„www.małpa.pl”. Krystyna Janda

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2004).

Po moim zachwycie nad książką Pani Krystyny "Moja droga B," nie mogłam nie sięgnąć po tę, powstałą na podstawie bloga internetowego prowadzonego przez aktorkę. I również mnie te zapiski zachwyciły. Lektura ta była dla mnie ogromną przyjemnością, a po niej stwierdzam, że książka ta zdecydowanie powinna być zapisywana na receptę przez lekarzy dla osób, którym w danej chwili, nieważne, z jakiego powodu jest źle lub czują się przybici czy przygnębieni. Przez cały czas lektury miałam na ustach totalny rogal co oznacza, że dawno czytając coś nie uśmiechałam się do siebie aż tak często.
Po dacie wydania książki widać, że czytałam ją sporo po dacie wydania, ale powiem tak, zazdroszczę wszystkim, którzy też jeszcze jej nie czytali i mają tę lekturę dopiero przed sobą. Czeka was wspaniała uczta, nie tylko literacka. Otóż te zapiski są nie tylko po prostu pisane dobrą polszczyzną (jak ja to cenię u piszących!) ale dotyczą rozmaitych ciekawostek z życia autorki. Jak to blog osobisty, pamiętnik po prostu. Jest tu o życiu, ale nie tylko o życiu autorki, ale o życiu matki, babci, córki, siostry, przyjaciółki…
Mnie zainteresowały potyczki i boje opisywanie przez panią Jandę dotyczące wystawianie nowych sztuk teatralnych. To, jak wciąż, po tylu latach na scenie, aktorka je przeżywa, tym bardziej, że niektóre z nich sama reżyseruje. Nie jest dla siebie łaskawa, o, nie, nie rozpieszcza się, jest wielce krytyczna.

Odkrywam wiele łączących nas z panią Krystyną cech i przyzwyczajeń. Może dlatego, że, co odkryłam z zachwytem, jest ona w horoskopie chińskim Smokiem, jak ja!

Wspaniałe są te zapiski, takie szczere, takie osobiste, niektóre wręcz intymne, a mimo to nie postrzegałam ich jako jakieś nachalne wynurzenia na granicy ekshibicjonizmu osobistego.

Zdecydowanie pomogła mi osobiście na wiele spraw spojrzeć w jakiś nowy, świeższy sposób, za co jestem ogromnie autorce wdzięczna.

A już w chwili, kiedy doczytałam, że też lubi Wiedeń, że uwielbia, jak i ja, wiedeńskie kawiarnie, w których docenia dokładnie to samo, co ja, czyli możliwość beztroskiego przesiedzenia godzin całych przy jednej filiżance wspaniałej kawy bez narażenie się na wymowne spojrzenia coraz bardziej zniecierpliwionej naszą przedłużającą się obecnością obsługi, poczułam, że "ja chcę umówić się na kawę z panią Krystyną!". Nie musi być to w Wiedniu;) I , jakaż miła niespodzianka, wśród kawiarni wiedeńskich, które odwiedza, wymienia tę, którą i my sobie ulubiliśmy podczas naszego pobytu, ha!

Wzruszyła mnie miłość do dziadka, który z krwi dziadkiem nie był, a w pamięci pani Krystyny właśnie dziadkiem jest jak najbardziej. Przy opisie pana zarządzającego plażą, w miejscowości, w której autorka z rodziną i przyjaciółmi spędza wakacje, popłakałam się ze śmiechu.

Na koniec, muszę wstawić cytat, który ogromnie, ogromnie poruszył mnie osobiście:

"Od kilku lat uporczywie wracam do miejsc, dań, przedmiotów, ludzi. Zawężam swój świat, krąg dookoła mnie. Zamykam go, robię go coraz bardziej wartościowym dla mnie i hermetycznym. Eliminuję, wybierając. Wyróżniam, nadając znaczenia i moje sensy. I czuję się z tym dobrze." str. 285 / 286.

Och, cóż mogę jeszcze dodać poza tym, że polecam? Polecam ogromnie.

Moja ocena 5.5 / 6.

niemożliwe stało się możliwe…

…czyli po kilku już chyba latach poszukiwań i dwóch nietrafionych jednak zakupach udało mi się wreszcie nabyć torebkę. Ufff, ulga. Po prostu weszłam do sklepu i ją znalazłam. Jest objętościowo taka, jak lubię, czyli nie za worowata (typ wór nabyłam rok temu i niestety, nie nosiła mi się dobrze, nie mój klimat) ale i nie za mała (aż nie chce się wierzyć, ile to się rzeczy w takiej torebce nosi). Ma dwa ucha, z długością taką jak lubię, ma kieszeń zewnętrzną, co jest jedynym z koniecznych dla mojej torebki elementów co zawęża mi poszukiwania na ogół. Jest w kolorze stalowym. Najpierw szukałam czegoś w nieco innym kolorze, ale stwierdziłam, że ten będzie właśnie dobry bo będzie mi pasować do wielu ubrań a ja nie mam zwyczaju przepakowywania się do kilku torebek na zmianę. Już się do niej przepakowałam. Oby się dobrze nosiła.

„Madrość Toskanii”. Ferenc Mate.



Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa. (2010).
Przełożył Zbigniew Kordylewski. Tytuł oryginału The wisdom of Tuscany.

Niestety, zawiodłam się na tej książce. Fakt jest jeden, naczytałam się wcześniej sporo krytycznych recenzji na jej temat i niestety, nie napiszę pochwały. Chciałam sama przekonać się o tym, jaka jest książka. Nie ukrywam, że miałam nadzieję na to, że zwyczajnie przyjemnie się rozczaruję, tym bardziej, że przecież dwie poprzednie książki tego autora czyli "Winnica w Toskanii" i "Wzgórza Toskanii" tak mi się bardzo podobały. Ja chyba po prostu wolę, kiedy autor nawet dla niektórych w sposób może niekoniecznie pasjonujący, opisuje swoje i sąsiadów życie w Toskanii nie siląc się na wyłożenie złotych myśli na zasadzie "kawa na ławę". Niestety, ta książka ma nietrafiony tytuł, zamiast "Mądrość Toskanii" powinno być raczej "mądrości Ferenca Mate". Podane w sposób jednak jak dla mnie nie do końca strawny. Po pierwsze, osobiście mam alergię na osoby głoszące tak zwane prawdy oświecone w sposób, który sugeruje, że wszyscy inni o zdaniu odmiennym mylą się i to bardzo. A taki klimat odczuwałam podczas lektury Ferenca Mate, która to książka bardziej zdała mi się traktatem antyglobalisty, nastawionego na nie do wszystkiego, co nie zgadza się z jego prywatną metodą na życie. Fantastycznie, że pan Mate odnalazł się na toskańskiej wsi. Jednak , halo halo, może naprawdę nie każdy musi podzielać jego opinię? Nie podoba mi się generalizowanie i stronniczość, jakie stosuje, takie, jak chociażby jego stwierdzenie, że wszyscy kochamy małe miasta. Może nie wszyscy? Może są tacy, sama takich znam, którzy uwielbiają wielkomiejskość? Ja sama w tym nie widzę żadnego uszczerbku dla ich zdrowia psychicznego czy samopoczucia. Jeśli ktoś odnajduje się na wsi, jego wola, jeśli w mieście, również. Dajmy innym żyć tak, jak sami oni chcą i nie starajmy się za sprawą prawd objawionych jedynych i słusznych  wpędzać innych w poczucie winy, że zamiast siać marchewkę, uprawiać winorośl mają oni ochotę być informatykiem, lekarzem, nauczycielem w szkole miejskiej, muzealnikiem w Prado a może nawet, o zgrozo , bankowcem czy…nie, aż boję się to napisać, prawnikiem? w prężnej kancelarii?
A już rada na wszystko, jaką jest wybudowanie domu na wsi, szczerze mówiąc , rozzłościła mnie kompletnie. Tak, remedium na wszelkie troski jest zakup ziemi (nie na kredyt, kredyty bowiem pan Mate wyśmiewa jako to zło konsumpcjonizmu) i wybudowanie sobie na tej ziemi domu. Nieważne, że nie każdy ma miliony, że są ludzie, którzy nie ciągną kasy od rodziców, że są zdani na siebie i swoje właśnie możliwości kredytowe, że mają dzieci, które wolą jednak kształcić i to niekoniecznie w wiejskiej szkole, bo tak, bo taki mają kaprys.
Toskania Mate to raj na ziemi, w którym nie ma chorób, problemów współczesnego świata, po prostu to jakaś oaza szczęśliwości. Dziwne, bo zdaje się , że w innych tego typu książkach innych autorów wyczytałam i o postępującej i prowadzącej do dramatów narkomanii wśród młodzieży nawet właśnie na sielskiej prowincji, jak i chorobach i innych problemach.
Czułam się jakbym czytała książki Coelho (przepraszam miłośników jego prozy) , który głosi prawdy tak oczywiste, jak mało które. Tak, panie Mate, naprawdę wiemy, że lepiej żyć bez stresu, w otoczeniu kochającej rodziny i przyjaciół, miło być bogatym, pięknym i zdrowym. I tak, wiemy, że żaden przyjaciel z Facebooka czy Naszej Klasy nie zastąpi tego "realnego", który nie zawiedzie. Ale wiemy to i bez pana wynurzeń.

Niestety, ta książka dobrą nie jest, raczej śmieszy i jak nigdy dotąd po jej przeczytaniu poczułam ogromną więź z miastem, wręcz natychmiastowy wewnętrzny imperatyw nakazujący natychmiast wsiąść w metro i pojechać do samego samiuteńkiego centrum Warszawy, gdzie napawać bym się mogła anonimowością i szklanymi wieżowcami;))) i to mówię ja, która właśnie uciekłam z prawie ścisłego centrum, w którym mieszkaliśmy zaraz po Ślubie;0) Wiecie, jak kocham las, spacery po spokojniejszej, niż wielkomiejska okolicy, ale naprawdę pokochałam miasto na nowo.
Miło jest siedzieć w swojej winnicy, która nie kosztowała zapewne kredytu na resztę życia i pisać złote myśli. Jeszcze milej jest jednak być w sytuacji może mniej komfortowej a czuć , że jest dobrze, to jednak jak dla mnie większa sztuka.
I żeby nie było, że tylko ja po niej jadę jak po łysej kobyle podaję link do tego, co sądzi o niej kolega z forum greckiego, który z tego, co się orientuję pracuje w branży wydawniczej i napisał o niej o tu.
Toskanię i prowincję wolę o wiele bardziej w wydaniu pani de Blasi.

Moja ocena 3 / 6.

„Wybór pani Prezydent”. Anne Holt.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2010).
Przełożyła Iwona Zimnicka. Tytuł oryginalny Presidentens valg.

Pierwsze to moje spotkanie z tą norweską autorką i raczej ostatnie, niestety. Nie moje to jednak klimaty. Szkoda, bo sięgając po książkę miałam ochotę na niezły kryminał a raczej thriller polityczny? Sensację. Sensację czytam bardzo rzadko i to właściwie jedynie w wydaniu fantastycznego Lee Child’a tym bardziej chciałam zobaczyć coś z kręgu Skandynawów.
W książce "Wybór pani prezydent" odniosłam wrażenie, jakby autorka wrzuciła naraz do jednej książki zbyt wiele rozbitych w czasie i przestrzeni wątków i zbyt wiele postaci. Wskutek czego lektura moja polegała na robieniu notatek, kto jest kim i jak z kim jest połączony. Niestety, mnie to zmęczyło. Być może po prostu autorka nie trafiła do mnie, nie wiem.
Jak wiecie lubię kryminały skandynawskie, bo, co zawsze powtarzam, oprócz fabuły kryminalnej posiadają na ogół fantastyczne spostrzeżenia na temat społeczeństwa, zmian w nim zachodzących, zdarzają się wręcz elementy psychologii. W tej książce tego, niestety, nie znalazłam. Może to taka cecha sensacji? Nie wiem. Przyznaję, że sięgając po książkę myślałam, że ta sensacja skręci w stronę psychologii właśnie, obyczajowości, że to stanie się tym elementem zaskoczenia, którym tak kusiły słowa wyczytane chociażby na okładce książki. Tak się jednak nie stało.

Co jest najgorszym koszmarem dla zajmujących się ochroną najmożniejszego i najważniejszego, nie oszukujmy się, czy nam się to podoba czy nie, przywódcy świata? Jego zaginięcie, porwanie bądź udany zamach. Jedna z tych sytuacji przytrafia się podczas pierwszej po zaprzysiężeniu na prezydenta Stanów Zjednoczonych wizyty państwowej, jaką pani prezydent odbywa w dniu święta narodowego Norwegii.
Pani prezydent przybywa do hotelu, w którym ma spędzić noc a rano okazuje się, że w pokoju jej nie ma. Jak mogło się to stać? To początek koszmaru zarówno dla ochrony ze strony gospodarzy jak i Secret Services, którzy przecież mieli za zadanie sprawdzić zarówno pokój jak i otoczenie hotelu pod kątem bezpieczeństwa.

Jak pisałam, lektura to przeplatające się rozmaite i trochę zbyt zapętlone wątki, prowadzące do rozwiązania zagadki, co tak naprawdę stało się z panią prezydent i na czym polegał jej wybór.
Powiem jednak, że książka nie przemówiła do mnie. Intryga sensacyjna wydała mi się zupełnie niemożliwa a akurat w tego typu rodzaju literatury oczekuję chociażby odrobiny wiarygodności. Spiętrzenie wątków i nieprawdopodobieństw niektórych sytuacji spowodowała, że nie zachwyciła mnie ta książka. Być może jednak miłośnicy sensacji, w dodatku w tak modnym ostatnio klimacie skandynawskim odnajdą w niej coś dla siebie.

Moja ocena książki 3.5 / 6.

„Zabójcza podróż”. Kathy Reichs.

Wydana w Wydawnictwie Red Horse. Lublin (2008). Wydanie II, kieszonkowe.
Przełożyła Anna Dobrzańska. Tytuł oryginalny Fatal Voyage.

Poszłam za ciosem i przeczytałam kolejną książkę autorki na naszym rynku, wciąż w dobrym wydaniu kieszonkowym. Dobrym, bo cena nie powalała a druk bardzo przyzwoity, nie takie malutkie literki, jak w niektórych tego typu wydaniach, których nie czytam już teraz właśnie ze względu na małe literki, męczenie się moich oczu i fakt, że z upływem lat robię się najwyraźniej coraz bardziej wygodnicka.

Kolejna część serii o Temp Brennan spowodowała, że sięgnęłam do netu po biografię autorki i oto okazuje się, że jej bohaterka nosi cechy autobiografii, bowiem zarówno mają ten sam zawód jak i obie czyli autorka i Temp łączą pracę i życie na dwóch stanowiskach w dwóch różnych miastach, jedno w Charlotte w Karolinie Północnej a drugie w Montrealu.
Zainteresowanym linkuję wiadomości o autorce.

oficjalna strona Kathy Reichs.

"Zabójcza podróż" zaczyna się od katastrofy lotniczej, która to właśnie przywiedzie Temp Brennan do Stanów właśnie, do jej rodzimego stanu, w góry, gdzie rozbił się samolot. Muszę przyznać, że osoby delikatne nie będą zachwycone. Autorka nie szczędzi opisów a mniej więcej można sobie wyobrazić, jak wyglądają ciała po takowej katastrofie. Jak pisze ona sama w posłowiu, kiedy zaczynała pisać tę książkę nie spodziewała się, że chwilę potem zdarzy się 11 września, które to wydarzenie, jak widać, ogromnie na nią wpłynęło.
Temp pomaga więc przy porządkowaniu miejsca katastrofy, kiedy pewnego dnia odkrywa fragment ciała, które początkowo myśli, że pochodzi od ofiary katastrofy samolotu, szybko jednak okazuje się, że tak nie jest. Rozpoczyna się przedziwna gra, w którą Temp mimo własnej woli zostaje wciągnięta. Ginie ktoś, kto je pomagał, wobec niej samej zostają wysunięte nieprawdziwe i krzywdzące ją zarzuty a sama ona ma poczucie, że została wmanewrowana w coś co najmniej nieciekawego i bardzo niebezpiecznego. W pewnej chwili Temp zaczyna odczuwać, że nadepnęła komuś na nogę i podejrzewa, że ktoś ten jej tego nie daruje.
Mnie ucieszył fakt, że w tej książce jest w tle Ameryka, taka, jaką lubię w książkach, czyli z innym miastem, niż NY czy LA i po prostu z jakimś zupełnie innym stanem niż te najczęściej "oklepane" w książkach czy filmach. Samo miasto Charlotte podoba mi się już ze względu na piękną nazwę. Ciekawe, jakie jest naprawdę i jak się tam mieszka.

W tej książce poznajemy motto życiowe Temp Brennan a być może, jak się spodziewam, i samej autorki.
"Zmarłym przysługuje prawo do tego, by zostali zidentyfikowani. By ich opowieści dobiegły końca, a oni sami zajęli należne im miejsce w naszych wspomnieniach". (str. 330).

To podejście bardzo mi się podoba a ów szacunek do zmarłych wyczuwa się u autorki być może bardziej niż sama ona chciałabym ujawnić.

Moja ocena książki to 4.5 / 6.

data…

…spytaj przeciętnego młodego człowieka, z czym kojarzy mu się pierwszy września? Myślę, że większość z drżeniem powie o powrocie do szkoły. Chyba niewielkiej liczbie skojarzy się z datą wybuchu najstraszniejszej jak dotąd z wojen. Sama muszę przyznać, że myśląc o pierwszym września coraz częściej myślę raczej o tym, że to zawsze oznaczało koniec wakacji i początek roku szkolnego w nielubianej przeze mnie zawsze instytucji, jaką była szkoła. Może to dobrze, że się ma już głównie takie skojarzenia? Może to znak, że powrót do normalności jest możliwy? Nawet po takiej potworności jaką była tamta wojna?
Wracając do początku roku szkolnego, to szczerze się cieszę, że do szkoły uczęszczać już nie muszę. Obie szkoły, zarówno podstawówkę jak i liceum wspominam co najmniej średnio, żeby nie powiedzieć nieciekawie, o ile jeszcze w podstawówce odnosiłam wrażenie, że komuś tam na nas uczniach zależy, to w liceum już tego nie odczułam. Miałam może jedną nauczycielkę, którą oceniam jako poprawnego pedagoga. Reszta trafiła do szkół i nauki młodzieży chyba na zasadzie kary czy przegranego zakładu. Trafiły się wręcz jednostki, które praktycznie teraz nie mogły by z młodzieżą pracować. Do tego klasy, niezgrane, szczególnie ta licealna, z podchodami, dokuczaniem tym, którzy nie wpisywali się w ogólny trend, byli biedniejsi czy lubili się uczyć a nie wpisywali się w tumiwisizm naukowy. Podobno teraz, zwłaszcza w gimnazjach, jest jeszcze gorzej. Mogę to sobie wyobrazić i współczuję współczesnym nastolatkom.
Dziś w Jedynce Radiowej wreszcie początek mojej obecnie ulubionej audycji, czyli zaczynają się Cztery Pory Roku.
Za oknem jesień totalna, ziąb i deszcz. Wczoraj nawet odpuściłam z powodu ulewy wieczorny spacer. Podobno weekend ma być z lepszą pogodą, oby. Słońca mi trzeba a tego za oknem zdecydowany deficyt.

„Śmiertelne decyzje”. Kathy Reichs.

Wydana w Wydawnictwie Red Horse. Lublin (2008). Wydanie II, kieszonkowe.
Przełożył Marcin Roszkowski. Tytuł oryginału Deadly Decisions.

To moje pierwsze spotkanie z bohaterką cyklu kryminalnego, Temperance Brennan zwaną przez bliskich Temp. Na podstawie tego cyklu powstał serial telewizyjny "Kości". Muszę powiedzieć, że chyba jest to bardzo luźne zainspirowanie się książkami do powstania serialu, bowiem właściwie z bohaterką książki filmową łączy jedynie imię i nazwisko. I chyba dobrze. Mimo, że serial chętnie oglądam, to właściwie jedyne, co mi się w bohaterce filmowej podoba to jej fantastyczne kolczyki, które w każdym odcinku nosi coraz to inne a czasem i kilka podczas jednego odcinka.

Cieszę się zatem, że zdecydowałam się na poznanie bohaterki książkowej, bo ta charakterologicznie o wiele bardziej mi się podoba. Temp Brennan po pierwsze ma już swoje lata, jest po dwudziestoletnim małżeństwie, które zakończyło się niepowodzeniem, ma córkę. I, co najmilsze, jest obdarzona uczuciami i empatią. Ofiary, które przychodzi jej badać jako antropologowi sądowemu, który to zawód wykonuje, nie są jej wciąż obojętne. Nie umie beznamiętnie podchodzić do spraw. Każda jest dla niej inna i tak samo ważna. I, co ciekawe, mieszka w Montrealu, w Quebecu.
W "Śmiertelnych decyzjach" Temp nie tylko pracuje jako antropolog kryminalny ale i działa jako śledczy w zespole. To już nie pierwsze śledztwo, w jakim przyjdzie jej działać, to jednak stanie się z pewnych względów wyjątkowe.
Zaczyna się, kiedy ginie dziewięcioletnia dziewczynka. Ginie przypadkowo, od kuli wojujących ze sobą gangów motocyklowych. Ta przypadkowa ofiara i cała sytuacja napełnia Brennan poczuciem ogromnej niesprawiedliwości i krzywdy wobec najsłabszych. Chwilę potem przyjdzie jej się zetknąć z obrzydliwym światem gangów motocyklowych, które rządzą miastem. Pozna ich metody działania, to, w jaki sposób rozwiązują oni konflikty ze skłóconymi ze sobą gangami. Podczas tego odnajdzie się część ciała, jak szybko się okaże, być może będzie to ciało dawno zaginionej w Stanach Zjednoczonych nastolatki. Czy miała ona coś wspólnego z gangami czy przypadkowo padła ofiarą ich pprachunków? To wszystko będzie musiała rozwiązać Temp. A wszystko to podczas sprawowania opieki nad jej nieco zbuntowanym chociaż sympatycznym siostrzeńcem i czasem nadętym i obrażonym nie wiedzieć o co na własną pańcię kotem Ptaśkiem.

Z przyjemnością "poznałam" panią antropolog Temp Brennan, spodobała mi się jako postać literacka a i sam kryminał uważam za udany. Idę za ciosem i czytam następną część, również wydaną w wydaniu kieszonkowym, tym razem "Zabójczą podróż".

Moja ocena tej książki to 4.5 / 6.

stosik…

…korespondencji czekał na mnie w piątek w skrzynce. Po raz kolejny wychodzi na to, że korespondencja dociera do nas w jakiś zbiorowy sposób raz na jakiś czas, bo i prenumerowany w ramach punktów zbieranych w programie lojalnościowym w mojej sieci komórkowej VOYAGE się dotelepał i kwitek na polecony (między innymi do innej prenumeraty, National Geographic, który to ostatni numer podesłany w ten sposób z racji tego, że nie dotarł odpowiedni numer wcześniej na czas) i kartki rozmaite.

Znad polskiego morza dostałam kartkę od Finetki z widokiem panoramicznym na Wyspę Spichrzów.

Lilithin podesłała mi aż trzy, pierwsza z widokiem Bałtyku o zachodzie słońca z podróżującym po nim statkiem, kartkę z Wybrzeża Rewalskiego ogólnopoglądową , gdzie i latarnia w Niechorzu i widok z Rewalu i słynne ruiny kościoła w Trzęsaczu. Dostałam też od niej bardzo ładną kartkę z ujęciem mew prezentujących się na morskich kamieniach, o które rozbija się właśnie fala, a mewy nieco tym przestraszone podnoszą swe skrzydła aby wzbić się w powietrze. Bardzo ładne ujęcie i okazuje się, że to ta sama firma, która wyprodukowała kartkę z piaskiem i muszelkami, jaką się ostatnio zachwycałam. Ładne robią kartki.

Widlrose podesłała mi obiecane kartki, które zabrała ze sobą z Włoch i są to pocztówka z Sorrento, jak i z urokliwego Amalfi.
Dostałam też od niej widok zimowy (ej, ja nie chcę zimy, nie, wolę zdecydowanie te letnie widoczki;)) jeszcze przywieziony z wyprawy do Oberammergau.

Dublinia zaś sprezentowała mi nie tylko fantastyczną kartkę, złotą radę od życzliwej kobiety ale i śmiech a jak wiemy, śmiech to zdrowie;)
Na karcie od niej bowiem można podziwiać dwie panie, rudzielca i brunetkę, które raczą się wspólną chwilą, wspaniałą herbatą (może z dodatkiem niezłej irlandzkiej whisky?:). Każda z nas wie, że są chwile, kiedy wspólna babska kawa, herbata, whisky, butelka wina czy inne napoje stanowiące oczywiście dodatek do rozmów, potrafią dosłownie wręcz uratować jeśli nie górnolotnie mówiąc życie to na pewno często nastrój. A jeśli dochodzi do tego terapeutyczny śmiech, którym możemy się wzajemnie obdarować, to już w ogóle jest to właśnie to.
Myślę, że Dublinia się nie pogniewa, jeśli zdradzę jej myśl, którą się mną podzieliła na owej karcie, a mianowicie, że "Śmiech jest dobry na wszystko!"*.

Wszystkim Wam dziękuję za pamięć, kartki, które zawsze mnie cieszą;)

*by Dublinia

„Moja droga B,”. Krystyna Janda.

Wydawnictwo BAUER. Specjalna edycja dla miesięcznika PANI. (2009).
Copyright by Wydawnictwo W.A.B., 2000.

Moja droga K.,

muszę Ci to napisać, muszę, bo, nie nie uduszę się, ale chcę, żebyś wiedziała. Że jestem po lekturze Twojej książki, która jest zbiorem felietonów ale właściwie to przecież forma listów do nieznanej mi jakiejś właściwie anonimowej B., która pewnie gdzieś tam istnieje. A mimo to ja czułam się jakbyś pisała to właśnie do mnie. Tylko do mnie.
Wciąż mam przed oczami Twoją fantastyczną rolę w Shirley Valentine w (jeszcze tam grałaś) Teatrze Powszechnym. Od tej książki czuję, że powinnam powrócić do Twojego nowego teatru i przypomnieć sobie tamte odczucia, wrażenia. Chyba płakałam wtedy, wiesz? Jak się ma piętnaście lat świat jest taki konkretny, taki jasny, taki okropnie czarno biały. Aż boli. Odcienie bieli i szarości zauważa się wraz z wiekiem, tak myślę. Świat wtedy wzrusza i jeszcze nie jest się aż tak otępiałym na pewne sprawy, jak dwadzieścia prawie lat potem…
Ale to taka dygresja. Nie mówię, że nie lubię Twoich ról, ostatnio podobała mi się Twoja rola w "Rewersie". Ale do tej pory nie miałam okazji poczytać ani usłyszeć żadnych Twoich felietonów. I nagle niesamowite, przyjemne zaskoczenie. Odczułam dokładnie to samo, co Ty Opisywałaś swojej B. w przypadku książki Ireny Jurgielewiczowej. Zacytuję Cię "Prostota sformułowań, ilość myśli, które sama chciałabym wyrazić, zdań, które mogłabym zapisać jako własne, uderzyła mnie. Harmonia, logika i porządek. Skromność, prostota, mądrość. Naturalna szczerość i brak przesady. Zapomniałam o świecie, a raczej godziłam się z nim na powrót, uspokajałam, układałam mój świat na nowo. Dzięki tej książce przypomniałam sobie, jak chciałabym, żeby było." Niesamowite, że udało Ci się oddać dokładnie to, co czułam czytając Twoje słowa, obserwacje świata, refleksje nad sprawami nie tylko tymi wielkimi, jak rodzina, praca, kariera, ale i tymi codziennymi, niby to zwykłymi. Twoja zdolność obserwacji (pani z Wrocławia bodajże żyjąca rytmem okno-kuchnia i włoska familia, w której pan domu najpierw wściekł się na żonę, że ta pali a potem zaczął sprzątać) rozczuliła mnie ogromnie. Nie wiedziałam, że nie tylko ja lubię patrzeć przejeżdżając autem obok oświetlonych okien i wyobrażać sobie kim są ludzie mieszkający w domach mijanych i jaki jest ich los! I widzę, że też uwielbiasz literaturę. I jesteś podobnym chyba do mnie wrażliwcem, który nie umie zgodzić się na wszystko i każdą postawę. Czasem miałam wrażenie, że piszesz moje własne myśli, które wyjęłaś po prostu jakimś niezwykłym zbiegiem okoliczności z mojej głowy. Czy to się nie nazywa plagiat?:) Plagiat myśli i odczuć, sama pomyśl, jak to brzmi!
Oprócz refleksji i wrażliwości zachwyciłaś mnie swoim poczuciem humoru. Opis wizyty u małomiasteczkowej pani fryzjerki przeczytałam na głos mojemu P. i śmiał się wraz ze mną. Wczoraj w tv leciała reklama z fryzjerką w tle, pani pasowała do tych słów, a P. odezwał się, że to wypisz wymaluj pani z Twojego opisu.
Dziękuję Ci moja droga K. za to, że poczułam jakąś niezwykłą więź, że przypomniałaś mi, że kobiety powinny ze sobą się trzymać, nie stanowić dla siebie wzajemnie rywalek. Rywalizacji, złośliwości mamy dość na co dzień wokół.
Moja droga K. dzięki za to, jak Patrzysz na świat.
Pozdrawiam Cię serdecznie i kto wie, może kiedyś przeczytasz ten list?
Pełna refleksji i zadumy po przeczytaniu Twoich słów,
Twoja M.


5.5 / 6.