przegapiłam rocznicę…

…własnego blogowania:) Dopiero wpis o dekadzie zapisków na blogu Czary przypomniał mi o tym, że 30 lipca minęło osiem lat, odkąd popełniłam pierwszy wpis…
Blog w tym czasie ewoluował. Miał być o podróżach, stał się zapiskami o życiu. Pojawiły się nowe, niechciane na pewno działy, jak ten o stracie Dziecka. Że jest potrzebny, wiem, bo nie ma chyba dnia, żeby ktoś nie szukał czegoś takiego (niestety) w necie i nie trafiał na mój blog.

Odwiedziło mnie wielu ludzi i pomimo, że wielu z nich już zupełnie nie zagląda (a widuję ich u innych) , mam do nich wciąż wielki sentyment, bo wiadomo, kawał czasu się człowiek wzajemnie odwiedzał i ze sobą pisał.

Pewnie dalej będzie tak, że ktoś zostawi mój blog, pewnie pojawią się nowi Czytelnicy. Po zeszłym roku mam dystans do życia netowego. Kiedyś bardziej je przeżywałam. Teraz wiem, że jednak net to net. Z jego plusami ale i minusami.

Generalnie to i tak nie powinnam narzekać. Chamskie czy niegrzeczne komentarze zdarzały się i tak stosunkowo rzadko, więc plus, bo wiem, że są osoby, którym dostaje się nie wiedzieć czemu i po co co i rusz. Takie życie? czyjeś znudzone chyba, bo ja wiem, że stratą czasu jest ślęczenie nad czyimiś zapiskami i dodawanie złośliwości, no, ale do tego też trzeba pewnie swoje przeżyć. A może i nie.

Tym, którzy wciąż wiernie zaglądają, wielkie dzięki i pozdrowienia…No i tradycyjnie , życzę Wszystkim Wam dobrego, spokojnego weekendu!

 

z Prowansji…

…od Czary, która tam odpoczywała w rodzinnej posiadłości, otrzymałam kartkę a na kartce ku mojej ogromnej radości co? A całe stado owiec! Ha. Tak, owce zawsze budziły moją sympatię ale ich terapeutyczną moc odczułam rok temu na wyprawie w Kotlinę Kłodzką, gdzie stacjonowały od wiosny (przyjeżdżają tam z Tatr:). I tak w tamtym dziwnym czasie, kiedy runęło moje przekonanie o jakimkolwiek spokoju, chyba ta ich owcza stałość w pojawianiu się wieczorem na wzgórzu i zmierzaniu ku bacówce z takim charakterystycznym szumem, jaki wydawały, to pogodne beczenie , to wszystko stanowiło, że polubiłam te zwierzaki jeszcze bardziej…

A owce na „Czarowej” pocztówce są trochę inne niż nasze. Mają ciemny kolor wełny. Widać jakiś inny gatunek. Wędrują sobie ze swoim pasterzem ale jak to owce, są chyba trochę niesforne i zatrzymały się przy jakiejś kuszącej kępie traw skubiąc z zaangażowaniem. 

Czaro, za miłą niespodziankę dziękuję ogromnie! Nawet nie Wiesz, jak mnie ucieszyłaś swoją kartką.

Ice dziękuję za kartkę z Nessebaru, w której to miejscowości ongiś bywała moja Mama a także za pocztówkę ze Stambułu z widokiem na imponującą budowlę Hagia Sophia. Bardzo chciałabym kiedyś pojechać tam i zobaczyć go na własne oczy…Może się uda. Jeśli nie, powiem, jak Amelia, trudno…:)

zarzucę truizmem…

…czas leci. Parę dni temu minął rok, jak pojechaliśmy na wakacje w Kotlinę Kłodzką. A dopiero co wydawało by się. Pogoda wtedy dopisała o wiele, wiele bardziej. Ale też ciekawe, lato było nieciekawe właśnie do naszego wyjazdu, potem cały wyjazd była pogoda bardzo udana (wręcz ostatnie dni pobytu wielkie upały). Pewnie gdyby była taka pogoda, jak teraz, to mniej by się przyjemnie zwiedzało a na pewno nie jest wtedy też fajnie chodzić po górach.

Muzycznie odkryłam na nowo stare piosenki, które jak mówię, są jak wino, im starsze tym lepsze. Nabyliśmy płytę Louisa Armstronga i rozkoszujemy się nią. Nie trzeba się ze mną zgadzać, ale uważam, że kiedyś naprawdę przeboje były wręcz wycyzelowane muzycznie, w tym sensie, że każdy dźwięk miał swoje określone miejsce, nic nie było przypadkowe, dbano też chyba bardziej o tekst, tak mi się wydaje. 

Dziwię się, że ludzie na „weselne piosenki” wybierają coś innego niż Louisowe „What a wonderful world”, według mnie to piosenka, którą powinno się sobie puszczać w takich właśnie radosnych dniach, kiedy zaczyna się coś nowego, z czym oczywiście wiążemy dobre nadzieje, że będzie…tylko dobrze!

W W-wie mamy niezły kłopot komunikacyjny, z racji sytuacji na budowie metra. Początkowo nie wydawało się, że zalany fragment odetnie nas od Wisłostrady na długo, a teraz coś już straszą o kilku nawet miesiącach. Co to jest dla każdego podróżującego po W-wie , nie muszę pisać. Nam odcięto tym sposobem jedną z najlepszych dróg na cmentarz, do Emilki i dla mnie jest to wymierny problem. Oczywiście, że nie najpoważniejszy, jaki mam ale odczuwalny. 

Książkowo, to wciąż pozostaję przy Agacie Christie. Niedawno skończyłam „Zatrute pióro”, co do którego byłam przekonana, że wiem, kto jest mordercą. Jakże się miło zdziwiłam dosłownie na ostatnich stronach, kiedy się okazało, że się pomyliłam, więc miałam przyjemność z lektury. Teraz wzięłam się za „Morderstwo odbędzie się…”, tu już na pewno pamiętam, kto zabił, ale to mi nie przeszkadza, czytam bardziej dla klimatu i samej Christie a raczej jej pióra. 

„Pogoń za duchami”. Tatiana Polakowa.

Pogoń za duchami

 

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2012).

Z rosyjskiego przełożyła Ewa Skórska-Filip. Tytuł oryginału Ochotnicy za priwidieniami.

Po Polakową sięgnęłam bo jednak to wciąż jedna z moich ulubionych autorek rosyjskich kryminałów. Lubię tworzone przez nią postaci, zarówno Olgi Riazancewej jak i dwóch zwariowanych nieco przyjaciółek czyli Anfisy i Żeni, które dziwnym trafem zawsze w jakąś kryminalną intrygę się wplączą a zawsze zostaje to opisane z poczuciem humoru. I nie inaczej było tym razem, kiedy to Żenia namawia Anfisę na wyprawę na pewną wyspę. Została jej złożona intratna propozycja, napisania autobiografii dla pewnego człowieka. Co prawda mąż Anfisy ostrzega ją przed tym człowiekiem, ale nie bardzo mając wpływ na decyzję żony, będąc na dalekim wyjeździe, nawet nie wie w sumie, że dziewczyny zdecydowały się jednak odbyć tę podróż. To znaczy wie, że zamierzają wyjechać niemniej jednak konkretnie kogo przy tej okazji odwiedzą, to Anfisie udaje się przed mężem zataić.

Dziwne rzeczy dzieją się już na samym początku podróży, kiedy to w Petersburgu ktoś kradnie auto Anfisy wraz z walizkami dziewczyn. To jednak , jak się można domyślić, nie przeszkadza im w kontynuowaniu podróży. 

Anfisa i Żeńka trafiają więc w niezwykłe miejsce. Otóż ekstrawertyczny właściciel wybudował sobie zamek. A raczej zamczysko. Ta przeniesiona nieomal z gotyku budowla budzi w dziewczynach poczucie niepokoju i grozy. Podobnie, jak zamieszkującą ją mieszkańcy. Nie tylko sam właściciel, starszy pan, który życzy sobie powstania autobiografii, ale i cała plejada dziwnych jego znajomych jak i służby. 

Dziwne zamczysko, dziwny właściciel, dziwne towarzystwo, nieprzyjemna i wroga gospodyni , atmosfera, która z dnia na dzień się zagęszcza. Plus zbrodnie, które zaczynają mieć miejsce. To wszystko z pewnością nie służy atmosferze powstawania książki a jeśli już, to z pewnością nie autobiografii ale raczej kryminału. No i oczywiście, o czym wspominałam, obie panie z pewnością takiej atmosfery nie porzucą, a wręcz przeciwnie, podejmą zamiar rozwiązania zagadki kryminalnej, w której znów przyszło im wziąć udział.

Na wakacyjny czas akuratne czytadło. Moja ocena to 4.5 / 6.

Olimpiada…

…trwa od tygodnia, więc zerkam na co się da i oglądam, chociaż niektóre decyzje sędziów mocno mnie niesmaczą. Jednak wczorajszy dzień zdecydowanie „biało-czerwony”, najpierw wioślarki, które zakończyły swój bieg (dziwna nazwa jak na wyścig na wodzie, hm) z przygodami, na szczęście nic się kontuzjowanej zawodniczce nie stało. Wieczorem dwóch silnych Chłopaków, którzy zdobyli dla nas złoto, czyli Adrian Zieliński (brawo! mimo niesprzyjającej mu atmosfery w jego własnym związku, umiał się chłopak zebrać i pokonać przeciwności) i oczywiście Tomek Majewski. To, jak napisałam w innym miejscu, rok Tomasza, czyli najpierw narodziny jego Syna, Mikołaja a teraz obrona złotego medalu (z czego, tego jestem akurat pewna, narodziny Syna zdecydowanie są dla sportowca ważniejszym wydarzeniem).

Podczytuję znów Agathę Christie, ona na mnie działa , wiem, brzmi to ciekawie, ale w jakiś sposób uspokajająco. I tak czytałam ostatnio „Noc w bibliotece” i „Zatrute pióro”, a teraz chyba wezmę się za „Trzecią lokatorkę”.

Dobrego, spokojnego weekendu dla Was życzę.

Francja…

…odwiedziła mnie pod postacią pocztówek, za które dziękuję Nutcie i Czarze:) Od Nutty dostałam pocztówkę z typową starą zabudową miasteczka Troyes a od Czary reprodukcję obrazu prezentującą Rue de Clichy z roki 1900! Obraz, który przeniósł mnie odrobinę w stare, dawne czasy. Lubię miasta a faktycznie ciekawie jest je oglądać również w postaci obrazów dawnych mistrzów. 

Kolejna fala upałów i ważne sprawy, które z gatunku zajmujących mocno głowę powodują, że nie mam ochoty pisać osobnej recenzji dla książki o Japonii, którą ostatnio przeczytałam, a jest to „Japonia w sześciu smakach” Anny Świątek. Niezłe, według mnie czytadło. Żadne odkrycie nie zostało tam dokonane, ot, kolejne spojrzenie na Japonię osoby, która spędziła tam rok, więc nie kogoś, kto tam mieszka, ale zawsze chwilę przebywał. Sporo fajnych zdjęć, ciekawe opisy przygód autorki tamże. Jak mówię, Ameryka nie została odkryta, ale w sam raz na letni czas. (Oceniam na 4.5 / 6).

Upały wróciły, oddychać ciężko, generalnie chyba nie mogłabym żyć w krajach południowych, utwierdzam się w tym przekonaniu coraz bardziej.

Miłego, spokojnego weekendu dla Was. 

„Wyspa Tokio”. Natsuo Kirino.

Wyspa Tokio

 

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2012).

Z japońskiego przełożyła Renata Sowińska-Mitsui. 

Tytuł oryginalny Tokio-jima.

To kolejna książka japońska, po którą sięgnęłam w niedawnym czasie. W dodatku czytałam wszystkie książki tej autorki, które ukazały się u nas i po zachwycie nad jej „Ostatecznym wyjściem” przyszedł zawód nad jej „Groteską” i dość obojętna ocena jej”Prawdziwego świata”, któremu (oczywiście, co zawsze podkreślam, według mnie) czegoś zabrakło. Tymczasem teraz wielki zachwyt nad przeczytaną właśnie „Wyspą Tokio”. I zadowolenie, że jednak się na nią skusiłam, pomimo, że przyznaję, po lekkim zawodzie poprzednimi wahałam się.

Na samym początku poznajemy realia, w których dzieje się akcja książki. Pięć lat temu do bezludnej wyspy dotarło małżeństwo w średnim wieku, dla którego miała odbyć się podróż życia na jachcie. Podróżą życia z pewnością można ją nazwać, na pewno jednak nie w kategoriach, o jakich wyruszając w tę podróż mieli na myśli obydwoje małżonkowie.  

Wyspa okazała się wyspą bezludną. Do czasu. Bowiem szybko na niej pojawiły się jeszcze dwie zupełnie niezależne od siebie grupy. Z Japonii i z Chin. I tak oto na tej przedziwnej, odciętej od świata wyspie, o której przypomina sobie ktoś jednak raz na parę lat podrzucając na nią beczki oznakowane jako coś niebezpiecznego, znalazło się odciętych od świata 32 ludzi. 31 mężczyzn i jedna kobieta, Kiyoko. 

Mąż Kiyoko dość szybko żegna się ze światem w dość zresztą podejrzanych okolicznościach. A ona sama wiąże się z nowym mężczyzną. 
I od tej pory wszystko zaczyna toczyć się jakimś dziwnym nowym torem. Jakby stare reguły, obowiązujące na stałym lądzie nikogo z obecnych na wyspie nie obowiązywały. W sumie, można powiedzieć, zabieg nie jakiś odkrywczy, czyli umiejscowienie akcji książki w miejscu odciętym od świata (pomimo, że rozbitkowie oczekują wyratowania nikt nie spieszy im z pomocą) i ukazanie, jak w ekstremalnych warunkach ludzie zdają się umieć odnaleźć bądź nie, stwarzając zupełnie nowe reguły życia (a może gry?), układając nowy świat według nowych zupełnie nowych reguł.
W końcu pojawia się kwestia zasadnicza czyli to, w jaki sposób tworząc nowe reguły, ci ludzie tworzą nową cywilizację. Rządzącą się prawami obowiązującymi dość nagle i w nowych warunkach, w których się znaleźli. I co ciekawe, widać, że tak czy siak, spora część z nich owej na swój sposób pojętej cywilizacji właśnie potrzebuje. Z jej liderami, z jej miejscami kultu, z możliwością posłuchu. Czyli w nowej rzeczywistości najchętniej sięga się po stare jednak wzorce… 

Autorka nie wprost ale jednak zdaje się stawiać pytania. Co tak naprawdę jest cywilizacją a co nią nie jest? W jaki sposób możemy sami ją kształtować. Kto narzuca nam pojęcie „cywilizacji”…czy ktoś narzuca czy możemy odczuwać ją w jakiś sposób wewnętrzny? Kiedy człowiek, który w poprzednim życiu był „cywilizowany” , ową cywilizowaną maskę gubi i zmienia się w bestię? I w końcu, jak łatwo udaje się nam jednak pogodzić ze zmianami i nawet przywyknąć do nowej rzeczywistości? Czy każdy to potrafi?

Autorka w swoich książkach nie jest delikatna. Nie owija nic w bawełnę. Dodatkowo, co akurat wcale nie zachwyca, ale stanowi jakby ciągłość,  w jej książkach rola kobiet często sprowadza się do roli ofiar mężczyzn, do tych, których zadaniem jest spełniać ich zachcianki i życzenia. 

Ogólnie książka, która na pewno dała mi do myślenia i zastanowienia się nad rozmaitymi aspektami życia współczesnego. 

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Pan Nakano i kobiety”. Hiromi Kawakami.

Pan Nakano i kobiety

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2012). 

Przełożyła Anna Zalewska. 
Tytuł oryginału Furudogu Nakano shoten.

To kolejna książka tej autorki, którą miałam okazję przeczytać i podobnie, jak miało to miejsce w przypadku „Nadepnęłam na węża”, o której pisałam w tym wpisie, lektura okazała się ogromnie udana.  

To kolejna, po „Muzeum Ciszy”, o której pisałam niedawno, książka, którą określam książką „spokojną, z kojącym, wolnym rytmem”, w której liczy się raczej nastrój, klimat, również uspokajający rytm a niekoniecznie wartka i zmieniająca się co chwilę akcja. I podobnie, jak „Muzeum Ciszy”, w jakiś sposób ukoiła mnie, spowodowała, że czytało mi się ją bardzo dobrze i ponownie po jej zakończeniu nastąpiło wielkie rozczarowanie, że niestety już się skończyła.

Tytułowy Pan Nakano jest właścicielem sklepu ze starociami. Nie antykami, właśnie nie. Jak sam podkreśla, nie dorabiając do sprzedawanych przez niego przedmiotów żadnej zbędnej teorii, sprzedaje starocie a nie antyki. Pan Nakano ma siostrę, artystkę, Masayo. I dwoje pracowników, narratorkę, którą jest Hitomi i Takeo, jej kolegę z pracy. Zarówno „ekipa” sklepu, jak i jego klienci stanowią ludzi raczej nieprzeciętnych i nietuzinkowych. Ponadto, wszyscy ci ludzie na swój sposób pragną miłości. Niekoniecznie pożądania, seksu a właśnie miłości, uczucia. Są to osoby dość zagubione, szczególnie młodsi bohaterowie, którymi są właśnie Hitomi i Takeo. Pomiędzy tymi dwoma nieśmiało rodzi się uczucie. Uczucie delikatne, można powiedzieć, niepewne, dopiero co pączkujące. Takie, które bardzo łatwo jest zniszczyć, zdeptać jak delikatną roślinę. Tych dwoje jest podobnie nieśmiałych i nieco zagubionych w życiu. I oboje bardzo się gubią w owym pączkującym uczuciu, jakiego wobec siebie doświadczają. 

Bardzo mi się ta książka podobała. Po pierwsze, nie był to żaden romans, a właśnie opowieść o tym jak w tym naszym nowoczesnym, zabieganym świecie tak naprawdę potrzebujemy uczuć. Ciepła, poczucia pewności, oparcia się na kimś. I miłości właśnie. Autorka umiała o tym opowiedzieć w taki właśnie delikatny, subtelny sposób, znów się powtórzę, bo o tym wspominam przy okazji „Muzeum Ciszy”, w jakiś taki nienachalny. 

Bohaterowie w pewien sposób kojarzyli mi się z bohaterami książek Johanny Nilsson. Ona również lubi ukazywać ludzi, którzy nie odnoszą spektakularnych sukcesów, którzy często w jakiś sposób są zagubieni, czasem zawiedli się na ludziach. 

Mam nadzieję, że zakończenie książki niesie jednak dla bohaterów tej książki możliwość pozytywnej przyszłości. Czego im obojgu bardzo życzę, bowiem zdążyłam ich polubić.

A na zakończenie dodam, że ogromnie podoba mi się okładka tej książki. 

Moja ocena to 6 / 6.

z zupełnie innej beczki…

…porzucając temat lektur (obecnie czytam dawno wyczekiwaną książkę „Głową w mur Kremla”, również w formie ebooka, ta lektura akurat jest udana), to to, co dzieje się w pogodzie ostatnio naprawdę mocno przeraża. Zmartwiły mnie te trąby powietrzne, które nawiedziły Kujawsko-Pomorskie ostatnio. Znowu natura pokazała swoją siłę…okropnie przygnębiające obrazy wczoraj w tv widziałam, zniszczone domy, ale chyba (nie wiem, dlaczego) największe wrażenie zrobił na mnie widok zniszczonych setek hektarów Borów Tucholskich, te prawie stuletnie drzewa połamane jak zapałki…

Od dłuższego czasu stosujemy z P. terapię jak z rysunku Andrzeja Mleczki, który widziałam niedawno. Obym teraz dobrze go „odmalowała słowami”. Lekarz zaleca pacjentowi aby ten poprawił jakość swego życia i zaleca mu kurację (mam nadzieję, że dobrze teraz pamiętam) czyli „programy przyrodnicze tak, programy publicystyczne nie”. Robimy dokładnie tak samo. Odkąd mamy dekoder, zaczęliśmy z niego korzystać i nagrywamy sobie stosy programów przyrodniczych (najbardziej lubię te, których lektorem jest pani Czubówna, jednak naprawdę jest świetna!). Czasem podróżniczych ale właśnie głównie o zwierzętach czy przyrodzie. Zauważyłam, że brak oglądania polskich polityków i naszego polskiego piekiełka bardzo dobrze na nas wpływa a dzięki owym programom człowiek nie dość, że czuje się zrelaksowany to jeszcze naprawdę wiele ciekawych rzeczy się dowiaduje. 
Bardzo polecam taką terapię, gwarantuję poprawę jakości życia a na pewno zmniejszenie nerwów… 

Dobrego, spokojnego tygodnia Wam życzę.

„Życie jak w Tochigi na japońskiej prowincji.” Anna Ikeda.

 

życie jak w Tochigi

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2012).

Pozostając w klimatach „japońskich”, skusiłam się na książkę dotyczącą Japonii aczkolwiek opowiadaną z perspektywy Polki, autorki, zamieszkującej ten kraj wraz z mężem Japończykiem i dwoma kotami. Jak zauważyłam, większość Polaków tam mieszkających jest „zakocona” jak ja to nazywam, mój Przyjaciel swego czasu miał trzy koty. Domyślam się, że wynika to po części z tego, że warunki mieszkaniowe są po prostu wygodniejsze na trzymanie w mieszkaniach kotów aczkolwiek kto wie, czy tylko o to chodzi;)

Tak czy siak, dla mnie ta książka interesująca była właśnie ze względu na tytułową prowincję. Sporo czytałam czy wiem z opowieści znajomych o ich życiu w wielkim mieście a właśnie o realiach życia w małej miejscowości czy po prostu niekoniecznie metropolii jaką jest na przykład Tokio, wcale. 

Można by było pokusić się zapewne o porównywanie tego typu książki do czytanej przeze mnie przecież tak niedawno innej książki jaką był „Japoński codziennik”, o którym pisałam tu i tu. Ale ja o takie porównywanie tych książek pokusić się nawet nie zamierzam? Dlaczego? A dlatego, że na pierwszy rzut oka widać, że jednak obie książki zupełnie się od siebie różnią. Książki Aleksandry Watanuki miały tą niezwykłość, świetny chwyt, który mnie ujął, a mianowicie to, że faktycznie były zapiskami z blogu i to wraz z dodatkami czyli naszymi, czytelników komentarzami. Jak pisałam, początkowo nie wiedziałam, jak to wyjdzie, po lekturze wiem jedno, był to świetny pomysł i dodało to książce bardzo dużo. Przynajmniej, oczywiście, w moim osobistym odczuciu. 
Druga sprawa, trudno porównywać dwa spojrzenia na ten sam kraj dwóch zupełnie innych osób i ja właśnie nawet potrzeby takich porównań nie mam. Przyjmuję, że Japonia jest na tyle otwarta, że jest w niej miejsce na odbieranie jej oczami Oli jak i Anny Ikedy. 

Autorka opisała swoje życie na japońskiej prowincji z dużym poczuciem humoru. Widzi wady kraju, w którym mieszka ale nie odbieram pisania o nich jako marudzenia. Ot, zauważa realia. Ta postawa jest mi chyba bliższa, bowiem mam podobnie, to znaczy nawet coś kochając widzę , że ma to coś zarówno zalety jak i wady i przyjmuję to do własnej świadomości.

Autorka opisuje zarówno swoje własne doświadczenia przy zdobywaniu pracy jako nauczycielka języka angielskiego , jak również codzienność życia w małej miejscowości gdzie dominuje raczej uprawa roli i rolnictwo w szerokim tego słowa znaczeniu. Ale opisuje też miejscowe święta, miejsca kultu, wyprawy do miejsc otoczonych kultem czy też swoje relacje z miejscowymi. Podkreśla chociażby fakt, że dwie najbliższe jej przyjaciółki są właśnie Japonkami. 
Dla mnie dodatkowymi ciekawostkami były te właśnie „prowincjonalne smaczki” jak chociażby wzmianka o automacie do czyszczenia ryżu.

Są oczywiście ilustracje, które ja jednak znam w postaci czarno białej jako, że to kolejna książka, którą z ochotą przeczytałam w formie ebooka. 

Myślę, że po te książkę sięgną osoby, które interesują się Japonią i które chcą zobaczyć kolejne ujęcie życia tamże w oczach Polaka. Oczywiście, nie każdemu musi się ona spodobać, ale to jak ze wszystkim, kwestia gustu.

Moja ocena to 4.5 / 6.

 ps. i cały czas zastanawiam się czy autorka to nie pewna osoba, którą kiedyś, daaawno temu, spotykałam na blogach…ale śledztwa oczywiście robić nie zamierzam;)