„1Q84”. Haruki Murakami.



Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2010).
Przełożyła Anna Zielińska-Elliott.
Tytuł oryginału 1Q84 ichi-kew-hachi-yon.

Miłośnicy książek Murakamiego nie zawiodą się na pewno. Panie i panowie, czeka nas wyjątkowo smakowita literacka uczta. Tym razem w formie trylogii. "1Q84" bowiem to pierwsza część, rozbudzająca apetyt na poznanie ciągu dalszego, który to jak obiecuje wydawnictwo, ukazać się ma w roku 2011. Czekam!

Jak zwykle o prozie Murakamiego jest mi trudno pisać, aby nie popaść w jakiś nadmierny egzaltowany styl bądź odwrotnie, aby nie zbanalizować czegoś, co niezwykle mnie ruszyło i poruszyło wręcz do głębi mnie. Jak zwykle, mam wrażenie, że niektóre myśli, spostrzeżenia autora wyjęte są z mojej głowy i naniesione na papier. To mi się często nie zdarza, ba, rzadko nawet powiedziałabym i na razie chyba w przypadku dwóch autorów, ukochanego Haruki Murakamiego między innymi właśnie.
W prozie Murakamiego uwielbiam jak ja to nazywam, kojącą i uspokajającą moc jego zdań. Na pewno, co podkreślałam kilkakrotnie, jest to nie tylko chociaż w większości zasługa samego autora ale i wspaniała praca pani tłumacz, pani Anny Zielińskiej-Elliott. Co prawda, ale to już nie jej wina, wyłapałam dwie literówki, co się MUZIE rzadko kiedy zdarza, ale na szczęście, dwie zaledwie.
A więc, jak mówię, kojąca moc zdań Murakamiego zawsze wprowadza mnie w jakiś nieco lepszy nastrój, chociażbym znajdowała się w czarnej dziurze.
Tytuł "1Q84" odnosi się niewątpliwie do słynnego "Roku 1984" Orwella. Bowiem w tej książce powoli poznajemy system kontroli nad innymi jaki okaże się tajemnicza sekta religijna, która jednak ma swój początek w militarnej grupie.
W tej pierwszej części trylogii poznajemy dwoje głównych bohaterów, którymi są Aomame, która na co dzień uczy sztuk walki a po godzinach jest płatnym zabójcą i Tengo, nauczyciel matematyki, który z kolei jest początkującym pisarzem i redaktorem. Jak się okazuje, ongiś znali się oni, niemniej jednak potem ich kontakty urwały się zupełnie i obecnie błądzą gdzieś po świecie Tokio nie natykając się na siebie, ale kto wie, co stanie się w następnych częściach? W tej częsci poznajemy też kilka innych fascynujących osób, z którymi los złączy naszych bohaterów i którzy to bohaterowie zostaną wplątani w niezwykłe sytuacje i wydarzenia, w czasie których będą poznawać niezwykłe ludzkie losy, zastanawiać się nad istnieniem światów równoległych i możliwości oświetlenia nocnego nieba przez dwa niezależnie od siebie istniejące księżyce.
Mnie ta książka wciągnęła niezwykle, spowodowała, że chociaż na chwilę mogłam oderwać się od codzienności i oczywiście, że ją polecam.
Moja ocena to 6 / 6.

„Dom w Toskanii”. Anita Stojałowska.

Pamiętacie zapewne, jak parę miesięcy temu napisałam, że miałam okazję przeczytać książkę, która dopiero ma się ukazać.
Wtedy obiecałam, że jak książka ukaże się drukiem, polecę Wam ją, co właśnie czynię.
Miałam nawet wtedy napisać coś dla wydawnictwa , ale wydawnictwu się nie spodobało, a więc to, co miałam wysłać, zostawiam tu, te moje słowa, jako, że trochę nie mam teraz głowy do tworzenia nowej recenzji, a wydaje mi się, że ta pokazuje to, co po lekturze czułam.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2010).

Debiut książkowy. Dla autora jest to z pewnością wielka przygoda. Dla czytelnika to na ogół niewiadoma. Może wyjść  zakalec a może, że wciąż użyję kulinarnego porównania wyjść ciasto pyszne i  tak rozchwytywane, że wszyscy będą prosić o dokładkę. W przypadku tej książki ku mojej czytelniczej radości okazało się to drugie. Miałam okazję zapoznać się z nią od początku jej powstawania i nie ukrywam, że odczuwałam wielką frajdę będąc jednym z pierwszych czytelników.
"Dom w Toskanii" Anity Stojałowskiej zdaje się kierować nasze skojarzenie ku dość  popularnym ostatnio książkom z nurtu opowieści o ludziach, którzy zdecydowali się rozpocząć nowe życie w warunkach skrajnie różnych od tych, w których do tej pory żyli, najczęściej w południowych stronach Europy. Przy całej mojej sympatii do tego typu literatury muszę przyznać, że odczuwam pewien przesyt tego typu książkami i dlatego przyjemnością było odkrycie, że ta w ten nurt się nie wpisuje. Czytelnik ma przed sobą kawałek ciekawej prozy obyczajowej, napisanej dobrym językiem i stylem. Autorka jest bacznym obserwatorem życia dookoła, jak również skupia się na ludziach, dlatego więc postaci z książki są krwiste i prawdziwe, zdają się być podobne do ludzi z naszego otoczenia. Co jest dla mnie plusem, nie ma tu lukru, jest prawdziwe życie. Widzimy jak los rozdaje karty czy nagrody. Czasem wygrywa się nagrodę główną, innym razem można stracić wszystko. Cóż, takie właśnie jest życie.
To opowieść o tym jak życiem kieruje przypadek. Przy tym to nie bajkowa historia a opowieść, którą tak naprawdę możemy kiedyś usłyszeć na spotkaniu ze znajomymi. O walce z przeciwnościami losu i o podnoszeniu się z upadku, o sile, która cechuje niektóre osoby i która jest ich siłą napędową, pozwalającą wyjść cało z nawet najgorszej opresji. Opowieść, która, i dobrze, dziać mogłaby się zarówno w bajkowej scenerii Toskanii jak i prowincjonalnym miasteczku pod każdą szerokością geograficzną. Wszędzie bowiem żyją ludzie, mający swoją opowieść, którą mogą się z nami podzielić, wszędzie, każdego dnia życie podaje nam swoje smaki, raz rozpieszczając nas słodkością a raz dodając przysłowiową łyżkę dziegciu.
Z prawdziwą przyjemnością polecam Wam więc "Dom w Toskanii" a sama pozostaję z niedosytem i nadzieją, że kto wie, może kiedyś doczekam się ciągu dalszego tej historii.

Moja ocena to 4.5 / 6.

Dla zainteresowanych, blog autorki książki. O tu.

„Raj tuż za rogiem”. Mario Vargas Llosa.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2010).
Przekład Danuta Rycerz.
Tytuł oryginału El paraiso en la otra esquina.

Tytuł zaczerpnięty z dziecięcej zabawy doskonały i w odniesieniu do treści książki i do ironii, z jaką czasem traktuje nas życie.
Och, wspaniała lektura. Na coś takiego właśnie czekam najbardziej sięgając po książkę. Pamiętam, że po ogłoszeniu tegorocznej Nagrody Nobla dla Llosy bodajże Piotr Kofta w "Dzienniku" napisał bardzo ciekawy komentarz do tej nagrody, w którym to komentarzu, o ile dobrze pamiętam, podkreślał szczególnie fakt, że wreszcie została nagrodzona powieść, dobra powieść. I ja się z jego tezą jak najbardziej zgadzam. Bo Llosa to mistrz powieści. Opowieści. Jak słusznie zauważyła z kolei Tani, w jego książkach nie ma tak lubianego przez czytelników (na przykład mnie) realizmu magicznego widzianego na przykład w prozie Marqueza. (Swoją drogą dopiero dziś doczytałam się o tym, że Llosa swego czasu wymierzył Marquezowi siarczysty policzek, ciekawe, o co im poszło?:).
A mimo to jest to powieść z krwi i kości bo tylko tak można określić nakreślone piórem autora postaci. Żywe, prawdziwe, wiarygodne, możliwe do zaistnienia. Z ich zaletami i wadami, śmiesznostkami i tym, co nas w nich zachwyca. Oddane sobie, innym, idei, talentowi, pasji…W przypadku
"Raju tuż za rogiem" jak najbardziej realne, bo faktycznie obie istniejące, a mianowicie Flora Tristan i Paul Gauguin. Spokrewnieni, co wiedzą niektórzy jako, że artysta był wnukiem słynnej rewolucjonistki i jednej z pierwszych feministek.
W przeplatających się rozdziałach Llosa zajmuje się na przemian snuciem opowieści o losach Flory i Gauguina. I chociaż ich losy w żaden sposób się nie przetną, ba, postaci te zdają się stanowić dwa odrębne byty, to nic bardziej mylnego. Obie bowiem nacechowane są jednym, pasją, pasją, którą rozwijają i która na dłuższą metę spala ich do cna. Czy można dziedziczyć nie tylko cechy fizyczne ale i na przykład skłonność do melancholii, czy porywczości? Czy można dziedziczyć na przykład nieszczęśliwe życie? Malarz, który to malarzem stał się jak nawet na lata, w których żył, późno, zdaje się dziedziczyć swoje nieszczęście po babce. Owszem, teoretycznie zdaje się wiedzieć, czego chce, ale jest on postacią tragiczną, uwięzioną w konwenanse. Flora postacią tragiczną zdaje się być również, ale to postać Gauguina w tym duecie zdaje się mnie samej być bardziej tragiczną i tkniętą niemożnością zrealizowania swego życia tak, jak by chciał.
Miałam kiedyś możliwość zgłębić sztukę Gauguina pisząc pewien referat, stąd może jakaś taka moja osobista sympatia do tej postaci, z którą się ani nie utożsamiam, ani nie jest mi jakoś mentalnie bliska a jednak jego obrazy w jakiś niezwykły sposób do mnie przemawiają. I jednak coś chwyta za serce, kiedy poznaje się losy kogoś, kto odkrył swoje powołanie za późno. I niby to je realizując, oddając się swojej pasji, w jakiś sposób jednak przegrywa. Jednak czy aby na pewno? Co prawda jego życie rodzinne i uczuciowe legło w gruzach, ale zostały przecież po nim wspaniałe dzieła sztuki, które do mnie zawsze przemawiały w jakiś niezwykły sposób.
Llosa w cudowny sposób oddał w swojej prozie to rozedrganie malarza, dzikość, wahania nastrojów, nierówność stanów psychicznych, z pewnością spowodowane nie tylko charakterem ale i chorobą, z którą przyszło mu walczyć.
W świetny też sposób Llosa odkrył na nowo obie postaci, zarówno socjalistki Flory Tristan jak i samego Gauguina. To nie kolejne, nawet dobrze napisane biografie, to raczej świetne studium poszukiwania przez obie te postaci tytułowego raju, który przez całe ich życie zdawał się być nieosiągalny, właśnie tuż za rogiem. Raju, którego chyba obojgu niestety, nie udało się osiągnąć, ale czy na pewno?
Poszukującym kawałka wspaniałej prozy, od której trudno jest się oderwać polecam z czystym sumieniem.

Moja ocena to 5.5 / 6.

moja poczta…

…działa jak Wiecie. Jak to usłyszałam ostatnio gdzieś, a bardzo mi się spodobało, złego słowa na nią nie powiem. To już nic po prostu nie powiem.
Po okresie dobra, nie takim znowu długim, znowu nastał czas generalnej stałej, czyli kiepski. Z tym, że tym razem ginęły już przesyłki, które do tej pory docierały, czyli nie dostawałam katalogów Świata Książki, prenumerowanych VOYAGE i National Geographic. Docierały listy (niektóre), kartki, a pewnie nie wiem, co do mnie nie dotarło, jeśli nadawca litościwie mi nie zdradził, że coś tam, co do mnie nie dotarło, w ogóle do mnie wysłał.
Docierały w większości książki. Tym nikt (na szczęście;) nie jest zainteresowany. Prawdę mówią, że ten naród mało czyta.

Tak czy inaczej, wstęp, ale nie Bronisław, prowadzi do tego, że wczoraj udało mi się otrzymać dwa zareklamowane numery VOYAGE, kwit na prawdopodobnie również dwa zaginione numery NG (ale to się okaże na poczcie, chociaż na 99% to to nareszcie!), jak również, co miłe, otrzymałam trzy kartki z bardzo dalekiego kraju, jakim jest Kazachstan. Dla mnie kraj bardzo odległy, bardzo egzotyczny i tak naprawdę kompletnie nieznany. Nieco bardziej znany z bloga nadawczyni owych kartek, który to blog Wam polecam, a oto i on.
Dostałam kartkę ze zdjęciem lodowiska, które to, jak pisze Kazasza, podobno jest najwyżej położonym na świecie i przybywają tam sportowcy z całego świata bić rekordy.
Dostałam też kartkę z widokiem Meczetu Centralnego, który robi wrażenie i piękną panoramą Gór Tienszan i z jak mniemam miejscowym teatrem, z zewnątrz ogromnie "wypasionym":).
Dzięki za kartki i opis tego, co na nich jest, bardzo lubię Wasze osobiste słowa na temat widoków tego co mi wysyłacie na pocztówkach.
Pozdrawiam w nieco egzotycznym więc nastroju…

„Między prawem a sprawiedliwością”. Paweł Pollak.

Wydana w Oficynie Wydawniczej Branta. Bygdoszcz (2010).

Nazwisko autora nie jest mi obce, ale nie jako autora a tłumacza do tej pory, tym chętniej skorzystałam z propozycji samego Pana Pawła Pollaka, abym mogła przeczytać Jego najnowszą książkę. Tym bardziej, że wpasowuje się ona idealnie w moje pytanie, apel, o tu właśnie.
I zbiór czterech opowiadań kryminalnych "Miedzy prawem a sprawiedliwością" faktycznie się w ten apel wpasowała. Akcja opowiadań za każdym razem dzieje się w Nowym Jorku, a łączy je grupa dochodzeniowa i ekipa sądowa, obrońcy i oskarżyciel.

Cztery opowiadania, to nie tylko historie z wątkiem kryminalnym mające w większości oddźwięk w tym, co mogliśmy czytać czy oglądać w mediach, ale przede wszystkim każda historia kończy się sądowym "pojedynkiem", w czasie którego dowiadujemy się, jak bardzo można prawo wykorzystać na korzyść bądź nie oskarżonych. Nie zawsze ci, którzy według naszego europejskiego prawa z pewnością ponieśliby karę tu ukarani zostają, chociaż wina ich zdaje się nie budzić najmniejszych wątpliwości. Potencjalny morderca może zostać wybroniony kiedy ukaże się jego jasne i czyste pobudki jakkolwiek cynicznie zdaje się to brzmieć. Nie zawsze opowiadania więc kończą się optymistycznie, zdarzyć się może, że czując się oszukani, bliscy ofiar zechcą wziąć sprawiedliwość w swoje ręce.

Nie zawsze prawo jest jasne i nie każdy może wyjść z sądu z poczuciem sprawiedliwości. Nie niesie to chyba optymizmu, ale cóż, takie są właśnie amerykańskie realia i o to mi chodziło, kiedy pytałam o tego typu książki właśnie.

Najbardziej ze zbioru podobało mi się opowiadanie "Dawca", najmniej zaś "Złodziej trumien".
Ogólnie zaś tej książce wydaję ocenę 4.5 / 6.

„Lekka komedia”. Eduardo Mendoza.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2010).
Przełożyła Zofia Wasitowa.
Tytuł oryginału Una comedia ligera.

Tak się na nią nastawiłam, tak się wyczekałam i…zawód na pełnej linii.
Ci, którzy czytają mój blog dłużej pamiętają, że prozę Mendozy uwielbiam. Właściwie, to większość tego, co czytałam jego autorstwa podobało mi się ogromnie. Uwielbiam go za poczucie humoru, ironię, za pomysłowość. Ostatnio chociażby zachwycałam się jego "Brakiem wiadomości od Gurba". Tak więc "Lekka komedia" nęciła mnie, spodziewałam się czegoś, od czego nie będę się mogła oderwać a tu niestety, zaskoczenie na minus. A nawet lekko się wynudziłam. Złapałam się na myślach, że jak dla mnie książka śmiało mogła by zmniejszyć swoją objętość o połowę i nic by nie straciła. Niestety, jak dla mnie, jest ona po prostu zbyt przegadana i to co zabawne i śmieszne na stu stronach niekoniecznie takim jest na ponad czterystu.

"Lekka komedia" to opowieść o autorze sztuk komediowych, który nazywa się Carlos Prullas. Żyje on w Barcelonie, mieście tak ulubionym przez Mendozę, które to miasto w jego prozie zawsze zdaje się być innym niż to przedstawiane nam w kolorowych przewodnikach zachęcających do odwiedzin katalońskiego miasta. Barcelona Mendozy pełna jest starych, zrujnowanych kamienic, przepychu i bogactwa skontrastowanego ze skrajną nędzą, bogaczy spędzających czas na nicnierobieniu i harujących na nich biedaków a nadto to miasto wprost stworzone dla konsumpcji.
Prullasa poznajemy kiedy najgorętszym letnim okresie dogląda prób swojej najnowszej komedii. Rodzina zostaje wysłana na zasłużony odpoczynek do domu letniego a nasz bohater to dogląda prób, to spotyka się ze śmietanką towarzyską, to znowuż wdaje się w nie do końca przemyślane znajomości, które zaowocują w przyszłości nie tyle komedią co raczej dramatem. Będziemy bowiem mieli do czynienia z wątkiem kryminalnym.
Niestety, mimo całkiem dobrego pomysłu, jak dla mnie sama książka nie wciąga, nie porywa w ten tak charakterystyczny dla Mendozy świat jego prozy. Jak już wspomniałam, dla mnie była ona zbyt przegadana i ja sama uważam ją za najsłabszą z dotąd przeczytanych przeze mnie książek tego autora.
Być może jednak Wam spodoba się bardziej, niż mnie. Czego życzę.

Moja ocena to 3.5 / 6.

„Granatowa krew”. Wiktor Hagen.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2010).

Bardzo udany debiut nowego na naszym rynku autora Wiktora Hagena. Jak ja się cieszę, że nasi polscy autorzy przestali "bać się" kryminałów i zaczęli je pisać i wreszcie rynek powoli się zaczyna nimi zapełniać. Minusem jest niewątpliwie KOSZMARNIE wysoka cena, jaką za książkę zapłacić trzeba. Podejrzewam, że nie poskutkuje to licznym zakupem przez przeciętnego czytelnika, a szkoda, bo w jakiś sposób obawiam się, czy przez to sam debiut nie minie niezauważony. Oby nie, bo według mnie szkoda by było ogromnie.

Nareszcie komisarz policji, który nie pije, nie bije, nie zmaga się z narastającą depresją i nie opuściła go żona. Ba, nawet ma właśnie bardzo udany związek, którego owocem jest dwóch bliźniaków o wdzięcznych imionach Cyryl i Metody.
Komisarz Robert Nemhauser, bo o nim mowa, ma jeszcze jedną pasję oprócz łapania przestępców, a jest nią gotowanie. Które to realizuje dorabiając sobie po godzinach. Jak się pewnie domyśliliście, nie stoi na bramkach dyskotek, a gotuje, tak, gotuje w jednej z knajpek mieszczących się w mocno rozrywkowej części Warszawy.
Poza tym ten absolwent historii jest całkiem sympatycznym człowiekiem i pewnie gawędząc z nim człowiek nie wiedząc, gdzie pracuje, nie domyśliłby się z jakim złem na co dzień ma do czynienia Nemhauser.

Co lubię to to, kiedy miasto, w którym dzieje się akcja książki staje się równorzędnym do głównych bohaterem. Zachwycałam się tym pisząc na temat książki Konatkowskiego "Przystanek śmierć" a teraz zachwycam się tym w tej książce, w której to Warszawa zagrała oprócz komisarza i zbrodniarzy główną rolę.
Wiele, wiele znajomych mi miejsc opisanych, na skutek czego wyobraźnia pracuje na tyle silnie, że zdaje się czasem, że się nie czyta książki a wręcz ogląda film.
Jest też trochę obserwacji współczesnej polityki polskiej. Z wszystkimi jej przywarami i grzechami. Mnie to nie przeszkadza, a nawet dodaje specyficznego smaczku książce.
W "Granatowej krwi" Nemhauserowi przyjdzie rozwiązać zagadkę kilku dziwnych zbrodni, które z czasem zaczną łączyć się w jakąś niezwykłą sieć powiązań.
Mnie książka ta ogromnie się podobała, wciągnęłam się, z przyjemnością czytałam, no i już wiem, że mimo, że jak mniemam cena następnych części zapowiadanego przez wydawnictwo cyklu o komisarzu Nemhauserze będzie równie wysoka, to będę kontynuować czytanie, bo mam kolejnego ulubionego komisarza.

Moja ocena to 5 / 6.

już dawno nie pamiętam…

…tak ładnego początku listopada, a zwłaszcza tych specyficznych dni. Mimo, że nie przepadam jakoś specjalnie za samym świętem, to muszę powiedzieć, że nie przekonam się do "halowynowego" podejścia. Widać daleko mi do tego elementu kultury anglosaskiej czy latynoskiej na przykład. Są tacy, którym nie pasują Walentynki, ja nie kumam i nie mam zamiaru się zmuszać do polubienia Halloween.
Pasuje mi nastrój spokoju, refleksji, który, kompletnie nie wiem, czemu, przez niektórych mylony jest z smutkiem i łzami. Tak wcale nie musi być… Wolę oświetlone lampkami groby, ukwiecone, niestety w niektórych przypadkach , często tylko w te dni. A wspominki na temat tych, którzy odeszli wcale nie muszą być patetyczne i nadęte, może być na wesoło i pozytywnie. No, to tytułem wstępu.
Dawno nie bywam na grobach akurat konkretnie pierwszego. Z różnych względów. Bywamy albo nieco przed albo po. W tym roku byliśmy wczoraj. Pogoda dopisała, było ciepło i nawet nie było przelotnego deszczu, którym niektóre prognozy trochę straszyły.
Ku mojemu zdziwieniu wczoraj na cmentarzach dalej było bardzo dużo osób, oczywiście nie tyle, co w samo święto, ale jednak. Czyli nie my jedyni tak robimy.
Ostatnie półtora tygodnia miałam z nerwem. Dzień przed naszą jedenastą Rocznicą Ślubu moja Mama trafiła karetką do szpitala, na szczęście, już jest OK, ale i na świętowanie głowy nie było i na wiele innych spraw. No, ale dzisiaj opuszcza szpital i mam nadzieję, że już będzie dobrze. Ot, życie…

„Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”. Mario Vargas Llosa.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2009).
Przełożyła Marzena Chrobak.
Tytuł oryginalny Travesuras de la nina mala.

Jak sobie obiecałam, wróciłam do prozy Llosy. Nie ukrywam, że przyczyniła się do tego Literacka Nagroda Nobla w tym roku mu przyznana.
I tym razem się nie zawiodłam. Llosa jest według mnie świetny w snuciu opowieści. Nie ma tu realizmu magicznego, nie ma powracających z zaświatów rozdzielonych kochanków, którzy znajdują ukojenie i spełnienie uczucia dopiero po śmierci. Jest konkretny świat tu i teraz, jest konkretny człowiek, którego opowieść dotyczy i konkretna historia do opowiedzenia.
Ale jak ta historia jest opowiedziana! Ze smakiem, z tym, co tak uwielbiam u Latynosów, czyli totalną egzaltacją uczuciową, opisową, słowną, tym lawirowaniem między wspaniałością a kiczem, które to zagranie ryzykowne u tak wielu u tego autora sprawdza się rewelacyjnie i prowadzi do efektów tak dobrych, jak ta książka właśnie.

Marzyliście kiedyś o wielkiej niekończącej się miłości? Miłości szalonej? Voila. Macie ją na kartach tej książki będącej czymś w rodzaju pamiętnika, spowiedzi? człowieka już mocno starszego, który na kartach książki prowadzi nas przez swoje życie a raczej przez historię swojej wielkiej, szalonej miłości do tytułowej "niegrzecznej dziewczynki". Nastolatki, kobiety, potem już starszej niby to pani, która przyjmując co i rusz nowe tożsamości pozwalające jej na dostatnie życie, o którym marzy, wciąż, jak niechciany bumerang powraca do bohatera książki i kiedy tylko dochodzi on do siebie, ona na nowo niszczy budowany przez niego porządek i to, co udało mu się zgromadzić w pocie czoła.
Cóż, ta opowieść to nic innego, jak przestroga przed takimi mrzonkami, jak wyidealizowana miłość, miłość, która niestety, niszczy i wypala. Zamiast przytrafiać się tobie, człowieku, niech pozostanie na kartach książki.
Nasz bohater poznaje "niegrzeczną dziewczynkę" będąc nastolatkiem. Ich znajomość z przerwami trwać będzie ponad czterdzieści lat. Znajomość burzliwa, niszcząca go a jednocześnie na te krótkie chwile szczęśliwości, jakie mu kobieta łaskawie wydziela, przynosząca mu radość i nieziemskie poczucie rozkoszy. Ta wiecznie zmieniająca tożsamości nieuleczalna kłamczucha położyła się nie tylko do jego łoża ale i cieniem na całym jego życiu. To takie jego fatum? karma?

Znajomość bohatera, którego zrealizowanym marzeniem było życie w Paryżu (miasto odgrywa tu rolę bohatera drugoplanowego) i zajęcie się tłumaczeniami z niestabilną emocjonalnie kobietą opowiadana jest z tą typową dla latynoskiej prozy lekkością. Okraszona specyficznym poczuciem humoru i tym brakiem wstydliwości szczególnie w opisach miłości, jakie czasem dotyka niektórych autorów. Mimo to nie jest on według mnie wulgarny. Jest akuratny i w sam raz.
Co lubię w prozie Llosy to jego zadziorność, emocjonalność kipiącą wręcz z tekstu. Cudowne zdrobnionka, które w języku polskim rażą mnie ogromnie a tu pasują, o ile się zresztą nie mylę, zdrabnianie to cecha języka hiszpańskiego.

Mnie się ta książka ogromnie podobała, daję jej ocenę 5.5 / 6.

Uwaga, teraz niech czytają ci, co już znają książkę.

Dla mnie dobrym pomysłem w książce jest brak happy endu w książce. Nawet jeśli happy end miał by polegać na tym, że "niegrzeczna dziewczynka" po raz kolejny opuściłaby bohatera, to uważam, że zakończenie proponowane przez autora powoduje, że książka ta mogąca otrzeć się o łzawą telenowelę staje się bardziej wiarygodną opowieścią. Wszak, wiele jest "niegrzecznych dziewczynek" na świecie.

takie tam…

…o ludziach i w ogóle wynurzenia na piątkowe przedpołudnie (jeszcze).
Ostatnio zdałam sobie sprawę, wiem, truistycznie to brzmi, jak jednak wielka moc jest rozmów z kimś bliskim. Jak wiele to może dać. Te babskie rozmowy, zwierzenia, sprawy, których nie powierza się każdemu. Ja w ogóle trudno się z wiekiem odsłaniam, i tak naprawdę niewielu osobom, tylko takim, które są mi naprawdę "zaufane", o których wiem, że nie kłapią dziobem na prawo i lewo. Takie, które jak to się mówi, jak coś powiesz, to studnia, wpadło i nie wypadnie.
Zdarzyło mi się coś niesamowitego. Przeszło rok temu ktoś mnie zranił. Przeżyłam to wtedy strasznie. Ta osoba nie wiedziała, że tak to na mnie wywarło wpływ, bo ja z tych, co się świetnie oko w oko maskują, za to "po" wyryczeć swoje w cichości pokoju muszą. No, ale nieważne. Zdarzyło mi się, że ten ktoś mnie za to przeprosił. Ktoś powie, rychło w czas, ale powiem, że na tamtą sprawę, jej wagę, to zdecydowanie czas nie zagrał roli, ważne, że coś takiego miało miejsce. I ważne, że padły słowa niosące ukojenie po tamtym. Swoją drogą ogromny szacunek żywię dla tych, którzy umieją się do błędów przyznać, przeprosić, powiedzieć wprost , że popełnili błąd, że nie chcą, aby tak niewyraźnie było.