„Zbrodnia o smaku goryczy”. Marta Moeglich.

Wydana samodzielnie przez Autorkę. Ebook. Warszawa (2026).

Dziękuję Autorce, Marcie Moeglich za przysłanie mi książki do recenzji.

Przyznam się 🙂 Do zrecenzowania książki „Zbrodnia o smaku goryczy” zgłosiłam się nie znając dwóch pierwszych książek z serii kryminalnej o Marcie Kuleczce ( i jej rodzinie). A są to „Śmierć i belgijska czekolada” i „Morderstwo o zapachu kawy”. Ta niewiedza poskutkowała tym, że początkowo, przyznam, nie do końca znałam rodzinne powiązania, ale z pomocą znajomej, której dziękuję, dowiedziałam się, co i jak.
Na wstępie spodobała mi się dedykacja, a brzmi ona, cytuję „Dla wszystkich kobiet, które myślą, że już za późno”.
Zabrzmiała intrygująco swoją innością od takich tradycyjnych dedykacji, które też oczywiście są przecież dobre. Ale jednak ta była nieco inna od tego, co się widuje i tym bardziej byłam ciekawa, czy w jakiś sposób może być nawiązanie do niej w treści książki.
I sądzę, że tak.
Ale od początku. Przyznałam się do tego, że nie znałam wcześniej książek Moeglich, więc przyznam się do czegoś jeszcze. Nasza znajomość z tą książką nie zaczęła się lekko, łatwo i przyjemnie. Być może, o czym wspomniałam na początku, nieznajomość rodzinnych powiązań i poprzednich wydarzeń łączących bohaterki, wpłynęła na to. Być może. Nie zmienia to faktu, że początek książki kompletnie mi nie szedł.
Byłam tym dość zmartwiona, bo oczywiście wiem, że Marta Moeglich liczy na szczerą opinię, ale sama, jako czytelniczka, po prostu wolę pisać o czymś, co mi się czyta dobrze. Minął czas, gdy miałabym chęć popastwienia się nad czymś (nawet w taki wysublimowany sposób) dla samego sportu.
Początek więc nie szedł mi i miałam takie wrażenie, że właściwie to mam takie w stosunku do książki odczucia letnie. Przełom nastąpił w chwili, gdy, pomimo że to jest kryminał, stwierdziłam, że ja osobiście czytać będę tę książkę jako książkę obyczajową przede wszystkim. I zdarzyło się to, co lubię, nagle lektura „zaskoczyła”.

Autorka sama mieszka w belgijskim mieście Leuven i tamże umieściła akcję kolejnej książki o wspierających się zaprzyjaźnionych kobietach.

Główną bohaterką jest Teresa. Przepraszam za spolszczenie imienia. Oryginalne ma aż dwa akcenty i przyznaję, nawet czyniąc notatki pisałam imię bohaterki w polskiej wersji. Kobieta niebawem kończyć będzie osiemdziesiąt lat, od dekady jest wdową. Mieszkała do niedawna tylko z psiakiem, jamnikiem Maksimusem, a od paru lat zaprzyjaźniona jest z Martą Kuleczką, Polką, która od jakiegoś czasu mieszka obok. A z kolei Marta mieszka z mężem, dwójką dzieci i szwagierką, Misią.
Te trzy kobiety, Teresa, Marta i Misia tworzą wspaniałą drużynę. Pisałam o tym w swoich recenzjach wielokrotnie. Jest parę motywów w książkach i w filmach, które zawsze mnie „kupią”. Jednym z nich jest przyjaźń kobiet, cóż, napiszę słowo, które czasem mnie nawet trochę irytuje, bo kojarzy mi się z czymś nieco innym, niż to, o co mi chodzi, ale chodzi o taki „krąg kobiet”. Kobiet, które stają się dla siebie kimś więcej, niż jedynie sąsiadką z mieszkania obok. Stają się dla siebie rodziną. To kobiety, które wiedzą, że zawsze mogą na siebie liczyć, wesprzeć się wzajemnie. Żadna z nich nie ma poczucia, że musi nosić jakąkolwiek maskę. Może być sobą i być szczerą. Oczywiście wiadomo, że każdy z nas ma w sobie coś, co skrywa latami, co jest jego sekretem, do którego dostępu nie ma nikt poza nami samymi, ale tu przedstawione są relacje, które dają poczucie, że zawsze można chcieć samemu do tego sekretu owym kobietom dać dostęp. Cenne są takie znajomości i pewnie niezbyt częste, niestety.

Skupiłam się na wątku obyczajowym, bo ten mnie absolutnie zachwycił i wciągnął i na nim się skupiam. No, ale w tytule przecież jest zbrodnia i chcę się też do warstwy kryminalnej odnieść.
Szczerze? Wątek kryminalny jest po prostu. Według mnie dość przewidywalny, w momencie, kiedy poznajemy czas „kiedyś” powoli domyślamy się, dlaczego do zbrodni doszło.

Teresa spotyka się z Hendrikiem. Siostra starszego pana przebywa w Domu Opieki „Kwitnąca Jesień”. Bierze udział w rozmaitych zajęciach, w tym uczestniczy w chórze pensjonariuszy. Podczas jednego z koncertów, na którym obecna była też Teresa towarzysząca Hendrikowi, występ przerywa nagłe wtargnięcie do sali, w której odbywa się występ jednej z pensjonariuszek. Pensjonariuszka unosi w jednej z dłoni kość udową i oznajmia publicznie „Wykopałam go”.

I od tej pory rozpoczyna się i oficjalne dochodzenie, o kogo może chodzić i dlaczego ta osoba znalazła się zakopana w ogródku domu opieki. Oprócz policyjnego zaczyna się też i to całkiem prywatne dochodzenie, jakie będzie prowadzić ta bezbłędna trójka, czyli Teresa, Marta i Misia.
Szybko okazuje się, kogo kość w dłoni trzymała starsza pani. Chodzi o Victora, jednego z mieszkańców, który zaginął mniej więcej rok temu. Można powiedzieć, że starszy pan był miejscowym nie tyle uwodzicielem, co osobą, która lubiła zawrócić w głowie więcej, niż jednej z pań.
Ale czy karą za potencjalne niezbyt miłe i uczciwe traktowanie płci pięknej jest zabicie faceta i zakopanie jego ciała w przydomowym ogródku? Wygląda na to, że Victor, który wywodził się z szanowanej belgijskiej rodziny, miał jakieś grzechy przeszłości. Ale, czy na pewno tylko on?

W książce poznajemy akcję zarówno współcześnie, jak i ze wspomnień małej dziewczynki. Niemniej jednak nie tylko wydarzenia z przeszłości tej dziewczynki stanowią ważną część książki. Również dowiemy się sekretu z przeszłości Teresy.
Pewne sprawy ciągną się latami i czasem mamy poczucie, że ta przeszłość zbyt nas zdeterminowała, że wpływa na nasze obecne życie. Ale okazuje się, że zawsze jest czas na to, aby coś się zmieniło na lepsze, jest czas na przebaczenie i zapomnienie. Ale przede wszystkim na rozmowę z drugim człowiekiem. Bo ta stanowi istotną część relacji międzyludzkich.

Jak wspomniałam, wątek kryminalny był (według mnie, oczywiście) najsłabszą częścią książki, bo zwyczajnie był dość przewidywalny. Mocno za to Agatho Christie’owski, jakby się zastanowić, więc właściwie sama nie wiem, skąd moje do niego pretensje.  Natomiast urzekła mnie część obyczajowa i za tę zdecydowanie dodaję plusów w ocenie.

Ogólnie, to chcę podsumować to, co aż muszę wyszczególnić, a co jest według mnie świetne.
1. Uczynienie jednej z bohaterek kobietą osiemdziesięcioletnią. Tak, w posłowiu sama Autorka wspomina, że za mało jest kobiet w podobnym wieku opisywanych w książkach. Jeśli już, to już mój dodatek, to na ogół występują w roli uroczych, ciepłych starszych pań z mnóstwem dobrych rad i tacą pełną ciepłych jeszcze ciast. Tereska, mimo wieku i związanych z nim ograniczeń, wciąż wydaje się być bardzo aktywną osobą, która raczej wybierze się na wycieczkę rowerem, niż zaplanuje pięciodaniowy obiad.
2. Jeden z moich ukochanych motywów, czyli obcy sobie początkowo ludzie, którzy stają się stopniowo dla siebie wzajemnie rodziną. Ten motyw z powodów osobistych jest mi szczególnie bliski i jest to jeden z tych motywów, które mnie zawsze w książkach cieszą.
3. Fanastyczne relacje kobiet w różnym wieku i wzajemne wsparcie.
4. Plus za to, że Marta nie ugina się modom, czy sugestiom i mimo, że jej włosy są siwe, nie koloryzuje ich. Farby do włosów są świetne i super, że je mamy, ale miło też, że jakaś bohaterka lubi włosy już siwe. Bo tak. I nie chce nic zmieniać.
5. Ogromna radość za występującego w książce jamnika 😉
6. Ogromne podziękowania za to, że dedykacja nie jest po prostu dedykacją a niesie wraz z treścią książki nadzieję na to, że w naszym życiu do pozytywnych zmian i wydarzeń dojść może nie tylko gdy jesteśmy na początku naszego życia, ale i gdy jak to się kolokwialnie mówi, jest nam bliżej do końca, niż dalej…

Jak napisałam, po pierwszym gorszym wejściu w powieść stopniowo w nią się zagłębiłam i ujęła mnie właśnie swoją zwykłością, takim klimatem ciepła i pocieszenia ale we właściwych propocjach, bez nadmiernego słodu.

To wszystko ostatecznie zaowocowało oceną 5 / 6.

„Punkt zero”. Jorn Lier Horst, Thomas Enger.

Wydana w Wydawnictwie Smak Słowa. Sopot (2020). Ebook.

Przełożyła Milena Skoczko.
Tytuł oryginału Nullpunkt.Wszystko z serii Wistingiem, którą pisze sam Horst a co ukazało się jak dotąd w Polsce, przeczytałam, więc skusiłam się na zerknięcie, jak wygląda kryminał napisany przez Horsta w duecie.
I muszę powiedzieć, że mi się podobał i to bardzo.
Ta seria, która łączy dwie postaci, policjanta Alexandra Blixa i dziennikarkę Emmę Ramm.
Ich losy splotą się nie raz i sądząc po tym, że seria ma już parę części, to zapowiada się stała współpraca.
W „Punkcie zero” ktoś decyduje się przeprowadzić śmiertelną wyliczankę. Wyliczanke eliminującą osoby sławne, można powiedzieć, współczesnych celebrytów.

Alexander Blix, zmagający się ze swoją traumą sprzed dziewiętnastu lat i jego współpracownicy musi działać naprawdę szybko. Tylko nie jest to takie trywialne, skoro początkowo nie rozumie się zupełnie motywacji sprawcy. Muszą jednak jak najszybciej namierzyć tego, kto wymyślił sobie taką chorą grę.


Dobry kryminał, jak to najwyraźniej po prostu musi mieć miejsce, gdy pisze to Horst. Mam wielką chęć na kontynuację serii. A na razie sięgam po kryminał, ale myślę, że zupełnie w innym klimacie. Ale o tym, we właściwym wpisie. A „Punkt zero” otrzymuje ode mnie 6 / 6.”

„Agatha Christie. Nieuchwytna kobieta”. Lucy Worsley.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2024).

Przełożyła Alina Siewior-Kuś.

Tytuł oryginalny AGATHA CHRISTIE.

Książkę wygrałam w konkursie dwa lata temu i zrobiłam ten błąd, że nie zaczęłam jej czytać od razu. A błąd polegał na tym, że nie wiedzieć, czemu uwierzyłam w czyjąś dość przypadkową opinię, że rzekomo jest to biografia, o której są krytyczne opinie. Mój błąd naprawiłam więc dopiero teraz, i jestem ogromnie ucieszona, że jednak zrobiłam to w miarę szybko.

Świetnie napisana biografia. Szczegółowo a mimo tego, nie nudzi ani sekundy i wychodzi na to, że Agatha Christie jest tak ciekawą postacią, że nawet najdrobniejszy szczegół Jej życia jest interesujący. Fantastycznie opisane życie autorki (najbardziej chyba jednak znanej z bycia autorką kryminałów, mimo że to nie była jedyna jej działalność literacka) od narodzin aż po śmierć i to, co miało miejsce już po odejściu pisarki. Pani Lucy Worsley oddaje Agacie Christie to, co Jej należne, a mianowicie przedstawia ją nie jako jedynie autorkę książek i sztuk teatralnych ale przede wszystkim jako kobietę. Od bycia dzieckiem, dziewczynką, nastolatką aż po młodziutką dziewczynę, która zaczyna „wchodzić w świat”, następnie mężatkę, pracownicę apteki, z czasem autorkę a potem też matkę i babkę. Przedstawia dwa małżeństwa Christie i nie omija jednego z najcięższych i najbardziej tajemniczych wydarzeń w życiu pisarki, jakim było zniknięcie Agathy Christie z domu na aż dziesięć dni. Dziesięć dni, które do dziś są owiane pewną aurą tajemnicy i wciąż budzą u niektórych niepotrzebną chęć epatowania tanią sensacją.

Nie nudziłam się ani sekundy podczas czytania tej mającej niemal pięćset stron, książki.

Tak, uwielbiam kryminały Agathy Chrsitie. Tak, regularnie do nich wracam. Tak, jest moją ulubioną autorką. Ale uważam, że ta biografia jest po prostu napisana świetnie i wciąga w świat i życie Agathy Christie i jej bliskich. I może stanowić interesujący pomysł na lekturę również dla kogoś, kto nie czytał (czy to w ogóle jest możliwe??) jej książek.

Dodatkowo na plus, bo tego znieść nie mogę w biografiach – nie mamy tu w ogóle postaci Lucy Worsley. To znaczy, czytamy ten tekst tak, jakby ktoś z nami siadł i opowiadał nam przy herbacie o jednej z najbardziej znanych pisarek świata a nie musimy przy tym poznawać opinii autorki na temat tego czy owego. Jest transparentna, co uważam za ogromną zaletę przy dwóch gatunkach literackich. Reportażach i biografiach właśnie. A to wielka sztuka opowiedzieć zajmująco o kimś a nie o tym, jak ja, jako autor biografii, postrzegam daną osobę.

Polecam i to nie tylko miłośnikom Agathy Christie.

Moja ocena to 6 / 6.

„Arystokratka na kanapie śmierci”. Evzen Bocek.

 Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2026). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski. 
Tytuł oryginalny Aristokratka na smrtelne pohovce.

Najnowsza część uniwersum Ostatniej Arystokratki zaczyna się współcześnie i właściwie to to, co się dzieje w książce poznajemy dzięki dorosłej już córce naszej Ostatniej Arystokratki. Również Marii, oczywiście. 

Maria-córka spisuje nam to, co podejrzewa, że miało miejsce, powodowana, że wspomaga ją w tym matka. 

Właściwie to nie wiem, co więcej napisać, żeby nie usłyszeć oburzenia, że spoileruję. 
Zatem – SPOILER ALERT. Dalej czytacie już na własną odpowiedzialność. 

Już pierwsze zdanie „Arystokratki na kanapie śmierci” jest jak obuch w głowę. Cytuję, „(…) Moja matka, Maria III Kostka-Laun z Kostki i na Gwieździe, zmarła (…) w grobowcu zamku Kostka”. Pozamiatane. 

Po tym zdaniu poznajemy zabawną rozmowę Marii-matki ze Śmiercią, która wpadła do grobowca, w którym odpoczywała do muflonów, aby zgarnąć ze sobą kobietę. 

Książka jest krótka i jeśli ktoś z miłośników serii o Ostatniej Arystokratce ma na czytanie więcej czasu ode mnie, z pewnością wystarczy mu na przeczytanie jej jeden dzień. 
Mnie zajęło to ciut więcej, tym bardziej, że przecież jeszcze czytam biografię Agathy Christie. 

Czy mi się ta najnowsza część podobała? Owszem, chociaż strzelam focha wielbicielki serii w kwestii uśmiercenia mojej ulubionej bohaterki z tej serii. I zastanawiam się, bo pewnie Evzen Bocek ma serdecznie dość już tego cyklu, czy to pożegnanie, czy wpadnie autorowi do głowy pomysł na ciągnięcie go, ale na nieco innych warunkach. Zobaczymy. 

No i tak to się toczy. Coś się kończy i coś się zapewne zaczyna. A może i nie jest tak, że coś się kończy? Nie wiem. Chyba nie chciałabym też aby autor wiecznie odcinał kupony od popularnej serii, bo to się nigdy dobrze nie kończy. 

A moja ocena tego rozbudowanego i ogromnie zabawnego, jak cała seria,  dialogu Marii III ze Śmiercią, to 5 / 6. 

„Pociąg o północy”. Matt Haig.

Wydana w Wydawnictwie ZYSK i S-KA.

Przełożył Tomasz Tesznar. 
Tytuł oryginalny The Midnight Train. 

Ogromnie dziękuję Wydawnictwu za przekazanie mi tej książki do recenzji. 

„Pociąg o północy” to książka dziejąca się w świecie znanym czytelnikom „Biblioteki o północy” tegoż autora. Ja, przyznam się, nie znam tej książki Haiga, ale zdecydowanie nabrałam ochoty na to, aby ją przeczytać. 

„Pociąg o północy” ujął mnie już od samego początku. Spodobał mi się tytuł, jak i krótka notka wydawnicza. Czułam, że to będą „moje klimaty”, że tak może określę to kolokwialnie i okazało się, że czytelnicza intuicja mnie nie zawiodła.
To jest po prostu piękna i mądra książka. Taka, która ma ciekawie wymyślony pomysł fabularny i jest taką książką, podczas czytania której w mojej głowie rodziło się wiele refleksji i uwag. A takie cenię sobie. Nie jest to z pewnością najambitniejsza lektura czy pomysł na to, co w niej się dzieje, ale trafiła zdecydowanie na „mój” czas i co ważniejsze, nie jest to taka książka, o której po latach pomyślę, że właściwie nie pamiętam z niej nic poza ogólnym zarysem, że „podobała mi się”, a takich niestety, jest całkiem sporo. 

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy coś z przeszłości byście zmienili? Postąpili inaczej w jakiejś kwestii, podjęli odwrotną do podjętej decyzję lub zwyczajnie, zrobili coś inaczej, niż to miało miejsce? I oczywiście, czy jeśli tak, to żałowaliście, że tak naprawdę nie macie takiej możliwości? Cofnąć się i zdecydować o tym, że postąpicie w inny sposób, co może wpłynąć na wasze dalsze losy? 
A Wilbur Budd dostał taką możliwość i szansę. 

Akcja książki rozpoczyna się w roku 1974, gdy młodzi i świeżo poślubieni sobie Maggie i Wilbur Budd rozpoczynają podróż poślubną w pięknej Wenecji. I wydaje się nam, że tak pięknie zaczynający się związek dwojga ludzi, którzy znają się i kochają od lat, nie ma na swej drodze żadnych przeszkód do tego aby stać się pięknym, trwałym, zgodnym małżeństwem. 
Niestety, chwilę potem przenosimy się pięćdziesiąt dwa lata później, gdy Wilbur Budd ma ponad osiemdziesiąt lat i dostaje spektakularnego ataku serca na progu własnego domu. Nie zdradzam tu żadnych tajemnic, nie spoileruję, bo to wszystko rozgrywa się na dosłownie parunastu pierwszych stronach książki. 
Wspomniałam już, że pod koniec życia Wilburowi przytrafiła się niezwykła możliwość? A o co dokładnie chodzi? 
Oto o północy zjawia się po mężczyznę pociąg, w którym znajduje się miła mu przewodniczka po zaświatach? lustrze przeszłości? fotografiach z przeszłego życia? 
I oto Wilbur rusza w niezwykłą podróż, podczas której ma niezwykłą szansę obejrzenia swego życia raz jeszcze i dojścia do tego, czemu on, którego losy poznaliśmy najpierw jako szczęśliwego, młodego małżonka, ponad pięćdziesiąt lat później mieszka sam, nie mając od dziesiątek lat kontaktu z Maggie i przyjaciółmi. 

Osobiście jest parę motywów filmowo literackich, które ogromnie mnie ujmują i które sprawiają, że po coś do czytania lub obejrzenia sięgam w ciemno, jak to się mówi. Jednym z takich motywów jest motyw drugiej szansy. A taką najwyraźniej udało się dostać umierającemu osiemdziesięciolatkowi, który ma dojmujące wrażenie, że wszystko, co było mu najdroższe i dla niego najważniejsze, stracił w wyniku własnej głupoty. 

Czy Wilburowi uda się przebyć całą podróż Pociągiem o północy we właściwy sposób? Czy będzie się kierował każdą zasadą, jaka obowiązuje na pokładzie tego nietypowego środka lokomocji? Czy wykorzysta w stu procentach niezwykłą możliwość, jaka mu się przytrafiła , czyli możliwość spojrzenia na swoje minione życie z perspektywy osoby zmarłej i czy uda mu się coś zmienić?

Wspomniałam już powyżej, że podczas czytania „Pociągu o północy” miałam wiele rozmaitych refleksji. Oczywiście, że zadawałam sobie pytania, czy chciałabym otrzymać szansę podobną do tej, którą otrzymał Budd, ale i budziła się we mnie lekka obawa, czy gdyby faktycznie trafiła się taka okazja, umiałabym zdecydować we właściwy sposób o zmianach, które chciałabym dokonać. I skąd miałabym wiedzieć, że to że postąpię inaczej w danej sytuacji zadecyduje o powodzeniu w przyszłości lub nie zmieni jej w radykalny sposób? Wcale nie jestem więc pewna, że chciałabym mieć taką możliwość, jakkolwiek zachwycająco nie brzmiałoby to na samym początku. 
No i pozostaje też otwarta kwestia tego, czy nie jest tak, że tak naprawdę są miliony ścieżek życia danych osób, które to ścieżki wiodą w taką lub inną stronę pod wpływem działania i decyzji człowieka i czasem dosłownie jedno, wydawałoby się, drobne wydarzenie jest czymś, co radykalnie wpływa na przyszłość, a czego początkowo oczywiście nie wiemy. 
Czuję się tą książką oczarowana. Stała się ona wspaniałą lekturą, aczkolwiek przypuszczam, że mój Mąż ma już na dłuższy czas moich zachwytów nad nią i jej treścią 🙂
Czy „Pociąg o północy” spodoba się każdemu? Jak każda książka, z pewnością nie. Ale jestem pewna, że jeśli dłuższy czas śledzicie mój blog i mamy jakieś punkty zbieżne w doborze lektury, to będziecie tą niezwykłą opowieścią o niesamowitej podróży, jak ja podobnie zachwyceni. 

Nie ma innej możliwości z mojej strony, niż podarowanie jej oceny 6 / 6. 

„Cień gejszy”. Anna Klejzerowicz.

Wydana w Wydawnictwie Replika. Zakrzewo (2011).

Przeleżał się u mnie „Cień gejszy” nieprzyzwoicie długo. 
Dostałam tę książkę od kogoś, z kim już nie utrzymuję kontaktów, za to wraz z otwarciem stron „Cienia gejszy” dużo miłych wspomnień z tą Osobą się pojawiło. Miło…

Nie ukrywam, że sięgnęłam po ten kryminał dziejący się w Gdańsku głównie (ogólnie w Tójmieście) dlatego, że zachwycił mnie kryminał Anny Klejzerowicz „Puste ramy”, który czytałam dopiero co. 
Nie wiem, czemu wcześniej nie przeczytałam „Cienia gejszy”, za to teraz nadrobiłam ten błąd a lekturę miałam naprawdę udaną. 
Z posłowia od Autorki wiem, że artysta, którego drzeworyty są głównym motywem sztuki w tej książce, istniał naprawdę. Baison, bo o nim mowa, był autorem cyklu drzeworytów, które stworzone w Japonii i które jakimś zbiegiem okoliczności znalazły się w Gdańsku w latach 90-tych XIX wieku. 
Już sama ta historia, to pomysł na jeszcze inną książkę, ale tu akurat intryga dotyczy drzeworytów. 
Mijają lata i nastają czasy współczesne, gdy dziewiętnastowieczne japońskie drzeworyty znów znajdą się na świeczniku. 

Czego tu nie ma? I dawna Japonia, która akurat przechodzi czas fascynacji Zachodem i Europą, i właśnie niezwykle ciekawa sztuka drzeworytnicza dawnych czasów. I ciekawa intryga kryminalna, którą rozwiązują Emil Żądło wraz z partnerką i przyjacielem Markiem Zebrą. Drzeworyty zdają się przynosić nieszczęście obecnym właścicielom i każdemu, kto zaczyna wykazywać zainteresowanie nimi. Co przynosi pecha, czemu akurat z nimi jest związany ciąg nieszczęśliwych zdarzeń i zbrodni? Tego przyjaciele muszą się dowiedzieć, bo zła siła, która wiąże się z tymi dziełami sztuki zaczyna niebezpiecznie zbliżać się i do nich. 
Podobnie, jak w „Pustych ramach” akcja kryminału dzieje się wartko. To lubię, żadnego wleczenia się, jest wrecz filmowo. Zresztą akurat tę i poprzednią czytaną przeze mnie książkę Anny Klejzerowicz z przyjemnością zobaczyłabym w wersji filmowej (chociaż, jak się zastanowić, ostatnio ekranizowanie literatury bywa zaskakujące dla części widzów i czytelników 😉 ). Ale „Cień gejszy” aż prosi się o ekranizację i kto wie, może kiedyś się to uda?

Większość czasu akcja dzieje się we współczesnych czasach, w Trójmieście właśnie, ale wydarzenia i osoby z przeszłości odegrały w tej historii ważńą rolę. Stare grzechy rzucają długie cienie. To powiedzenie w tym przypadku jest niewykle prawdziwe. 
Cieszę się, że sięgnęłam po „Cień gejszy”. Czytało mi się ją świetnie a dodatkowo dobrze ze względu na Japonię i sztukę tego kraju. I znów warto sięgnąć do internetu, aby bardziej zgłębić temat. 

Polecam osobom, które dotąd nie czytały tej książki Anny Klejzerowicz a moja ocena to 6 / 6. 

„Utwory zebrane”. Ks. Jan Twardowski.

Tom wierszy wydany w Wydawnictwie „M”. Kraków (2002). 

Zawiera wiersze z tomów z lat 1979-1980. Zebrała i opracowała Aleksandra Iwanowska. Ten tomik wierszy księdza Jana Twardowskiego znalazłam w osiedlowej Książkodzielni i oczywiście, że musiałam go wziąć. Oczywiście nie dla mienia i dlatego, że to ukochany poeta Mamy, ale przede wszystkim dlatego, że chciałam przeczytać coś innego od tego, co znam. I nie zawiodłam się a wręcz w moim prywatnym odczuciu to właśnie ten zbiór wysuwa się na pierwsze miejsce w ocenach. Chyba nie dałabym rady żyć bez poezji, to taka myśl nie wiem, bez związku? ze związkiem? Lubię to, że jednak większość poetów ma swój własny, niepodrabialny styl i wystarczy, że zerknie się na zdania nie widząc nazwiska a jeśli znasz i czytasz wiersze danego twórcy, wiesz, że to jego autorstwa. 

W „Utworach zebranych” tu wydanych sporo oczywiście wierszy mi znanych, w tym lubiany przeze mnie (chociaż zawsze mówię, że niestety, zbyt chyba nadużywany a przez to lekceważony często) wiersz „Śpieszmy się” dedykowany Annie Kamieńskiej. Ale wyczytałam tu wiersze dla mnie nowe, lub być może te, które rzadko kiedy czytałam i zapomniałam. 

Jestem przekonana, że „W niebie”, który to wiersz nawet przesłałam Komuś dalej, czytałam po raz pierwszy. I muszę powiedzieć, że w tym zbiorze to ten konkretny wiersz jest moim numerem jeden. Wyprzedza nawet „Śpieszmy się”. 

„W niebie” jest mowa o ponownym spotkaniu z matką po śmierci, ale też muszę powiedzieć, że w ogóle ten ton ma mocno wspomnieniowo-refleksyjny ton. Nie jest to bowiem jedyny wiersz, w którym mowa o matce właśnie a i dużo tu wspomnień, pamięci o przeszłości, domu rodzinnym, o pozostałych na świecie świadectwach po ludziach, których już z nami nie ma.

Nie potrafię czytać na raz wierszy, tym bardziej, że ten tom, to w sumie tom a nie tomik i dobrze, bo jest gęsty od dobra. Tak więc i te wiersze czytałam jak sądzę z dobre dwa, jeśli nie więcej, miesiące. Miałam taki swój prywatny rytuał czytania go nocą już niemal chwilę przed położeniem się spać. Myślę, że to dobry pomysł na kontynuację. Na razie to wydanie wciąż leżeć będzie przy łóżku i zamierzam czytać go na nowo. Jest kolorowy od zakładek indeksacyjnych, ale być może dojdą nowe, kto wie? Jeśli lubicie wiersze księdza Jana Twardowskiego a nie znacie tego tomu, polecam go Wam ze szczerego serca. 

Podaję tytuły wierszy, które zrobiły na mnie bardzo wielkie wrażenie. Z wierszy z tomów z lat 1979-1980 są to: Ręce, (o dłoniach matki), O bólu, Zmieniły się czasy, Koło domu, Telefon milczy, Wszystko, co dawne, Żal, Śpieszmy się.

Z tomu „Niebieskie okulary” (1980) są to: Nie wysłuchane, Na Drodze Krzyżowej, Wiara zdziwienie, W niebie (to właśnie tu jest tak bardzo przejmująco o mamie), Ile razy.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Puste ramy”. Anna Klejzerowicz.

Wydana w Wydawnictwie Purple BOOK. Warszawa (2026).

Ogromnie dziękuję Wydawnictwu za przekazanie mi tej książki do recenzji.

Ależ miałam fantastycznie spędzony czas nad tą książką! Po pierwsze, świetna tematyka (zaginięcie dzieł sztuki), po drugie ciekawa i wartka akcja książki, po trzecie, udana intryga kryminalna. 
Dwoje dziennikarzy pracujących w dziale historycznym „Przeglądu Pomorskiego, a prywatnie para, Nina Kiryłło i Eryk Morski podejmują bez wiedzy swojej przełożonej Marzenny Kowalskiej prywatne śledztwo. 

Mieli pisać artykuł o czymś zupełnie innym, gdy w oko i w ucho wpadła im historia kolejnej kradzieży dzieła sztuki z polskiego muzeum. Tym razem chodzi o kradzież obrazu Cranacha z muzeum diecezjalnego na Śląsku. Okazuje się, że dziesięć lat wstecz, z pobliskiego miasta również zginął obraz, tym razem przypisywany nikomu innemu, jak samemu Manetowi. Dziennikarze rozprawiając o tej kradzieży zauważają dziwną zbieżność. Po pierwsze, wydaje się, że podobne zaginięcia dzieł sztuki, jak ta współczesna ze Śląska, jak i ta sprzed dziesięciu lat, która miała miejsce niedaleko, miały miejsce w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. I wszystkie te zabory dzieł sztuki łączy jeden motyw. Ogień, który pojawiał się albo w danej placówce muzealnej albo w innym miejscu powiązanym z tym wydarzeniem. Co gorsza, oprócz ewidentnych strat samych dzieł sztuki, podczas tych przestępstw ginęli też ludzie. 

Nie dziwne więc, że dawna dziennikarka śledcza, Nina, zamiast nudnego materiału, jaki miała przygotować wraz z Erykiem, wybiera ryzykowne i pełne emocji prywatne dochodzenie. Chcą dowiedzieć się, czy faktycznie coś (lub raczej ktoś?) łączy wszystkie te kradzieże dzieł sztuki i czy obecnie te kradzieże również można łączyć z tym, co miało miejsce w ubiegłym stuleciu. Ale to dochodzenie jest poza wiedzą ich szefowej, Marzanny Kowalskiej, która wyraźnie zabroniła im tego typu działań. Jednak nic nie powstrzyma osób, które czują, że ma miejsce jakaś niesamowita afera na rynku dzieł sztuki i wystawienniczym. I to jest dopiero pomysł na artykuł.

Przy okazji jestem pod wrażeniem, bo dawno nie zdarzyło się, abym w trakcie czytania książki kryminalno sensacyjnej aż tak często sięgała do internetu. A tu? Anna Klejzerowicz intrygę „Pustych ram” oparła częściowo na prawdziwych wydarzeniach. 
I tak na przykład, sprawdźcie sobie niesamowitą historię obrazu Brueghla „Kobieta niosąca żar”, który to obraz skradziony został z Muzeum Narodowego w Gdańsku w roku 1974. Odnaleziony on został w 2022 zupełnie przypadkiem, na wystawie w Muzeum w Goudzie. Wydaje mi się, że w momencie, gdy piszę te słowa, a jest to wrzesień 2026 obraz ten nie powrócił na swoje pierwotne miejsce, chociaż oczywiście są starania, aby tak się stało. Pozostaje więc mieć nadzieję, że wszystkie policyjno dochodzeniowo administracyjne działania doprowadzą do tego,że wkrótce będziemy mogli cieszyć się nim ponownie w Polsce. 
Sami więc pomyślcie, jak mogli nie sięgnąć po wręcz cisnący się pod dziennikarskie pióro, niezwykły temat Nina i Eryk? Dziennikarze zatem ruszyli w teren, aby zbadać sytuację i dowiedzieć się, czy ich przypuszczenia, że wszystkie te dotychczasowe sprawy się łączą, są prawdziwe. 

Bardzo dobrze czytało mi się tę książkę. Akcja toczy się szybko, sama tematyka dzieł sztuki i ich zaginięć z rozmaitych powodów jest dla mnie ciekawa. A dodatkowo fakt, że część z tych spraw naprawdę miała miejsce na swój sposób dodaje książce niezwykłości (chociaż wolałoby się, aby każda sprawa miała swój szczęśliwy finał). 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Trup na Nilu”. Tomasz Duszyński.

Wydana w Skarpie Warszawskiej. Warszawa (2026). Ebook.

„Trup na Nilu”, to trzecia z serii komedii kryminalnych, których akcja dzieje się w plenerze wakacyjno-turystycznym, a bohaterami są: narrator, Tomasz, Pan Pisarz, Pani Żona, Panna Córka i grono znajomych. Postaci Ziętków, małżeństwo Rózia, Staszek i ich syn Henryk, to bohaterowie również dwóch poprzednich części. Przypominam, pierwsza, w której poznaliśmy całe towarzystwo działa się przed weselem polsko-greckim mającym się odbyć na Peloponezie. Druga część z narratorem, jego rodziną, Ziętkami i grupą nowych postaci miała akcję osadzoną w Toskanii i ta część podobała mi się najmniej z trzech. A „Trup” na Nilu, to znów postaci z peloponeskiej części. We wszystkich trzech tomach nawiasem mówiąc występuje oryginalny grecki śledczy, Nikolaos Katarstropoulos. Jednak niech nas nie zmyli katastroficzne nazwisko greckiego policjanta. Okazuje się, że wraz z naszymi bohaterami sprawnie rozwiązuje kolejną zagadkę kryminalną.

Tym razem Pan Pisarz zostaje zaproszony do Egiptu, gdzie wraz z rodziną i znanymi z Grecji znajomymi, ma celebrować okrągłe urodziny. Jak to z tą pięćdziesiątką bywa (wiem, bo sama to przerabiałam w tym roku), często ma się jednak chęć na nietuzinkowe świętowanie i Pan Pisarz chyba jest z tego planu zadowolony. Tym bardziej, że naiwnie jest przekonany, że Ziętkowie z nimi nie jadą. Ale o czym byłaby ta komedia, gdyby zabrakło w niej Staszka i jego rodzinki. 

„Trup na Nilu” podobał mi się podobnie, jak pierwsza część serii. Uśmiałam się, miałam ciekawą intrygę kryminalną, trochę w klimacie Indiany Jonesa. Ogólnie, to nie ukrywam, że mam wielką nadzieję na to, że Tomasz Duszyński ma w zanadrzu pomysły na kolejne części kryminalnych przygód na wesoło. Ciekawe, do jakich miejsc nas zabierze 🙂  A tymczasem muszę też sięgnąć po inne, już nie komediowe kryminały Jego autorstwa. 

Moja ocena tej części, to 6 / 6. 

Sierpień…

 …z lekturą. Jak pisałam wielokrotnie, podczas wakacji nie czytam bardzo intensywnie. 
Ale oczywiście nie jest tak, że nie czytam nic. 
Parę tygodni temu zrobiłam sobie zapas greckiej lektury, korzystając z promocji na literaturę z Grecją w tle. 
Tym samym na czytniku znalazły się i trylogia grecka Macieja Siembiedy (w planach), ale i pierwsza część z na razie trzech książek z wakacyjnym klimatem autorstwa Tomasza Duszyńskiego. Na wyjeździe przeczytałam więc pierwszą z serii, „Moje wielkie greckie morderstwo”. Kryminał na wesoło z narratorem Tomaszem Duszyńskim, autorem poczytnych kryminałów 🙂 Występuje też znana ze strony Autora Pani Żona i Panna Córka. 
Akcja działa się na Peloponezie i z przyjemnością czytałam intrygę. Miało być wielkie greckie wesele, wyszło trochę z nawiązką, do tego zabawni bohaterowie, wesoło mija czas i pewnie dlatego czytało się mi to fajnie.
Następnie sięgnęłam po drugą część, jaką jest „Słodkie życie włoska śmierć”. Część bohaterów, jak autor, Pani Żona, Panna Córka i rodzina Ziętków zapoznana w poprzedniej części jest znajoma, część postaci nowa. Akcja tym razem rozgrywa się w Toskanii, gdzie autor prowadzi warsztaty literackie i znów dzieje zbrodnia, w którą chcąc niechcąc wplątani są nasi bohaterowie. Ta część podobała mi się trochę mniej od pierwszej, ale nie zmienia to faktu, że teraz zaczęłam czytać niedawno wydaną kolejną z tymi bohaterami. Ta część z kolei będzie się działa w Egipcie. Dopiero zaczęłam, ale już jestem ciekawa. Czyta się te kryminały z przyjemnością, można się zrelaksować. No dobrze, dzieje się tam zbrodnia, ale jest bez jakichś wielkich i drastycznych szczegółów a same postaci fajne i naprawdę, podczas lektury śmiałam się niewymuszenie. 

Odnotuję jeszcze lekturę „Czułej Przewodniczki” Natalii de Barbaro. Miałam ją od paru lat jako ebook, który dostałam od przyjaciółki a dopiero papierowa wersja jakoś tak mnie do lektury zachęciła. 
Na fanpejdźu blogu otrzymałam komentarze raczej na „nie”, właściwie chyba jeden neutralny (ktoś nie czytał tej książki) i jeden pozytywny. Z tym większą ciekawością podchodziłam do niej zaciekawiona, jak mi się spodoba. 
Po lekturze jestem na „tak”. Dobrze mi się ją czytało i nawet jeśli, szczerze mówiąc, nie ma tam jakichś wielu niewiadomo, jak nowych myśli czy refleksji, mnie to pasowało. Pomogło w jakiś sposób uporządkować chaos, jaki czasem panuje w głowie, czy w moich przekonaniach i na swój sposób ucieszyło, że pewne rzeczy postrzegam tak a nie inaczej sama a ktoś ma podobne odczucia. Miałam wrażenie, jakbym na spokojnie siadła z bliską mi kobietą i przy herbacie pogadała tak od serca. Szczerze i bez napinki a jednocześnie ta rozmowa jest czymś wartościowym a nie takim bezsensownym gadaniem o niczym. Myślę, że w dwóch zdaniach, ta książka we mnie rezonuje, tak na spokojnie. I z pewnością nie jest to coś, co bym krytykowała. Tak więc w sumie się cieszę, że podeszłam do niej bez oczekiwań w żadną ze stron. 

A co Wy teraz czytacie lub macie w weekendowych planach?