„Nieoswojona ziemia”. Jhumpa Lahiri.

Wydana w Albatros. Wydawnictwo A. Kuryłowicz. Warszawa (2010).
Przełożyła Anna Kołyszko. Tytuł oryginału Unaccustomed Earth.

Ta przetłumaczona świetnie przez niestety, nie żyjącą już, panią tłumacz to kolejna przeze mnie czytana książka Jhumpy Lahiri i muszę powiedzieć, że trafia ona na moją listę autorów lubianych czy wręcz ulubionych. Pisze świetnie i w dodatku w jej prozie odczuwam to, co lubię czyli jej własny rozwój. Nie wiem, jak w Polsce jej książki są wydawane, czy w chronologii ich pisania, wydaje mi się, że tak  i widać, że autorka nie spoczywa na laurach i wciąż jej proza staje się jeszcze lepsza.

Wcześniej czytałam jej "Tłumacza chorób", a potem "Imiennika", który tak mnie zachwycił.

Tym razem wracamy do opowiadań, formy, w której autorka czuje się tak samo dobrze jak w powieści. Książka dzieli się na dwie części. W pierwszej jest pięć nie łączących się ze sobą opowiadań, każde na odrębny temat. Druga część zatytułowana "Hema i Kaushik" to trzy opowiadania bądź właściwie trzy rozdziały niby to nie mające najpierw ze sobą nic wspólnego a szybko okazuje się, że łączą je postaci tytułowych bohaterów.

W dwóch poprzednich książkach autorki, jakie miałam okazję czytać, mocno skupiała się ona na kwestii emigracji, tożsamości kulturowej, poczucia przynależności do danego kraju, miejsca czyniąc swoimi bohaterami emigrantów z Indii osiadłych podobnie, jak sama Jhumpa Lahiri w Stanach Zjednoczonych. W tej książce bohaterowie są dziećmi pokolenia emigrantów, bardziej zamerykanizowane niż związane z Indiami. Kraj rodziców odwiedzają przy okazji wakacyjnych wypraw do dziadków najczęściej a często i wcale. I w tej książce autorka nie skupiła się na problemach emigranta muszącego odnaleźć się w nowej rzeczywistości. W tej książce skupiła się na ludziach. Ludziach i ich problemach, szczęściach, radościach, smutkach, nowych możliwościach, poczuciu straty czy szczęścia. Na życiu po prostu.

W tych opowiadaniach ludzie dowiadują się dzięki zbiegom okoliczności lub planowanym wydarzeniom prawd o sobie samych, o swoich związkach ze starzejącymi się rodzicami, dorastającymi dziećmi, swoimi życiowymi partnerami. Stają wobec wyborów, których konsekwencje będą ponosić przez resztę życia. Kochają i nienawidzą, śmieją się i płaczą. Zostają zaskakiwani niemożnością wpływu na osoby bliskie i ich decyzjami,które bądź to są trafione bądź nie. Zdają sobie sprawę z własnych osiągnięć ale i porażek. Zatajają sekrety przed współmałżonkami ale i zostają niemile zaskoczeni tajemnicami innych swoich bliskich. Często uświadomiwszy sobie, jak niewiele wiedzą o zdawało by się bliskich im osobach.
Zyskują coś raz na zawsze albo tracą coś ważnego bezpowrotnie.
Dowiadują się o sobie prawd, których się nie spodziewali. Dojrzewają i rozwijają się ich relacje z innymi.
Bo tak naprawdę każdy z nas, każdy człowiek jest właśnie niczym innym jak taką nieoswojoną ziemią…

Ogromnie podobał mi się ten zbiór opowiadań, z których każde dało mi coś do myślenia, spowodowało rozmaite refleksje na różne tematy. Bardzo się cieszę, że ją przeczytałam i z niecierpliwością oczekuję więcej książek Jhumpy Lahiri na naszym rynku.

Moja ocena 6 / 6.

po czym poznać, że będzie burza?

Nie, nie korzystać z prognozy pogody, która nawiasem mówiąc burzy na noc nie zapowiadała. Wystarczyło wczoraj wieczorem wyjść na spacer. Pierwsze wygłodniałe i szukające zapasów krwi "na potem" komarzyska rzuciły się na nas już po wyjściu z domu. Spacer polegał na wykonywaniu ruchów opędzających się głównie. Ale kiedy trzy dopadły mnie jeszcze podczas jazdy windą do mieszkania (wskutek czego wróciłam do domu dziabnięta w szyję, palec od ręki i czoło, do tego stopnia, że miałam wrażenie sparaliżowania części czoła, czy tak czują się ofiary botoksu?? 🙂 ) stwierdziłam , że na sto procent będzie burzysko w nocy. Nie myliłam się. Po dwunastej burczało w tle, około pierwszej już przewalało się nad nami.

dwie rozśpiewane pocztówki…

…wczoraj do mnie dotarły. Pierwsza od Latającej_Pyzy, z Granady. Pamiętacie, jak ostatnio pisząc o kartce z Granady w Nikaragui stwierdziłam, że do tej pory owa nazwa kojarzyła mi się wyłącznie z Hiszpanią? Tak właśnie jest tym razem. Kartka prezentuje detal architektoniczny z niezwykłą fontanną tak charakterystyczną dla wnętrz muzułmańskich, jaka znajduje się w przecudnym cacku architektury, jakim jest właśnie La Alhambra. To jest cudeńko, które chciałabym kiedyś zobaczyć. Pyza pisze, że dla miłośników sztuki Islamu w tym mieście miejsc jest mnóstwo i sądzę, że ci, którzy w nim byli, potwierdzają to stwierdzenie. A dlaczego piszę o muzycznych pocztówkach? Wszak wszyscy zapewne znamy słynną "Granadę", która to pieśń faktycznie jest niezwykła i poruszająca.

Druga "muzyczna" kartka, to pamiątka ze słynnego właśnie chyba między innymi dzięki piosence "Na moście w Avignon" Awinionu z wizerunkiem najsłynniejszego chyba mostu, osławionego właśnie w tejże piosence, czyli Le Point Saint Benezet.
Przypominam chyba najsłynniejsze wykonanie tej piosenki w polskiej wersji oczywiście.

Za pamięć i kartki bardzo Wam dziękuję;)

„Tamtego lata na Sycylii”. Marlena de Blasi.

Wydana w Wydawnictwo Świat Książki. Warszawa (2010).
Przełożyła Magdalena Tulii. Tytuł oryginalny That summer in Sicily.

Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie polecenie na Forum Książki ze strony osoby, z której zdaniem się liczę. Nie sięgnęłabym i ominęłaby mnie dobra lektura. Przyznaję się, że bałam się jakiegoś romansidła z modnym ostatnio w literaturze krajem w tle. Udało się tego uniknąć, ufff…

Podobał mi się język, którym pisana jest ta książka. Ładny, plastyczny, znakomity do opisu sytuacji niezwykłej, z którą zetknęła się autorka i jej mąż podczas swojej podróży w celu napisaniu artykułu, które to zadanie zdało się być niewykonalne. A sytuacja ta to trafienie jakby do przedpokoju Raju, świata, w którym ludzie żyją w jakiejś pozbawionej zła i brzydoty miejscu, w którym współpracują ze sobą i pomagają sobie. W którym rodzi się blisko ludzi i umiera z ludźmi, nie w cichej sali szpitala, o porze rannej, kiedy koło umierającego nie stoi nawet pielęgniarka.

Opis owej posiadłości nazwanej Villa Donnafugata, której właścicielką jest tajemnicza Tosca kojarzyło mi się niezwykle z filmem "Ukryte pragnienia", w którym może zdarzyć się wszystko. Było ono miejscem niejednych zdarzeń a w książce stanie się miejscem, w którym Marlena zostanie wprowadzona w świat niezwykłych tajemnic, sekretów, wręcz magii. Magii wspólnoty kobiet, które nie są dla siebie rywalkami a stają się często jedynymi podporami. Niezwykle silnie gra tam pierwiastek kobiecości, który nadaje mu owo poczucie magii i czegoś nie do końca uchwytnego mimo wyraźnych i realnych efektów wspólnego działania. Nie chodzi o to, że mężczyzn eliminuje się z tego świata. Po prostu, w tym miejscu Sycylii rola kobiet nie jest umniejszona, tu odnajdują się one na nowo w różnych sytuacjach i tu poznają swoją siłę i moc jak również świadomość, że umieją żyć bez mężczyzny.
Chou usłyszy opowieść Toski. Opowieść nacechowaną tak charakterystycznym dla Sycylii zachowaniem pewnych spraw dla siebie, przemilczeniem. Niemniej jednak już to, co usłyszy, stanie się przyczynkiem do powstania niezwykłej opowieści, którą to następnie możemy czytać w książce.
Owszem, ma ona pewne wady. Mnie samej wydaje się, że pierwsza jej połowa biegła jakoś bardziej wartko, była bardziej interesująca, gloryfikowała zarówno miejsce, do którego autorka trafia, jak i sposób życia tamże, ale ogólnie lektura mnie nie zawiodła.

Moja ocena to 4.5 / 6.

wszyscy jeżdżą nad polskie morze;)

…znad niego bowiem dzisiaj dotarły do mnie pocztówki.
Tym razem Krynica Morska ogólnie widok jak i pocztówka super, powiedzmy, ogólna, ale z akcentem piaskowo muszelkowym. Nie wiedziałam, że nad naszym morzem można kupić takie fajne pocztówki;) Pocztówka ma otwór, w którym zmieszczono plastikowe przezroczyste pudełeczko, w którym jest piasek i muszelki. Pewnie niekoniecznie takie, jakie można znaleźć nad naszym morzem, ale kartka naprawdę fajna i z pomysłem. Tak jak swego czasu pisałam, że "wszyscy jeżdżą do Barcelony" tak w tym lecie stwierdzam, że "wszyscy jeżdżą nad polskie morze". Chyba najwięcej kartek dostałam tego lata znad polskiego morza właśnie, inna sprawa, że w tym roku z pocztówkami powiedzmy nie tyle skromnie, co nie tak obficie, jak rok temu, kiedy chyba rekordowo dostałam kartek z wakacji od znajomych.

Dotarły też dwie kartki z…Chin od Obiezy_swiatki. Wiem od niej, że nie tylko Chiny zwiedziła i ciągle jeszcze zwiedza, a ponieważ nie chcę psuć Jej radości odkrywania na blogu, dokąd udało jej się trafić w sierpniu-nic więcej nie zdradzam. Poczytacie jak wróci i opisze i zapewne uraczy zarówno ciekawymi opowieściami jak i również ładnymi zdjęciami.
Na pierwszej kartce jest odnowione zdjęcie dawnej pary małżeńskiej, myślę, że na oko fotografia jest z początków dwudziestego wieku. Na drugiej pocztówce jest Pawilon Pięciu Smoków (cóż za przepiękna nazwa, angielska The Five-Dragon Pavilion), część kompleksu w Parku Beihai.
Trochę dawnej historii (ciekawe kim była para małżeńska i jak potoczyły się jej losy i jej potomków) i zdjęcie starej budowli w bardzo nowoczesnej grafice zrobione, kolorowe i nęcące do odwiedzenia. Niemniej jednak mnie akurat, o czym wiecie, Chiny do odwiedzenia nie kuszą nic a nic. Mam do nich zbyt mieszany stosunek, mam na myśli Chiny współczesne i taki jakiś dualistyczny stosunek, z jednej strony niechęć , z drugiej , zainteresowanie, które owocuje tym, że chętnie sięgam po książki dotyczące Chin współczesnych, z , co się powtórzę, naciskiem na czas Rewolucji Kulturalnej.

„Neapol, moja miłość”. Penelope Green.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2010).
Przełożyła Barbara Szyszko. Tytuł oryginalny See Naples and die.

"Neapol, moja miłość" to kontynuacja "Rzymskie dolce vita"
czyli opowieści o losach Australijki, która porzuciwszy rozwój osobisty i
karierę na Antypodach wybrała niepewny los emigrantki we Włoszech.

I tak, jak poprzednia część bardzo mi się podobała, tak ta trochę mniej. Prawdopodobnie ze względu na to, że autorka skupiła się w niej mniej (chociaż nie to, że wcale) na ludziach, opisie swoich doznań jako nowicjusza w danym mieście, zabytkach widzianych swoimi oczami itd a bardziej na samym problemie, jaki męczy owo miasto. A jest to ni mniej ni więcej a słynna kamorra, przestępczość zorganizowana. Podobno nie jest to to samo, co mafia i w ogóle temat to do rozwinięcia, ale słynna "Gomorra" wciąż przede mną do przeczytania a nie chcę się w recenzji na tym skupiać. Rozumiem nawet przesłanki autorki. Przenosząc się do miasta o niedobrej sławie, jednego z najmniej bezpiecznych w Europie a pewnie i na świecie, trudno jej było udawać, że temat nie istnieje. Na jej pochwałę dodam, że absolutnie nie pisze ona o problemie w jakiś bardzo ponury sposób. Nie. Powiedzmy, że żyjąc tam zauważa go, nie udaje, że on nie istnieje. Na pewno na jej odbiór wpływają opinie znajomych jej Włochów, którzy sami ostrzegali ją przed tym miastem bądź mieszkając w nim, żyjąc, "uczulali" ją na pewne aspekty życia w Neapolu. I jak mówię, autorce udało się uniknąć nadmiernego narzekania, przesady, ale po prostu nie udało się uniknąć tego, co jest problemem tegoż miasta, a mianowicie tematyki wspomnianej przeze mnie powyżej przestępczości zorganizowanej, która w tym przypadku , kontroluje praktycznie życie miasta i często owo życie, a zwłaszcza postęp paraliżuje.

Szczerze mówiąc, nie tego oczekiwałam po lekturze, więc tu się trochę zawiodłam.
Tym razem autorce udaje się już pracować w jej zawodzie, czyli jako reporterki, dziennikarki w jednej z agencji prasowej, co też nieco zmienia jej sytuację jako emigrantki. Przypominam, że w części pierwszej głównie kelnerowała ona, co też dostarczało zabawnych sytuacji i chyba więcej wbrew temu, co można pomyśleć, radości.
O dziwo, mimo tego, jak trudno mieszka się w Neapolu, Penelope Green zdaje się być z tegoż życia bardzo zadowolona, miasto trafia do niej i nieźle się ona w nim odnajduje, wręcz w nie wtapia, być może również za sprawą miłości jaką tam napotyka.
Na pewno doświadczenie życia tam uczy ją bycia twardą. Jak można bowiem przeczytać na stronach książki "Jeśli przeżyjesz w Neapolu, wszędzie dasz sobie radę."

Moja ocena książki 4 / 6.

burza…

…to słowo klucz tego lata. Właśnie przeszła kolejna. Lało nieźle.
Wczoraj udało się załatwić pewną sprawę u notariusza, to przynajmniej "do przodu". W nagrodę poszliśmy na pyszną wyżerkę do włoskiej restauracji. Niestety, nasza "lokalna" już prawie tydzień zamknięta na cztery spusty zupełnie bez powodu, to znaczy żadnej kartki i nie wiadomo, co i jak. Żaluzje antywłamaniowe zasunięte i nic. Poszliśmy więc do konkurencji, trudno. Mieliśmy średnią przyjemność spędzenia części posiłku przy jednym z celebrytów z kolejną jego żoną. Szczerze? Już dawno powinnam zmienić szkła. Niedowidzę, taka prawda;) gdybym widziała, że to oni to na pewno bym koło nich nie siadła. Nie wiedziałam, że to oni, bo on siedział tyłem, ona przodem do mnie i jej nie skojarzyłam początkowo. Gdyby nie to, że poznałam go po głosie a cały czas rozmawiał przez telefon i w końcu też się komuś tam przedstawił, w ogóle nie wiedziałabym, że oni to oni, bo zajęta byłam wybieraniem pysznych dań z menu a nie gapieniu się po ludziach wokół. Ona zaś patrzyła się na mnie w jakiś taki nieprzyjemny sposób (przynajmniej ja to tak odczułam), aż przez chwilę zastanawiałam się nad tym, żeby się przesiąść, żeby nie psuć sobie nastroju. Nie wiem, może myślała, że wyciągnę aparat i wyślę jej fotę na pudla. Nie mam takich pomysłów, wolę spędzić miło czas na rozmowie z własnym mężem. Na szczęście dość szybko poszli.
Podczas popołudniowego spaceru, kiedy wisiały nad nami ciężkie chmury i przygnębiający nastrój krążył nad głową, jakoś pierwszy raz poczułam wyraźnie, że jesień się zbliża, nie ma na to rady, jak to mam w zwyczaju mawiać. W powietrzu nie dość, że wisiał taki jakiś przygnębiający nastrój, to w dodatku taki jakiś chłodek się rządził. Oj, mówię Wam, czuję, że po tej dziwnej wiośnie i niezbyt fajnym lecie czeka nas mało przyjemna jesień, ale może się mylę i oby.

„Z pamiętnika niemłodej już mężatki”. Magdalena Samozwaniec.

Wstęp, wybór i opracowanie Rafał Podraza.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2010).

Hmmm…było by dobrze, czytało się nieźle, do strony numer 193.
Powiedzmy sobie tak, teksty, wybrane przez krewnego autorki, w większości znane są nam z "Zalotnicy Niebieskiej" i "Marii i Magdaleny". I to się czuje. Ale jest też trochę nowych opowieści, spojrzenie Samozwaniec na kino lat jej dzieciństwa i młodości skonfrontowane z postarzałymi amantami dawnych lat te kilkadziesiąt lat później. Są też jej opinie o modzie, zarówno tej dawnej, jak i czasów, kiedy teksty powstawały a więc lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Są jej opinie o współczesnych kobietach i mężczyznach, o tych drugich zresztą dość krytyczne. Jest sporo fotografii, część z nich nie znamy z innych jej książek.
Jest znowu oczywiście uwielbienie do starszej siostry znane nam z dwóch jej poprzednich wspomnieniowych o siostrach książek.
W książce wyczytać można ogromną traumę, jaką stała się dla Magdaleny II Wojna Światowa, która odebrała jej to wszystko, co tak wielbiła, bezpieczny dom pełen kochających ją osób, jak też właśnie owe osoby bliskie jej sercu.
I oto dotarłam w swojej lekturze do strony 193, gdzie wyczytałam słowa, które wydawało mi się aż niemożliwe, że mogły wyjść spod pióra Samozwaniec. Ja rozumiem, że była ona satyryczką, ale, to co napisała jest ani śmieszne ani satyryczne, a okrutne i krzywdzące. Stereotypowe i mocno uogólniające. Krzywdzące. I nietolerancyjne. Jak do tej pory wydawało mi się, że autorka odznaczała się ciętym językiem, ale nie kierowała się stereotypami i powielaniem ich a tu takie nieprzyjemne zaskoczenie, które to, nie ukrywam, wpłynęły zarówno na moje spojrzenie na tę konkretną książkę, jak i na samą postać Magdaleny Samozwaniec.
Fragment, który tak mnie zniesmaczył, to ten dotyczący dzieci z rozbitych małżeństw. Po co autorka postanowiła zapoznać rzeszę czy to słuchaczy (istnieje podejrzenie, że teksty te miały być w audycjach radiowych) czy czytelników, pojęcia nie mam. Jest on wtrącony zupełnie bez sensu i tak jakby usilnie chciała ona na ten temat się wypowiedzieć.
Oto, co mówi ona na ten temat:
"(…) dzieci z rozbitych małżeństw w większej części są złe. Dlatego złe, bo nieszczęśliwe. Dzieci z rozbitych gniazd są złośliwe, rozgoryczone, nieufne; ponieważ same zostały skrzywdzone, dlatego chętnie krzywdzą w odwecie innych. Błędne koło".

I kto to mówi? Osoba, o której dziecku we wspomnieniowych książkach prawie nie ma mowy? Która zdaje się, że swoją córkę podrzucała głównie swojej matce nie włożywszy zdaje się zbyt wiele emocji i czasu w jej wychowanie?
Muszę powiedzieć, że po tych jej słowach książkę czytałam już z niechęcią i chyba dobrze, że są one pod jej koniec, bo pewnie wcześniej bym skończyła lekturę.

Moja ocena książki to 3.5 / 6.

wczorajsza…

… burza pewnie postrącała światełka z grobów, na które się wybraliśmy. U nas nie było nawet tak źle, ale moja Mama dała nam znać, że jest u niej czyli na drugim końcu miasta koszmarnie, grad nawet padał, wichura taka, że hej. U nas też niezły wiatr wiał, ale nie lało tak, jak poprzednio. Za to, jak mniemam, lampki zapalone na grobie parę godzin wcześniej wiatr zwiał a na pewno zgasił. No, trudno. Śni mi się Ojciec ostatnio, w snach wiem, że umrze, ale jest w świetnej kondycji. Myślę, że to przez sprawy spadkowe tak to nazwę ogólnie, które ogólnie od pewnego czasu ruszyłam. Zaczęłam w maju, potem sprawy osobiste trochę to przystopowały, teraz znowu i oczywiście jak to zwykle bywa, jest z tym załatwiania od groma. Urlop więc w tym roku mija nam na ganianiu i załatwianiu spraw rozmaitych. Nie mam konkurentów do spadku, więc tu o tyle lepiej, ale i tak mnie czeka jeszcze najgorsze, nie chcę wnikać w szczegóły. To, co teraz robię i załatwiam, to właściwie preludium.
Zaskoczyło mnie na minus oczywiście, że po rozmowach i zaproszeniu na ostateczne załatwianie sprawy kredytu mojego Ojca, który udałam się spłacić, w banku czyniono problemy. Aż powiedziałam do pani, że dla mnie to niezwykłe, że ja nic od nich nie chcę, nie idę po pożyczkę, chcę im wręcz oddać pieniądze, a widzę, że problemem jest to dla nich. Niesamowite. Cieszę się, że jakiś czas temu po pewnych akcjach z ich strony P. zamknął tam u nich konto, które mieliśmy od lat. To, co zobaczyłam przy okazji tego, że to ja chciałam im oddać kasę, nie sprzyjało optymizmowi. Inna sprawa, że jak wróciłam po tych paru godzinach wymęczona sprawą i omawiałam ją z K. ta opowiedziała mi, jakie boje toczyli z innym bankiem ostatnio, kiedy chcieli wreszcie założyć sobie wspólne konto a ona chciała swoje zamknąć. Nie ma więc ideałów, ale są takie banki, w których nerwów traci się jakby trochę mniej.
Zmęczona tym wszystkim jestem a i nastrój ogólny nie za fajny, z racji tego, co się załatwia, jakoś trudno wskrzesić w sobie optymizm wielki.
Właściwie zaraz będzie po lecie, zleciało nie wiedzieć jak i na czym.
Za to lektury dobre i tego się trzymam, o!

„Ogród wiecznej wiosny”. Cristina Lopez Barrio.

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2010).
Przełożyła Sylwia Mazurkiewicz-Petek.
Tytuł oryginału La casa de los amores imposibles.

I muszę powiedzieć, że tytuł oryginału o wiele bardziej mi się podoba, niż ten wydawniczy.
"Ogród wiecznej wiosny" był z mojej strony próbą. Niewiele wiedząc o książce, nie kierując się raczej opiniami ze stron księgarni netowych i mało znajdując na blogach sięgnęłam po te książkę trochę na zasadzie chęci zobaczenia, co to jest i czym to się je. Zainteresował opis na skrzydełku książki, na którym to wyczytałam, że autorka to pani prawnik, która zamiast tkwić za biurkiem wypasionej kancelarii i zmagać się z ludzkim losem za dobre pieniądze wolała oddać się pasji pisania, jaka ją najwyraźniej dotknęła.
Muszę powiedzieć, że faktycznie widać jest zauroczenie pani Barrio książką "Sto lat samotności" aczkolwiek w ogóle bym nie porównywała nich obu. To dwie zupełnie inne książki i zupełnie inna liga, że się tak być może kolokwialnie wyrażę.
Można by powiedzieć, że autorka a raczej jej styl i pomysł na książkę rozwijał się wraz z rozwojem fabuły. Początkowo książka niby to interesująco pisana z pomysłem, ale jakoś nie wzbudziła we mnie przemożnej chęci natychmiastowego doczytania do końca. Postaci wydawały mi się płaskie, zbyt papierowe właśnie, sztuczne. Wraz z rozwojem akcji wydawało się, jakby autorka sama dała się ponieść temu, co wcześniej przyszło jej do głowy, dała się porwać własnym opowieściom i magiczności świata przez siebie wykreowanego i mniej więcej od dwóch trzecich książki znacznie lepiej mi się ją czytało.
"Ogród wiecznej wiosny" opowiada o tym, co tak często kusi nas w książkach. O losach niezwykłych niby to zwykłych ludzi. Opowieści przedstawione w książce są jak to u Latynoskich czy hiszpańskojęzycznych autorów pełne niedopowiedzeń, sekretów, tajemniczości, wrecz magii. Los ludzki jak to często bywa w tych opowieściach został zdeterminowany dawno, dawno temu i nie da się walczyć zarówno z losem jak i z przeznaczeniem, jaki przeznaczył on dla ludzi.
W małej kastylijskiej miejscowości żyje kobieta, która para się magią i czarami. Pochodzi ona z rodu swego czasu przeklętego. Klątwa raz rzucona dotyczy wszystkich kobiet rodu, które to kobiety łączy fakt nieszczęśliwej miłości, których to owocem jest wydanie na świat kolejnej kobiety, która powieli los matki, babki, prababki. Zdawać się może, że nie ma wyjścia z tej sytuacji, że klątwa działać będzie zawsze.
Historie owych nieszczęsnych i wyklętych przez miejscową społeczność kobiet opisana jest opisowym, malowniczym językiem, dość "zawiesistym" co akurat lubię. Prawie sto lat z historii rodziny walczącej z dawno temu rzuconym przekleństwem.
Jak pisałam wcześniej, książka wyraźnie się rozkręca i według mnie to dobry początek do następnych książek tej autorki, które jak mam nadzieję, okażą się jeszcze lepsze.
Moja ocena książki 4.5 / 6.