„O północy w Paryżu”. Reż. Woody Allen.

Muszę powiedzieć jedno, nie wiem, jak ten tekst brzmi w oryginale bo oczywiście zagłuszył go lektor, ale tekst, „odkąd zaręczyłem się z Inez miewam napady paniki” to tekst roku. Napiszę jedno, bardzo się cieszę, że wrócił stary dobry Allen, bo po drodze obejrzałam jego „Co nas kręci co nas podnieca”, który mocno mnie zawiódł.

Napiszę jeszcze jedno, „O północy w Paryżu” to coś w sam raz dla tych, którzy poszukują czegoś na zimowy mroźny wieczór, kiedy wiosna zdaje się być jeszcze bardzo daleka a potrzebują czegoś mocno rozgrzewającego, czegoś, co jest, jak piszą na okładce filmu, który nabyłam z pismem , „pogodnego”, z poczuciem humoru. Coś takiego było mi potrzebne i coś takiego dokładnie otrzymałam w tym seansie. Świetnie!

Woody Allen zafascynowany jest Paryżem i tym filmem oddaje miastu laurkę. Widać tę fascynację w stworzeniu Paryża, który do końca chyba nie istnieje (i wbrew temu, co pomyśleli ci, którzy film widzieli mam tu na myśli raczej fakt pustych ulic, braku korków na ulicach i braku tłumów. Bo w ten Paryż z drugim dnem, które przenieść nas może w świat najpiękniejszych przygód , spełniający nasze marzenia wierzę jak najbardziej;).

Być może film był realizowany w sierpniu, kiedy podobno Paryż pustoszeje? Nie wiem, takie moje myśli.

Oto poznajemy młodych ludzi, Inez i Gila. Ona jest bogatą z domu, młodą córeczką tatusia (który nie znosi przyszłego zięcia), on popełnia scenariusze, które przynoszą rewelacyjne pieniądze ale jego marzeniem tak naprawdę jest napisać powieść i wieść swe życie jako pisarza, najchętniej właśnie w Paryżu. Jest on nieuleczalnym romantykiem mocno skontrastowanym ze stojącą silnie na ziemi narzeczoną. Ślub w perspektywie, Inez ogląda krzesła za niebotyczną sumę, a Gil zaczyna mieć kryzys. Kryzys własnego życia, poniekąd tożsamości. 
Nie bez znaczenia jest też fakt, że zabawnym zbiegiem okoliczności nasi narzeczeni podczas tej podróży przedślubnej do Paryża spotkali znajomych. Irytującego,  przeintelektualizowanego Paula i jego towarzyszkę. Paul był ongiś miłością Inez i oczywiście szybko domyślamy się, że coś w związku z tym będzie na rzeczy.

Znudzony nieciekawym towarzystwem, które niestety przykleiło się do młodych i odczepić nie chce, Gil samotnie wędruje pewnego wieczoru po mieście i oto po północy przytrafia mu się coś niezwykłego, oto bowiem trafia na imprezę z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Sztuka art deco ma się w najlepsze,  młodzi intelektualiści i bohema artystyczna bawi się świetnie. A Gil z radością poznaje małżeństwo Fitzgeraldów,  Hemingwaya, Gertrude Stein i inne postaci bywające w tamtym czasie w niezwykłym mieście jakim jest Paryż.

Pomysł na spotkanie postaci z przeszłości, ktoś powie, nic nadzwyczajnego. Oczywiście, ale to nie przeszkadza w oglądaniu. Romantycy, osoby, które czasem mają chęć powiedzieć, że chyba nie urodziły się w idealnych dla siebie czasach, które sięgają w przeszłość, na pewno zrozumieją tęsknoty i pragnienia głównego bohatera.

Na drodze Gila stanie jeszcze piękna Adriana, które to spotkanie uświadomi bohaterowi dobitnie, czego oczekuje po swoim życiu, czego pragnie i co tak naprawdę chce w życiu robić. Przede wszystkim nie bać się własnych marzeń i pragnień.

Wszystko oczywiście okraszone specyficznym dla Allena poczuciem humoru, ale nie ciężkostrawnym, lekkim, pogodnym właśnie. w sam raz. 
No i oczywiście sądzę, że po filmie większość z nas zastanawiała się, kogo z przeszłości chciałaby spotkać, gdyby się nadarzyła taka okazja, ja siostry Kossakówny, niektórych aktorów kina przedwojennego (polskiego) i właśnie większość postaci, które spotkał Gil w filmie.

Polecam, miła rozrywka. Moja ocena to 5 / 6. 

biografie…

…autobiografie, książki o postaciach, które mnie intrygują i które ciekawią. Kilka takich w dość niedalekim siebie czasie pojawiły się w księgarniach.
Pierwsza to Mariusza Urbanka, o Władysławie Broniewskim „Miłość, wódka, polityka”. Bardzo jestem tej biografii ciekawa, jako, że nie wiedziałam, że w jakiś sposób łączy mnie też z Broniewskim fakt śmierci dziecka. Fakt, że w zupełnie innych okolicznościach, ale fakt faktem pozostaje.

Druga książka to o moim kiedyś ulubionym polskim aktorze, czyli Marioli Pryzwan „Cybulski o sobie”. Jak się domyślam, zbiór wywiadów aktora ale nie tylko, książka powstała na podstawie archiwalnych materiałów o aktorze, listów itd. 

Trzecia zaś książka, o której usłyszałam dosłownie parę dni temu, to o Elżbiecie Czyżewskiej, czyli „Elka” Izy Komendołowicz. Tak się złożyło, że czas jakiś temu przypomniałam sobie dwa filmy z jej udziałem, komedie, „Giuseppe w Warszawie” (tu również gra Zbyszek Cybulski) i „Żona dla Australijczyka”. 

Może ktoś z Was czytał już którąś z tych książek? Szczególnie ucieszyłaby mnie opinia na temat tej o Broniewskim i Cybulskim. 
 

„Służąca”. reż. Sebastian Silva.

Ale Kino! prezentuje od niedawna film chilijskiego reżysera, który to film „Służąca” (tytuł oryginalny „La Nana”) jest według mnie wart obejrzenia. Ja w ogóle chętnie sięgam po kino latynoskie nazwijmy to czy ogólnie bardziej, hiszpańskojęzyczne. 

Jest to film z gatunku, w którym akcja nie przewija się jak w kalejdoskopie, ba, ktoś może nawet powiedzieć, że jest nudny i na pewno miłośnicy kina akcji nie mają co sięgać po ten film, to zupełnie nie ten adres. Z kolei ci, którzy lubią filmy z niby to niespiesznie dziejącą się akcją, ale w gruncie rzeczy mocno dotykające jakiś konkretny problem, nie sądzę aby czuli się po projekcji zawiedzeni. 

„Służąca” to film zrealizowany głównie w pomieszczeniach, domu państwa Valdesów, u których służąca Raquel (rewelacyjnie zagrana rola Cataliny Saavedry) pracuje dobrze ponad dwadzieścia lat. Poznajemy ją w dniu szczególnym, w dniu jej czterdziestych pierwszych urodzin, kiedy to jej pracodawcy organizują jej małą niespodziankę z tortem i prezentami. Raquel nie wydaje się jednak tryskać radością. Raczej odnosi się wrażenie, że wręcz chwilami przyjmuje należny jej hołd.

Raquel sprawia w ogóle wrażenie jakby to, że pracuje gdzie pracuje było należnym jej przywilejem a nie pracą po prostu. Przez większość filmu ta postać nie daje się po prostu lubić, ba, budzi wręcz naszą, widza, irytację. Nie owijając w bawełnę, bardziej denerwuje, niż budzi naszą sympatię czy współczucie, nawet jeśli widzimy szybko, że ma jakieś problemy ze zdrowiem. 
Pewnie łatwiej byłoby skonstruować film o służącej na zasadzie tak lubianego przez niektórych schematów czyli ci źli, okrutni pastwiący się nad nią państwo z fumami i ta biedna znękana przez nich służąca. Nic bardziej mylnego. Państwo domu są jak najbardziej ok w stosunku do kobiety, wręcz oferują pomoc.

Ktoś może spytać ale czy na pewno traktują ją jako członka rodziny? Chyba nie ale też szczerze, nie uważam, aby mieli taki obowiązek. Przyjmując ją jako młodą dziewczynę do pracy został wyznaczony konkretny podział ról, jak wszędzie indziej, tak naprawdę czyli pracodawca (w tym przypadku miły, niedręczący, nie czepiający się) i pracownik, z konkretnym zakresem obowiązków, na który się zgodziła. Raquel, która bywa, że potrafi odezwać się bardzo nieładnie do któregoś z członków rodziny, szczególnie najstarszej córki pracodawców, młodziutkiej Camili, która wyraźnie czuje, że Raquel jej nie cierpi, co nie jest dalekie od prawdy.  

Rodzina zauważa, że Raquel nie daje rady swoim obowiązkom i stara się jej pomóc zatrudniając dodatkową pomoc domową, wszystko, aby ta mieszkająca z nimi tyle lat Raquel czuła się odciążona. Wydaje się, świetny pomysł. Nie dla demonicznej Raquel, która tak wczuwa się w rolę jedynej możliwej w TYM konkretnym domu służącej, że wręcz brzydzi się fizycznie kolejnych pomocy przyjmowanych przez pracodawców (sceny odkażania wanny po każdym prysznicu kolejnych kobiet). Raquel zdaje się myśleć, że uda się jej wykazić obecność każdej rywalki bo tak właśnie traktuje kolejne kobiety mające jej przecież pomóc. 
Scenami, które z czasem wręcz bawią, a dla Raquel stają się ni to rozgrywką ni to rozrywką ni to nauczką wymierzoną w kierunku rywalek jest to, co robi za każdym razem, kiedy kolejna pomoc domowa opuszcza na chwilę domostwo. Otóż Raquel zatrzaskuje drzwi i nie wpuszcza do domu zmuszając kobiety do krzyków, nawoływań i płaczu wręcz, podczas kiedy ta z zadowoloną miną wędruje na piętro willi aby tam przy włączonym odkurzaczu z miną satysfakcji udawać, iż tak naprawdę nic nie słyszała.  

Jak pisałam, reżyser nie stara się uczynić z tej postaci kogoś miłego, serdecznego, sympatycznego, wręcz odwrotnie, co tylko dziwi i może nawet budzi uśmiech kiedy słyszy się to, co opowiada o sobie innym Raquel, czyli jakoby była uwielbiana przez dzieci. 

Dopiero poznana kolejna pomoc zatrudniona przez pracodawców, którą początkowo Raquel również stara się szybko wygryźć okazuje się kimś kto zmieni życie tytułowej bohaterki. Lucy bo o niej mowa, szybko orientuje się jak naprawdę czuje się Raquel a mianowicie raczej jako zagubiona, przerażona dziewczynka, która każdy gest niemal traktuje jako zamach na swoją wypracowaną latami niezależność.

Robi się jej żal kobiety i w jakiś niezwykły sposób zamiast jak poprzedniczki, walczyć z nią, umie ją obłaskawić i tak postępować, że wydobywa z tej kolczastej skorupy Kogoś, realną Postać. Raquel, nie po prostu służącą. I chociaż długo w domu nie będzie, to właśnie od spotkania z nią życie Raquel się zmieni. Spotkałam się ze zdaniem, że zmiana Raquel nie jest na stałe i że jest chwilowa. Ja chcę wierzyć, że jest jednak inaczej, że Raquel coś sobie przemyślała, coś zrozumiała.

Jest to film o zatraceniu się we własnych niestety i tylko własnych złudzeniach. W przekonaniach, które sami sobie ukuwamy czasem w krótszym czasem w dłuższym czasie i często niestety, w nich tkwimy. U nas ten film tak naprawdę nie musiałby się nazywać „Służąca” a może „Matka Polka” ,taka, która poświęciła się innym nie zważając, że nie zawsze trzeba było aż tak mocno aż tak silnie, ba, że druga strona wcale tego w takim stopniu nie potrzebowała. I potem tym bardziej boli to nieprzyjemne odkrycie, którego się dokonuje, czyli właśnie, że się człowiek gdzieś w tym wszystkim zagubił, że to wcale nie było potrzebne, niestety. Że się zatracił w jakimś wyimaginowanym swoim własnym obrazie. 

Przyznam się, że ja przez większość filmu zastanawiałam się nad kondycją psychiczną głównej postaci, czy ona przypadkiem nie ma jakichś większych problemów i kto wie, może jednak je ma. Ciekawe zestawienie z książką „Okruchy dnia”, którą niedawno czytałam i w której również przedstawiono oddaną postać służącego, który jednak zupełnie inaczej sam swoją rolę odbiera i nie zachowuje się w taki sposób jak bohaterka. On zdaje się nie rościć praw do innego niż to, w jakim jest układzie, Raquel wydaje się miotać i być niepewną. 

Co jeszcze? Reżyser zadedykował film dwóm kobietom, po tym, że pojawiło się samo imię i wizerunek pań w służbowym mundurku, wnioskuję, że służącym znanym mu z własnego domu. Jak bowiem podobno jest (tak mówiono w dyskusji przed filmem) w Chile klasa średnia posiada takich pracowników i nie jest to żadna nadzwyczajność, ba, wręcz jest to norma. 
Zastanawialiście się kiedyś, jak by to było mieć służącą? Ja nie wiem, czy bym chciała. Fajnie jest mieć kogoś, kto pomoże sprzątnąć, ale kawę, posiłek itd wolę przygotować sama i nie lubię ponadto, jak ktoś obcy kręci mi się po domu. Nie umiałabym sobie wyobrazić kogoś mieszkającego na stałe i przebywającego w domu. I ciekawe czy naprawdę jest tak, jak powiedziano, czyli, że klasa średnia w Chile właśnie służące posiada.

Tak czy inaczej, film jest z gatunku tych, które lubię, czyli niby powolny, niby o niczym a daje do myślenia i zastanowienia się nad wieloma aspektami.

Mnie się bardzo podobał, polecam.

Moja ocena to 5 / 6. 

„Moonraker”. Ian Fleming.

Moonraker

 

Wydana w Przedsiębiorstwie Wydawniczym Rzeczpospolita SA. Warszawa (2008).
Przełożył Robert Stiller. Tytuł oryginalny Moonraker.

Jedna z lepszych części o Bondzie, jaką do tej pory przeczytałam. No i jak dotąd pierwsza, której akcja w całości dzieje się w Wielkiej Brytanii. Nie wiem, czy jeszcze któraś książka z „Bondowego” cyklu dzieje się tylko w WB, ta tak i mimo, że tym razem Bond nie odwiedza jakiegoś pięknego, najczęściej egzotycznego miejsca aby tam uratować jak zwykle świat od problemów, czyta się ją bardzo dobrze a to ze względu na ciekawą akcję i pomysł. Warto pamiętać, kiedy ta książka powstała i że okres „zimnej wojny” odciskał się piętnem nie tylko na dwóch najbardziej zainteresowanych narodach czyli ZSRR i USA ale , co oczywiste, na ich sojusznikach.

Oto pewnego nudnego dnia M zwraca się do Jamesa Bonda z nietypową prośbą. Oto bowiem niepokoi go zachowanie pewnej osoby „na świeczniku” jakim jest brytyjski bohater, ocalały w czasie wojny Hugo Drax, który to jest uwielbiany przez naród. Ten człowiek nie dość, że ocalał w szczęśliwy sposób z wojennej zawieruchy, nie dość, że miał pomysł na rozkręcenie interesu i zrobienie wielkich pieniędzy to wystąpił w nietypową prośbą do Królowej Wielkiej Brytanii. Otóż w dobie niepokoju, niepewności co wydarzyć się może na arenie międzynarodowej, zaoferował się stworzyć i za własne finanse ufundować superatomową rakietę zdolną odeprzeć ewentualny atak ze strony wrogów Wielkiej Brytanii. I jak tu ten człowiek nie może być bohaterem?

Dlaczego więc niepokoi on M? A dlatego, że M grający z Hugo Draxem w karty w pewnym elitarnym klubie dla angielskich dżentelmenów zauważa pewnego dnia, iż ów nieskazitelny bohater…oszukuje podczas gry w karty. Może to dla kogoś nic nie znaczący drobiazg ale dla pryncypialnego M staje się to powodem do niepokoju i zaprasza on Jamesa Bonda na wspólny obiad i partię kart właśnie w tym klubie. Partia kart ta ma za zadanie odkryć, czy faktycznie Drax oszukuje w kartach i jeśli tak będzie, dać mu bolesną nauczkę. Co Bond oczywiście chętnie uczyni jako, że jest to człowiek, który przecież zna się na wszystkim i umie wszystko;)

Dość szybko po tej partyjce drogi Bonda i Draxa przetną się ponownie jako, że w wyniku zaistniałych dramatycznych okoliczności Bond będzie musiał pomagać Draxowi w śledztwie dziejącym się na terenie zakładu,  w którym powstaje super rakieta. 
Co oczywiście zaowocuje rozwojem akcji, jej wartkością i zmianą wydarzeń niczym w kalejdoskopie. 

W tej części ponownie Bond dostanie prztyczka w nos od płci pięknej, ale …nie chcę za wiele zdradzać;)

Moja ocena to 5.5 / 6.

 

 

 

Rok Wodnego Smoka…

…rozpoczął się dziś w kalendarzu chińskim. Co oznacza, że rozpoczął się MÓJ rok, jako, że jestem Smokiem  a raczej- Smoczycą. Z tej okazji życzę wszystkim Smokom Najlepszego Szczęśliwego Roku Smoka. Niech spełnią się Nasze Marzenia, Plany, niech Miłość nam dopisuje i co też ważne, niech nie braknie dóbr wszelakich;)

„Okruchy dnia”. Kazuo Ishiguro.

Okruchy dnia

 

Wydana w Wydana w Wydawnictwo Albatros. Andrzej Kuryłowicz. Warszawa (2008). 

Przełożył Jan Rybicki. 
Tytuł oryginału The remains of the day.

I pomyśleć, że jakoś do tej pory nie przeczytałam tej książki, ale nie szkodzi, na wszystko jest czas, więc i najwyraźniej na tę książkę przyszedł czas właśnie teraz (teraz przede mną jeszcze ekranizacja).

„Okruchy dnia” to relacja w pierwszej osobie, wspomnienia kamerdynera Stevensa. Jego opowieść toczy się podczas podróży fizycznej, w ramach odwiedzin do pani, która ongiś pracował wraz ze Stevensem po Wielkiej Brytanii ale jest to też podróż w głąb siebie i do wspomnień. Taka podróż w czasie.  

Stevens (przez całą książkę nie poznamy nigdy jego imienia co też jest ważne) całe swoje życie był kamerdynerem u lorda Darlingtona. Obecnie jego sytuacja uległa zmianie, od trzech lat bowiem posiadłość ma w posiadaniu Amerykanin co oznacza nowe realia dla Stevensa, który przywykł jednak do większego rozmachu w prowadzeniu domu. Stevens zostaje praktycznie wysłany przez nowego pracodawcę na urlop, którego jak dotąd praktycznie nigdy nie miał. Postanawia wykorzystać go jako pretekst do odwiedzin panny Kenton, która całe lata również pracowała u lorda Darlingtona. Ich wzajemne relacje szczególnie kiedy żył jeszcze ojciec Stevensa również kamerdyner początkowo niełatwe z czasem uległy poprawie. Jednak nigdy nie zrozumiał on, jak ważnym był właśnie dla panny Kenton, która po latach służby, wzięła ślub i wyjechała z mężem w inną część kraju.

Poznajemy przeszłość jedynie z perspektywy Stevensa. Szybko orientujemy się, iż był on tą osobą która całe swoje życie poświęciła swojemu zawodowi a może określę to inaczej „byciu kamerdynerem”. To, co nas jako czytelników może wręcz przerażać, a mianowicie całkowity fakt oddania swego życia praktycznie lordowi dla Stevensa jest jedynie oznaką bycia znakomitym kamerdynerem. Stevens postawił sobie w swoim życiu cel, bycia kamerdynerem doskonałym. I właściwie zaczyna być nieszczęśliwy dopiero w chwili kiedy zmienia się własciciel posiadłości i staje się on kamerdynerem Amerykanina, który aż tyle od niego nie wymaga i nie zwraca uwagi na konwenanse. Oddanie Stevnsa było do tego stopnia wielkie, że aż bezkrytyczne, nie widział on pewnych oczywistości jakie miały miejsce podczas życia lorda Darlingtona. 

Zaglądając do opinii o książce spotykam się z powtarzającym się motywem, że podróż, jaką odbywa Stevens uświadamia mu, że zaprzepaścił swoje życie i swoje szczęście, do którego przecież miał prawo. Ale ja nie zgadzam się z tą teorią. Według mnie to odczucie posiada pod koniec lektury jedynie jej czytelnik, Stevens nie odczuwa tego smutku czy przygnębienia i szczerze mówiąc, chyba bardzo dobrze. 

Na koniec cytat, który według mnie o tym właśnie mówi:

„Cóż bowiem można osiągnąć ciągłym grzebaniem w przeszłości i oskarżaniem siebie samego o to, że w życiu nie powiodło się całkiem tak, jak można by sobie tego życzyć? Tak już jest, że dla takich jak my nie ma większego wyboru, jak tylko pozostawić ostatecznie nasz los w rękach tych, którym służymy: wielkich panów, znajdujących się w samym centrum spraw tego świata. Po cóż zamartwiać się tym, co się zrobiło, czy nie zrobiło. Że życie przyjęło taki czy inny obrót? Takim jak my powinno wystarczyć, że starali się choćby w najskromniejszy sposób przyczynić do tworzenia tego, co jest prawdziwe, co ma jakąś wartość. A jeśli ktoś z nas gotów jest poświęcić większą część życia takim właśnie aspiracjom, już to samo w sobie jest powodem do dumy i zadowolenia, niezależnie od osiągniętych rezultatów”.

Ta książka mimo gorzkiej w rezultacie wymowy nie przygnębiła mnie jednak. Daje na pewno do myślenia. 
Moja ocena to 6 / 6. 

o prezentach…

…będzie.

Najpierw zbiorowe podziękowania raz jeszcze dla ewyzdublina za prezenty z Lizbony, które przypomniały, jak bardzo kocham to miasto i jak się cieszę, że mogłam w nim być, ica72 za kalendarz z Audrey Hepburn (nie, nie z Avanti a ze Zwierciadła, listopadowego, nie mam pojęcia, jak go zdobyłaś a ujęło mnie, że postanowiłaś go zdobyć dla mnie po naszej rozmowie, w której powiedziałam, że go przegapiłam i że z Audrey właśnie chciałabym mieć;) i Judytty za przepiękna bransoletkę do kolczykowego kompletu z kwarcami wiśniowym i różowym i kryształem górskim. Rozpieszczacie mnie Dziewczyny stanowczo, ale bardzo, bardzo to miłe (nie będę ściemniać, że nie).

Sama ostatnio kupiłam kilka prezentów, tak się złożyło. Część właśnie poszła pocztą w różne strony świata, jeden sobie czeka na razie na czas wysyłki. Mam nadzieję, że nikt się nimi gdzieś na pocztach nie zainteresuje i że moi odbiorcy ucieszą się z nich i że przede wszystkim się spodobają. O prezentach a raczej taktyce kupowania tychże pisałam już kilka razy. A na pewno raz, to wiem, bo nawet odkopałam stareńki wpis. W każdym razie ofiarodawcy dzielą się na dwa rodzaje, tych, którzy kupując prezent kierują się gustem, upodobaniami i zainteresowaniami obdarowywanego i tych, którym musi się podobać prezent, który kupują dla innych. I nie ma bata. 
Moja Mama właśnie jest z tych, sama to mówi, którym prezent musi się podobać. Ja odwrotnie, myślę tylko o tym, czy osobie, której go kupuję się spodoba. I tak, zdarza mi się kupić coś, co nie jest moim marzeniem, ale wiem, ( i potem to się potwierdza), że ktoś, komu go wręczę będzie się podobał. 

A Wy? Do której grupy prezentodawców się zaklasyfikujecie?

 

„Pozdrowienia z Rosji”. Ian Fleming.

Pozdrowienia z Rosji

 

Wydana w Przedsiębiorstwie Wydawniczym Rzeczpospolita SA. Warszawa (2008).

Przełożył Robert Stiller. Tytuł oryginalny From Russia with Love.

Przygody o najsłynniejszym agencie świata czytam nie do końca chronologicznie, ale nie szkodzi, każda z opowieści jest przecież odrębną. Tym razem przeczytałam „Pozdrowienia z Rosji”, która to na samym końcu wyjaśnia dlaczego w następnej części, czytanej już przeze mnie czyli „Doktorze No” M wysyłający Bonda na misję myślał, że 007 połączy akcję z rekonwalescencją po wydarzeniach, które miały miejsca w „Pozdrowieniach z Rosji”.

„Pozdrowienia z Rosji” rozpoczynają się od momentu kiedy służby specjalne ZSRR a szczególnie budzący największą grozę wydział Smiersz decydują się na jakąś spektakularną akcję przeprowadzoną niebawem. Oto bowiem odnoszą oni od pewnego czasu porażki i orientują się, że taka akcja, która odbije się szerokim echem w świecie pogrąży któryś z obcych wrogich wywiadów i wzmocni morale radzieckiego wywiadu. Podczas narady decyzja zostaje podjęta dość szybko, na ofiarę akcji zostaje wybrany Anglijskij szpion czyli James Bond. Opinia o nim jest dobra, i stanowi on świetny cel ataku. Tym bardziej, że zlikwidowanie go według radzieckiego wywiadu przyniesie temuż wywiadowi korzyści nie tylko pod postacią dobrej opinii ale i korzyści bardziej wymierne, jako, że jest przez radziecki wywiad oceniany jako niebezpieczny wróg ZSRR.

Trzeba tylko szybko wymyślić, jaką to słabą stronę ma ten pan i oto oczywiście odpowiedź jest szybka i prosta-jego słabość to kobiety. Wywiad więc wpada na pomysł wysłania Bondowi pięknej kobiety jako przynęty oczywiście z całą wymyślną intrygą, która zwabi go w pułapkę.

Tatiana Romanowa ma co prawda udawać zakochaną w przystojnym Bondzie ale szybko przestaje grać gdy urok Jamesa podziała na nią jak na wiele innych kobiet przed nią i po niej.

Oboje poznają się na terenie Turcji gdzie będzie działa się spora część akcji książki i to stąd ruszają do Europy słynnym pociągiem a mianowicie Orient Expressem, w którym to również będzie się działo wiele i na pewno podróży nie będzie można zaliczyć do najspokojniejszych.

Kiedy oglądam ekranizacje książek o Bondzie odnoszę wrażenie, że są o wiele bardziej seksistowskie niż książki. W książkach Ian Fleming co prawda faktycznie tworzy z Jamesa Bonda postać, który rozsiewa wokół siebie czar, któremu kobiety nie mogą się oprzeć, ale na swój sposób czyni z niego na swój sposób nawet romantyka, jak nazwałabym to. W tej na przykład części Bond daje się złapać jak dziecko na tę intrygę ale nie tylko dlatego, że lubi korzystać z życia a według mnie raczej na skutek tego, że gdzieś w nim w głębi duszy poruszona została jakaś nuta romantyzmu, uczucia nie opartego na wyrachowaniu i okazji…To oczywiście moje zdanie i jak zwykle twierdzę, że nie trzeba się z nim zgadzać.

Moja ocena to 5 / 6.

„Storia, storia…”. Mayra Andrade.

Zdaje się, że Komuś z Was obiecałam, że dam znać, jak podoba mi się prezent -niespodzianka od Monoli, czyli płyta „Storia, storia…” Mayry Andrade. 

Otóż-podoba się i to bardzo! Dla osób, które mnie znają, wiadomo, klimaty muzyki ze słońcem (czyli kubańska, brazylijska itd) zawsze będą świetnym pomysłem na prezent dla mnie.

Tej pani nie znałam, najwyraźniej jakoś jej u nas nachalnie nie promują a szkoda. Nie podoba mi się, że jeśli już coś na jej temat znalazłam, to jedynie pod kątem jak to jest ona godną następczynią Cesarii Evory. Przy całym szacunku do obu pań, wydaje mi się, że na szczęście tak nie jest, każda z nich jednak ma swój odrębny indywidualny styl i…bardzo dobrze.

Znam jedynie tę płytę więc siłą rzeczy trudno mi powiedzieć, jak śpiewa na innych, ale ta cechuje się świeżością, przebija z niej siła młodości, słońce wręcz bucha, czuje się je gorące na skórze kiedy się słucha piosenek Mayry.

Ja miałam wrażenie, jakbym siedziała z nią w jakiejś nadmorskiej kafejce, sączyła jakiegoś drinka i słuchała jej opowieści. 

Mnie się bardzo podoba, moja ocena 5.5 / 6.

A moja ulubiona piosenka z tej płyty to Seu…


„Powrót nauczyciela tańca”. Henning Mankell.

Powrót nauczyciela tańca

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011).

Przełożyła Ewa Wojciechowska.
Tytuł oryginalny Danslararens aterkomst.

Gdzie była zbrodnia będzie i kara. Prędzej czy później ale będzie. To zdanie wydaje się być mottem przewodnim tej książki Mankella. W tej opowieści dodatkowo nie będzie komisarza Wallandera, poznajemy Stefana Lindmana, który to trzydziestosiedmioletni mężczyzna dowiaduje się właśnie, że jest poważnie chory. I swój urlop zdrowotny nieco przypadkowo przeznaczy na śledztwo z kolegami z zupełnie innej części Szwecji. 
Oto były współpracownik Lindmana – Herbert Molin zostaje zamordowany w głuszy, do której wyniósł się po latach pracy na posterunku. Początkowo nikt nie wie, co było powodem zbrodni. Stefan Lindman udaje się w tamte odległe rejony aby zapoznać się ze sprawą ale nic poza tym, jednak zostaje mimowolnie wplątany w całą sytuację i potem już siłą rzeczy wspomoże kolegów z tamtejszgo posterunku w prowadzeniu dochodzenia. Tym bardziej, że niebawem po zamordowaniu byłego policjanta zostaje zamordowany jego sąsiad. I tak naprawdę wydaje się, że nie ma ani jednej łączącej ich sprawy, która do morderstwa mogłaby doprowadzić.

Ale jak napisałam na początku, „gdzie była zbrodnia będzie i kara” a więc akcja tego kryminału rozpoczyna się prologiem mającym miejsce w roku 1945, gdzie dokonują się konkretne rozliczenia. Nie do końca satysfakcjonujące wykonawców. Natomiast dokończenie rozpoczętych rozliczeń będzie miało miejsce w roku 1999 gdzie w okresie października i listopada będzie mieć miejsce dalsza część tej „Powrotu nauczyciela tańca”. 

Stefan Lindman zaczyna sobie przypominać dawnego współpracownika, który na tyle nie socjalizował się z nikim, że nawet nie bardzo mógłby nazwać go „kolegą”. Przypomina sobie, że Herbert Molin wyraźnie czegoś się obawiał, co może potwierdzać fakt, że na emeryturze wyniósł się w głuszę. Tak więc wygląda jakby przed czymś uciekał. I chyba miał powody, skoro sprawca zostawia wyraźny „znak”, że zbrodnia na pewno nie jest przypadkowa. Otóż zostawia krwawe ślady układające się w krok tanga. Lindman będzie zmuszony ułożyć nietypowe puzzle, czyli ułożyć bardzo dziwną układankę życia byłego współpracownika.

To nie jest typowy kryminał. Nie jest tak, że przez całą książkę śledzimy akcję aby dopiero na końcu dowiedzieć się kto popełnił zbrodnię. Dość szybko orientujemy się , jakie mogą być motywy morderstwa jak również szybko poznajemy sprawcę zbrodni. Wraz z nim przemierzamy tereny górskie i leśne i jesteśmy świadkami jego walki z samym sobą i demonami przeszłości.

Bowiem, jak to bardzo często bywa u Mankella, korzeni tego, co dzieje się współcześnie szukać musimy w przeszłości. W tym przypadku bardzo dalekiej przeszłości. Nie jest to też tradycyjny kryminał bowiem, co nie dziwi w książkach Mankella, jak zwykle sporo tu wręcz publicystyki, którą jednak autor według mnie oczywiście podaje w sposób strawny. 

Grzechy z przeszłości ciążą nad dzisiejszymi pokoleniami, nie udało się ich zmyć podczas dziesiątków lat. Ba, problem, wokół którego krąży akcja książki czyli faszyzm w dzisiejszym świecie zdaje się odczuwać renesans i odradza się. Czemu oczywiście zaprzeczają zwolennicy usiłując bagatelizować problem. 

Dużo tu nie tylko refleksji nad kondycją moralną dzisiejszego człowieka, nad współczesną i dawną Szwecją (ale czy tylko?) ale i nad samym sobą, nad naszymi przodkami. Będzie nieprzyjemne zaskoczenie i coś w rodzaju powolnego odkrywania prawdy o własnych przodkach. Przy tym również w przypadku głównego bohatera z perspektywy którego poznajemy akcję książki czyli Stefana Lindmana walka z samym sobą w obliczu ciężkiej choroby i lęku o siebie samego.

To również opowieść o tym, jak ważny i determinujący ludzkie działania może stać się przypadek.

Na mnie ta książka zrobiła duże wrażenie i jak mówię, nie jest ona dla mnie „po prostu” kolejnym kryminałem. 
Moja ocena to 6 / 6.