„Kuna za kaloryferem”. Nuria Selva Fernandez, Adam Wajrak.

Kuna za kaloryferem

 

Wydana w Agora (2011).

Kolejna książka, którą udało mi się przeczytać w formie ebooka (bardzo sobie to chwalę, nawet jeśli ilustracje miałam jedynie czarno białe) i po którą sięgnęłam właściwie zupełnie przypadkowo. Jak dobrze się stało, że przy zamawianiu ebooka o Chinach dodawali trzy książki gratis , właśnie jako ebooki. Postanowiłam zobaczyć, jaka ta „Kuna…” jest i jak zaczęłam czytać, tak…wciągnęło mnie tak, że nie mogłam się oderwać. 

Co to za wspaniała i pokrzepiająca lektura, zwłaszcza po tych chińskich koszmarach, o jakich się naczytałam. O ile się orientuję, to chyba książka dla dzieci? Ale szczerze? Kompletnie mi to nie przeszkadzało! I uwaga, jeśli chcecie poczytać ją z dzieciakami, to to jest właśnie taka lektura, która jest według mnie wyśmienita do wspólnego rodzinnego czytania. Ja teraz zamierzam zmusić P. 🙂 do przeczytania jej. Żartuję oczywiście, bo wiem, że po moich opowieściach o książce podczas naszych wieczornych spacerów do lasu sam ma na nią wielką ochotę. 

Ja miałam ten fart, że to wydanie jest wznowieniem wcześniejszego, z dodanymi kilkoma rozdziałami.

O czym jest „Kuna za kaloryferem”? Niekończącą się opowieścią o dwójce fajnych młodych ludzi, którzy kochają zwierzęta i wciąż jakimś pomagają. Nie są w tym pomaganiu sami. Mają to wielkie szczęście, że otoczeni są serdecznymi, pomocnymi ludźmi, którzy sprawiają, że ta pomoc zwierzętom staje się owocna i często owocuje najważniejszym, czyli powrotem dzikich zwierząt w ich naturalne, dzikie środowisko, w którym czują się najlepiej.

Adam Wajrak, myślę, że tego pana nikomu nie trzeba przedstawiać, opisuje w tej książce swoje przygody i perypetie podczas pomagania zwierzakom wraz z jego żoną Nurią. Opisuje je tak barwnie i ciekawie, że jak wspomniałam, nie można się dosłownie od lektury oderwać a również chce się o tym, co się wyczytało opowiadać i opowiadać, stąd tematyka na naszych spacerach i nie tylko została przeze mnie podczas lektury nieco zmonopolizowana;) Ale nie szkodzi. Bo o fajnych, dobrych książkach, takich, które na nas wpłynęły pozytywnie, a tak na pewno było w przypadku tej książki, mówić trzeba i polecać należy je na pewno.

Myślę, że „Wajraki” jak ich prywatnie nazywam (mam nadzieję, że Oboje by się za to na mnie jakoś bardzo nie obrazili) wynieśli swoje zamiłowanie do zwierząt, przyrody z domów. Mimo, że trochę się zarzekali, że ich rodzice podobno aż tak zwierzakami się nie interesują to zarówno rodzice Adama jak i Nurii byli zawsze tolerancyjni wobec dzieciaków, które znosiły kolejne zwierzaki do domów jak również już podczas ich mieszkania poza Warszawą, parę razy zostawali w domostwie dorosłych już dzieci i zajmowali się ich zwierzętami. Tak nie robią osoby, którym przyroda i zwierzaki są obce i obojętne;)

Nie sposób wyliczyć wszystkich zwierzaków, którym pomogli, bo były tam i bociany i srokosz, i kruki i nietoperz i smużka, i jeż, borsuki i rozmaite sowy i tytułowa kuna i wydra. Borsuki pojechały do Kadzidłowa, które to miejsce znamy z wypraw na Mazury i które zawsze polecam, szczególnie osobom z dziećmi na wspaniałą wyprawę.

Miłość do zwierzaków „Wajraków” jest odwzajemniona, to się czuje. No, ale jak można nie odwzajemniać miłości do osób, które o zwierzętach myślą jak o dzieciakach?:)

Cytacik:

„Jak to, nasze maleństwo z jakąś obcą kuną? A jak, nie daj Boże, ta obca pogryzie naszą? Byliśmy jak przewrażliwieni rodzice (…). Nie zawsze jednak tacy rodzice mają rację i czasami to ich przewrażliwienie może dziecku zaszkodzić, tym bardziej gdy dziecko jest dzikim zwierzakiem”.

Moja ocena to 6 / 6. Za całokształt, za miłość do zwierzaków i przyrody, za dobre serducha i za terapeutyczną część tej książki.

„Prowadzący umarłych”. Liao Yiwu.

 

Prowadzący umarłych

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2011).

Przełożyła z angielskiego Agnieszka Pokojska.

Nie ukrywam, że do sięgnięcia po tę książkę skusiła mnie promocja e-booka, która jakiś czas temu miała miejsce. Skorzystałam, bo i promocja się spodobała i oczywiście moje masochistyczne chyba, (tak czasem myślę), zainteresowanie tym przedziwnym krajem. W którym, jak mi się wydaje, wszystko tak naprawdę stoi na głowie. 
Sam autor, poeta, literat, dziennikarz, na cenzurowanym w swoim kraju, z którego uciekł czas jakiś temu za tę właśnie książkę otrzymał w tym roku nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż. Książka ta jest bowiem zbiorem wywiadów (tworzących siłą rzeczy reportaż) z kilkudziesięcioma osobami. Osoby te nie są osobami, które zamieściłyby zapewne w kolorowych folderach zachęcających do odwiedzin kraju chińscy spece od marketingu i promocji kraju. 

To wywiady z osobami, o których zapewne wiele osób nawet w Chinach nie wie, że istnieją. To ludzie często z marginesu bądź to sami się na ten margines wysyłający (przestępcy) bądź to na marginesie umiejscowieni przez władze Chin. Na pewno są to osoby nietypowe, o których istnieniu często niewiele osób wie lub nie zdaje sobie sprawy, że są jeszcze ludzie z taką przeszłością czy zawodem lub zwyczajnie, nie zawracają sobie głowy takimi osobami pędząc gdzieś przed siebie i realizując swoją karierę.

Wywiady te to z pewnością galeria postaci nietuzinkowych i niezwykłych jak chociażby zawodowy żałobnik, tytułowy prowadzący umarłych, mistrz feng shui, kierownik szaletu publicznego, chłopski cesarz, kierownik komitetu sąsiedzkiego, ojciec uczestnika protestów na Placu Tienanmen, robotnik napływowy itd.

Rozmowy z nimi przedstawiają zupełnie inne realia Chin niż te znane nam z reportaży czy podróży nawet osób, które starają się wgłębić w realia Chin solidnie. Wiele wspomnień sięgało szczególnie czarnego okresu w historii Chin, czyli czasu sprzed Rewolucji Kulturalnej i również z samego tego okresu. Nie ukrywam, że pomimo, że interesuję się szczególnie tym okresem, dowiedziałam się jeszcze kilku spraw, o których może właśnie wręcz nie chciałabym się dowiedzieć. Tamte czasy naprawdę były straszne dla mieszkańców Chin.

Nie jest to lektura ani łatwa ani przyjemna, wręcz dość przygnębiająca, ale dobrze jest poznać i taki obraz jakiegoś państwa, szczególnie jeśli się nim w jakimś stopniu interesujemy.

Muszę przyznać, że autor postarał się, bowiem widać, że naprawdę poświęcił swoim rozmówcom wiele czasu, często pewnie oferował im coś, co często im się nie zdarza czyli po prostu rozmówcę, słuchacza po prostu, który wysłucha to, co nagromadziło się w ich sercach.

Moja ocena to 5 / 6.

burzapotwór…

…obudziła nas o wpół do trzeciej i jak zaczęła swój wątpliwej jakości koncert (chyba, że ktoś gustuje jedynie w waleniu w bębny czy kotły to pewnie był zachwycony:) tak przestać nie mogła. Kiedyś burze przychodziły, kwadransik i szły dalej. Teraz zauważyłam, że rozsmakowują się na dobre i zostają dłużej. Ta kotłowała się dobre pół godziny a może i więcej? Odchodziła i wracała. Czasu jej nie mierzyłam. W pewnym momencie usłyszałam coś, czego do tej pory nie słyszałam, burza tak się rozkoszowała swoim głosem, że aż…dostała chrypy. Autentycznie zachrypła. I bardzo dobrze, bo dopiero to spowodowało, że zabrała się i polazła gdziesik dalej. Już tu kilka razy pisałam, przez pierwsze pięć lat, jak się tu wprowadziliśmy, burz praktycznie nie było. To znaczy tu u nas. Jakoś się nie złożyło. No i git. Teraz od kilku lat odwrotnie, burze są tu często i mam wrażenie, że naprawdę z roku na rok coraz gorsze, jakieś takie z większą ilością wątpliwych atrakcji. 

No i tak nam się lato kalendarzowe zaczęło. Z fajerwerkami, można powiedzieć. Ciekawe, że w związku z tym mam wzmożoną ilość wejść na blog z hasłem poszukiwanym „ostatni dzień lata”. Ludzie, jak widzę, zapobiegliwi. Od kilku dni mimo, że lato się jeszcze nie zaczęło, już szukali daty jego zakończenia. Nic ich nie zaskoczy:)

Zaczęło się też „Lato z Radiem”, audycja, którą z sentymentu słucham. Rok temu nie wiem, no wiem, było, ale nie słuchałam, z wiadomych powodów, to znaczy radio było włączone a ja wyłączona kompletnie, wiem, że leciało, ale jak dla mnie równie dobrze mógł lecieć koncert symfoniczny…

Miłego lata dla Was! 

Ps. Miniona noc to była noc letniego przesilenia, najkrótsza w roku noc. A dziś jest najdłuższy dzień w roku! Korzystajcie:)

„Czasami warto umrzeć”. Lee Child.

Czasami warto umrzeć

 

Wydana w Wydawnictwie Albatros.  A. Kuryłowicz. Warszawa (2012).

Z angielskiego przełożył (bardzo zacnie, oddając klimat książek o Jacku Reacherze) Lech Z. Żołedziowski. Tytuł oryginału Worth dying for.

Jeden z naszych rodzinnych ulubionych autorów i chyba mój ulubiony bohater książkowy (no dobra, oprócz Poirota) wraca. W wielkim stylu! Jack Reacher w tej częsci jest w wyjątkowo świetnej formie. Pomimo urazu dłoni, jakich nabawił się w poprzedniej akcji. Jednak czy to jest coś, co jemu akurat mogłoby przeszkodzić w posprzątaniu złego świata?

To przemieszczające się po całych Stanach wzdłuż i wszerz chodzące serduszko na dłoni, które nie jest w stanie pozostawić obojętnie ludzi potrzebujących pomocy i interwencji zawsze jest na straży porządku. Nie inaczej stanie się zimą w kolejnym amerykańskim stanie, do którego dotarł Jack Reacher czyli w Nebrasce. Oczywiście, są ludzie, którzy mogą powiedzieć, że faceta dosłownie „nosi” i musi się „wtrącić”. Mówią tak oczywiście ci, którzy tego wtrącania najchętniej by uniknęli. No i zawsze ci, którzy nie przypuszczają jak wygląda efekt końcowy „wtrącania się” Jacka Reachera.

Kiedy tylko Reacher trafia do Nebraski w miejscowym motelu, w barze, natrafia na miejscowego lekarza, który topi problemy w alkoholu. Tym, którzy przypuszczają, że Jack włącza się w jakąś antyalkoholową akcję od razu mówię, że nie tędy droga. Ale to ów miejscowy lekarz będzie ogniwem w bardzo specyficznym łańcuchu, który ma miejsce w tej wyludnionej rolniczej okolicy USA. Ogniwem dziwnego łańcucha, którym poruszają jak chcą i w którą chcą stronę Duncanowie. Dziwna i nieciekawa rodzina, a raczej mężczyźni z tej rodziny, którzy po prostu rządzą okolicą i trzymają wszystkich w garści. 

Zahukani, poddani im ludzie jakby zamarli lata temu i brak im werwy, siły i być może często już motywacji do zerwania z tym, co zostało stworzone i trwa w chorej rzeczywistości. 

Jack Reacher szybko zorientuje się, co tu tak naprawdę jest grane. I szybko zdecyduje się na interwencję. Jak ja to mówię, „posprząta wreszcie zastany bałagan”.

Tematyka nie będzie łatwa. W tle szybko pojawi się motyw zaginionego dziecka, ośmioletniej dziewczynki. To tło coraz to bardziej będzie nam się jawić jako nieciekawe i naprawdę śmierdzące. Ale warto jak zwykle warto przeczytać kolejną opowieść o Jacku Reacherze.

Szkoda tylko, tu się powtórzę, że wydawnictwa u nas tak się nie spieszą z wydawaniem kolejnych części przygód Reachera. A wiem z poszukiwań na własnym blogu, że są to książki bardzo poczytne i oczekiwane. 

I jeszcze mały cytacik, ot, żeby pokazać klimat i poczucie humoru Reachera:

„-Znów zaczynasz coś kombinować, prawda? Wydaje ci się, że skoro zgasiłeś światła i zrobiło się ciemno, to może uda ci się mnie zaskoczyć, bo nie najlepiej widzę. Ale to nieprawda. Mam sokoli wzrok i widzę wszystko. W konkursie widzenia po ciemku wygrywam z sowami. Sowa w goglach noktowizyjnych widzi gorzej ode mnie”. (str. 263).

Bardzo polecam! 
Moja ocena to 6 / 6. 

„Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej”. Anna Bikont, Joanna Szczęsna.

Pamiątkowe rupiecie

 

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2012).

To wydanie jest wznowieniem poprzedniego wydania tej biografii Wisławy Szymborskiej, tu uzupełnione od momentu, w którym ukazało się po raz pierwszy o te wydarzenia, które miały miejsce jak również o to, co miało miejsce po śmierci Pani Wisławy.

Biografia „Pamiątkowe rupiecie” powstała na podstawie zarówno lektury felietonów Szymborskiej o książkach, które pisała przez około 30 lat jak również na podstawie rozmów z ludźmi bliskimi Poetce. Sama Szymborska bowiem nie przepadała za odsłanianiem się, odkrywaniem samej siebie. Uważała, że to co chce o sobie powiedzieć, o swoim poglądzie na świat, wyraziła wystarczająco w swojej poezji. Wygląda na to, że nawet osoby bardzo z nią bliskie, mogły dotrzeć jedynie do pewnej stawianej przez nią samą granicy.

Nie wiem sama, być może to właściwe postawienie sprawy i określenie takich granic? Trudno powiedzieć, sądzę, że zależy to jednak od konkretnego człowieka. Wiem po sobie, to, co chcę komuś powiedzieć czy napisać, mówię i piszę, na siłę nikt mnie do zwierzeń nie zmusi i nie uda mu się to na pewno. 

Myślę, że dla miłośników poezji Pani Wisławy faktycznie ta biografia nie jest zbyt odkrywcza, raczej jest uporządkowaniem danych o Niej samej. I tak autorki tej biografii nie ukrywają ani ciągot  Poetki i jej wiary w nową powojenną rzeczywistość a przede wszystkim politykę a raczej może po prostu system ani potem jej kryzys w ową wiarę. Mówiąc o kryzysie, w tym przypadku innego rodzaju,  poznajemy też drogę od Wisławy uczącej się w szkole katolickiej do Wisławy, która zaznaczyła, że życzy sobie pochówek świecki.

Na mnie robiły wrażenie te fragmenty o tym, jak lubiła podróżować, co poznawać podczas podróży, odnoszę wrażenie, ze tu byśmy się zgodziły, bowiem Szymborska zafascynowana najbardziej chyba była nie tyle zabytkami co światem, ludźmi. Lubiła zabawne nazwy miejscowości, które „kolekcjonowała” na zdjęciach. O Jej miłości do limeryków nikogo również nie trzeba przekonywać. No i oczywiście po raz kolejny dowiadujemy się o jej specyficznym poczuciu humoru, jej dystansie do samej siebie, o jej przyznawaniu się do sympatii do kiczu, do zabawnych loteryjek, które organizowała w gronie najbliższych znajomych, jak również to, co też ci, którzy interesowali się życiem Poetki wiedzą, a mianowicie o Jej pasji robienia zabawnych kartek-wyklejanek.

Jest też opis chwil przed przyznaniem Poetce Literackiej Nagrody Nobla i to, co działo się w Jej życiu po tej nagrodzie, kiedy przez dłuższy czas panował w życiu Szymborskiej chaos, który powodował chociażby to, że przez pierwsze trzy lata po przyznaniu Nagrody, nie napisała żadnego wiersza. Dla mnie ciekawostką (z gatunku tych nieprzyjemnych jednakowoż) było to, co wyczytałam, co miało miejsce po przyznaniu Jej owej nagrody a mam na myśli głosy negatywne, które silnie odezwały się w tamtym czasie, które podważały zarówno słuszność wybrania tej a nie innej osoby do tej nagrody jak również , co ciekawe, wręcz kwestionowały słuszność zdania i opinii tych, którzy Szymborską nominowali. Myślałam, że wojenka polsko-polska zaczęła się później, ale po lekturze tej biografii już wiem, że nie. Być może ja obracałam się w innych zupełnie kręgach, w których, to pamiętam, przyznanie Szymborskiej tej nagrody budziło jedynie zadowolenie, że kolejny twórca literacki z Polski tę Nagrodę otrzyma.

Książkę czyta się dobrze. Miałam nieco mieszane uczucia tuż po lekturze, ale szybko sama sobie wytłumaczyłam, że wynika to z tego, że sama Poetka nie chciała się zbytnio przed światem odsłaniać. Nie tworzyła koło siebie mitów, nie robiła z siebie czy to lepsze czy gorszej niż była. Pozwalała sobie na błędy i grzeszki, nie chciała kreować się na ideał (ufff…). Jednocześnie prowadziła, pomimo, jak sądzę, nieco zmitologizowanego pojęcia „bycia poetą” całkiem zwyczajne życie z jego plusami i minusami, z jego trudnościami, radościami i tragediami. Nie była z pewnością postacią tak dramatyczną jak Broniewski , którego biografią zachwycałam się czas jakiś temu, który walczył z samym sobą, z nałogiem, z tragedią byciem ojcem osieroconym. Nie miała też takiego pecha, jak Bodo, o którym też czytałam przecież chwilę temu i przeżywałam, jak naprawdę los pod koniec jego życia przestał mu sprzyjać.

Na koniec, mały cytat z książki, opinia Pani Wisławy Szymborskiej o poecie i o tym, że po czterdziestce jest dla poety czas nadzwyczaj korzystny, jednak ja uważam, że to wyjątkowo „smakowity” fragment dotyczący tego czasu w życiu człowieka, po prostu.

„Już człowiek sporo poznał, a jeszcze zdolny jest do żywych i silnych uczuć. Zdaje sobie sprawę ze złożoności rzeczy, a jeszcze trochę czasu dzieli go od rezygnacji. Jest w nim gorycz i różne cierpkie a dopingujące przyprawy, które nie wykluczają poczucia urody życia. Taka chwiejna, niezła przecież równowaga”.

(str. 133).

Moja ocena 5 / 6.

 

„Nagłe pukanie do drzwi”. Etgar Keret.

Nagłe pukanie do drzwi

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2012).

Przełożyła Agnieszka Maciejowska.

Opowiadania Kereta są dla mnie jak tytuł najnowszego zbioru opowiadań, który właśnie ukazał się na naszym rynku. Są takim właśnie nagłym pukaniem do drzwi, a pewnie do mojej głowy i mnie samej. Autora tego czyta mi się lepiej z każdym nowym zbiorem opowiadań i to mnie, jako czytelnika, ogromnie cieszy. Bo pozostaje nie tylko uczucie niedosytu po lekturze, jest też uczucie oczekiwania na coś, co pojawi się znów za jakiś czas. I jest taka wspaniała czytelnicza świadomość, że to, co wychodzi spod jego pióra (ręki? klawiatury?) jest coraz to smakowitsze i coraz lepsze. 

Za każdym razem, kiedy czytam opowiadania Kereta do głowy przychodzi mi myśl „skąd ten człowiek bierze te wszystkie szalone, zwariowane, śmieszne lub mniej ale zawsze oryginalne pomysły?”. Poczucia humoru Keretowi z pewnością nie brakuje, jak również ironii, ale takiej „w sam raz” jak ja to nazywam. 

Tylko u niego spotyka się niezwykłe światy równoległe jak chociażby w opowiadaniu „Lieland”, w którym okazuje się, że kłamstwa, które kiedyś wymyśliliśmy, istnieją sobie w owym świecie, ba, postaci w nich stworzone mają własne życie, którym tam żyją. To opowiadanie podobało mi się ogromnie, za sam pomysł, i za jego literackie wykonanie. 

Właściwie każde z opowiadań w zbiorze ma swój niepowtarzalny klimat i pomysł ale oczywiście kilka z nich podobało mi się bardziej, i są to „Zdrowy poranek”, „Budyń”, „Ukłucie”, „Złota rybka”, „Jakie jesteś zwierzę?”.

Etgar Keret pod płaszczykiem ironii czy śmiechu przemyca często wiele poważniejszych refleksji, nostalgię, smutek, czy niepewność. Bohaterowie nie prowadzą życia lekkiego czy łatwego, spotyka ich wiele niespodzianek, czasem tych dobrych czasem niekoniecznie. 

Co też cieszy mnie jako czytelnika to fakt, że autor ten ma szczęście do tłumaczki, która, przynajmniej tak oznajmia na swojej stronie wydawnictwo, tłumaczyła wszystkie jego książki, które ukazały się na polskim rynku. O tym, że taka ciągłość jest ważna, nie muszę chyba żadnego czytelnika przekonywać. A co cieszy, tłumaczenie jest bardzo dobre i opiera się, jak ja przynajmniej czuję, politycznej poprawności (nie ukrywajmy, że Keret lubi sobie czasem napisać coś bardziej dosadnego niż „motyla noga”).

Ja jestem jak zwykle zachwycona i bardzo się cieszę, że mogłam sięgnąć po kolejną dawkę dobrej lektury. Muszę powiedzieć, że obecnie to chyba Keret jest moim ulubionym autorem opowiadań.

Moja ocena to 6 / 6.

Włochy, Praga i Marylin Monroe;)

Co je łączy? A to, że pocztówki na ten temat otrzymałam niedawno;)
Dziękuję Dublinii za pocztówkę z Jej jak zwykle interesujących wędrówek po Włoszech (zainteresowanych odsyłam na blog Dublinii, ot, chociażby ten wpis) z widokiem zapierającym dech w piersiach z niezwykłego Civita di Bagnoregio. Średniowieczna zabudowa, jak wspominają przewodniki opisujące tę miejscowość to na pewno coś, co by mnie zainteresowało. Musi tam być pięknie!

Nutta zaś przysłała mi pocztówkę z magicznej Pragi (nie, nie tej warszawskiej dzielnicy chociaż zapewne magii tam przynajmniej w niektórych jej częściach , nie brakuje:). 

A Marylin Monroe, i jej ujęcie zapewne podczas przerwy w kręceniu „Słomianego wdowca” autorstwa Elliotta Erwitta otrzymałam na pocztówce od Spacerynadsekwana. Wybrała się Ona czas jakiś temu na wystawę tegoż właśnie fotografa , o czym Pisała w tym wpisie i efektem tego kartka jak pisze Spacerynadsekwana, już na moje Imieniny:) To chyba najpierwsze Życzenia, dziękuję:)

Dziękuję za pamięć i miłe kartkowe niespodzianki.

już kiedyś wspominałam…

…a lat temu to było całkiem sporo (w dodatku wspominałam nie raz) , że silna wola czy konsekwencja to się są te cechy, którymi obdarzyły mnie dobre wróżki.

Tak jeszcze chwilunię przed Euro 2012 twierdziłam, że z upływem czasu mnie to nie rusza a już mecz otwarcia czyli Polska-Grecja pokazał mi samej, jak bardzo się myliłam. Oczywiście obejrzałam, oczywiście poogryzałam paluchy z nerwów. Pierwsza połowa ok, druga, ci, co oglądali, sami wiedzą, ci, którzy nie oglądali pewnie nie są i tak zainteresowani. Potem Rosja-Czechy. Rosjanie grali świetnie, przeszli się po Czechach jak burza. Nie rokuje to niestety najlepiej naszym, cóż, Rosjanie naprawdę są dobrzy. Wczoraj też mecz Niemcy-Portugalia przeżywałam, ale już przynajmniej spokojniej niż ten otwarcia. 
I flagą samochodową nawet dysponujemy jako, że moja Mama nabyła ją dla nas, jednym słowem kibicowanie na całego;)

„Rowerem w stronę Indii”. Robb Maciąg.

Rowerem w stronę Indii

 

Wydana w Wydawnictwie Bernardinum. Pelplin. (2011).

Książki Robba Maciąga czytam nie po kolei. Pierwszą książką jego autorstwa okazała się ta najnowsza na naszym rynku, pisałam o niej tu, następnie sięgnęłam po pierwszą jego książkę, o czym pisałam tu, a teraz wzięłam się za książkę „ze środka”. 
Co łączy książki Maciąga? Jedno. O czym piszę za każdym razem, kiedy piszę coś o jego książkach. To umiłowanie podróży nie dla samego pokonywania odległości czy bicia jakichś rekordów. To za każdym razem podróż przede wszystkim do Człowieka. W różnych aspektach. Podróż w głąb samego siebie ale również otwieranie się na Drugiego Człowieka napotkanego w drodze. Drugiego Człowieka, którego gdyby się znało jedynie z przekazów medialnych okazywałby się nieczułym drabem, czyhającym na nawet najskromniejszy dobytek podróżującego a okazuje się najczęściej zupełnie inny. Jest dobry, serdeczny i prawie zawsze skłonny do pomocy pomimo braku porozumienia językowego. 
Jak w końcu niejeden raz deklarował co czyni również w tej książce sam autor „Zawsze podróżowałem z chęci spotkania drugiego człowieka”. (str. 10).

Te spotkania faktycznie na ogół się autorowi i jego towarzyszom udają. W tej części poznajemy Anię, o której była mowa w „Tysiącu szklanek herbaty”. Tu jeszcze jako towarzyszka, na końcu książki miła niespodzianka, dowiadujemy się, gdzie została poproszona przez Robba o rękę. Nie mogło to się odbyć w innym miejscu, niż w którymś podczas podróży, ale to wyczytacie sobie sami.

Z książek autorstwa Maciąga nie dowiemy się może zbyt wiele o kulturze czy obyczajach, na co być może nastawiają się często sięgający po tego typu literaturę.

To nie jest przewodnik a raczej jest ale dotyczący nieco innego rodzaju podróży. Właśnie tej dającej odpowiedzi na pytania o człowieka, o bycie nim i byciem nim w stosunku do innego. Po raz kolejny autor podkreśla jak w swoich ocenach powinniśmy bazować na swoich własnych doświadczeniach a nie tym, co serwują nam na co dzień gazety czy stacje telewizyjne.  
Ludzie, których media przedstawiają nam jako narody rządne wojny i przelewu krwi to jednostki tak naprawdę takie jak my, wcale nie pragnące wojny a raczej nie marzące o niczym innym jak pokój a może właściwie spokój i stabilizacja. Politycy to już zupełnie inna sprawa…

„Ludzie są sobie bliscy – to politycy i duchowni dzielą ich na frakcje. Przekonują o wyższości i namawiają do wszystkiego co nas dzieli”. (str. 47).

Podoba mi się otwartość Robba Maciąga na to, co inne, nie tylko na samego człowieka, którego napotyka na swej drodze ale na jego kulturę, obyczajowość. Nie narzuca o czym też już pisałam, swojego zdania, nie wychodząc z założenia, że „wie lepiej”.

Książka dotycząca podróży z Turcji przez Iran , Pakistan aż do Indii jak zwykle okraszona jest kolorowymi fotografiami. I jak zwykle przyczepię się do braku dokładniejszych ich opisów. Szkoda. Uważam to za niewielki błąd, który nieco utrudnia rozszyfrowywanie wszystkich fotografii a raczej tego, którego etapu podróży dotyczy.

Tak czy inaczej czytałam tę książkę z zainteresowaniem i przyjemnością.
Moja ocena to 5 / 6.

 

 

pełnię…

…oczywiście odczułam, ale to nic nowego. Sny rozmaite, również innymi sprawami pewnie wywołane. Dziś nawet o dziwo , nieźle spałam, więc potwierdza się, że to noce właściwie przed pełnią są najcięższe dla mnie. Pełnia dziś o 13 z minutami i z głowy. Do następnej.

Pogoda dziwnie zmienna tej wiosny. Majówka słoneczna, wręcz z włoską jak ja to nazywam, a może powinnam , południową , pogodą. Potem ochłodzenie, to spowodowało, że na umówiony ze znajomymi i ich rodziną spacer do Ogrodu Botanicznego umówiliśmy się dwa tygodnie temu dopiero, jak znowu zrobiło się gorąco i można było pospacerować. Teraz znowu ochłodzenie i od dwóch weekendów przeprosiłam się z kurtką i chustką na szyję. Taka jakaś nierówna ta pogoda. 

Weekend faktycznie zgodnie z zapowiedziami był chłodny i trochę deszczowy. W sobotę było zimno po prostu chociaż deszcz oczywiście przestał padać jak tylko dojechaliśmy do bramy cmentarza, Norma. 

Wczoraj za to było już całkiem ciepło nawet, szczególnie kiedy słońce wyszło zza chmur. 

Dookoła coraz więcej ekscytacji Euro 2012. Na coraz większej ilości mijanych samochodów widuję flagi, niektórzy uderzają we wzmożony ton patriotyzmu, czyli zamieszczają nawet po dwie flagi (czekam na to aż zobaczę trzy a może i cztery;). Chyba (nie pamiętam już teraz) ekscytowałam się tym wydarzeniem, jak nas nominowali te sporo lat temu, obecnie mój entuzjazm całkiem przeminął ale nie dołączam do grona marud, które całkowicie by tej imprezy sobie nie życzyły, ot, przyznaję szczerze, że jest mi obojętna, tym bardziej, że piłki nożnej nie ogląda się u nas w domu właściwie prawie nigdy (ostatnio patrzyliśmy na mecz Polska-Niemcy, który to niemal udało nam się wygrać). Zastanawiam się, jak ta impreza wyjdzie, nie chciałabym jakiegoś totalnego wstydu i obciachu, ale sami dobrze wiemy, że może być różnie. Atmosfera przed różna, oględnie mówiąc…niepotrzebnie mieszana jest  w imprezę sportową polityka (nic nowego w tym kraju, niestety).

Naszym piłkarzom niestety nie wróżę zbyt długiej kariery na boisku, obyśmy chociaż jeden mecz wygrali no, ale to się zobaczy…