…niekoniecznie w Polsce, gdzie po trzech tygodniach upałów, które nawet nasze kapryśne morze a raczej jego plaże zatłoczyło do granic możliwości (na pewno moich, nie wyobrażam sobie takiego wypoczynku człowiek przy człowieku) ochłodziło się i pada deszcz,no i niekoniecznie w naszych czasach. Świetne są takie stare fotografie, pokazujące wycinek dawnych czasów.Tym razem akurat czas relaksu, odpoczynku nad morzami różnych stron świata. Polecam obejrzenia galerii zdjęć.
Link tutaj.
„Co wiesz o Elly?”. Reż. Asghar Farhadi.
Kino irańskie to z pewnością nie jest takim, które oglądam co dzień, tym bardziej, o czym już kiedyś pisałam, interesuje mnie i intryguje. Tym bardziej, że ten film opowiada o współczesnych młodych ludziach, mieszkańcach Teheranu.
Trzy małżeńskie pary wybierają się na kilkudniowy wypad nad morze. Zabierają ze sobą jeszcze dwie osoby. Rozwiedzionego przyjaciela, który na stałe mieszka w Niemczech i nauczycielkę jednego z dzieci, tytułową Elly. Ma być miło, fajnie i przyjemnie, mimo, że na samym początku podróży pojawia się problem logistyczny, który szybko jednak daje się rozwiązać przy pomocy pewnego niewinnego zdawałoby się żarciku, który jednak potem będzie mieć dalsze konsekwencje.
No i na początku faktycznie jest przyjemnie. Towarzystwo bawi się, śpiewa, tańczy, gra w kalambury,w piłkę, korzysta z uroków plaży. Jest miło i beztrosko, chociaż nie dla wszystkich. Znajomy z Niemiec i Elly są ze sobą swatani przez jedną z kobiet, której wydaje się, że zawód swatki to jest to, w czym sprawdza się najbardziej. Nie do końca jesteśmy przekonani, że obie swatane strony są w tym samym stopniu zainteresowane swatami.
Zaczyna się więc miło i beztrosko, szybko jednak dochodzi do wypadku, który raz na zawsze zmieni nastrój miłej zabawy w nastrój przerażenia, niepokoju, wywoła obawy, strach i poważnie popsuje atmosferę między uczestnikami wyprawy.
Elly znika bez śladu a wycieczkowicze pozostają w nastroju niepewności, lęku i wśród narastających wobec siebie wzajemnych oskarżeń i braku wzajemnego zaufania wśród przecież jeszcze do niedawna tak zgranych przyjaciół i nawet wśród małżeństw.
Film nie jest według mnie jakimś niezwykłym arcydziełem, ale podobał mi się ze względu na swoją uniwersalność i dobrą grę aktorską. Owszem, aby go lepiej zrozumieć dobrze jest znać chociażby podstawy tamtejszej kultury, jednak tak naprawdę film ten opowiada o ludziach, o ich relacjach. O tym, że czasem w wydawałoby się zgranym towarzystwie pojawić się mogą bardzo poważne zgrzyty, rysy na niby to gładkiej dotąd tafli szkła. Miła wyprawa zmienia się w horror.
Film zadaje nam pytania Co tak naprawdę wiemy o innych?, Co determinuje nasze własne poczucie, przekonanie, że kogoś znamy?, Czy w ogóle udaje nam się zyskać poczucie, że tak naprawdę kogoś znamy? Czy znamy ludzi, którzy zostają na większość dnia z naszymi dziećmi? Wychowują je? Czy wiemy, kto tak naprawdę u nas bywa?
Wychodzi na jaw, że tak naprawdę ta cicha, spokojna dziewczyna nie dała poznać się nikomu, nie tylko ludźmi, z którymi wybrała się na wycieczkę, ale również nie jest znana przez własną rodzinę i bliskich.
Moja ocena filmu to 4.5 / 6.
s z e ś ć lat…
…odnotowuję bardziej z potrzeby kronikarskiej. Nie chcę się jednak rozpisywać, bo jak pisałam parę wpisów wcześniej, coś uwiera ostatnio, mam różne tam takie przemyślenia na temat blogowania, blogowiska itd a może to taki czas po prostu, więc zostawiam ślad kolejnej rocznicy. Sporo czasu tu bywam.
Dziękuję Wam wszystkim, którzy zaglądacie. Dziękuję tym, którzy się odzywają.
„Aimee & Jaguar. Historia pewnej miłości, Berlin 1943”.

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2008).
Przełożyła Katarzyna Weintraub.
Tytuł oryginału "Aimee & Jaguar. Eine Liebesgeschichte, Berlin 1943".
Nie pamiętam, czy lektura wpisu z blogu nie książkowego wpłynęła kiedyś na moją decyzję o zakupie i zapoznaniu się z książką. Tym razem tak się stało. Owszem, o książce i raczej o filmie, słyszałam już wcześniej, ale impulsem do przeczytania książki stał się wpis Obiezy_swiatki na temat Obozu Koncentracyjnego w Bergen-Belsen.
Muszę powiedzieć, że nielekką wybrałam sobie lekturę na letni czas, ale można się było tego spodziewać.
Muszę też powiedzieć, że nie jest mi łatwo o niej pisać. To tego typu lektura, która budzi wiele niepohamowanych emocji, która powoduje, że człowiek czuje się podenerwowany, być może dotyczy to nadwrażliwców, cóż, ja cieszę się, że lekturę czytałam "na raty", przerywając ją dwukrotnie dla kryminałów Jana Seghersa, bo chyba to ułatwiło jej odbiór. A i tak mocno wpłynęła na mój nastrój, mam obecnie ochotę na coś baaaardzo lekkiego, luźnego, może być nawet mało ambitnego, ale na coś, co rozweseli, a nie spowoduje emocje aż tak silne.
Trudno jest napisać, co to jest książka. Bo jest to zarówno opowieść o miłości homoseksualnej, pomiędzy żoną nazisty Aimee, matką czwórki synów a niemiecką Żydówką zwaną Jaguar, jak również niezwykle solidnie udokumentowany bibliografią kawałek prozy niby to epickiej ale jednak dokumentalnej.
Mam więc opowieść narratorki, która przeplatana jest cytowanymi wypowiedziami i relacjami ówczesnych świadków wydarzeń, przyjaciół obu kobiet, rodziny. W książce są też korespondencja, jaką prowadziły między sobą zakochane kobiety, emocjonalne wiersze wrażliwej Jaguar (autorstwa Aimee również, jednak są według mnie o wiele gorsze) jak również zdjęcia zarówno ich obu jaki i ich rodzin i przyjaciół.
Mnie osobiście nie sam wątek romansu interesował co raczej opis sytuacji tamtych lat w Berlinie. Lat strasznych, bo po dojściu do władzy Hitlera, po wybuchu IIWŚ jak i podczas jej trwania. Można, oczywiście, sięgnąć po książki historyczne dotyczące tego tematu, ale zupełnie inaczej czyta się o tym poprzez opowieści świadków właśnie a nie suche zdania historyka.
Nie chcę skupiać się na analizie zła, jaką można by było przeprowadzić pisząc o tej książce. Nie chcę, bo czyniło to przede mną wielu, a i na pewno czynić będzie wielu. Nie chcę też popadać w truizmy.
Muszę powiedzieć jednak, że podczas lektury, kiedy czytałam, jak coraz to bardziej absurdalne i upadlające wobec Żydów wymyślano zakazy i nakazy, przyszła mi do głowy nie dająca spokoju myśl , a mianowicie, czy nie jest tak, że to wszystko mogło mieć miejsce, że takie zło dziać mogło się dlatego, że ludzie tak naprawdę pozostawali bierni i obojętni? Ci, jeszcze do niedawna sąsiedzi, potrafili zadenuncjować kogoś dla jego majątku.
Jak się można domyślać, ta historia nie ma happy endu. Jaguar trafia w ostatnich miesiącach wojny, zresztą zadenuncjowana przez kogoś, do obozu koncentracyjnego, z którego nie wraca.
Dla niej kończy się życie. Dla Lilly, zwanej Aimee, poniekąd też.
Muszę jednak przyznać, że z nich dwóch, to postać Lilly budziła we mnie jakąś niechęć. Osoba ta zdawała mi się być dość bierna. Nie mówię tu o zarzutach, z jakimi się spotkała po wojnie, jakoby mogła coś zrobić w sprawie Jaguar, ale raczej miałam wrażenie, że zachowywała się ona w życiu dość bezwolnie, jakby zdając się jedynie na cudze decyzje.
To Felice, czyli tytułowa Jaguar, wydawała mi się, przynajmniej na podstawie opowieści w tej książce i relacji jej bliskich osobą silną, zdecydowaną a oprócz tego obdarzoną wielkimi emocjami, uczuciowością jak również silną osobowością.
Ciężka to lektura, co napisałam na samym początku, niemniej jednak porywająca (na swój sposób oczywiście, bo czy nie jest to określenie co najmniej nie na miejscu kiedy się pisze o tym czasie i tych wydarzeniach?).
Moja ocena to 5 / 6.
no i mamy ochłodzenie…
…P. niedawno czytając o ochłodzeniu w Austrii, które miało miejsce parę dni temu aż o dwadzieścia stopni zastanawiał się, kiedy nadejdzie do nas i voila. Mamy je. Ja tam nie tęsknię za tropikami, jakie mieliśmy, ale znowuż dwanaście stopni, jakie rano ujrzeliśmy na termometrze niekoniecznie jest tym, o czym marzy się w lipcowy poranek. Ale może dostosowało się do powiedzonka "od Świętej Hanki zimne wieczory i ranki", kto wie. Aż wzięliśmy z powrotem do mieszkania baobaba. Który to, ku naszej wielkiej radości, ponownie się ożywił. Baobaba, a raczej sadzonkę , otrzymałam nie w tym a zeszłym roku na Urodziny. W lutym tego roku nagle zaczął tracić liście tak pięknie wcześniej wyrośnięte i wyłysiał kompletnie. Ostał się mu jeno suchy badyl, który ja nawet myślałam wyekspediować out. P. się sprzeciwił i miał rację. Mądry jest. To już kolejny kwiat, roślina, której ja nie rokowałam, P. Rejtanem w drzwiach za rośliną stanął i miał rację, roślina się odwdzięczyła. Takoż i baobab. Powiedziałam, że suchego badyla w domu nie chcę mieć i jeśli już, to na balkon proszę kolegę. No i baobab wywędrował na balkon. Szczerze, to kompletnie został tam zapomniany, co jak widać po tym, co wyczytał P. w necie teraz, okazało się dla niego najwłaściwsze. Niepodlewany, czerpiąc jedynie energię ze słońca odpoczął i oto nagle w sobotę odkryliśmy z wielką radością, że zaczął ponownie wypuszczać listki! W okresie wzrostu jednak baobab nie może mieć niżej, niż 12 stopni a wczoraj tyleż na noc zapowiadali, co pewnie miało miejsce zważywszy na poranną temperaturę, toteż wwędrował z powrotem do mieszkania. Oby teraz rósł chłopak na schwał!
Dziś w skrzynce miła bo niespodziewana niespodzianka (masło maślane mi wyszło). Dwie kartki z wycieczki, o której Matylda_ab pisała u siebie, a mianowicie z niezwykłego Arboretum w Bolestraszycach i z zamkiem w Krasiczynie. Dzięki za pamięć i pokazanie, jak piękne mamy i my miejsca w naszym własnym kraju.
Wieczorny spacer przypominał jesienny, z racji siąpiącego deszczu, temperatury i braku innych spacerujących a raczej osiadłych w okolicznych knajpkach.
„Zbyt piękna dziewczyna”. Jan Seghers.
Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2009).
Przełożyła Elżbieta Kalinowska.
Tytuł oryginału Ein allzu schones Madchen.
Ale jestem zadowolona!;) Kolejna obniżka kryminałów i sensacji, jaką spostrzegłam na Merlinie spowodowała, że odkryłam dla siebie nowego autora kryminałów. I to takiego, który spełnia moje oczekiwania, o których pisałam nie raz i nie dwa, a mianowicie, oprócz fabuły kryminalnej, dość według mnie przewidywalnej w tej książce (co nie jest o dziwo wadą) w książce tej jest sporo przemyśleń, refleksji, obserwacji społeczno kulturowych. Jak mniemam, samego autora.
Tym razem jest to Jan Seghers, a konkretnie Matthias Altenburg, którego Jan Seghers jest pseudonimem literackim.
Porównuje się go do Mankella, co mi się akurat nie podoba. Określenia "niemiecki Mankell", nie to nie dla mnie. W ogóle nie lubię marketingu polegającego na tym, że sprzedawcy usiłują skusić mnie na lekturę porównując z popularnym i nie ukrywajmy dobrze sprzedającym się nazwiskiem. Jest kilka takich, które się chętnie używa. Na mnie to nie działa. Pewnie dlatego nie sięgnęłam do tej pory po książki Jana Seghersa. Teraz zaś skusiłam się dlatego, że obecnie chęć na kryminały takie ze społeczno obyczajowymi spostrzeżeniami u mnie wzrosła ogromnie i baaardzo intensywnie poszukiwałam czegoś dla siebie interesującego. No i znalazłam.
"Zbyt piękna dziewczyna" zaczyna się niemal jak baśń, pięknym, lirycznym niemal, bardzo malarskim, opisowym językiem. Poznajemy pewną kobietę, która jak w baśni, nie pytając co i jak, podejmuje opiekę nad dziewczyną, którą znajduje w swoim obejściu. Przez krótki czas sprawuje nad nią matczyną opiekę, a piękna dziewczyna rozkwita przy niej jeszcze bardziej, niż do tej pory.
Niestety, chwilę potem bajkowy nastrój się kończy i przechodzimy do bardziej konkretnych realiów współczesnego świata. W Lasku Miejskim Frankfurtu nad Menem znalezione zostają zwłoki mężczyzny, który to mężczyzna został dosłownie zaszlachtowany.
A to dopiero początek zbrodni.
Jan Seghers przedstawia czytelnikom postać komisarza Roberta Marthalera. Osoby samotnej, nie szukającej w życiu przygód miłośnika muzyki poważnej. Zapewne dla wielu współczesnych nieco dziwacznej może. Bo nie umiejącej dostosować się do nowych realiów współczesnego świata, życia dookoła, ba, nawet miasta, które otacza komisarza i w którym przyszło mu żyć.
Podobało mi się to, że u Seghersa miasto, w którym poznajemy zarówno samych rodowitych Niemców jak i emigrantów tworzących społeczeństwo, jest niemal na równi bohaterem książki, jak ludzie, co sprawia, że z pewnością dla osób znających miasto jest to dodatkowa frajda.
Również z zainteresowaniem czytałam opinie autora, które "przemyca" nam w słowach, myślach Marthalera. Z niektórymi, jak chociażby jego spostrzeżenia dotyczące współczesnych mediów, zgadzam się całkowicie.
Książka jest dość gruba, ma ponad czterysta stron. Co ciekawe, w tym przypadku w ogóle mnie to nie drażniło. Ba, owa cechująca autora niezwykła dbałość o szczegóły, o to, aby oddać opisywaną minę, przedmiot, wystrój, dodawała jej wiele i to właśnie też mnie pociągało podczas lektury.
Współczesny świat widziany oczami komisarza Marthalera nie jest zbyt optymistyczny. I to nie tylko z racji zawodu, jaki przyszło mu pełnić. Nie. To po prostu trzeźwe spojrzenie na dzisiejsze społeczeństwo, świat, ludzi nas otaczających. Na świat, w którym z coraz większą obojętnością ludzie podczas kolacji oglądają w mediach sceny drastyczne, obojętnie przeżuwając to, co właśnie zostało ugotowane. W którym rzadko kiedy ktoś ma czas dla drugiego człowieka. Tak naprawdę "ma czas".
Ale autor pozostawia nadzieję na to, że lepsze też może się zdarzać. Zakończenie książki jest bardzo ciekawe i według mnie nieprzewidywalne.
Mnie ta książka ogromnie się podobała i mam zamiar zabrać się natychmiast za drugą u nas wydaną książką, czyli "Pannę Młodą w śniegu".
Moja ocena to 5.5 / 6.
Brasil………
Obiezy_swiatka pisała kiedyś u siebie, że kolekcjonuje różne wydania "Małego Księcia", wydania z całego świata. Kolekcje mają w sobie coś ciekawego, to poszukiwanie, to "zarażanie" innych swoją pasją, kiedy słyszycie "wiesz, znalazłam,-łem to na straganie i nie mogłem się oprzeć, żeby ci tego nie kupić". Ja mam kilka kolekcji, to wiecie, ale nie wiem, czy chwaliłam się kiedyś tym, że lubię składanki muzyki z Brazylii. Kiedy sobie ją puszczam, od razu czuję na skórze ciepły dotyk słońca, nawet jeśli za oknem mróz, a wyobraźnia przenosi mnie w kierunku Copacabana sączącą mleko kokosowe, nawet jeśli swego czasu penpal z Rio pisała mi, że to wcale nie najfajniejsza tamtejsza plaża i że ona sama woli inne…
Na Merlinie wyczaiłam obniżkę i oto moja kolekcja powiększyła się o płytę "Cafe Luna. Brazylijska podróż", część druga.
Z niej oto jedna z piosenek:
lubię…
…bezpretensjonalnych twórców. Osoby, które na siłę nie chcą mnie do czegoś przekonać, robią swoje z wyrazistą mimo skromności pasją i spokojem a jednocześnie brzmią dość indywidualnie w zalewie tego, co pojawia się na scenie.
I tak oto zachwyciła mnie ostatnio Lisa Hannigan, której album "Sea Sew" ukazał się u nas dopiero w tym roku, mimo, że w kraju Lisy, czyli Irlandii dwa lata temu. Lisę będzie można obejrzeć na warsaworangefestival, w drugim jego dniu.
„Biegnij”. Ann Patchett.

Książka wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2008).
Przełożyła Marta Jabłońska0Majchrzak. Tytuł oryginału Run.
Skuszenie się na książkę pod wpływem faktu obniżki, którą spostrzegło się w sklepie jak również wrażenia niezłych recenzji na zaprzyjaźnionych blogach książkowych skutkuje jak podejrzewam miłym zaskoczeniem jak i rozczarowaniem. W tym przypadku było to rozczarowanie. Nie znam osławionej książki tejże autorki jaką jest "Belcanto", ale muszę się przyznać, że po tej jej książce raczej nie zamierzam po nią sięgać (no, chyba, że nie musiałabym na nią wydać pieniędzy, to może, kiedyś…). Nie jest tak, że odłożyłam ją na bok nie kończąc lektury, ale w pewnej chwili miałam ochotę wykonać tytułowe polecenie "Run" i uciec.
Nie do końca wiem, co miałam wynieść z tej akurat książki. Bo jak sądzę, nie było zamierzeniem autorki przekonanie mnie o tym, że w rodzinach na ogół panują słodziutkie układy (z bardzo małymi wyjątkami, w tej książce w dodatku najbardziej zarysowanymi i jak to bywa na ogół najbardziej możliwymi do zaistnienia). Nie, chyba nie chodzi o to, abym uwierzyła, że jest słodko, przytulnie. Nie sądzę też, że miałam przekonać się o tym, że bostońskie procedury adopcyjne prowadzone są z minimalnymi środkami bezpieczeństwa i dyskrecji. No i chyba nie chodziło o to, abym zyskała przekonanie, że Boston to mała mieścina, w której wszyscy wszystkich znają. Niestety, ta książka nie trafiła do mnie niczym specjalnym. Nie wyniosłam z niej nic, co mnie akurat by fascynowało, nie skłoniła mnie do przemyśleń innych poza tymi, jak bardzo nasze dane osobowe są chronione przez instytucje za to odpowiedzialne i jak to różnie może wyglądać w różnych krajach.
No, niewypałem może tej książki nie nazwę, bo dokończyłam, ale odkryciem roku, niestety, również nie.
Atmosfera książki budowana przez opis zasypującego Boston śniegu najwyraźniej aż nazbyt zakryła to, co miało być mi przekazane albo zwyczajnie nie była to książka "moja" i nie ten czas na jej lekturę, co też się zdarza.
Poznajemy byłego burmistrza Bostonu, którego kariera załamała się pod wpływem pewnego wydarzenia z przeszłości. Burmistrz ma jednego syna biologicznego, z żoną, która zmarła dość wcześnie i dwóch adoptowanych synów. Co jest w pewien sposób istotne dla książki, są to ciemnoskórzy chłopcy. Pewnego dnia on sam wraz z owymi adoptowanymi dorosłymi już synami wybiera się na polityczne wystąpienie a po owym wiecu ma miejsce wypadek jednego z synów byłego burmistrza, po którym to nic już nie będzie takie samo. Wyjdą na jaw pewne do tej pory skrywane sprawy. Okaże się, że nie wiemy kto i kiedy śledzi nasze życie na granicy obsesji wręcz.
Książka była według mnie mocno schematyczna, silnie przedstawiała dość oklepane kontrasty, co na mnie akurat podziałało dość rozdrażniajaco i taka mało realna jak dla mnie. Zbyt wiele słodu, ja wiem, że czasem potrzebujemy bajek dla dorosłych, jak ja to mówię, ale zbyt dużo nieprawdopodobieństw nie podziałało w tym przypadku zbyt przekonująco. Przynajmniej na mnie nie.
Moja ocena tej książki to 3.5 / 6.
szmaragdowa woda…
…,z odbijającymi się słonecznymi promieniami opływająca skaliste wybrzeże pomiędzy którego palcami znajdują się złote plaże, taka oto kartka dotarła do mnie od Spacerka wczoraj. Ha, czyli jednak mam w zbiorze turecki kurort:) Ogromne dzięki za pocztówkę z Turcji, Alanyi , konkretnie z plaży Ulas, która mnie ucieszyła. Mam sentyment do leniuchowania na plaży tamtych rejonów, o którym z lubością (takie przynajmniej odniosłam wrażenie:) wspomina Spacerek, bowiem na moje i P. pierwsze zagraniczne wojaże właśnie wyniosło nas do Turcji, Alanyi. Nie zwiedzaliśmy namiętnie, chociaż trochę a i owszem, za to cieszyliśmy się sobą, ciepłem, słońcem, ciepłym morzem jak głupi (w końcówce września u nas lało i zimno było a my byczyliśmy się na słońcu). Tak więc dzięki za kartkę.
Obiezy_swiatce dziękuję za podbudowanie mojej kolekcji kartek z Niemiec;0)
A blogowej koleżance Ice ogromne dzięki za podesłanie mi "Mojego życia we Francji" Julii Child. Muszę przyznać, że miałam mieszane uczucia co do tej książki, to znaczy z jednej strony po moim zachwycie nad książką jak również po tym, jak podobał mi się film na podstawie książki Julie Powell czułam, że powinnam poznać książkę autorstwa słynnej Julii. Ale jakoś, nie wiem, czemu nie nabyłam, nie chodziłam za nią. I nagle padła miła propozycja podesłania mi jej, jako, że blogowiczka uznała, że wracać do niej nie będzie, więc…skorzystałam z propozycji. No i czeka sobie w kolejce a ja zastanawiam się, jak odbiorę Julię, którą jak na razie, patrząc na nią przez pryzmat cudzych wspomnień i odrobinkę tego, co widziałam w necie, odbieram jako zdecydowanie specyficzną osobę, oryginalną, ale mającą swój niepowtarzalny styl i sposób na życie.
Dzięki za pamięć, dziewczyny.
