„Ogród wiecznej wiosny”. Cristina Lopez Barrio.

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2010).
Przełożyła Sylwia Mazurkiewicz-Petek.
Tytuł oryginału La casa de los amores imposibles.

I muszę powiedzieć, że tytuł oryginału o wiele bardziej mi się podoba, niż ten wydawniczy.
"Ogród wiecznej wiosny" był z mojej strony próbą. Niewiele wiedząc o książce, nie kierując się raczej opiniami ze stron księgarni netowych i mało znajdując na blogach sięgnęłam po te książkę trochę na zasadzie chęci zobaczenia, co to jest i czym to się je. Zainteresował opis na skrzydełku książki, na którym to wyczytałam, że autorka to pani prawnik, która zamiast tkwić za biurkiem wypasionej kancelarii i zmagać się z ludzkim losem za dobre pieniądze wolała oddać się pasji pisania, jaka ją najwyraźniej dotknęła.
Muszę powiedzieć, że faktycznie widać jest zauroczenie pani Barrio książką "Sto lat samotności" aczkolwiek w ogóle bym nie porównywała nich obu. To dwie zupełnie inne książki i zupełnie inna liga, że się tak być może kolokwialnie wyrażę.
Można by powiedzieć, że autorka a raczej jej styl i pomysł na książkę rozwijał się wraz z rozwojem fabuły. Początkowo książka niby to interesująco pisana z pomysłem, ale jakoś nie wzbudziła we mnie przemożnej chęci natychmiastowego doczytania do końca. Postaci wydawały mi się płaskie, zbyt papierowe właśnie, sztuczne. Wraz z rozwojem akcji wydawało się, jakby autorka sama dała się ponieść temu, co wcześniej przyszło jej do głowy, dała się porwać własnym opowieściom i magiczności świata przez siebie wykreowanego i mniej więcej od dwóch trzecich książki znacznie lepiej mi się ją czytało.
"Ogród wiecznej wiosny" opowiada o tym, co tak często kusi nas w książkach. O losach niezwykłych niby to zwykłych ludzi. Opowieści przedstawione w książce są jak to u Latynoskich czy hiszpańskojęzycznych autorów pełne niedopowiedzeń, sekretów, tajemniczości, wrecz magii. Los ludzki jak to często bywa w tych opowieściach został zdeterminowany dawno, dawno temu i nie da się walczyć zarówno z losem jak i z przeznaczeniem, jaki przeznaczył on dla ludzi.
W małej kastylijskiej miejscowości żyje kobieta, która para się magią i czarami. Pochodzi ona z rodu swego czasu przeklętego. Klątwa raz rzucona dotyczy wszystkich kobiet rodu, które to kobiety łączy fakt nieszczęśliwej miłości, których to owocem jest wydanie na świat kolejnej kobiety, która powieli los matki, babki, prababki. Zdawać się może, że nie ma wyjścia z tej sytuacji, że klątwa działać będzie zawsze.
Historie owych nieszczęsnych i wyklętych przez miejscową społeczność kobiet opisana jest opisowym, malowniczym językiem, dość "zawiesistym" co akurat lubię. Prawie sto lat z historii rodziny walczącej z dawno temu rzuconym przekleństwem.
Jak pisałam wcześniej, książka wyraźnie się rozkręca i według mnie to dobry początek do następnych książek tej autorki, które jak mam nadzieję, okażą się jeszcze lepsze.
Moja ocena książki 4.5 / 6.

Polska, egzotyka, morze…

…wszystko to na niedawno otrzymanych kartkach. Najpierw doszły dwie pocztówki od przyjaciółki, która tym razem spędzała czas w Rowach. Mówię tym razem, bo poprzednio pojechała przed sezonem z córą i wtedy miały super pogodę. Tym razem jechała z mężem i córką i trafili akurat na przerwę w tej super pogodzie, która cieszyła plażowiczów. Głównie padał deszcz, z tego, co się orientuję. wynajęty domek okazał się zimny a wiatr w nim hulał na całego, dobrze, że chorzy nie wrócili. Dostałam dwie kartki, jedną ogólną z mewą na pierwszym planie, a drugą bardzo ciekawą, ze Słowińskiego Parku Narodowego, na której to kartce można podziwiać najwyraźniej występujące tam ptaki, takie, jak sójka, zimorodek, dudek i szczygieł. Bardzo ładna.
Chihiro przysłała mi kartkę z sześcioma szalenie malowniczymi obrazkami z okolic Devon. Widać na nich zarówno port z kołyszącymi się na falach łódkami, jak i piękne wybrzeże jak i zabawne, kryte strzechą chatynki, które przycupnęły tuż nad brzegiem wody.
Doszła też najprawdopodobniej jedyna w mojej kolekcji pocztówka z bardzo jak dla mnie egzotycznego kraju, jakim jest…Nikaragua. Monoli bawiła tam dość dawno temu, a kartka zachowała się iście latynosko, spokojnie, nie spiesząc się, za to zapewne mając rozliczne wspaniałe przygody przyturlała się wreszcie do mnie. Kartka jest z miasta Granada (przyznaję się, że do tej pory byłam przekonana, że takie miasto jest tylko w Hiszpanii, ha), czarno biała, zgodnie z trendami kartkowymi by Monoli;) i przedstawia człowieka, który zaraz zabierze się do pracy a na razie z kimś sobie gawędzi. Chyba jest to czyściciel butów, sądząc po stołku przed nim, na którym opiera się pogrążony w pogawędce z kimś po jego prawej stronie w kierunku kogo jest zwrócony fotografowany.
Dziękuję za pamięć i cieszę się, że macie takie miłe wakacje.

„Martwa natura”. Joy Fielding.



Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa. (2010).
Przełożył Jerzy Jan Górski.
Tytuł oryginału Still life.

Ta książka, a raczej sięgnięcie po nią okazało się moją jedną wielką pomyłką. Z bardzo wielu względów. Jak rozmawiałam ostatnio z Judyttą, swego czasu, dawno temu, kiedy "odkryłyśmy" Joy Fielding, każda dla siebie oczywiście, wydawało ją inne wydawnictwo, Książnica. I to było to. Niestety, zmiana wydawnictwa okazała się zdecydowanie na niekorzyść. Być może jest to efekt pogorszenia się pisania samej Fielding, być może. Niemniej jednak to akurat w przypadku kolejnej książki ze Świata Książki niestety nieopatrznie zerknęłam na to, co jest podane na temat książki na jej okładce. Właściwie, to równie dobrze można sobie darować lekturę bo uprzejma inaczej osoba zdradza właściwie suspens książki, który to dla lubiących do tej pory kryminały, thrillery Joy Fielding po przeczytaniu tak skonstruowanego opisu jest jasny. To pierwszy zarzut. Drugi, to TRAGICZNE tłumaczenie tej książki. Aż zerknęłam, kto tłumaczył przedostatnią książkę Fielding wydaną w ŚK i już wiem, że na szczęście, nie była to ta sama osoba. Ja nawet rozumiem, że niektóre co ambitniejsze osoby uważają tłumaczenie kryminału za coś w rodzaju "grania do kotleta" czyli jakby nie było chałtury, która ma za cel jedno, zarobienie. Jednak jako czytelnik mam chyba prawo do oczekiwania poważniejszego traktowania mnie chociażby za to, że ja kupując tę książkę, w jakiś sposób dokładam się do pensji tłumacza. W pewnej chwili zastanawiałam się głośno (czyli gawędziłam sobie o tym z P.) czy możliwe jest, że to nie tłumaczył człowiek, że tekst oryginału puszczono w coś w rodzaju programu tłumaczeniowego? Czy takie coś jest w ogóle możliwe? Tłumaczenie było FATALNE. Gdyby nie to, że wydałam pieniądze na książkę, może by mnie bawiło, a tak, to chyba daruję sobie już wydawane w tym wydawnictwie książki Fielding, które tak wydawane szkodzą tylko tej jednej z moich ulubionych swego czasu autorek kryminałów.
Sponsorem tej książki jest z pewnością "lecz", który to wyraz wystąpił w tej książce z częstotliwością większą, niż jakiekolwiek inne słowo języka polskiego. Zapomniało się najwyraźniej tłumaczowi, że nie trzeba większości zdań zaczynać od "lecz", nawet jeśli w oryginale stoi jak byk "but". Zapomniało się też, że mamy zarówno słowo "ale", jak "jednak", ba, że można tak skonstruować tłumaczone zdanie, aby w ogóle pozbyć się tego cholernego lecza.
Tak, od pewnej strony zaczęłam te lecze zliczać i na przemian złoszcząc się to śmiejąc do rozpuku rozpoczynałam na głos czytanie zdania akcentując kropkę aby dać P. szanse udzielenia odzewu na moje hasło w postaci początku nowego zdania od "lecz". Nawiasem mówiąc, okropnie to zgrzytało, nie jestem pewna, czy podobnie, jak od "więc" nie ma obostrzeń w tej kwestii i czy nie jest tak, że nie powinno się od "lecz" zdania rozpoczynać?

Nie była to udana lektura. Najpierw właściwie ujawnienie tego, o co chodzi w książce, potem to koszmarne tłumaczenie, które baaaardzo długo pamiętać będę.
W sumie sama książka mogła być dość udana, miała na to szanse, jak na książkę Fielding. Był pomysł na treść, mimo, że występowały dość wtórne motywy, takie typowe dla niej , jak osamotnione przez rodzinę siostry nie mających ze sobą dobrych relacji, coś w rodzaju walki ze światem zewnętrznym i osoby niby to przyjazne, które okazują się czasem nieprzyjacielem.
Tym razem akcja rozpoczęła się w chwili, kiedy wychodząc z lunchu z przyjaciółkami młoda, bogata z domu Casey zostaje potrącona w garażu podziemnym przez nieznajomego sprawcę, który zbiega z miejsca wypadku. Od tej pory kobieta jest w dziwnego rodzaju śpiączce. Na zewnątrz, lekarzom i bliskim zdaje się, że nie ma ona kontaktu ze światem, podczas kiedy ona wszystko to, co dookoła niej się dzieje słyszy, rozumie, zaczyna nagle orientować się, co tak naprawdę mogło mieć miejsce.

Niestety, przyjemność z lektury została popsuta wyżej wymienionymi powodami. Jestem okropnie zawiedziona, że zdecydowałam się na jej kupno.

Precz z leczem!!!;) *

* by P.

Moja ocena to 2.5 / 6.

mówię do…

…P., że (jak to często bywa u mnie) pod ostatnią moją recenzją mało komentarzy. Cóż, tak bywa, a najczęściej, to zabawne, przy recenzjach, w które włożyłam sporo serca, jakichś takich mnie samych wydających się niezłymi (haha, ach to samouwielbienie, co?).
P. patrzy na mnie spokojnie, po czym jak to On, spokojnie stwierdza "kazałaś podnieść ręce i wyjść chodzącym ideałom , to wyszli".
No fakt, ma rację, zostałam więc ja i moje dziwactwa. Życie;)

„Kredożercy”. Oscar Aibar.

Wydana w Wydanictwie MUZA. Warszawa (2007).
Przełożył Tomasz Pindel.
Tytuł oryginału Los comedores de tiza.

Kto z Was ma jakieś swoje przyzwyczajenia, które postronnej osobie wydawać się mogą zabawne czy nawet śmieszne, te swoiste rytuały, które uspokajają, często natręctwa? Kto z Was ma coś w rodzaju nałogu, że o prawdziwych nałogach już nie wspomnę? Ręka w górę. Państwo, którzy nie podnieśli rąk mogą opuścić salę. Zebranie chodzących ideałów jest najwyraźniej gdzie indziej;)

Książka "Kredożercy" jest autorstwa Oscara Aibara, który, co wyczytałam na okładce książki z wykształcenia jest filmowcem i wymyśla fabuły do komiksów i to się wyraźnie w książce czuje. Rozdziały tej niewielkiej objętościowo książki są dość krótkie i niektóre z nich są bardzo obrazowe, wręcz zdają się być didaskaliami do pisanego scenariusza, które czekają na to aby złowić je w kadr.
Książka ta cechuje się też tym, o czym pisałam już parę razy, a mianowicie tym niesamowicie specyficznym poczuciem humoru, które cechuje autorów hiszpańskojęzycznych. Nie umiem określić, co dokładnie mam na myśli, czy specyficzny absurd rozmaitych sytuacji, nieprzewidywalność pewnych sytuacji, komizm sytuacyjny nie ocierający się jednak o przesadną głupotę. Wszystko to znalazłam i w tej książce.
Ana, to mieszkająca z Madrycie trzydziestolatka uzależniona od kokainy, porzucona przez swojego eks, który handlował prochami, którego to kobieta raz na jakiś czas podgląda w jego nowym mieszczańskim domku. Życie osobiste Any nie jest specjalnie satysfakcjonujące, praca dość nudnawa. W dodatku jak zły sen wlecze się za nią koszmarne wspomnienie z przeszłości, kiedy to Ana chciała komuś pomóc a wyszło niedobrze. Anie w końcu "(…) zawsze, kiedy chciała zrobić dobrze, wychodziło jej dokładnie na odwrót".
Ana chce zerwać z nałogiem, ale jak to często bywa, z jednego wpada w następny. Oto bowiem przypomina sobie swoje dawne szkolne upodobanie smakowe, jakim było wcinanie kredy. Tak tak, nie mylicie się.
Jak się szybko okaże, przypadłość bohaterki ma swoje określenie w medycynie, nazywa się to ni mniej ni więcej a "pica", która to nazwa podobno wzięta jest od nazwy jednego z najpopularniejszych ptaków na świecie, czyli sroki, a raczej nazwy łacińskiej tego ptaka. Pica zaś to w skrócie (w końcu nie jest to medyczny almanach a recenzja książki) występowanie apetytu w stosunku do przedmiotów niejadalnych, takich jak glina, ziemia, kreda, i inne, o wiele bardziej drastycznie brzmiące przedmioty czy wydzieliny, pozwólcie, że nie będę w to wnikać, zainteresowanych odsyłam do internetu.

Tak czy inaczej, Ana odkrywa, że to, co się z nią dzieje, nie jest niespotykane. Ba, szybko orientuje się, że osób z takimi jak jej upodobaniami smakowymi jest więcej. Po napisaniu na forum dla osób z zaburzeniami łaknienia poznaje takich, jak ona, nawiązuje wśród nich nowe przyjaźnie i znajomości, niektóre niekoniecznie miłe. Jednak próbuje, bo jak zapowiedziała jej wróżka, wśród Kredożerców znajdzie miłość swego życia.

Książka bardzo mi się spodobała za sam pomysł. Widać tu niesamowitą fantazję i pomysłowość jej autora, któremu jak myślę, wystarczy przejrzeć poranne wiadomości w gazecie, aby wpaść na pomysł napisania ciekawej fabuły.
"Kredożercy" to nic innego, jak delikatny i nienachalny manifest współczesnego człowieka, który nieco zagubił się w natrętnie goniącym i zbyt szybkim chyba dla niektórych tempie życia. To oświadczenie tych, którzy czując się nieco zagubieni odnajdują się w uspokajających ich natręctwach, dziwactwach i którzy tak naprawdę nie krzywdząc innych uzurpują sobie właściwie tylko jedno, prawo do tych swoich małych przyzwyczajeń.

Dla zainteresowanych, w książce wymienione jest kilka nazwisk osób mających apetyt na rozmaite dziwne "smakołyki". Polecam wrzucenie sobie na youtubie nazwiska Michel Lotito, który to pan zamiast zdrowej marchewki, szpinaku czy owoców raczy się takimi przysmakami, jak szkło, żyletki, śruby itd. Ma na swoim koncie nawet skonsumowanie małego samolotu. Ostrzegam jednak, że film na youtube jest dość specyficzny i polecam go osobom o naprawdę mocnych nerwach;). Widok człowieka, który wsadza sobie do ust i zgryza szkło, przyznaję, wywołuje dreszcze.

Moja ocena tej książki to 5 / 6.

Judycie, która mi ją sprezentowała, bardzo dziękuję, gdyby nie Ty, nie przeczytałabym jej i nie miałabym za sobą dobrej lektury.

„Maria i Magdalena”. Magdalena Samozwaniec.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2010).

Wznowienie, które, podobnie, jak poprzednio czytane wznowienie "Zalotnicy Niebieskiej" ucieszyło mnie ogromnie, o czym zresztą pisałam w nie tak dawnych wpisie.

Przyjemnie jest wrócić do książki, która kiedyś tak cieszyła, że jej egzemplarz jest już zaczytany i posklejany.

"Maria i Magdalena" jest znacznie bardziej obszerna treściowo, niż poprzednia autobiografia autorki, "Zalotnica Niebieska", również opisująca dzieciństwo i młodość jej samej i jej słynnej siostry, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.
Mniej tu za to korespondencji i również mniej zdjęć, chociaż parę z rodzinnego archiwum zostało dodane, jednak ja pod tym kątem odczuwam pewien niedosyt.
Jednak treść i wyobraźnia wynagradzają te braki.

Dzieciństwo opisywane w "Marii i Magdalenie" to radosny czas, w którym brak jest większych zmartwień, w którym cieniem czy zmartwieniem zdaje się być jedynie coroczna Wielkanocna Spowiedź lub lekcje, udzielanie oczywiście przez prywatnych nauczycieli, którzy przybywali do dziewcząt, gdyż rodzice nie chcieli wysyłać ich nawet do prywatnych szkół. Czas mija miło na wspólnych siostrzanych zabawach (postać brata jest wymieniana ale bardzo marginalnie), na wyjazdach z ukochanym "Mamidłem" do Świnoujścia czy Zakopanego, miłym spędzaniu czasu z rówieśnikami (ach te wspólne wypady na zimową ślizgawkę czy na tańce).
W książce jest wiele smakowitych opisów ówczesnej socjety, szlachty, mieszczan, arystokracji,jej przywar i śmiesznostek, ale również wiele ciekawych opowiastek o artystach, zarówno malarzach, jak poetach i pisarzach. Podejrzewam, że niektóre historie są podane na zasadzie autorskiej koloryzacji lub urban legend, co…tylko dodaje smaczku opowieściom.

Jak zwykle we wspomnieniach Magdaleny rodzina jest gloryfikowana, stawiana na piedestale. Zarówno rodzice, jak ukochana starsza siostra są chodzącymi ideałami, nie ma co do tego wątpliwości. Jest to oczywiste. Nieważne, że ojciec miewał flamy, nieważne, że siostra była despotyczna i humorzasta, często bardzo złośliwa, co zastanawia kiedy czyta się jej poezję pełną przecież takiej niespotykanej wrażliwości. Rodzina to było to, co ukształtowało autorkę, co pozwoliło jej być taką, jaką była, co stworzyło.

Mnie tym razem podczas lektury wyjątkowo rzuciło się w oczy zestawienie dzisiejszych i tamtych czasów i pewne zabawne skontrastowanie postaw i podejścia do życia samej autorki. Opisuje ona na przykład to, że ona z siostrą nie pozwalały mężczyznom na fundowanie im czegokolwiek prócz czekoladek aby nie wyjść na "kokotę" (cóż za zabawne staroświeckie słówko). I bardzo dobrze. Tylko, że ta sama Madzia nawet po latach wspominając swojego teścia Starzewskiego ma do niego wyraźnie pretensje o to, że ów nie utrzymywał finansowo młodej parki, jaką stanowiła ona i jego syn. Niezwykłe podejście i bardzo roszczeniowe. Chyba niespotykane przez poważnych młodych ludzi w dzisiejszych czasach.

Co mnie cieszyło, to właśnie w tej części wspominek autorka dodała wspomnienia z podróży jej i siostry do obcych krajów. Mało tego, mimo wszystko, i nie zawsze są to opisy turystyczne, ale zawsze coś.

Pamiętam, że czytając książkę te paręnaście lat temu zawsze ryczałam, jak bóbr nad ostatnimi zdaniami, w których opisuje Samozwaniec to, kiedy ostatni raz widziała swoją ukochaną siostrę. I tym razem tradycji stało się za dość i ponownie lekturę zakończyłam we łzach.

Moja ocena książki niezmiennie 6 / 6.

pocztówki…

…przypominające mi miło spędzone chwile w miejscach, w którym byłam, a w niektórych z nich bywałam naprawdę często dotarły do mnie niedawno, za co dziękuję wielce.
I tak oto dostałam kartki z naszego polskiego Wybrzeża, począwszy od Helu i kartki z helskiego fokarium, które to miejsce polecam wszystkim, którzy zawitają na Hel, bo jest świetne a foki wprost rewelacyjne, przez kartkę z Jastarni, z widokiem latarni morskiej w Rozewiu (uwielbiam latarnie morskie), Jastrzębiej Góry, w której całe lata spędzałyśmy z moją Mamą fantastyczne wakacje a ostatni raz byłam parę lat temu z P. Doszła też kartka z nabrzeża gdyńskiego, przy którym mieści się kolejne miejsce, które polecam, czyli Gdyńskie Akwarium, miejsce, w którym zawsze będąc w Trójmieście MUSIAŁAM być. Ostatnia pocztówka z serii, to kartka z mojego ulubionego miasta, czyli Gdańska, a konkretnie z magiczną uliczką Mariacką.
Dzięki za przypomnienie mi miejsc, w których spędziłam naprawdę przyjemne chwile, dzięki za kartki, który przyniosły ze sobą wiele przyjemnych wspomnień.

nawałnica…

…ponownie nawiedziła Warszawę. U nas było znowu nieprzyjemnie. Chyba starły się dwie burze, ta znad Konstancina i ta, która nadeszła z zachodu. Najpierw nie zapowiadało się na aż takie wątpliwej przyjemności fajerwerki, za to jak lunęło, jak grzmociło. Ja burz nie lubię, boję się ich i parę razy miałam naprawdę stracha, jak huknęło baaardzo blisko. Dobrze, że byłam w domu. Teraz czytam na gazecie, że pozalewało miasto, znowu metro nie staje na niektórych stacjach, sygnalizacja nie działa itd. U nas niestety, ponownie zalało piwnicę i garaż. Auto, nauczeni tą nawałnicą w Boże Ciało, wyprowadziliśmy niemal od razu i opłaciło się, bo garaż mocno zalało.
A weekend coś słyszałam, ma być burzowy, ale może tak nie będzie?

a co ja mam? co ja mam?

Co wczoraj nabyłam? A wznowienie "Marii i Magdaleny" autorstwa Magdaleny Samozwaniec;) Ale jestem zadowolona. Myślałam, że później będzie, w październiku, a tu proszę, już mogę sobie ją przypomnieć. Nawet kwestia kolejnego katalogu, który do mnie nie dotarł i oczekiwaniu na blankiet reklamacyjny, który mam przesłać z powrotem, nie popsuł radości. Będzie wspaniała lektura, ogromnie się na nią cieszę.

„Moje życie we Francji”. Julia Child. Współpraca Alex Prud

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2010).
Przełożyła Anna Sak. Tytuł oryginału My life in France.

Książkę otrzymałam od blogowej koleżanki, za co już dziękowałam, ale podziękować raz jeszcze nie zaszkodzi, co też niniejszym czynię.
Pamiętam naszą rozmowę z koleżanką o tejże książce, w czasie której to rozmowy stwierdziła ona, że czytanie idzie jej tak sobie. Niby się czyta a jakoś to kuleje. Tak przynajmniej wtedy to zrozumiałam.
Muszę przyznać, że sama miałam dokładnie takie same odczucia podczas lektury tej książki.
U Zosika, która napisała świetną recenzję tej książki, którą Wam linkuję napisałam, że prawdopodobnie po tę książkę nie sięgnę. Stało się inaczej, czego nie żałuję. Nie jest tak jednak, że ta książka Julii Child powstała przy jej współpracy z wnukiem brata bliźniaka męża Julii zdecydowanie mnie porwała i pochłonęła. Nie. Bez problemu byłam w stanie oderwać się od lektury, co dla mnie samej jest już jakimś znakiem, że nie jest doskonale. Nie mówię, że książka jest zła, nie nie nie, nic takiego. Jak dla mnie była po prostu zbyt rozwlekła, za długa i to akurat nie dlatego, że jest to już mała "cegła". Nie, po prostu uważam, że śmiało można było zmieścić treść w mniejszej objętości nic nie tracąc. Takie jest moje, czytelnicze, zdanie.

Mnie najbardziej podobała się pierwsza część i mniej więcej połowa książki, w której to Julia Child z poczuciem humoru i niespotykaną dla wielu ciekawością świata i akceptacją tego, co inne, niż to, w czym sama się wychowała, opisująca pobyt autorki i jej męża dyplomaty we Francji. Ta część zawiera tak interesujące mnie spojrzenie nowicjusza. Nowicjusza w dodatku totalnie zachwyconego nowymi warunkami, w jakich przyszło mu żyć. I akceptującymi bez mrugnięcia okiem to, co innych potrafiło by wprawić w podenerwowanie czy nawet złe samopoczucie. To wielki plus samej postaci autorki, zaleta, którą "przemyca" w swojej opowieści delikatnie i nienachalnie.
Tak więc ta część porwała mnie faktycznie. Julia opowiada w niej o swoich początkach życia w Paryżu, którym to miastem jest dosłownie zachwycona, jak również o zaskakującej nawet dla niej samej pasji do gotowania. Nie przygotowywania potraw, ale sztuki przygotowywania posiłków. I nie chodzi tu wcale o tylko wymyślną kuchnię, o nie. Julia zgłębia tajniki gotowania zarówno potraw trudnych ale i zdawałoby się banalnych. Baczne i wnikliwe spojrzenie Julii koncentruje się najczęściej na szczegółach wobec których przeciętny człowiek nawet obyty z kuchnią pozostaje obojętny.
Opisuje ona swoje nauki, jakie pobierała w słynnej paryskiej szkole kulinarnej, jak również swoje własne odkrycia, radości ale i wątpliwości.
Druga część książki koncentruje się bardziej nie na samym może gotowaniu co na procesie powstawania pierwszej z kilku książek Julii Child na temat kuchni francuskiej, a mianowicie "Doskonaleniu się we francuskiej sztuce kulinarnej", jak również opowiada o tym, jakie to niosło ze sobą konsekwencje, jak chociażby fakt zaproponowania autorce potem programów telewizyjnych na temat francuskiej sztuki kulinarnej.

Tak naprawdę to co ja wyniosłam z tej książki to refleksje, że w życiu koniecznie trzeba mieć swoją pasję. Nawet jeśli są osoby, które z niej się śmieją albo też zwyczajnie jej nie pojmują, nie rozumieją, czasem nie chcą nawet.
Jak również, że można być tylko we dwoje i dalej mieć poczucie pełności i szczęścia. Coś, o czym się, szczególnie w dzisiejszych czasach, zapomina.
Jak również, że w życiu najważniejsza jest niekoniecznie kariera, która czasem przydarza się zupełnie bez naszej woli, ale miłość, zdrowie, grono oddanych przyjaciół, którzy wspierają w trudnych chwilach, rodzina, która kocha a nie przybija człowieka (w książce autorka nie najlepiej wspomina postać swojego ojca, który lekceważył ją i jej męża, głównie ze względu na różnice polityczne, jakie jak się okazuje patrząc na obecną polityczną sytuację w Polsce, potrafią poróżnić raz na zawsze i nieodwracalnie).
Rozczarowani będą ci, którzy spodziewali się przynajmniej kilku przepisów autorstwa słynnej Julii Child. Tego mi tu jednak zabrakło.

Na koniec, kilka cytatów, które mi utkwiły w głowie i pamięci, spodobały się po prostu:

"Zawsze trzeba myśleć o przyszłości".

"Gdy już wiesz, że twój czas w określonym miejscu dobiega końca, starasz się zatrzymać chwile, takie jak ta, w pamięci".

o ojcu, a raczej o jego podejściu do życia "Był nietolerancyjny i mało ciekawy świata".

"Dziwne, ale czasem czujesz, , jakbyś kogoś dobrze znała, choć nigdy nie zdarzyło się wam spotkać".

"Próbowałam trzymać się wspomnień, ale było to równie beznadziejne jak chwytanie się snów".

"Dobre rezultaty wymagają poświęcenia c z a s u  i   u w a g i."

I tym akcentem zakończę tę recenzję bo uważam, że dotyczy ta uwaga nie tylko sztuki gotowania ale życia, życia przede wszystkim.

Moja ocena książki to 4.5 / 6.