„O północy w Paryżu”. Reż. Woody Allen.

Muszę powiedzieć jedno, nie wiem, jak ten tekst brzmi w oryginale bo oczywiście zagłuszył go lektor, ale tekst, „odkąd zaręczyłem się z Inez miewam napady paniki” to tekst roku. Napiszę jedno, bardzo się cieszę, że wrócił stary dobry Allen, bo po drodze obejrzałam jego „Co nas kręci co nas podnieca”, który mocno mnie zawiódł.

Napiszę jeszcze jedno, „O północy w Paryżu” to coś w sam raz dla tych, którzy poszukują czegoś na zimowy mroźny wieczór, kiedy wiosna zdaje się być jeszcze bardzo daleka a potrzebują czegoś mocno rozgrzewającego, czegoś, co jest, jak piszą na okładce filmu, który nabyłam z pismem , „pogodnego”, z poczuciem humoru. Coś takiego było mi potrzebne i coś takiego dokładnie otrzymałam w tym seansie. Świetnie!

Woody Allen zafascynowany jest Paryżem i tym filmem oddaje miastu laurkę. Widać tę fascynację w stworzeniu Paryża, który do końca chyba nie istnieje (i wbrew temu, co pomyśleli ci, którzy film widzieli mam tu na myśli raczej fakt pustych ulic, braku korków na ulicach i braku tłumów. Bo w ten Paryż z drugim dnem, które przenieść nas może w świat najpiękniejszych przygód , spełniający nasze marzenia wierzę jak najbardziej;).

Być może film był realizowany w sierpniu, kiedy podobno Paryż pustoszeje? Nie wiem, takie moje myśli.

Oto poznajemy młodych ludzi, Inez i Gila. Ona jest bogatą z domu, młodą córeczką tatusia (który nie znosi przyszłego zięcia), on popełnia scenariusze, które przynoszą rewelacyjne pieniądze ale jego marzeniem tak naprawdę jest napisać powieść i wieść swe życie jako pisarza, najchętniej właśnie w Paryżu. Jest on nieuleczalnym romantykiem mocno skontrastowanym ze stojącą silnie na ziemi narzeczoną. Ślub w perspektywie, Inez ogląda krzesła za niebotyczną sumę, a Gil zaczyna mieć kryzys. Kryzys własnego życia, poniekąd tożsamości. 
Nie bez znaczenia jest też fakt, że zabawnym zbiegiem okoliczności nasi narzeczeni podczas tej podróży przedślubnej do Paryża spotkali znajomych. Irytującego,  przeintelektualizowanego Paula i jego towarzyszkę. Paul był ongiś miłością Inez i oczywiście szybko domyślamy się, że coś w związku z tym będzie na rzeczy.

Znudzony nieciekawym towarzystwem, które niestety przykleiło się do młodych i odczepić nie chce, Gil samotnie wędruje pewnego wieczoru po mieście i oto po północy przytrafia mu się coś niezwykłego, oto bowiem trafia na imprezę z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Sztuka art deco ma się w najlepsze,  młodzi intelektualiści i bohema artystyczna bawi się świetnie. A Gil z radością poznaje małżeństwo Fitzgeraldów,  Hemingwaya, Gertrude Stein i inne postaci bywające w tamtym czasie w niezwykłym mieście jakim jest Paryż.

Pomysł na spotkanie postaci z przeszłości, ktoś powie, nic nadzwyczajnego. Oczywiście, ale to nie przeszkadza w oglądaniu. Romantycy, osoby, które czasem mają chęć powiedzieć, że chyba nie urodziły się w idealnych dla siebie czasach, które sięgają w przeszłość, na pewno zrozumieją tęsknoty i pragnienia głównego bohatera.

Na drodze Gila stanie jeszcze piękna Adriana, które to spotkanie uświadomi bohaterowi dobitnie, czego oczekuje po swoim życiu, czego pragnie i co tak naprawdę chce w życiu robić. Przede wszystkim nie bać się własnych marzeń i pragnień.

Wszystko oczywiście okraszone specyficznym dla Allena poczuciem humoru, ale nie ciężkostrawnym, lekkim, pogodnym właśnie. w sam raz. 
No i oczywiście sądzę, że po filmie większość z nas zastanawiała się, kogo z przeszłości chciałaby spotkać, gdyby się nadarzyła taka okazja, ja siostry Kossakówny, niektórych aktorów kina przedwojennego (polskiego) i właśnie większość postaci, które spotkał Gil w filmie.

Polecam, miła rozrywka. Moja ocena to 5 / 6.