjaciółki z Kraśnika i nie byłyby przecież sobą, gdyby nie podjęły się osobistego śledztwa.

Szybko poznają stałych od lat bywalców pensjonatu jak również pracujący tam dość liczny personel i usiłują rozwikłać zagadkę, kto z obecnych a przede wszystkim dlaczego, odebrał życie kobiecie?

Malwina i Eliza to „bezpieczny” duet śledczy. Można założyć, że nie w ciemię bite kobiety potrafią uporać się z kryminalną zagadką nie wolniej od niejednego śledczego. Tu nie występują jednak na swoim terenie a można rzec, na gościnnych występach. Sierżant Alfred Bryzgul, zwany przez znajomych Fredem, nie jest głupi i oto w Wielkim Tygodniu uda się zarówno jemu jak i kraśniczankom rozwikłać kryminalny problem.

Książkę czyta się bardzo szybko, akcja toczy się wartko i mimo, że dość szybko domyśliłam się intrygi, książka spełniła swoje zadanie. Miałam więc sporo rozrywki, tym bardziej, że lubię obie bohaterki.

Tak więc jeśli szukacie książki na dwa letnie popołudnia, „Wszystko przez krasnala” spełnia oczekiwania lektury dość lekkiej.

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Postscriptum”. Anna Karpińska.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2020).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Pierwsza część dwutomowego cyklu „Pamiętaj o mnie” to opisywana niedawno przeze mnie książka „List”. „Postscriptum” to rozwinięcie losów Małgorzaty Korcz, poczytnej autorki książek dla kobiet jak również jej przyjaciół i rodziny. No i przede wszystkim, tu prośba do osób, które nie czytały części pierwszej a nie chcą wiedzieć, co się zdarzy aby zaprzestały dalszej lektury tego wpisu, w „Postscriptum” rozwinięty jest wątek znajomości Małgorzaty i Jonasza Grada, którego bohaterka poznała w części pierwszej.

W tej części Małgorzata mieszka wraz z siostrą Michaliną, spodziewającą się bliźniąt. Od ujawnienia prawdy o tym, jak naprawdę wygląda historia rodziny Korczów, Zosia, najmłodsza latorośl odcina się od matki, podżegana do tego przez wietrzącego w tym zwycięstwo nad zaraz byłą żoną, tatusia i , co ciekawe, przez obie babcie. Ciekawy jest wątek relacji Małgorzaty z jej matką, które to relacje od zawsze nie jakieś bardzo gorące z czasem stają się coraz bardziej nieciekawe. Brak wsparcia ze strony najbliższych w trudnym czasie przed rozprawą rozwodową nie pomaga Małgorzacie a zajmuje się zarówno ciężarną siostrą jak i skupia się na innych zajęciach, starając się zająć niewesołe myśli.

Muszę przyznać, że tę część cyklu uważam za lepszą od części pierwszej (pomimo irytującego mnie nieco zachowania bohaterki nieco przed zakończeniem książki).
Anna Karpińska nie słodzi w swoich opowieściach. Kiedy jest rozwód z toksycznym mężem stosującym nieczyste zagrania w codziennym życiu, wtedy i sama rozprawa i czas przed nią do najmilszych nie należy.
Kiedy dzieciom wali się dotychczasowe życie rodzinne, nie kwitną i nie epatują szczęściem a raczej mają pretensje do losu a bywa, że matki, że rozbiła rodzinę.
Kiedy ktoś zdradza partnera, nie znajduje natychmiast wybaczenia i miłości.
Są i choroby i zwykłe życiowe perypetie. Są też rodzinne i nie tylko dramaty, czasem kończące się lepiej, czasem zaś bez happy endu, jak w życiu.

Czego mi zabrakło w tej części to reakcji przede wszystkim samej Zuzanny, najstarszej córki Korczów, w obliczu nowej wiedzy na temat pochodzenia kobiety. Chętnie poczytałabym coś więcej poza tym,że w sumie Zuzanna dość spokojnie przyjęła za fakt to, że Rafał nie jest jej biologicznym ojcem. Stwierdzenie, że „nigdy mnie nie lubił” wydało mi się zbyt lakoniczne.

Niemniej jednak, jak pisałam, „Postscriptum” jest według mnie o wiele lepszą i ciekawszą. Postaci wykazują się bardzo możliwymi do zaistnienia cechami jak również podejmują wiarygodne działania. To do mnie przemawia bo lubię, kiedy bohaterowie są wiarygodni i możliwi a nie sztuczni lub, co gorsza, biało czarni.

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6.

„List”. Anna Karpińska.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2020). Ebook. Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.
„List” to opowieść, której główną bohaterką jest czterdziestoparoletnia autorka poczytnych książek dla kobiet, Małgorzata Korcz, żyjąca w Toruniu.Jest też żoną lekarza ginekologa i matką trójki dzieci, studentki pierwszego roku Zuzy, maturzysty Jana i zdającej egzaminy do liceum, Zosi. Wydaje się ,że kobieta wiedzie stabilne i dość szczęśliwe życie. Nic jednak bardziej mylnego.
Akcja książki toczy się nielinearnie ale wszystko wiemy z pierwszoosobowej relacji narratorki. Poznajemy wydarzenia współczesne, w których autorka męczy się nieco nad swoją kolejną powieścią, czuwa nad dziećmi w przededniu ich egzaminów jak również wydarzenia z przeszłości, które doprowadziły Małgorzatę Korcz do obecnego punktu w jej życiu.
Oto bowiem okazuje się na ile iluzoryczne jest to, co widzą w jej życiu obserwatorzy. Małgorzata wyszła za mąż za Rafała, syna przyjaciół rodziców. Obydwoje byli sobie przeznaczeni od początku. Nie, nie los tak zadecydował a rodzice młodych, którzy wymyślili sobie, że kiedyś losy obu rodzin się połączą mariażem. 
Oczywiście nie jest tak, że młodzi byli sobie obojętni ale też z czasem związek stracił wiele emocji. Ale tuż przed ślubem Małgorzata poznała Ksawerego, w którym zakochała się bez pamięci i nie tylko straciła dla niego głowę ale też związek przyniósł bardzo brzemienne konsekwencje.Na tyle brzemienne, że Gosia chce odwołać ślub z Rafałem, jednak niestety, po trochu zagubiona we własnych emocjach, ale również bardzo motywowana przez matkę, decyduje się nie odwoływać ceremonii i oto , za namową matki, rozpoczyna swoje życie małżeńskie z Rafałem od potężnego kłamstwa. Kłamstwa, które nie tyle będzie miało krótkie nogi, bo właśnie wcale nie ale zdeterminuje całe życie Małgorzaty a w konsekwencji, całej jej rodziny. 
Poznajemy ją w momencie, gdy zajęta jest i własną książką, która jej zdecydowanie nie idzie i egzaminami dzieci ale również gdy Rafał zajęty jest swoim kolejnym romansem. Dlaczego jednak Małgorzata godzi się z kolejnymi wyskokami męża?
W tym dość trudnym dla autorki, żony i matki po jednym ze spotkań autorskich kobieta otrzymuje list od nieznanego jej mężczyzny, miłośnika jej książek. 
Szybko nawiązują udaną korespondencję listową tradycyjną pocztą a Małgorzata coraz częściej zastanawia się nad tym czy ów mężczyzna nie jest przypadkiem jej dawną miłością, Ksawerym?
Książka „List” to opowieść o dojrzałej kobiecie, która wydaje się mieć dość ustabilizowane życie rodzinne. Szału nie ma ale też wiemy, skąd pewna bierność i brak zdecydowanych ruchów bohaterki. Niemniej jednak widać, że coraz mniej komfortowo czuje się ona w zależnościach i relacjach z mężem, który od dawna właściwie jest jedynie osobą współmieszkającą z kobietą a nie prawdziwym, wspierającym partnerem. To również opowieść o tym, jak w życiu należy kierować się swoimi odczuciami i świadomie podejmować decyzje a nie zdawać się na wątpliwe rady osób zdawałoby się tych, które powinny nam dobrze życzyć.
Muszę powiedzieć, że Małgorzata nie jest postacią, którą bardzo polubiłam, denerwowały mnie jej zachowania i brak zdecydowania w kwestiach ważnych, niemniej jednak sądzę, że autorce udało się w ten właśnie sposób stworzyć postać wiarygodną i możliwą do zaistnienia. Zależną finansowo od niestabilnego uczuciowo męża, który zyskał z jej strony coś w rodzaju swoistej aprobaty dla niektórych swoich poczynań. 
Kontynuacją „Listu” jest „Postscriptum”, którą to książkę właśnie zaczęłam czytać aby dowiedzieć się jak potoczą się dalsze losy Małgorzaty i jej rodziny.
A moja ocena „Listu” to 5 / 6.

„Na obcej ziemi”. Izrael Joszua Singer.

Wydana w Wydawnictwie Fame Art. Lublin (2020).
Przełożył Krzysztof Modelski.
Jakiś czas temu udało mi się wygrać tę książkę na fejsbukowej stronie Książka zamiast Kwiatka i muszę powiedzieć, że „Na obcej ziemi”, wydana po raz pierwszy w Wilnie w roku 1925 jest jedną z najlepszych książek czytanych przeze mnie ostatnio.Na samym początku chciałabym po raz kolejny zachwycić się samym wydaniem tej książki. Mimo, że nie lubię książek w twardych okładkach, ta bardzo mi się podoba. Ma na sobie tłoczenia, złocenia a dodana wszyta wstążeczka pełniąca funkcję zakładki, jedynie dodaje jej piękności. 
Ten napisany przez brata Isaaca Bashevisa Singera, Izraela Joszuę Singera zbiór jedenastu opowiadań jest bowiem nie dość, że dobrze napisany to na dodatek, mimo upływu niemal stu lat od jego wydania, zbiór ten jest zaskakująco aktualny. Opowiadania napisane są w dobrym stylu, takim plastycznym, mięsistym językiem. Ich akcja dzieje się w Polsce i w Rosji lat dwudziestych ale mimo tego, że akcja opowiada na przykład o dojściu do władzy rewolucjonistów radzieckich, treść można odnieść do bardzo współczesnych nam czasów i okoliczności. Żądza władzy, ludzkie namiętności, pragnienia, pożądanie, realizacja swoich pragnień. Izrael Joszua Singer w przeciwieństwie do brata, przynajmniej w tych opowiadaniach, czyniąc bohaterami Żydów nie skupia się na ich tradycji, zwyczajach i kulturze. Równie dobrze bohaterami mogą być to Polacy. W opowiadaniach ważny jest bowiem człowiek jako człowiek, z podkreśloną bardzo często, mroczną stroną swojej osobowości i z grzechami, które popełnia. 
To nie są łatwe i lekkie opowiadania. Dużo tu walki, przemocy, brutalności. A przy tym wszystkim wcale nie odnoszę wrażenia, że autor cechował się jakimś ogromnym pesymizmem. Raczej zwracał uwagę na mroczną stronę człowieka i to jak zachowuje się w skrajnych dla niego sytuacjach.Lata dwudzieste to lata zarówno rozwoju II Rzeczpospolitej, wielu szans danych na rozwój kraju po odzyskaniu niepodległości ale również lata ogromnej biedy, skrajności i rozwarstwienia społeczno socjalnego. O tym także czyta się między wierszami w tych opowiadaniach. Opowiadania cechuje ów dobry styl, o którym pisałam wcześniej, jak również niezwykły realizm i jakiegoś rodzaju konkret pomimo plastyczności opisów. 
Na mnie wrażenie zrobiła większość opowiadań ale najbardziej opowiadanie „Mama”, o ludzkiej biedzie i rozpaczy do jakiejś ona prowadzi, „Krew”, przejmujące studium samotności wśród ludzi jak również o dojściu do głosu najgorszych instynktów i „Stare Miasto” o pewnym właścicielu antykwariatu na Starym Mieście w Warszawie. Ale tak naprawdę każde z tych opowiadań jest warte poznania i jest na swój sposób interesujące, niesie ze sobą jakąś prawdę. 
Moja ocena to 6 / 6. 

„Błękitny Zamek”. Lucy Maud Montgomery.

Wydana w Wydawnictwie Egmont Polska. Warszawa (2013). Ebook.
Przełożyła Joanna Kazimierczyk
Tytuł oryginalny The Blue Castle.
Wróciłam po raz kolejny do tej książki, tym razem za sprawą wyzwania książkowego, w którym biorę udział. Niestety, tłumaczenie pani Kazimierczyk nie należy do najzręczniejszych. Wybrałam to, bo moja wersja z Naszej Księgarni (z okładką Joanny w kapelusiku, zielonej sukni i w różanym naszyjniku , bo tamto tłumaczenie ma Joannę a nie Valancy , jako bohaterkę) jest niestety, dla odmiany bardzo okrojona (bardzo, naprawdę). Tak czy inaczej, powtórzyłam sobie jedną z ulubionych książek i wciąż, mimo tego tłumaczenia, zachwyca mnie ona. 
L.M.Montgomery kojarzona jest w pierwszej kolejności z rudą adoptowaną dziewczynką ale kiedy ja myślę o tej autorce, od razu właśnie „Błękitny Zamek” do głowy mi przychodzi. 
Valancy Stirling poznajemy w przeddzień jej dwudziestych dziewiątych urodzin. To kobieta młoda ale po pierwsze, wychowana w czasach gdy jej równolatki nierzadko cieszyły się już gromadką dzieci a po drugie, wychowana w okropnie surowej , nieprzyjemnej rodzinie. 
Valancy jest zahukana i pozbawiona możliwości rozwoju. W domu. Natomiast odżywa w wyobraźni. I podczas czytania książek przyrodniczych niejakiego Fostera. W wyobraźni Valancy prowadzi odmienne życie w wyimaginowanym Błękitnym Zamku, w którym niepodzielnie rządzi u boku mężczyzny (wraz z dorastaniem bohaterki zmienia się jej wyobrażanie o męskim ideale). A przyrodnicze książki pozwalają jej odkryć to, co sama chętnie by odczuła, gdyby tylko jej toksyczna rodzinka pozwoliła jej żyć pełną piersią. 
I być może Valancy (napisałam Joanna, tak jak to jest w książce znanej mi z dzieciństwa, cóż, przyzwyczaiłam się do tego, że bohaterka to Joanna vel Buba a nie Valancy zwana przez bliskich Doss) trwałaby w takim letargu, odczuwając się po części jak martwa za życia, gdyby nie pewno wydarzenie. A właściwie wizyta Valancy u lekarza. Od pewnego czasu kobieta odczuwa bóle w klatce piersiowej, jakiś rodzaj duszności. Niepokoi ją to na tyle, że pragnie zasięgnąć porady lekarza. Nie jednak tego, do którego z przykazania udają się wszyscy członkowie klanu Stirlingów, a do kogoś zupełnie innego. Wizyta zostaje przerwana nagłym telefonem, który wytrąca lekarza z równowagi do tego stopnia, że wybiega z gabinetu. 
A jakiś czas potem Valancy otrzymuje od niego list z informacją o swoim stanie zdrowia. 
I ten właśnie list spowoduje, że Valancy zapragnie podjąć walkę o to aby zacząć nareszcie żyć. Żyć pełnią życia. Nie ma bowiem właściwie już nic do stracenia. I to właśnie od tego momentu, momentu wyzwolenia Valancy , zaczyna się najlepsza część książki. 
Po raz kolejny zachwycam się „Błękitnym Zamkiem”. Czasem aż trudno jest mi wierzyć, że to książka z roku 1926. Według mnie jest zaskakująco współczesna i porusza temat aktualny wbrew pozorom i w naszych wyzwolonych czasach dwudziestego pierwszego wieku. Temat poświęcenia się innym, poświęcenia swoich marzeń w imię jakichś bardziej lub mniej zasadnych oczekiwań. To wreszcie powieść o wyzwalaniu się , o wybieraniu własnej wolności, o realizacji siebie samej i swoich marzeń. 
Moja ocena tradycyjnie niezmienna , czyli 6 / 6. 

Stefan Darda

„Nowy dom na Wyrębach”. Wydana w Wydawnictwie Videograf. Chorzów (2017). Ebook.
„Nowy dom na Wyrębach II”. Wydana w Wydawnictwie Videograf. Chorzów (2018). Ebook.

Połączę recenzję tych dwóch części trylogii „Dom na Wyrębach” albowiem w sumie druga płynnie przechodzi w trzecią.
Uprzedzam też, że jeśli przed kimś jest całość, tu mogą paść stwierdzenia, które zdradzą komuś treść tomu pierwszego a więc być może jeśli ktoś chce czytać całkiem „na świeżo”, niech może nie czyta dalej.

Strzyga, którą „poznaliśmy” w „Domu na Wyrębach” jednak zdołała pokonać Marka Leśniewskiego.
Po jego pogrzebie, który odbył się w podlubelskim Firleju, z którego nawiasem mówiąc, pochodzi Ewa Firlej znana nam z pierwszej części, okazuje się, że dom i nieruchomości dziedziczy po Marku jego najlepszy przyjaciel, Hubert Kosmala.

Hubert nie daje sobie po części rady psychicznie z tym, co stało się z Markiem. Przeczytał jego zapiski, w duchy i mary nie wierzy ale ma do siebie samego pretensje, że nie zareagował w porę i nie pomógł przyjacielowi. Być może stan psychiczny Marka pogarszał się zbyt szybko ale gdyby Hubert nalegał bardziej na rozmowę, gdyby Marka do niej „przymusił”, być może wtedy sytuacja potoczyłaby się zupełnie inaczej.

Tak się też składa, że sprawami koło domu wciąż zajmuje się on sam. Danka wraz z ich bliźniakami, Michałem i Tomkiem, wciąż nie gościli w Wyrębach. Zresztą, jakoś też i sama żona Huberta na tę wizytę nie nalega. Przykro odwiedzać miejsce, w którym zmarł przyjaciel, który był nawet Ojcem Chrzestnym jednego z synów Kosmalów.

W drugiej części „Domu na Wyrębach” poznajemy nowe postaci, w tym byłą studentkę Huberta , Martę, a z kolei Ewa Firlej, która chyba polubiła Marka Leśniewskiego, poznaje odwiedzając grób Marka, niejakiego Mikołaja.

W drugiej części widzimy też jak zło wraca a może raczej nigdy nie dało się do końca pokonać. I jak zaczyna się powoli rozlewać i zagrażać bezpieczeństwu zarówno Huberta i jego bliskim, jak również i innym osobom z kręgu znajomych Marka Leśniewskiego.

W ostatniej, trzeciej części wciąż odbywa się walka bohatera o to aby pokonać złe duchy, które najwyraźniej za cel obrały sobie tamte rejony i osoby zamieszkujące je. Czy to efekt tego, co działo się na Wyrębach w nie tak znowu odległej przeszłości? Przemawia do mnie taka koncepcja, sama wierzę w to, że istnieją miejsca, czasem nie takie małe obszarowo, w których dzieje się więcej rzeczy złych czy mrocznych. Niekoniecznie natomiast z powodu duchów.

Trylogia „Dom na Wyrębach” bardzo mnie wciągnęła. Praktycznie każda z książek okazała się „nieodkładalna”. Podobał mi się klimat, pomysł na zło, które się niejako „dziedziczy”. Na umiejscowienie go nie w ponurej rzeczywistości a w teoretycznie pięknym i spokojnym miejscu.

Z pewnością jest to seria warta poznania, jeśli ktoś oczywiście, nie zna tych książek.

Moja ocena „Nowego domu na Wyrębach” to 5 / 6
a „Nowego domu na Wyrębach II” to 5.5 / 6

„Dom na Wyrębach”. Stefan Darda.

Wydana w Wydawnictwie Videograf. Chorzów (2008). Ebook.
No, no, ale to dobra książka !Powiem tak, swego czasu nabyłam ją w jakiejś promocji (być może „okołotargoksiążkowej”) i trochę się jak to się mówi, na czytniku, przeleżała. 
Sięgnęłam teraz po nią mając chęć na coś właśnie z klimatu grozy i… było na tyle dobrze, że teraz sięgnęłam po drugą część „Wyrębiańskiej trylogii”. 
Marek Leśniewski to świeży rozwodnik. Kilkunastoletnie małżeństwo przeszło do historii a on sam z Wrocławia wraca w swoje rodzinne strony, pod Lublin. W Lublinie studiował, tam ma największego przyjaciela, Huberta Kosmalę, który wraz z żoną i synami, bliźniakami, stanowią dla Leśniewskiego namiastkę rodziny, której w sumie nie ma.
„Rzucę to wszystko i jadę na wieś!”, niejednokrotnie słyszałam takie hasła z ust osób zmęczonych życiem miejskim, które wciąż odbywa się w jakimś nakręconym tempie. Można by pomyśleć, że bohater odczuł coś podobnego ale myślał realnie biorąc pod uwagę to, że w jakiś sposób musi się utrzymać. Jako pracownik akademicki udaje mu się podjąć pracę na lubelskiej uczelni, tej samej, w której pracuje Hubert. 
Dom, który nabywa jest drewniany, dość solidny, tak, że wymagając pewnego remontu daje się w sumie zamieszkać niemal od razu. Stoi na odludziu ale Leśniewski ma jednego sąsiada, którego nie udaje się mu poznać. Natomiast prędzej niż samą osobę, pozna plotki krążące o  Antonim Jaszczuku. Podobno był kiedyś aresztowany pod zarzutem morderstwa byłej ukochanej, jednak najwyraźniej niczego nie udało się mu udowodnić skoro z Podlasia przeniósł się na drugi koniec Polski. Korzystając z tego, że dom nadaje się do zamieszkania Marek zwozi do niego pierwsze rzeczy w pudłach i rusza do Lublina załatwić sprawy na uczelni. Po powrocie zastaje rzeczy ułożone pod ścianą w jakimś komuś tylko wiadomym porządku. Komu jednak, skoro dom jest jedynie jego a w dodatku zamki nie noszą śladów włamania? 
Kiedy Leśniewski udaje się do sąsiada, Jaszczuka, z zapytaniem, co ten może wiedzieć o tej sprawie, zostaje bardzo niemiło potraktowany. 
Co do „Domu na Wyrębach” spotkałam się z paroma zarzutami. Jednym z nich było to, że tempo akcji nie rozwija się nie wiadomo jak szybko. No, nie rozwija się i to jest według mnie plus. 
Jest to bowiem ni mniej ni więcej a powieść grozy, w której świetnie zostało skontrastowane zwykłe życie, prozaiczne czynności, jakie wykonuje urządzając się w nowym, wymarzonym miejscu bohater z tym, co zaczyna wokół siebie odczuwać. 
Bohater jest miłośnikiem ptaków i w wyniku pewnych zdarzeń ma okazję obserwować je wraz z sąsiadem, Antonim, z którym zmienią się z czasem jego relacje. Umie też odróżnić odgłosy ptaków, zwłaszcza pewnego złowrogiego puszczyka, który staje się zapowiedzią wizyty kogoś? czegoś? 
Początek mieszkania w Wyrębach jest taki, jak zdaje się wymarzył sobie Marek. Otacza go cisza, spokój a co najważniejsze, natura. Ponieważ do rozpoczęcia pracy na uczelni ma jeszcze czas, może aktywnie działać nad realizacją swoich marzeń i planów. Z czasem jednak zaczyna się dziać coraz bardziej tajemniczo, mrocznie. Zwłaszcza okolice pełni przynoszą ze sobą nieprzyjemne wydarzenia. 
Akcję książki poznajemy z zapisków, czegoś w rodzaju pamiętnika Leśniewskiego. Poznając je dowiadujemy się jak powoli w życie głównego bohatera wkraczało zło i jak bardzo zaciskała się wokół niego samego pętla, prowadząca do …Ale o tym przekonacie się wy, którzy podobnie jak ja parę dni temu, wciąż macie lekturę „Domy na Wyrębach” przed sobą. 
Wielkim plusem, o czym chcę napisać na koniec, jest wykorzystanie naszych słowiańskich wierzeń i wykorzystanie motywu z nich właśnie. Jest z czego czerpać i widać, że można to świetnie opisać w książce z akcją dziejącą się współcześnie (chociaż dość dawno bo w rou 1995). Plusem jest też powolne wplatanie elementów grozy i strachu do treści a nie zbędne epatowanie nie wiadomo jaką ilością krwi czy brutalnych zdarzeń.
Moja ocena tej książki to 6 /6.

„Wyszczekana miłość”. Joanna Szarańska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2020). Ebook.

„Wyszczekana miłość” to lekka i z pozytywnym klimatem, opowieść w sam raz na letni czas.

Joanna Szarańska przyzwyczaiła nas do opowieści z poczuciem humoru, w których większość wydarzeń dobrze się kończy (i bardzo dobrze:) ) i w których ważną rolę odgrywają zwierzęta. 

Nie inaczej jest w „Wyszczekanej miłości”. Poznajemy dwie osoby i psa. A właściwie, suczkę o imieniu Terpentyna. 
Alicja Miłoszewska (niespokrewniona z autorem kryminałów i sensacji) i Piotr Cielesz to dwójka, która pozna się bardziej za sprawą małej suczki. Suczki, którą opiekuje się Cioteczka Bez Kota. 

Pedro trafia do domu cioteczki gdy chwilowo staje się osobą bez pracy i bez domu. Cioteczka udaje się na zasłużony turnus sanatoryjny do Ciechocinka a Piotr ma w tym czasie zajmować się mieszkaniem i Terpentynką, sunią w typie szpica.

Niestety, pewne wydarzenie sprawi, że sunia się zgubi. 

A następnie trafi pod opiekę Alicji i jej rodziny. Alicja również jest chwilowo bez nadziei na sukces zawodowy. Pomimo ukończonych studiów, swoją przyszłość widzi w rozwijaniu pasji. Wykonuje własnoręcznie biżuterię i torebki. 

Dwoje osób w Krakowie i mała, zagubiona sunia. Akcja poszukiwawcza Terpentyny w Krakowie a przy okazji próba poznania bardziej Alicji. Plus sporo humoru, barwna galeria zabawnych i sympatycznych postaci (prababcia Alicji też jest oryginalna), sympatyczna Terpentyna, zabawne sytuacje w akuratnych proporcjach, to wszystko składa się na udaną , jak już pisałam, lekturę. 

Dla miłośniczek słynnej Kaliny z malinowego cyklu również jest bonusik, bowiem Kalina odegra w tej książce pewną rolę. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Szepty z wyspy samotności”. Magda Knedler.

Wydana w Mando (Wydawnictwo WAM). Kraków (2020).

Trudno jest zmierzyć się z tematem wyspy Spinalonga, na którą zsyłano osoby chore na trąd i uniknąć skojarzeń z „Wyspą” Victorii Hislop. Magdzie Knedler zdecydowanie się to udało i już za samo to zmierzenie się z tematem, który z pewnością miłośnikom Grecji może kojarzyć się do tej pory z praktycznie jedną książką (mówię tu o książkach obyczajowych, rzecz jasna), daję plus.

„Szepty z wyspy samotności” to książka o powrotach. Już samo nielinearne prowadzenie akcji (poznajemy ją na bieżąco , w 2019 roku ale i z dwóch dzienników z roku 1936 i z lat po IIWŚ ) powoduje, że nie ma tu mowy o porządku. Ale ten lekki chaos, to rozedrganie ma na celu swoiste oddanie klimatu tej książki i dochodzenia do kilku prawd.

Jedną będzie odkrywał podczas pobytu na Krecie Mirek, nauczyciel akademicki. Na Krecie znajdzie się niejako pod przymusem wewnętrznym po tym jak ściągnie go tam była dziewczyna, od siedemnastu lat mieszkająca na Krecie właśnie.

Mirek będzie czytał dziennik autora, o którym nic nie wie a potem dostanie też do rąk listy, długoletnią korespondencję prowadzoną pomiędzy dwiema kobietami, z których to listów otrzyma listy jedynie jednej z ich autorek.

Rozszyfruje przy tym tajemnicę z dalekiej przeszłości jak również i tej nieco mu samej bliższej. Dowie się też przy tym czegoś więcej o kimś, kto kiedyś był mu tak bliski a kto porzucił go nagle i bez słowa.

W książce dobrze opisana jest rzeczywistość żyjących na Spinalondze osób dotkniętych jeszcze do niedawna w sumie, nieuleczalną chorobą. Wiele tych danych znałam właśnie z książki Angielki, o której wspomniałam na początku ale sądzę, że z tej dowiedziałam się właśnie wbrew pozorom więcej na temat samej wyspy, rzeczywistości ludzi tam żyjących, co również mi się podobało. Owszem, w treść wplecione są losy bohaterów, jest nawet tajemnica i sporo ludzkich dramatów i namiętności ale w centrum faktycznie pozostają oni. Cisi bohaterowie, wyrzuceni poza nawias społeczności, którzy często zmuszeni byli zakończyć swoje życie właśnie na Wyspie Samotności.

Bardzo dobra książka, nie jest niepotrzebnie rozwleczona (to też na plus oceniam, nie lubię niepotrzebnego bicia piany ).

Myślę, że jest to ciekawa lektura nie tylko dla jak ja, miłośników Krety.

Moja ocena to 5.5 / 6.