„Muzeum Ciszy”. Yoko Ogawa.

Muzeum Ciszy

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2012).

Przełożyła Anna Horikoshi. 
Tytuł oryginału Chinmoku Hakubutsukan.

Są książki wypełnione jakimś niezwykłym klimatem, atmosferą nie do końca dającą się zwerbalizować. Takie są często książki autorów japońskich, przynajmniej w moim osobistym odbiorze.
Taka jest właśnie przeczytana przeze mnie książka „Muzeum Ciszy”, w którą to dosłownie miałam wrażenie, że ze słowa na słowo jakbym się zatapiała podczas jej lektury. Ta proza jest prowadzona delikatnie, spokojnie, bez żadnych nagłych zrywów (pomimo, że są opisane również nagłe wydarzenia a mimo to bez jakichś zrywów i gwałtowności). Nazwałabym ją (co zapewne jest również dzięki pani tłumaczce) wręcz elegancką, delikatną w tej swojej elegancji, nienachalną. Bardzo lubię takie właśnie klimaty. Język literacki, który zdaje się być malarski.

Do pewnego małego miasteczka trafia muzealnik. Zostaje mu zlecone niezwykłe zadanie. Stworzenia muzeum. Jednak nie jest to muzeum, do którego do tej pory kustosz był przyzwyczajony. To muzeum, które chce założyć pewna bardzo stara mieszkanka miasteczka, a które w jakiś sposób zapoczątkowała ona sama dziesiątki lat temu, kiedy zdobyła pierwszy eksponat do kolekcji. Pamiątkę po osobie zmarłej, mieszkańcu miasteczka. Coś, co należało do zmarłej osoby a co w jakiś sposób określało tę postać. Nie chodzi tu o byle jaką pamiątkę. I tak oto przybyły do niej muzealnik zastaje ciekawy zbiór pamiątek po zmarłych jakimi są na przykład spirala antykoncepcyjna prostytutki (która padła ofiarą przestępstwa). Pamiątki mają jeszcze jedną cechę, otóż zostały one ukradzione przez staruszkę. Ma ona pomocnicę, adoptowaną dziewczynkę, która też staje się pomocnicą muzealnika. Który pomimo pierwszego dziwnego wrażenia na temat ich współpracy zostaje przyjęty i podejmuje się owego niezwykłego zadania jakim jest stworzenie muzeum niezwykłego, Muzeum Ciszy. 

Dla każdego muzealnika jasny jest ogrom pracy jaki trzeba wykonać przy katalogowaniu i opisie dzieł jakie mają być wystawione w tworzonym przez niego muzeum. Nasz bohater zostaje jednak obarczony zadaniem dodatkowym, początkowo dla niego wydającym się nie do wykonania, a mianowicie sam ma zacząć kolekcjonować zbiory czyli pamiątki po zmarłych mieszkańcach miasteczka. Jednak z czasem okazuje się, że jak najbardziej można wykonać i takie zadanie. 

Podoba mi się idea książki, czyli fakt podniesienia do ważnych przedmiotów może dla niektórych błahych a jednak tak ważnych bo związanych z kimś, kto odszedł a które to przedmioty w jakiś sposób osobę daną określały, być może związane były z trybem jej życia, zawodem…
Dla pomysłodawczyni tego muzeum ów zbiór jest miejscem wytchnienia dla starzejącego się świata i być może jest coś na rzeczy. Muzeum Ciszy jest czymś ponad po prostu pomieszczeniami z eksponatami do podziwiania. Podkreśleniem ulotności ale i podkreśleniem ważności i to oczywiście nie tyle samych pamiątek co osób, po których te pamiątki pozostały. 

Jak czytamy w książce „Gdyby Muzeum Ciszy zostało, na przykład zburzone, w jaki sposób udowodnilibyśmy, że mieszkańcy miasteczka istnieli? Nie mając się na czym oprzeć, wpadlibyśmy w otchłań zapomnienia. I o naszym istnieniu też nikt by nie wiedział. (…) Straciwszy raz grunt pod nogami, nie potrafilibyśmy się ponownie wdrapać na brzeg tego świata.”. (str. 288).

Wbrew temu co może się wydawać po tym, co napisałam, nie chcę powiedzieć, że starsza pani w swojej idei skupiła się na jedynie „materialnym” odbiorze świata. Nie umiem jednak sama określić, co powoduje, że jej idea w jakiś sposób niezwykle do mnie przemówiła. Nie dla materialności pozostawionych po zmarłych pamiątek ale dla ogromu pracy i emocji jakie zostały włożone w stworzenie owej niezwykłej kolekcji.

Niezwykła, inna od wielu, książka, która na pewno zostanie w mojej pamięci i do której pewnie wrócę za czas jakiś. Bardzo polecam.

Moja ocena to 6 / 6.

upały…

…koszmarne, dają się we znaki. Noc z soboty na niedzielę była ciężka, ledwo co spałam, praktycznie tyle, co nic. Podobno upały mają potrwać do czwartku, zobaczymy, jest ciężko. Dziś w nocy burza, która praktycznie nie przyniosła żadnego orzeźwienia…Teraz też burza przed chwilą i również żadnego oddechu.

Przeczytałam „Uciec jak najwyżej. Niedokończone życie Wandy Rutkiewicz” Ewy Matuszewskiej. Miałam coś napisać, ale szczerze, nie mam siły, pogoda mnie osłabia, więc tylko odnotowuję. Jest to jednak lektura głównie dla pasjonatów gór i wspinaczki, chociaż ja sięgnęłam po nią nie ze względu na jakieś zainteresowanie wspinaczką czy alpinizmem a ze względu na ciekawą postać, o której mogłam przeczytać. Nie zawiodłam się, postać bardzo interesująca…Niedawno minęło dwadzieścia lat odkąd Wanda Rutkiewicz została w górach…

Zapomniałam wcześniej napisać, w czwartek bodajże był bardzo ciekawy dokument, zbiór filmów na temat miasta (to zdaje się projekt, wiem, że takie filmiki krótkie o mieście są też o Moskwie na przykład) „Świat od świtu do zmierzchu. Tokio”. Polecam, jak będą powtarzać i ktoś by się wahał. Może też można gdzieś indziej go obejrzeć. Film pokazuje jakiś fragment życia różnych osób, tu był i wróżbita, do którego ludzie przychodzą po wróżby, i lekarz, i próba teatru No, i teatr inny, również uchodźcy z terenów dotkniętych zeszłoroczną katastrofą tsunami i tego, co miało miejsce w japońskiej elektrowni atomowej.

Życzę Wam dobrego, spokojnego tygodnia.

po Euro 2012…

…zleciało, bardzo szybko! I tak, przyznaję się, ja z tych osób, które totalnie się tego po sobie nie spodziewając, wciągnęły się w oglądanie meczów i kibicowanie!

Teraz, po całej imprezie napiszę, super, że się tak udało. Bo według mnie się udało. Ok, nie wyszło pewnie wszystko, co miało wyjść (głównie zarzuty dotyczą infrastruktury drogowej) ale szczerze? Nie mam ochoty w tym wpisie marudzić, więc to zostawiam. Co było super? Ano to, że (taką przynajmniej mam nadzieję) ci , którzy w tych dniach odwiedzili Polskę przy okazji meczu, przekonali się, że niedźwiedzie nie chodzą tu po ulicach a i Polacy są generalnie dla gości właśnie serdeczni i życzliwi a nie agresywni i chamscy. Według mnie było bardzo kolorowo i na pewno nie do zapomnienia. Fajnie, naprawdę cieszę się, że przeżyłam taką imprezę, jednak jakby nie było jedną z największych sportowych imprez, u nas w kraju!

Trzy tygodnie kolorowych, wesołych twarzy w telewizji (nie wybrałam się w strefę kibica więc nie wiem, jak tam było, ale podobno-świetnie), miłych opinii obcokrajowców o nas (niesamowicie fajna promocja kraju, bo z gatunku tych najlepszych czyli bez reklamy, marketingu a oparta jedynie o własne dobre doświadczenia odwiedzających Polskę). I co było super cenne, przez trzy tygodnie żadnych polityków w telewizji. Super.

Zachwycili mnie kibice z Irlandii. Swoją wiernością i, nie będę oryginalna, oczywiście tą słynną już pieśnią śpiewaną pod koniec przegranego meczu. A równocześnie swoim poczuciem humoru, radością życia, jaką prezentowali poza stadionami. 

Bałam się, tak, teraz to mogę napisać, jakieś totalnej klapy i tej uff, uniknęliśmy, jak świetnie. Bałam się też, to z innej beczki, jakichś zamachów terrorystycznych i to na szczęście nas ominęło!

Tak, przyznaję się, jestem, jak to ktoś ironicznie i chyba w założeniu miało być, że cynicznie napisał na pewnym forum, „niedzielnym kibicem” aczkolwiek, nie ukrywam, że rozsmakowałam się w meczach i przejrzę to, co mamy dostępne na dekoderze, może uda się oglądać jakieś naprawdę dobre mecze również poza taką imprezą jak Euro. 

Z punktu widzenia piłki, to dla mnie samo Euro 2012 było ciekawe, mam wrażenie, że żaden z meczów nie był tak po prostu nudny! Było ciekawie i mimo wszystko zdarzyło się kilka niespodzianek, włącznie z samym wynikiem, przecież Hiszpanii udało się osiągnąć coś do tej pory nieosiągalnego czyli zdobyć tytuł Mistrza Europy drugi raz z rzędu!

Sam mecz finałowy był wspaniały, pełen emocji i znów Hiszpanie, którzy w poprzednim meczu wydali mi się nieco statyczni, w tym ukazali jeszcze inne swoje oblicze, praktycznie zmietli na boisku Włochów, którzy przecież do tego momentu grali też pięknie.

Nie rozumiem tylko jednego, czyli łez piłkarzy włoskich po zajęciu drugiego miejsca. Niestety, nie będę już umiała zrozumieć, jak można coś takiego potraktować jako powód do łez, kiedy nie jest to tak naprawdę żadna, naprawdę żadna tragedia, są w życiu inne, te prawdziwe, te , które naprawdę powodują łzy…

Generalnie, imprezę w swoim osobistym oczywiście odczuciu, uważam za bardzo udaną i cieszę się, że jednak ją u nas mieliśmy. Będzie co wspominać:)

„Kuna za kaloryferem”. Nuria Selva Fernandez, Adam Wajrak.

Kuna za kaloryferem

 

Wydana w Agora (2011).

Kolejna książka, którą udało mi się przeczytać w formie ebooka (bardzo sobie to chwalę, nawet jeśli ilustracje miałam jedynie czarno białe) i po którą sięgnęłam właściwie zupełnie przypadkowo. Jak dobrze się stało, że przy zamawianiu ebooka o Chinach dodawali trzy książki gratis , właśnie jako ebooki. Postanowiłam zobaczyć, jaka ta „Kuna…” jest i jak zaczęłam czytać, tak…wciągnęło mnie tak, że nie mogłam się oderwać. 

Co to za wspaniała i pokrzepiająca lektura, zwłaszcza po tych chińskich koszmarach, o jakich się naczytałam. O ile się orientuję, to chyba książka dla dzieci? Ale szczerze? Kompletnie mi to nie przeszkadzało! I uwaga, jeśli chcecie poczytać ją z dzieciakami, to to jest właśnie taka lektura, która jest według mnie wyśmienita do wspólnego rodzinnego czytania. Ja teraz zamierzam zmusić P. 🙂 do przeczytania jej. Żartuję oczywiście, bo wiem, że po moich opowieściach o książce podczas naszych wieczornych spacerów do lasu sam ma na nią wielką ochotę. 

Ja miałam ten fart, że to wydanie jest wznowieniem wcześniejszego, z dodanymi kilkoma rozdziałami.

O czym jest „Kuna za kaloryferem”? Niekończącą się opowieścią o dwójce fajnych młodych ludzi, którzy kochają zwierzęta i wciąż jakimś pomagają. Nie są w tym pomaganiu sami. Mają to wielkie szczęście, że otoczeni są serdecznymi, pomocnymi ludźmi, którzy sprawiają, że ta pomoc zwierzętom staje się owocna i często owocuje najważniejszym, czyli powrotem dzikich zwierząt w ich naturalne, dzikie środowisko, w którym czują się najlepiej.

Adam Wajrak, myślę, że tego pana nikomu nie trzeba przedstawiać, opisuje w tej książce swoje przygody i perypetie podczas pomagania zwierzakom wraz z jego żoną Nurią. Opisuje je tak barwnie i ciekawie, że jak wspomniałam, nie można się dosłownie od lektury oderwać a również chce się o tym, co się wyczytało opowiadać i opowiadać, stąd tematyka na naszych spacerach i nie tylko została przeze mnie podczas lektury nieco zmonopolizowana;) Ale nie szkodzi. Bo o fajnych, dobrych książkach, takich, które na nas wpłynęły pozytywnie, a tak na pewno było w przypadku tej książki, mówić trzeba i polecać należy je na pewno.

Myślę, że „Wajraki” jak ich prywatnie nazywam (mam nadzieję, że Oboje by się za to na mnie jakoś bardzo nie obrazili) wynieśli swoje zamiłowanie do zwierząt, przyrody z domów. Mimo, że trochę się zarzekali, że ich rodzice podobno aż tak zwierzakami się nie interesują to zarówno rodzice Adama jak i Nurii byli zawsze tolerancyjni wobec dzieciaków, które znosiły kolejne zwierzaki do domów jak również już podczas ich mieszkania poza Warszawą, parę razy zostawali w domostwie dorosłych już dzieci i zajmowali się ich zwierzętami. Tak nie robią osoby, którym przyroda i zwierzaki są obce i obojętne;)

Nie sposób wyliczyć wszystkich zwierzaków, którym pomogli, bo były tam i bociany i srokosz, i kruki i nietoperz i smużka, i jeż, borsuki i rozmaite sowy i tytułowa kuna i wydra. Borsuki pojechały do Kadzidłowa, które to miejsce znamy z wypraw na Mazury i które zawsze polecam, szczególnie osobom z dziećmi na wspaniałą wyprawę.

Miłość do zwierzaków „Wajraków” jest odwzajemniona, to się czuje. No, ale jak można nie odwzajemniać miłości do osób, które o zwierzętach myślą jak o dzieciakach?:)

Cytacik:

„Jak to, nasze maleństwo z jakąś obcą kuną? A jak, nie daj Boże, ta obca pogryzie naszą? Byliśmy jak przewrażliwieni rodzice (…). Nie zawsze jednak tacy rodzice mają rację i czasami to ich przewrażliwienie może dziecku zaszkodzić, tym bardziej gdy dziecko jest dzikim zwierzakiem”.

Moja ocena to 6 / 6. Za całokształt, za miłość do zwierzaków i przyrody, za dobre serducha i za terapeutyczną część tej książki.

„Prowadzący umarłych”. Liao Yiwu.

 

Prowadzący umarłych

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2011).

Przełożyła z angielskiego Agnieszka Pokojska.

Nie ukrywam, że do sięgnięcia po tę książkę skusiła mnie promocja e-booka, która jakiś czas temu miała miejsce. Skorzystałam, bo i promocja się spodobała i oczywiście moje masochistyczne chyba, (tak czasem myślę), zainteresowanie tym przedziwnym krajem. W którym, jak mi się wydaje, wszystko tak naprawdę stoi na głowie. 
Sam autor, poeta, literat, dziennikarz, na cenzurowanym w swoim kraju, z którego uciekł czas jakiś temu za tę właśnie książkę otrzymał w tym roku nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż. Książka ta jest bowiem zbiorem wywiadów (tworzących siłą rzeczy reportaż) z kilkudziesięcioma osobami. Osoby te nie są osobami, które zamieściłyby zapewne w kolorowych folderach zachęcających do odwiedzin kraju chińscy spece od marketingu i promocji kraju. 

To wywiady z osobami, o których zapewne wiele osób nawet w Chinach nie wie, że istnieją. To ludzie często z marginesu bądź to sami się na ten margines wysyłający (przestępcy) bądź to na marginesie umiejscowieni przez władze Chin. Na pewno są to osoby nietypowe, o których istnieniu często niewiele osób wie lub nie zdaje sobie sprawy, że są jeszcze ludzie z taką przeszłością czy zawodem lub zwyczajnie, nie zawracają sobie głowy takimi osobami pędząc gdzieś przed siebie i realizując swoją karierę.

Wywiady te to z pewnością galeria postaci nietuzinkowych i niezwykłych jak chociażby zawodowy żałobnik, tytułowy prowadzący umarłych, mistrz feng shui, kierownik szaletu publicznego, chłopski cesarz, kierownik komitetu sąsiedzkiego, ojciec uczestnika protestów na Placu Tienanmen, robotnik napływowy itd.

Rozmowy z nimi przedstawiają zupełnie inne realia Chin niż te znane nam z reportaży czy podróży nawet osób, które starają się wgłębić w realia Chin solidnie. Wiele wspomnień sięgało szczególnie czarnego okresu w historii Chin, czyli czasu sprzed Rewolucji Kulturalnej i również z samego tego okresu. Nie ukrywam, że pomimo, że interesuję się szczególnie tym okresem, dowiedziałam się jeszcze kilku spraw, o których może właśnie wręcz nie chciałabym się dowiedzieć. Tamte czasy naprawdę były straszne dla mieszkańców Chin.

Nie jest to lektura ani łatwa ani przyjemna, wręcz dość przygnębiająca, ale dobrze jest poznać i taki obraz jakiegoś państwa, szczególnie jeśli się nim w jakimś stopniu interesujemy.

Muszę przyznać, że autor postarał się, bowiem widać, że naprawdę poświęcił swoim rozmówcom wiele czasu, często pewnie oferował im coś, co często im się nie zdarza czyli po prostu rozmówcę, słuchacza po prostu, który wysłucha to, co nagromadziło się w ich sercach.

Moja ocena to 5 / 6.

burzapotwór…

…obudziła nas o wpół do trzeciej i jak zaczęła swój wątpliwej jakości koncert (chyba, że ktoś gustuje jedynie w waleniu w bębny czy kotły to pewnie był zachwycony:) tak przestać nie mogła. Kiedyś burze przychodziły, kwadransik i szły dalej. Teraz zauważyłam, że rozsmakowują się na dobre i zostają dłużej. Ta kotłowała się dobre pół godziny a może i więcej? Odchodziła i wracała. Czasu jej nie mierzyłam. W pewnym momencie usłyszałam coś, czego do tej pory nie słyszałam, burza tak się rozkoszowała swoim głosem, że aż…dostała chrypy. Autentycznie zachrypła. I bardzo dobrze, bo dopiero to spowodowało, że zabrała się i polazła gdziesik dalej. Już tu kilka razy pisałam, przez pierwsze pięć lat, jak się tu wprowadziliśmy, burz praktycznie nie było. To znaczy tu u nas. Jakoś się nie złożyło. No i git. Teraz od kilku lat odwrotnie, burze są tu często i mam wrażenie, że naprawdę z roku na rok coraz gorsze, jakieś takie z większą ilością wątpliwych atrakcji. 

No i tak nam się lato kalendarzowe zaczęło. Z fajerwerkami, można powiedzieć. Ciekawe, że w związku z tym mam wzmożoną ilość wejść na blog z hasłem poszukiwanym „ostatni dzień lata”. Ludzie, jak widzę, zapobiegliwi. Od kilku dni mimo, że lato się jeszcze nie zaczęło, już szukali daty jego zakończenia. Nic ich nie zaskoczy:)

Zaczęło się też „Lato z Radiem”, audycja, którą z sentymentu słucham. Rok temu nie wiem, no wiem, było, ale nie słuchałam, z wiadomych powodów, to znaczy radio było włączone a ja wyłączona kompletnie, wiem, że leciało, ale jak dla mnie równie dobrze mógł lecieć koncert symfoniczny…

Miłego lata dla Was! 

Ps. Miniona noc to była noc letniego przesilenia, najkrótsza w roku noc. A dziś jest najdłuższy dzień w roku! Korzystajcie:)

„Czasami warto umrzeć”. Lee Child.

Czasami warto umrzeć

 

Wydana w Wydawnictwie Albatros.  A. Kuryłowicz. Warszawa (2012).

Z angielskiego przełożył (bardzo zacnie, oddając klimat książek o Jacku Reacherze) Lech Z. Żołedziowski. Tytuł oryginału Worth dying for.

Jeden z naszych rodzinnych ulubionych autorów i chyba mój ulubiony bohater książkowy (no dobra, oprócz Poirota) wraca. W wielkim stylu! Jack Reacher w tej częsci jest w wyjątkowo świetnej formie. Pomimo urazu dłoni, jakich nabawił się w poprzedniej akcji. Jednak czy to jest coś, co jemu akurat mogłoby przeszkodzić w posprzątaniu złego świata?

To przemieszczające się po całych Stanach wzdłuż i wszerz chodzące serduszko na dłoni, które nie jest w stanie pozostawić obojętnie ludzi potrzebujących pomocy i interwencji zawsze jest na straży porządku. Nie inaczej stanie się zimą w kolejnym amerykańskim stanie, do którego dotarł Jack Reacher czyli w Nebrasce. Oczywiście, są ludzie, którzy mogą powiedzieć, że faceta dosłownie „nosi” i musi się „wtrącić”. Mówią tak oczywiście ci, którzy tego wtrącania najchętniej by uniknęli. No i zawsze ci, którzy nie przypuszczają jak wygląda efekt końcowy „wtrącania się” Jacka Reachera.

Kiedy tylko Reacher trafia do Nebraski w miejscowym motelu, w barze, natrafia na miejscowego lekarza, który topi problemy w alkoholu. Tym, którzy przypuszczają, że Jack włącza się w jakąś antyalkoholową akcję od razu mówię, że nie tędy droga. Ale to ów miejscowy lekarz będzie ogniwem w bardzo specyficznym łańcuchu, który ma miejsce w tej wyludnionej rolniczej okolicy USA. Ogniwem dziwnego łańcucha, którym poruszają jak chcą i w którą chcą stronę Duncanowie. Dziwna i nieciekawa rodzina, a raczej mężczyźni z tej rodziny, którzy po prostu rządzą okolicą i trzymają wszystkich w garści. 

Zahukani, poddani im ludzie jakby zamarli lata temu i brak im werwy, siły i być może często już motywacji do zerwania z tym, co zostało stworzone i trwa w chorej rzeczywistości. 

Jack Reacher szybko zorientuje się, co tu tak naprawdę jest grane. I szybko zdecyduje się na interwencję. Jak ja to mówię, „posprząta wreszcie zastany bałagan”.

Tematyka nie będzie łatwa. W tle szybko pojawi się motyw zaginionego dziecka, ośmioletniej dziewczynki. To tło coraz to bardziej będzie nam się jawić jako nieciekawe i naprawdę śmierdzące. Ale warto jak zwykle warto przeczytać kolejną opowieść o Jacku Reacherze.

Szkoda tylko, tu się powtórzę, że wydawnictwa u nas tak się nie spieszą z wydawaniem kolejnych części przygód Reachera. A wiem z poszukiwań na własnym blogu, że są to książki bardzo poczytne i oczekiwane. 

I jeszcze mały cytacik, ot, żeby pokazać klimat i poczucie humoru Reachera:

„-Znów zaczynasz coś kombinować, prawda? Wydaje ci się, że skoro zgasiłeś światła i zrobiło się ciemno, to może uda ci się mnie zaskoczyć, bo nie najlepiej widzę. Ale to nieprawda. Mam sokoli wzrok i widzę wszystko. W konkursie widzenia po ciemku wygrywam z sowami. Sowa w goglach noktowizyjnych widzi gorzej ode mnie”. (str. 263).

Bardzo polecam! 
Moja ocena to 6 / 6. 

„Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej”. Anna Bikont, Joanna Szczęsna.

Pamiątkowe rupiecie

 

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2012).

To wydanie jest wznowieniem poprzedniego wydania tej biografii Wisławy Szymborskiej, tu uzupełnione od momentu, w którym ukazało się po raz pierwszy o te wydarzenia, które miały miejsce jak również o to, co miało miejsce po śmierci Pani Wisławy.

Biografia „Pamiątkowe rupiecie” powstała na podstawie zarówno lektury felietonów Szymborskiej o książkach, które pisała przez około 30 lat jak również na podstawie rozmów z ludźmi bliskimi Poetce. Sama Szymborska bowiem nie przepadała za odsłanianiem się, odkrywaniem samej siebie. Uważała, że to co chce o sobie powiedzieć, o swoim poglądzie na świat, wyraziła wystarczająco w swojej poezji. Wygląda na to, że nawet osoby bardzo z nią bliskie, mogły dotrzeć jedynie do pewnej stawianej przez nią samą granicy.

Nie wiem sama, być może to właściwe postawienie sprawy i określenie takich granic? Trudno powiedzieć, sądzę, że zależy to jednak od konkretnego człowieka. Wiem po sobie, to, co chcę komuś powiedzieć czy napisać, mówię i piszę, na siłę nikt mnie do zwierzeń nie zmusi i nie uda mu się to na pewno. 

Myślę, że dla miłośników poezji Pani Wisławy faktycznie ta biografia nie jest zbyt odkrywcza, raczej jest uporządkowaniem danych o Niej samej. I tak autorki tej biografii nie ukrywają ani ciągot  Poetki i jej wiary w nową powojenną rzeczywistość a przede wszystkim politykę a raczej może po prostu system ani potem jej kryzys w ową wiarę. Mówiąc o kryzysie, w tym przypadku innego rodzaju,  poznajemy też drogę od Wisławy uczącej się w szkole katolickiej do Wisławy, która zaznaczyła, że życzy sobie pochówek świecki.

Na mnie robiły wrażenie te fragmenty o tym, jak lubiła podróżować, co poznawać podczas podróży, odnoszę wrażenie, ze tu byśmy się zgodziły, bowiem Szymborska zafascynowana najbardziej chyba była nie tyle zabytkami co światem, ludźmi. Lubiła zabawne nazwy miejscowości, które „kolekcjonowała” na zdjęciach. O Jej miłości do limeryków nikogo również nie trzeba przekonywać. No i oczywiście po raz kolejny dowiadujemy się o jej specyficznym poczuciu humoru, jej dystansie do samej siebie, o jej przyznawaniu się do sympatii do kiczu, do zabawnych loteryjek, które organizowała w gronie najbliższych znajomych, jak również to, co też ci, którzy interesowali się życiem Poetki wiedzą, a mianowicie o Jej pasji robienia zabawnych kartek-wyklejanek.

Jest też opis chwil przed przyznaniem Poetce Literackiej Nagrody Nobla i to, co działo się w Jej życiu po tej nagrodzie, kiedy przez dłuższy czas panował w życiu Szymborskiej chaos, który powodował chociażby to, że przez pierwsze trzy lata po przyznaniu Nagrody, nie napisała żadnego wiersza. Dla mnie ciekawostką (z gatunku tych nieprzyjemnych jednakowoż) było to, co wyczytałam, co miało miejsce po przyznaniu Jej owej nagrody a mam na myśli głosy negatywne, które silnie odezwały się w tamtym czasie, które podważały zarówno słuszność wybrania tej a nie innej osoby do tej nagrody jak również , co ciekawe, wręcz kwestionowały słuszność zdania i opinii tych, którzy Szymborską nominowali. Myślałam, że wojenka polsko-polska zaczęła się później, ale po lekturze tej biografii już wiem, że nie. Być może ja obracałam się w innych zupełnie kręgach, w których, to pamiętam, przyznanie Szymborskiej tej nagrody budziło jedynie zadowolenie, że kolejny twórca literacki z Polski tę Nagrodę otrzyma.

Książkę czyta się dobrze. Miałam nieco mieszane uczucia tuż po lekturze, ale szybko sama sobie wytłumaczyłam, że wynika to z tego, że sama Poetka nie chciała się zbytnio przed światem odsłaniać. Nie tworzyła koło siebie mitów, nie robiła z siebie czy to lepsze czy gorszej niż była. Pozwalała sobie na błędy i grzeszki, nie chciała kreować się na ideał (ufff…). Jednocześnie prowadziła, pomimo, jak sądzę, nieco zmitologizowanego pojęcia „bycia poetą” całkiem zwyczajne życie z jego plusami i minusami, z jego trudnościami, radościami i tragediami. Nie była z pewnością postacią tak dramatyczną jak Broniewski , którego biografią zachwycałam się czas jakiś temu, który walczył z samym sobą, z nałogiem, z tragedią byciem ojcem osieroconym. Nie miała też takiego pecha, jak Bodo, o którym też czytałam przecież chwilę temu i przeżywałam, jak naprawdę los pod koniec jego życia przestał mu sprzyjać.

Na koniec, mały cytat z książki, opinia Pani Wisławy Szymborskiej o poecie i o tym, że po czterdziestce jest dla poety czas nadzwyczaj korzystny, jednak ja uważam, że to wyjątkowo „smakowity” fragment dotyczący tego czasu w życiu człowieka, po prostu.

„Już człowiek sporo poznał, a jeszcze zdolny jest do żywych i silnych uczuć. Zdaje sobie sprawę ze złożoności rzeczy, a jeszcze trochę czasu dzieli go od rezygnacji. Jest w nim gorycz i różne cierpkie a dopingujące przyprawy, które nie wykluczają poczucia urody życia. Taka chwiejna, niezła przecież równowaga”.

(str. 133).

Moja ocena 5 / 6.

 

„Nagłe pukanie do drzwi”. Etgar Keret.

Nagłe pukanie do drzwi

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2012).

Przełożyła Agnieszka Maciejowska.

Opowiadania Kereta są dla mnie jak tytuł najnowszego zbioru opowiadań, który właśnie ukazał się na naszym rynku. Są takim właśnie nagłym pukaniem do drzwi, a pewnie do mojej głowy i mnie samej. Autora tego czyta mi się lepiej z każdym nowym zbiorem opowiadań i to mnie, jako czytelnika, ogromnie cieszy. Bo pozostaje nie tylko uczucie niedosytu po lekturze, jest też uczucie oczekiwania na coś, co pojawi się znów za jakiś czas. I jest taka wspaniała czytelnicza świadomość, że to, co wychodzi spod jego pióra (ręki? klawiatury?) jest coraz to smakowitsze i coraz lepsze. 

Za każdym razem, kiedy czytam opowiadania Kereta do głowy przychodzi mi myśl „skąd ten człowiek bierze te wszystkie szalone, zwariowane, śmieszne lub mniej ale zawsze oryginalne pomysły?”. Poczucia humoru Keretowi z pewnością nie brakuje, jak również ironii, ale takiej „w sam raz” jak ja to nazywam. 

Tylko u niego spotyka się niezwykłe światy równoległe jak chociażby w opowiadaniu „Lieland”, w którym okazuje się, że kłamstwa, które kiedyś wymyśliliśmy, istnieją sobie w owym świecie, ba, postaci w nich stworzone mają własne życie, którym tam żyją. To opowiadanie podobało mi się ogromnie, za sam pomysł, i za jego literackie wykonanie. 

Właściwie każde z opowiadań w zbiorze ma swój niepowtarzalny klimat i pomysł ale oczywiście kilka z nich podobało mi się bardziej, i są to „Zdrowy poranek”, „Budyń”, „Ukłucie”, „Złota rybka”, „Jakie jesteś zwierzę?”.

Etgar Keret pod płaszczykiem ironii czy śmiechu przemyca często wiele poważniejszych refleksji, nostalgię, smutek, czy niepewność. Bohaterowie nie prowadzą życia lekkiego czy łatwego, spotyka ich wiele niespodzianek, czasem tych dobrych czasem niekoniecznie. 

Co też cieszy mnie jako czytelnika to fakt, że autor ten ma szczęście do tłumaczki, która, przynajmniej tak oznajmia na swojej stronie wydawnictwo, tłumaczyła wszystkie jego książki, które ukazały się na polskim rynku. O tym, że taka ciągłość jest ważna, nie muszę chyba żadnego czytelnika przekonywać. A co cieszy, tłumaczenie jest bardzo dobre i opiera się, jak ja przynajmniej czuję, politycznej poprawności (nie ukrywajmy, że Keret lubi sobie czasem napisać coś bardziej dosadnego niż „motyla noga”).

Ja jestem jak zwykle zachwycona i bardzo się cieszę, że mogłam sięgnąć po kolejną dawkę dobrej lektury. Muszę powiedzieć, że obecnie to chyba Keret jest moim ulubionym autorem opowiadań.

Moja ocena to 6 / 6.

Włochy, Praga i Marylin Monroe;)

Co je łączy? A to, że pocztówki na ten temat otrzymałam niedawno;)
Dziękuję Dublinii za pocztówkę z Jej jak zwykle interesujących wędrówek po Włoszech (zainteresowanych odsyłam na blog Dublinii, ot, chociażby ten wpis) z widokiem zapierającym dech w piersiach z niezwykłego Civita di Bagnoregio. Średniowieczna zabudowa, jak wspominają przewodniki opisujące tę miejscowość to na pewno coś, co by mnie zainteresowało. Musi tam być pięknie!

Nutta zaś przysłała mi pocztówkę z magicznej Pragi (nie, nie tej warszawskiej dzielnicy chociaż zapewne magii tam przynajmniej w niektórych jej częściach , nie brakuje:). 

A Marylin Monroe, i jej ujęcie zapewne podczas przerwy w kręceniu „Słomianego wdowca” autorstwa Elliotta Erwitta otrzymałam na pocztówce od Spacerynadsekwana. Wybrała się Ona czas jakiś temu na wystawę tegoż właśnie fotografa , o czym Pisała w tym wpisie i efektem tego kartka jak pisze Spacerynadsekwana, już na moje Imieniny:) To chyba najpierwsze Życzenia, dziękuję:)

Dziękuję za pamięć i miłe kartkowe niespodzianki.