„Sieć rozkwitającego kwiatu”. Lisa See.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2010).
Przełożył Robert Ginalski. Tytuł oryginału Flower Net.

Lisa See przyzwyczaiła mnie do książek nieco innego rodzaju. A tu proszę, zaskoczenie, jako, że miałam okazję przeczytać jej książkę, która jest ni mniej ni więcej a sensacją, kryminałem. Muszę powiedzieć, że całkiem dobrze jej to wyszło aczkolwiek nie nazwałabym jej mistrzynią sensacji, chyba osobiście wolę jej opowieści z kobietami w roli głównej.
"Sieć rozkwitającego kwiatu" dzieje się głównie we współczesnych Chinach, Pekinie i nieco w Los Angeles. Oto bowiem w zbliżonym czasie odkryte zostają w Pekinie najpierw zwłoki syna ambasadora amerykańskiego a niedługo potem w Los Angeles na statku przewożącym nielegalnych emigrantów zwłoki młodego Chińczyka.
Prowadzący śledztwo szybko docierają do punktu zbieżnego, otóż obaj młodzi mężczyźni nie zginęli przypadkowo i w dodatku coś ich śmierć łączy. Co? To będą musieli odkryć pracująca w chińskiej policji Liu Hulan córka wysoko postawionego urzędnika i amerykański prawnik David Stark.
Autorce udało się napisać całkiem sprawny kawałek sensacji, co prawda, jak dla mnie końcówka nieco przegadana i przydługa, myślę, że można było nieco ją przykrócić. Pewnych rozwiązań domyśliłam się, ale nie szkodzi, bo ogólnie czytało mi się ją nieźle.
Oprócz samej intrygi, mnie zainteresował opis współczesnych Chin z ich prężnym rozwojem aczkolwiek dodam, że akcja książki dzieje się jeszcze przed przejęciem z powrotem przez Chiny Hongkongu, czyli przed 1997 rokiem. Ale opis rozpuszczonych dzieciaków z bogatych rodzin, pewnie niestety, całkiem trafiony, jak również opis zjawiska, o którym pisałam recenzując książkę "Młode Chiny" czyli niechęć mieszkańców Pekinu do ludności napływowej z prowincji kraju.

Ogólnie, przyzwoite czytadło z sensacyjnym wątkiem, moja ocena to 4.5 / 6.

tylko takie wiadomości!

ja chcę w wiadomościach, nieważne, radiowych, telewizyjnych tylko takie wiadomości. W natłoku informacji, z których wynika, że człowiek głównie już zdziczał i znienormalniał, to, co skończyło się dziś w Chile jest jak ciepły balsam czy krzepiący uścisk od przyjaciela. Wczoraj miałam możliwość śledzenia akcji w telewizji i wykorzystałam to, gapiłam się w ekran na przemian mając na twarzy szeroki uśmiech a wraz z każdym wyjeżdżającym na powierzchnię górnikiem łzy wzruszenia. I miałam w nosie, że ryczę średnio co godzinę. To były takie dobre łzy. Te szczęścia.
Nie potrafię sobie wyobrazić, co czuli górnicy w chwili zasypania i potem przez te naście dni, zanim się z nimi skontaktowano. Nie potrafię wyobrazić sobie, co czuli ich bliscy. Najpierw zapewne rozpacz, a potem kiedy okazało się, że wszyscy górnicy przeżyli pewnie najpierw radość a potem na pewno niepewność czy da się ich uratować. Nie potrafię i chyba nie chcę.
Nie napiszę odkrywczej prawdy stwierdzając, że jestem pod niesamowitym wrażeniem samej akcji ratowniczej na każdym jej etapie? Począwszy od środków, jakie zaangażowano do tej akcji, poprzez ogromną wiedzę specjalistów ze wszystkich praktycznie dziedzin (górnictwo, kapsuła stworzona przez NASA, lekarze, dietetycy, psycholodzy stresu itd). Bohaterem jest dla mnie każdy. I ten sztygar, któremu udało się utrzymać w ryzach trzydziestu trzech chłopów, którzy nagle znaleźli się w tak ekstremalnych warunkach i każdy z górników, który jednak nie oszalał a walczył o przetrwanie, i każdy z tych, którzy wnieśli coś w akcję ratunkową. Jestem pod wrażeniem chwilowej, to pewnie fakt, ale jednak , jedności Chile i Boliwii i ich przedstawicieli politycznych, czego w pewnych polskich kręgach politycznych nie spodziewałabym się na pewno.
Cieszę się z każdym uratowanym górnikiem i jego bliskimi.
Od wczoraj mam na twarzy szeroki uśmiech i staram się gromadzić tę radość, uczucia na dłużej, to dobry zapas, który trzeba w sobie przechować.
To dobry znak, że w naszym zwariowanym świecie humanitaryzm wciąż ma znaczenie. I że człowiek jednak się dla kogoś liczy.

A o samej akcji można poczytać tu.

do śmiechu na czwartek

 otrzymałam netem, to co będę skąpić , podzielę się;)

 

Przychodzi para do knajpki i zostawia płaszcze w szatni.
Szatniarz pyta:
– Na jeden numerek?
– Nie, na kawę – odpowiada facet.


***

Spotykają się koledzy:
– Stasiu, co tam w pracy?
– A nic… W zeszłym tygodniu nasz szef utknął w windzie.
– I co zrobiliście?
– Nic. Ciągle się zastanawiamy.
***

Narkoman trafił do piekła. Otwierają się wrota, a tu całe łany marihuany. Narkoman napalony biegnie i rwie całe naręcza. Nagle słyszy głos diabła:
– No i po co rwiesz, jak tam pełno narwane!
Patrzy, a tu faktycznie pełno świeżego ziela. Biegnie i zaczyna przerzucać, żeby schło. A tu diabeł:
– I po co suszysz, jak już tam ususzone!
I rzeczywiście. Narkoman podbiega i zaczyna skręcać skręty. Skręca, skręca, na co diabeł:
– I czego skręcasz, jak tam tyle naskręcane!
Narkoman patrzy, a tu góry skrętów! Wybiera największego i pyta diabła:
– Masz może ogień?
A diabeł z uśmiechem:
– Byłby ogień, byłby raj!
***

„Dom tysiąca nocy”. Maja Wolny.

Wydane w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2010).

Kolejna polska proza, jaką miałam okazję w krótkim czasie przeczytać i znowu przyjemne zaskoczenie. Książka mi się podobała, zainteresowała swoim nietypowym ciężkim klimatem.
Macie czasem wrażenie, że wasz bezpieczny dotąd świat, wtłoczony może zbytnio w rutyny kolei zawalił się? Jeśli tak, reagujecie różnie. Jedni walczą, nie poddają się, inni opadają z sił, jeszcze inni zamykają, co się da zamknąć, przysłowiowe drzwi, palą mosty i uciekają w nadziei, że gdzieś tam w tym innym świecie (czy lepszym?) uda się im dojść do równowagi. Jeśli nie zapomnieć, to przynajmniej nie budzić się z płaczem i poczuciem, że nic już nie będzie tak wspaniałe jak było.
Malwina to wykształcona Polka, która w wieku pięćdziesięciu lat staje na rozdrożu i która uznaje, że w obecnym momencie jej życia może pozwolić sobie na coś, co zapewne zdziwi wiele osób. Otóż wyjeżdża do Włoch, konkretnie do Sorrento, aby tam podjąć się pracy pomocy domowej u pewnej starszej kobiety.
Powstaje ciekawy trójkąt osobowości. Malwina, próbująca rozliczyć się z przeszłością, Carla, u której pracuje i wnuk Carli, Bruno, młody człowiek dopiero kształtujący się tak naprawdę, dojrzewający w pełnym tego słowa znaczeniu. Carla ma za sobą bogatą przeszłość, swego czasu sympatyzowała z socjalizmem i nazywana jest przez porzuconą przez siebie swego czasu córkę terrorystką. Córka Carli podrzuca jej na wychowanie własnego syna, sama zaś znika praktycznie z życia obojga i matki i syna, aby oddawać się uciechom świata, w których to próbuje znaleźć swoje własne zapomnienie.
Malwina wkracza w świat babki i wnuka i początkowo jest tylko i wyłącznie osobą do pomocy w domu, jednak z czasem dla obojga z nich stanie się kimś więcej, niż tylko pomocą domową.
Carla znajdzie w niej oparcie. Bruno, próbujący się z życiem młody twórca, powierniczkę.
To książka, w której dużo jest o tak zwanych przechowywanych na dnie podświadomości grzechach i żalach, o odgrzebywaniu przeszłości, dotykaniu ran, które zdawać się mogło dawno zarosłe jątrzą się jednak wciąż i bolą może nawet bardziej niż kiedyś.
To książka ze specyficznym jak już wspomniałam klimatem, nastrojem, beztroska ciepłego Południa nie ma nic wspólnego z optymizmem i otuchą. Nie, jest sięganie do dna i odbijanie się z niego na różne sposoby. Towarzyszy temu aura niejakiej tajemniczości i zrezygnowania na przemian z namiętnością i uczuciami w rozmaitej skali.
Mimo to nie polecam jej na nastroje smutne bo nie nazwałabym jej optymistyczną, myślę, że może zdołować.
Moja ocena książki to 4.5 / 6.

z cyklu na wesoło?

A to Polska właśnie? Od maja nie dostaję katalogów Świata Książki. Nic nie dały reklamacje. Katalogi do mnie nie docierają. Inne rzeczy też różnie, ale większość mimo wszystko tak, a katalogi utkwiły. Ale nie o tym chcę pisać. Zmuszona, wzięłam katalog z księgarni, przeglądam wczoraj, co tam ciekawego mają w jesiennej ofercie. No i na końcu jest dział z reklamami obniżek u partnerów Klubu. Miedzy innymi jak widzę, mogę dostać nawet 5% zniżki na wycieczki lotnicze Orbis Travel. Tiaaa…

„Starożytne igrzyska olimpijskie”. Judith Swaddling.

Wydane w Wydawnictwo Axis. Poznań (2004).
Przekład Jacel Lang.
Tytuł oryginału The Ancient Olympic Games

Dawno nie miałam takiej literacko historycznej uczty. Muszę przyznać, że ogromnie się cieszę, że zdecydowałam się na tę książkę, mimo, że jakimś wielkim fanem starożytności nie jestem to jednak temat igrzysk olimpijskich mnie wielbicielkę Grecji zainteresował na tyle, że wzięłam ją do rąk by wypuścić z żalem, że to już koniec lektury.
Autorka książki jest kustoszem Działu Grecji i Rzymu Czasów Starożytnych w British Museum, o czym informuje okładka książki i to widać. Ale, co jest jak dla mnie, laika wielkim plusem, autorce udało się stworzyć coś, co trafia właśnie niekoniecznie do przyszłych archeologów czy historyków starożytności ale przeciętnej osoby zainteresowanej tematem.
Książka wydana jest na porządnym papierze, ilustrowana zarówno ciekawymi zdjęciami i współczesnej Olimpii, i makiet i dzieł sztuki czy ich fragmentów prezentujących tematykę igrzysk olimpijskich, co zdecydowanie zachęca do poznania tematu.
Książka opisuje zagadnienie solidnie. I tak dowiadujemy się o początkach igrzysk, o fakcie, iż początkowo owe igrzyska urządzane na cześć Zeusa miały silny charakter religijny (co z czasem powoli uległo zmianie). Dowiadujemy się szczegółów na temat architektury i zabudowań ówczesnej Olimpii i funkcji poszczególnych budynków czy warsztatów. Potem poznajemy szczegóły już samych igrzysk, zarówno poznając ciekawostki na temat sędziów czy startujących jak również rodzajów dyscyplin jakie miały tam miejsce. Jest solidna rozpiska wszystkich pięciu dni igrzysk. Dowiadujemy się też, że igrzyska połączone były z zarówno religijnym aspektem jak również czysto ludzkim poprzez kończenie dni poświęconych rywalizacji sportowej wystawnymi ucztami.
Ja jako interesująca się Grecją jestem zachwycona tą publikacją i naprawdę polecam ją szczerze.
Nasza wyprawa w tamto miejsce, jaką mogliśmy odbyć w roku 2006 nabrała dla mnie nowego znaczenia. Załączam fotkę.

Moja ocena książki to 5 / 6.

„Młode Chiny”. Krzysztof Kardaszewicz.

Wydana w Wydawnictwie Homini. Kraków-Łódź (2010).

Dzięki uprzejmości Megarecenzji udało mi się przeczytać tę książkę, której niestety, nie udało mi się znaleźć w internetowym sklepie, z którego korzystam. A miałam ochotę ją przeczytać ze względu na moje osobiste zainteresowania Chinami współczesnymi, szczególnie właśnie tymi po okresie "Rewolucji Kulturalnej".
Książka została napisana przez młodego człowieka, rocznik 82, co ciekawe, jest on rówieśnikiem przedstawicieli owych "młodych Chin", którymi w swojej książce się zajmuje. Pewnie dlatego było mu łatwiej. Bo pomimo niby otwarcia się na zachód współczesne Chiny wcale takie otwarte się nie zdają być. Nawet w Pekinie, gdzie obcokrajowców jest już obecnie naprawdę dużo, młodzi ludzie nie mają zbyt wielu znajomych z innych krajów a z kolei również przybywający do Chin obcokrajowcy zdają się nie mieć chęci na większą integrację. Jadą tam w konkretnym celu, na zarobek dobrych pieniędzy i trzymają się w swoim zamkniętym środowisku.

Rówieśnicy autora to osoby, których Rewolucja Kulturalna nie dotknęła osobiście, ale raczej pośrednio. To ich rodzice stali się ich "ofiarami". I to widać, bo to niestety, procentuje, chociażby w tym, jak większość rodziców podchodzi do kwestii wykształcenia stawianego dzieciom, w większości jedynakom na skutek polityki rodzinnej Państwa Środka. Rodzice chcą nadrobić swoje własne niedostatki, braki co powoduje, że na młodych ludziach ciąży wielka presja i bardzo wiele oczekiwań, czego symbolem są chociażby lata nauki i katorżnicze wręcz egzaminy maturalne i na studia. Co roku w Chinach wielu młodych ludzi, którym się nie powiodło, popełnia samobójstwa. Odnoszę wrażenie, że osławiona presja pracy Japonii jest niczym w porównaniu z tym, jak traktuje się obecnie młodzież w Chinach. Nie jestem przekonana, że jest to dobre, wręcz odnoszę wrażenie, że więcej przynosi szkody niż pożytku, ale o tym chyba sami Chińczycy dopiero przekonać się muszą.

Autor opisuje sytuację ludności napływowej do większych miast najbardziej na przykładzie Pekinu i niechęć, jaką jest ona otoczona jak również pewnego rodzaju dualizm myślenia, jaki towarzyszy temu procesowi. Ludność napływowa przydaje się do wykonywania najcięższych prac, których mieszkańcy Pekinu wykonać już nie chcą, ale za to obwinia się och o zawłaszczenie miast, odbieranie miejsc nauki itd.

Autor zwrócił uwagę na to, jak mimo presji ze strony otoczenia młodzież w Chinach wciąż pozbawiana jest możliwości rozwinięcia indywidualizmu. Oczywiście niektórzy mogą zrzucić to na karb mentalności kraju dalekiego Wschodu, w którym w masie zdziałać można więcej niż pojedynczo, wydaje się jednak, że na dłuższą metę nie przyniesie to dobrych owoców.

Dobrym pomysłem jest według mnie zamieszczenie na końcu książki solidnej bibliografii odsyłającej nas na rozmaite ciekawe strony w internecie pozwalające zgłębić problem Chin współczesnych i naszych rówieśników, na których oczach działy się tak wielkie zmiany. Zmiany, które być może działy się aż nadto szybko ale o tym wypowiedzieć powinni się raczej ci, którzy znają się na socjologii społecznej.

Jak pisze sam autor "Obserwacja Chin jest jak hazard (…)". Zgadzam się z jego tezą. Odnoszę wrażenie, że współczesne Chiny są wciąż jak puszczona w ruch ruletka. Nie wiemy dokładnie, na czym konkretnie w przyszłości się zatrzyma i czy zdarzy się spektakularna wygrana czy porażka.

Moja ocena książki to 4.5 / 6.

Kraków, Grecja…

…Lake District.

Tym razem doszły takie kartki, czyli trochę polskości, jedno z chyba najpiękniejszych polskich miast (są tacy, którzy twierdzą, że najpiękniejsze) Kraków i ulica Kanonicza, podobne właściwie ujęcie jak na zalinkowenej przeze mnie informacji.
Kraków, ten zabytkowy,  miałam okazję zwiedzić wzdłuż i wszerz na obozie naukowym, wiedzy cała masa,wrażeń tyle, że aż głowa pęka i faktycznie prawie na każdym kroku "czai się" zabytek. No i te nastrojowe knajpki, restauracyjki, to wszystko, co sprawia, że przyjemnie jest wybrać się tam na kawę, herbatę, wódkę, przekąskę, spotkać z ludźmi, pogadać itd. Dziękuję koleżance z bloga, że przypomniała mi nastrojowy Kraków.

Z Grecji kartka z Wyspy Sikinos. Wczoraj wieczorny spacer bardzo wręcz letni, było ciepło, powietrze pachniało jakoś tak wiosennie, wspaniale wręcz a dookoła cykały jak oszalałe świerszcze. Wyjęliśmy kartkę ze skrzynki i stałam sobie przez chwilę patrząc na widoczek na kartce i słuchając świerszczy czy koników polnych, które jakimś niezwykłym zdarzeniem zmieniły się nagle we wrzeszczące cykady. Na kartce wioska w tle i kamienne schody, po których wspina się babinka w obowiązkowo czarnym ubraniu.
Polecam obejrzeć zalinkowane zdjęcia z tej wyspy…

Lake District zaś od Monoli kartka. Widoki wręcz pyszne, widoki panoramiczne cztery pełne soczystej zieleni traw, błękitu krystalicznych wód i surowości skał. Super widoki. Aż chce się ruszyć i zwiedzić to , obejrzeć, napawać się własnymi oczami, zrelaksować tą zielenią, tymi konkretami barw.

Za pamięć i kartki dziękuję wielce.

Irlandia, Chiny, Moskwa…

…odwiedziły mnie ostatnio.
Pozdrowienia z Irlandii, gdzie bawiła z rodziną Mała_mi. Na pocztówce między innymi owce z kolorowymi łatami. Podobno, tak mi ktoś mówił, hodowcy znaczą kolorami swoje owce przed puszczeniem na pastwiska, aby potem odróżnić swoją własność. Ciekawe, co na ten proceder owce. 😉

Obiezy_swiatka rozpieściła mnie podsyłając mi suwenirki z jej podróży do Chin i nie tylko. Dostaliśmy najprawdziwszą herbatę chińską, ja dwie zakładki do książek z pięknym wzornictwem, amulet specjalnie dla mojego chińskiego znaku zodiaku, czyli dla Smoka i pocztówki. Pocztówki z hutongami, których w Pekinie podobno coraz mniej (ponoć masowo burzono je przed Olimpiadą), jedną z bardzo nowoczesnym obliczem współczesnego Pekinu i absolutnie nowoczesną zabudową (to chyba na zasadzie kontrastu dla hutongów), jedna z kulisami niosącymi kogoś w lektyce , to stara kartka podkoloryzowana, a także jedna z widokiem najsłynniejszego chyba placu Chin, czyli osławionego, niestety, negatywnie, Placu Niebiańskiego Spokoju. Mnie się on niestety kojarzyć będzie zawsze z tym, co działo się tam w roku 1989.
Z Moskwy zaś otrzymałam kartkę z widokiem Cerkwii Wasyla Blogosławionego. Kolorowa, strojna, jak to wschodnie cerkwie. Wygląda, jak z bajki. Przyznam się, nic na to nie poradzę, że uwielbiam po prostu ten wschodni kicz, który tak często właśnie w budowach sakralnych z tamtych stron widać. Im bardziej złota kopuła pyszni się na cerkwi, tym bardziej jestem zachwycona;)Im bardziej kolorowo, tym lepiej.
Za pamięć, prezenciki i kartki dziękuję Wam bardzo.


A Was zapraszam do lektury bloga Obiezy_swiatki, już zaczęła opisywać swoją niezwykłą podróż.