Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2025).
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa na prośbę jej Autorki.
Sądzę, że ten główny tytuł może wielu osobom nie mówić (niestety) kompletnie nic. Podtytuł „Opowieść o Mirze Michałowskiej” już więcej a najwięcej pewnie powie komuś, komu wydaje się, że „nie kojarzę osoby” fakt, że na przykład jest autorką przekładu „Szklanego klosza” Sylvii Plath, książek Joan Didion, Agathy Christie , Vladimira Nabokova, Henry’ego Millera i nie tylko. A już całkiem dużo powie hasło „Wojna domowa”, jestem tego pewna.
Dla mnie Mira Michałowska pozostanie zawsze w głowie przede wszystkim, jako autorka jednej z najbardziej lubianych przeze mnie książek, czyli „Portretu nocą malowanego” (pisałam jakiś czas temu o książce).
O książkach pisanych przez znajomą osobę nie jest łatwo (mnie przynajmniej pisać). Z jakiego powodu? Ano, z takiego, że nie chciałabym być posądzona o stronniczość opinii. Z kolei myślę też sobie, że być może te obawy powodują to, że patrzę na tekst surowiej, niż gdybym autorki nie znała. Jak uniknąć nepotyzmu i bycia zbyt surową? Oto jest pytanie!
A w tym przypadku Autorkę biografii jak najbardziej znam, bo ukończyłyśmy wspólnie licealną orkę. Ba, byłyśmy nawet w jednej klasie. Niemniej jednak i tak napiszę, co myślę, bo czemu by nie?
Od razu powiem tak. Książka mi się podobała ale jednocześnie miejscami mocno stała się dla mnie nużąca. A działo się tak dlatego, że jest tu podana istna mnogość szczegółów z życia Miry i jej rodziny. I o ile faktycznie muszę przyznać, że pewne szczegóły podawane na początku biografii znalazły swoje uzasadnienie na niemal końcu książki (sytuacja oskarżeń politycznych wysuwanych pod adresem Michałowskiej w sprawie narracji katyńskiej, który to fragment stanowi nawiasem mówiąc akurat dla mnie jeden z ciekawszych fragmentów książki czy kwestia bycia ewentualnym szpiegiem), to chyba nie wszystkie musiały zostać aż tak szczegółowo opublikowane. Jednym słowem, podsumuję nie owijając w bawełnę. bywało, że nieco przebiegałam oczami po tekście, gdyż zwyczajnie nie był dla mnie zbyt ciekawy.
Ale od początku. Biografia napisana przez Ksieniewicz-Mil z pewnością jest biografią dobrą. Nie ma tu niepotrzebnego chaosu, wydarzenia z życia prowadzone są chronologicznie i to zdecydowanie na plus. Co do owej nadmiernej (według mnie, oczywiście) szczegółowości, już wspomniałam.
Autorka opisuje więc życie Miry Michałowskiej i jej dwa małżeństwa. Pierwsze – krótkie, drugie – długie i z tego, co widzę, ogromnie udane.
To drugi mąż Jerzy Michałowski, z którym spędziła większość życia i miała dwóch synów, Piotra i Stefana, był, jak sądzę miłością jej życia i podporą dnia codziennego. Pełniący rolę ambasadora w placówkach polskich po IIWŚ, w Londynie i następnie w Stanach Zjednoczonych w Nowym Jorku i Waszyngtonie wprowadził ją w życie dyplomacji, ale też nie tak, że Mira stanowiła jakieś marne tło tego duetu. Jako osoba władająca paroma obcymi językami, wykształcona i inteligentna swoją rolę pełniła wyśmienicie.
Jednocześnie nie rezygnowała z siebie, że tak może powiem po kołczowemu 🙂 Pisała felietony do „Przekroju”, tłumaczyła teksty, pisała własne książki i sztuki, które cieszyły się powodzeniem, również po upadku komunizmu w Polsce.
Tego mi w książce zabrakło. To znaczy sięgając po nią miałam ogromną nadzieję na więcej opisu procesów twórczych Michałowskiej (piszącej pod ogromną ilością pseudonimów nawiasem mówiąc, na przykład Maria Zientarowa, ale to jeden z wielu, oczywiście).
Dla wielu Polaków, powiedzmy, starszych ode mnie, z pewnością zostanie ona zapamiętana jako ta, na podstawie której felietonów powstał fantastyczny serial „Wojna domowa” (jeden z moich ulubionych). Dlaczego ma on jedynie tyle odcinków, ile ma, to wyjaśnia autorka biografii i nie ukrywam, dla mnie to było zaskoczenie, bo zwyczajnie, myślałam, że chodzi jedynie o to, że w PRL-u nie produkowano seriali-tasiemców.
Życie Miry było z pewnością niezwykłe, zresztą, tak naprawdę czy można powiedzieć coś tak trywialnego, jak to, że jest jakieś „zwykłe życie”? więc może tak, życie Miry Michałowskiej z pewnością obfitowało w mnóstwo wydarzeń i sytuacji, którymi śmiało można by obdarzyć życiorysy co najmniej paru osób. Urodzona w Łodzi w rodzinie zasymilowanych Żydów, szybko pozbawiona stabilizacji życiowej (najpierw rozwód rodziców, następnie IIWŚ podczas której jeden z braci zginął na Wschodzie a praktycznie cała rodzina w wyniku Zagłady), szybko angażowała się w związki uczuciowe i dość prędko wyszła za mąż za Ignacego Złotowskiego, z którym żyła w Stanach Zjednoczonych. Mira do Stanów dotarła już w 1940 roku. Jednak, tak jak prędko się pobrali, tak szybko rozwiedli.
Drugim mężem, o którym pisałam, że stał się podporą i miłością Miry był Jerzy Michałowski.
Z nim długie lata spędziła na zagranicznych placówkach i właśnie te fragmenty były dla mnie momentami nużące. Z jednej strony z pewnością ciekawie opisane życie dyplomatyczne na placówce już PRL-owskiej, z drugiej, miałam wrażenie, że momentami czytam biografię jej męża a nie jej samej.
Nie chcę zostać źle zrozumianą, być może dla kogoś innego to akurat stanowić może dużą zaletę biografii. Mnie miejscami zmęczył.
Już chyba bardziej wciągnąła mnie ta część książki, którą Monika Ksieniewicz-Mil poświęca życiu Michałowskiej po powrocie jej i jej męża z placówek na stałe do Polski. Powrót zresztą w atmosferze skandalu właściwie bo nieżyczliwe języki postarały się o to, aby Jerzy dyplomatą nie pozostał.
Ale i tu okazało się, że czy to dzięki znajomościom czy to może szczęściu para de facto zaliczyła raczej miękkie lądowanie. Okazało się,że obojgu mimo perypetii i zawirowań udało się żyć w całkiem dobry sposób, zważywszy na to,że żyło im się zdecydowanie lepiej, niż większości przeciętnych Polaków wówczas żyło.
Część po powrocie stała się dla mnie ciekawsza właśnie ze względu na literaturę, którą żyła Mira. Jest więc i o jej działalności dziennikarskiej i pracy literackiej, na przykład zarówno jej własnej , jak i przekładach literatury światowej. Tak lubiana przez Polaków „Kobra” , czyli Teatr Sensacji „Kobra” nie byłaby tym, czy jest, gdyby nie jej przekłady czy wręcz przynoszenie na plan zdjęciowy przedmiotów których na polskich sklepowych półkach próżno by szukać, a w domu Michałowskich owszem, były.
Osobny fragment to też ten na temat rozmaitych plotek ciągnących się za autorką i tłumaczką czyli oskarżenia o to, że była szpiegiem radzieckim. Ksieniewicz- Mil zrobiła kawał dobrej roboty studiując archiwa IPN-u i przekopując się (przepraszam autorkę za ten kolokwializm) przez szereg materiałów i donosów i twierdzi, że dowodu, dokumentu potwierdzającego takową współpracę nie ma.
A możliwości udowodnienia było sporo, bo zarówno ona jak i jej mąż byli podsłuchiwani i na celowniku polskich służb specjalnych. Pozostało dużo papierów, donosów, dokumentów. Nie dziwię się zatem Michałowskiej, że w literaturze odnajdywała na nowo spokój i wyciszenie. Praca słowem i ze słowem najwyraźniej stanowiła dla niej najlepsze odprężenie i możliwość oderwania się od codziennych zmartwień, ludzkich złych języków, wrogości.
Jedną z najciekawszych a niestety, najmniej poruszonych w książce „Mira. Kobieta światowa” jest kwestia pochodzenia Miry Michałowskiej i tego, jak do tej kwestii podchodziła przez całe życie. Autorka porusza tu całą kwestię wypierania i pokoleniowej traumy osób pochodzenia żydowskiego (co prawda Marzec 68 Mira z Jerzym spędziła za granicą, co nie zmienia faktu, że przecież miała świadomość tego, co stało się wówczas w Polsce.
To wyparcie, ta niechęć do mówienia zarówno o pochodzeniu swoim i bliskich, zapewne nie taka nietypowa dla wielu osób w podobnej sytuacji, z pewnością ciążyła jej przez całe życie i sądzę, że śmiało można postawić tezę, że stanowiła podwaliny do depresji, jaka dotknęła Mirę Michałowską w latach po śmierci męża w roku 1993 i w latach poprzedzających jej odejście.
Kwestia traumy i pochodzenia jest tak delikatna, że sądzę, że Ksieniewicz-Mil, która znała osobiście Mirę Michałowską, celowo nie chciała rozpisywać się w tej kwestii nad samą Michałowską a raczej poruszyła (czy raczej dała zaczątek do zainteresowania się tematem traum dziedziczonych i problemów z tego wynikających) temat, który bez wątpienia może stanowić dla kogoś start do solidnej, osobistej analizy.
Czy poznałam z tej biografii człowieka czy „kobietę światową”? Nie wiem. Myślę, że poznałam jedynie taką postać, jaką chciała światu pokazać sama Mira Michałowska. Na pewno osobę inteligentną, chętną do poznawania innych ludzi, towarzyską wręcz. Ale jednocześnie dźwigającą swoje osobiste traumy i psychiczne ciężary. Sądzę, że z upływem czasu być może coraz bardziej pogrążającej się w mroku własnych demonów. Ale to jedynie moje przypuszczenia, chociaż sądzę, że coś niestety w tym jest, że jednostki wrażliwe, a taka bez wątpienia była Mira Michałowska, przeżywają wszystko w dwójnasób, spalając swoje emocje wręcz nadmiernie. A niestety, bilans tego nie zawsze musi być pozytywny.
Podsumowując, co na plus?
To, że w ogóle powstała książka o arcyciekawej postaci jaką niewątpliwie jest Mira Michałowska.
Fakt, że mnie samej udało się dowiedzieć dużo o życiu i pracy autorki tak kochanej przeze mnie książki, czyli „Portretu nocą malowanego” (ale też „Drobnych ustrojów”, „Wojny domowej”, wreszcie uwielbianej przeze mnie w dzieciństwie książeczce „Sezamki” (Moniko, dziękuję, że uświadomiłaś mi, że „Sezamki” są jej autorstwa, ja do dziś mam do tej książeczki ogromny, sięgający dzieciństwa, sentyment).
To, że dzięki tej biografii wiele osób, które gdy o książce mówiłam twierdziły, że „Ale nie wiem w ogóle, o kim mówisz” zrozumieją, że jak najbardziej wiedzą o kim jest mowa, bo na przykład czytały przekłady jej autorstwa.
Poruszenie tematu traumy, o której to pisałam powyżej, więc jedynie wymieniam.
Minusy, (przypominam,że moje opinie zawsze są subiektywne i nie ma obowiązku się ze mną zgadzać), trochę zbyt rozwlekłe opisy i szczegóły w pierwszej części książki. Owszem, sporo wnoszących coś do treści ale chyba nie w aż takiej ilości szczegółów.
To, że mimo wszystko miałam nadzieję na najwięcej szczegółów pracy literackiej autorki i tłumaczki (nie mówię, że nie ma ich wcale, ale według mnie procentowo nie wyszło tego wiele) .
Usiłuję sobie przypomnieć, czy czytałam felietony Miry Michałowskiej w „Filipince” bo pisała je akurat w czasie, gdy kupowałam to pismo i bardzo je lubiłam. Nie sądzę,żebym w tamtych czasach akurat sięgała po treści przez nią proponowane (trochę mi wstyd za tamtą trzpiotkę), możliwe za to, że czytałam coś jej autorstwa w „Twoim Stylu”, w którym pisywała również w czasie, gdy nie tyle kupowałam to pismo, co czytałam je niemal od deski do deski w domu licealnej przyjaciółki (swoją drogą, ciekawe Madzik, jak Ci się życie poukładało…).
Ogólnie jednak uważam „Mirę. Kobietę światową” za udaną biografię i zdecydowanie pozycję od dawna potrzebną na naszym literackim rynku.
Moja ocena to 5 / 6.
