polska złota jesień…

…nastała. Październik piękniejszy od września, zdecydowanie. Piękne słońce, i temperatury super. Dziś to naprawdę wiosna na całego. Wróciłam ze spaceru z Janeczkiem z pajęczyną na twarzy:) Babie lato?

Dziękuję też zbiorczo w tym wpisie za pocztówkową pamięć, czyli Dublinii za kartkę z Wybrzeża Amalfi (hmmm pięknie to wygląda), Wildrose za dwie piękne artystyczne kartki z Japonii (ależ się cieszę, że znów mogę otrzymywać kartki z Japonii) i prawdopodobnie Spacerynadsekwana za kartkę z Paryża. Jej jeszcze nie dostałam do łap ale sądzę, że to od Ciebie.

Zaczęłam czytać na czytniku „Drogie życie” tegorocznej noblistki i…jak na razie szału nie ma, niestety. Nie zachwyca mnie jakoś…zobaczymy co będzie dalej ale jestem już w połowie więc sądzę, że wiele się nie zmieni chociaż może?

Życzę Wam dobrego, spokojnego tygodnia jak również takiej pięknej pogody jak w weekend i dzisiaj na resztę tygodnia! 

Dzień Dziecka Utraconego.

Nie prosiłam, żeby mnie „władować” w obchodzącą to Święto, ten dzień, a władowana na siłę od losu się czuję. I tak, jak to już pisałam przy poprzednich dwóch tych smutnych dniach, tak naprawdę rodzic Dziecka, które zmarło, nieważne, w jakim wieku, ten dzień ma codziennie i do końca życia. Ci, których to dotyczy , doskonale wiedzą, o czym mówię. 
To taki dzień, który bardziej chyba służyć powinien tym, którzy nie przeszli tego piekła (i dobrze) a może chcą wspomóc , czy dać odczuć, że o nich myślą, tych, którzy dzieci utracili.
Ja w pamięci mam wszystkie Dzieci, które odeszły (niestety, o kilkorgu dowiedziałam się w przeciągu roku od poprzedniego piętnastego października) i ich Rodziców.
To nie tak miało być i nie ma we mnie na to zgody.
To taki dzień, w którym bardziej czuje się, co odeszło. Nie tylko Dziecko fizycznie ale całe te nadzieje i przyszłość jaką się z Nim wiązało. Bo miłość nie. Ta zostaje na zawsze tu…

Wiele osób mówi, że nie wie, co powiedzieć osieroconemu rodzicowi. Wychodzę z założenia, że czasem lepiej pomilczeć a powiedzieć to, co ja mówię innym osieroconym rodzicom czyli to, że nie mam słów, że właśnie nie wiem, co mogę powiedzieć bo ogrom niesprawiedliwości i niemoc zabiera sensowne słowa.
Ale warto przy rodzicach dzieci, które odeszły być. Nie bać się ich. My nie zarażamy złem, nieszczęściem. My jesteśmy tylko dowodem na to, że ono się przytrafia. Nie pytając czy może. 

Nagroda…

Nobla w dziedzinie literatury w tym roku została przyznana Alice Munro. Odnotowuję raczej z kronikarskiego obowiązku bowiem trochę mniej już się ekscytuję tą Nagrodą ale jednak nie wyobrażam sobie nie odnotować tego w ogóle.
Alice Munro a raczej jej opowiadań nie znam, co nie znaczy, że nie poznam. Na czytniku mam od jakiegoś czasu (była ciekawa cenowo promocja) ebook z jej opowiadaniami „Drogie życie”. Podejrzewam, że ulubiona księgarnia ebookowa teraz trochę jej książek da w promocyjnych cenach, zaraz zajrzę.

Nic w takim razie powiedzieć na temat trafności wyboru nie mogę bo zwyczajnie nie znam autorki i nie wiem, czy w swoich opowiadaniach porusza tematy, twirzy światy, które Akademia uznała za słuszne by nagradzać. Myślę jednak, że na tle innych kandydatów ten wybór jest taki, jakbym określiła , „bezpieczny”.

A Wy? Jak sądzicie? Czy Jesteście zadowoleni z wyboru? Czy uważacie werdykt Akademii za słuszny? Mieliście innych kandydatów, do których uważacie, że powinna trafić ta Nagroda? 

A tu jeszcze artykuł z gazety na temat. 

na fali…

…żalu po śmierci Pani Joanny Chmielewskiej, która była jedną z moich ulubionych autorek (ile razy uratowała mi samopoczucie, nie wymienię) polecam fajną audycję z Radiowej Jedynki, pod tym linkiem

Co prawda, o czym parę razy już tu pisałam, chyba wolałam Jej starsze książki ale właśnie one były tymi, do których wracam niejeden raz. Teraz wróciłam do jednej z najulubieńszych czyli „Bocznych dróg”. Ech…Zostaną wspomnienia, także ze spotkania jesienią 2003 roku , zorganizowanego przez nieocenione forum Jej miłośników z gazety.

No i wczorajsza wiadomość u mnie jakoś przyćmiła Nagrodę Nike, która powędrowała do Joanny Bator za Jej „Ciemno, prawie noc”, o której pisałam tu, w tym wpisie.

 

 

 

 

 

czas biegnie…

…tak szybko, że ani się obejrzałam a tu minął kolejny tydzień.

Mieliśmy trochę zamieszania w zeszłym tygodniu, ale wszystko się poukładało. 
Za to w sobotę auto zaczęło się biesić i dziś w warsztacie okazało się, że padł akumulator. Fajnie, że udało się odpalić i dotrzeć do warsztatu właśnie.
Z kolei, żeby nie było nudno, coś od wczoraj szwankuje net.

Skończyłam czytać „Statek śmierci” Yrsy Sigurdardottir. To kryminał dziejący się głównie na morzu (chociaż część akcji, która powoli przybliża nas do rozwiązania zagadki dzieje się na lądzie). Tym razem bohaterka , pani prawnik Thora, poprowadzi prywatne śledztwo. Ma ono pomóc pewnym starszym państwu, których w nagłych okolicznościach, na morzu, na luksusowym jachcie, zaginęła praktycznie prawie cała rodzina. Państwo chcieliby odzyskać odszkodowanie aby móc wychowywać swoją najmłodszą wnuczkę, która ze względu na wiek nie była na jachcie z rodzicami i siostrami bliźniaczkami. Jacht dociera do nabrzeża i niemal rozbija się o nie, co chwilę potem wyjaśnia się albowiem okazuje się, że nikogo na nim nie ma. Thora rozwiąże i tę zagadkę. Bardzo smutna książka a już zakończenie jest naprawdę bardzo, bardzo przejmujące. Ale jak zwykle podobało mi się i daję jej w prywatnej ocenie 5 / 6.

W niedzielę nagle wróciła się letnia pogoda. Ciekawe, jak będzie dalej, w każdym razie na razie październik zaczął się całkiem przyjemnie, z tym, że trochę słońca mało. No, teraz widzę, że się rozkręciło, zerka całkiem śmiało, szkoda, że kiedy przed południem wyszliśmy na spacer, nie dopisało i było całkiem zachmurzone.

Życzę Wam tradycyjnie;) miłego, spokojnego tygodnia.

 

update. Właśnie wyczytałam smutną informację, że nie żyje Joanna Chmielewska. 😦

 

 

groch z kapustą…

…czyli o wszystkim. Muzycznie to dzisiejszy dzień zdecydowanie należy do Pań, a mianowicie odsłuchuję dawno nie słuchanych płyt i oto dziś Khadja Nin, Natacha Atlas i być może Sade.
Szczególnie ucieszyłam się, że przypomniałam sobie tak lubianą przeze mnie Khadję Nin.

Niedawno dwie osoby rozpieściły mnie pocztówkami z ukochanej Grecji. Pierwsza od znajomej, z Mykonos…Nigdy tam nie byliśmy ale kto wie, może kiedyś trafimy? Cztery obrazki z Mykonos przypomniały ten klimat i te niezwykłe chwile, które sprawiają, że tak za Grecją tęsknię. Od froginthefogg przyszła kartka z Aten, za którą również dziękuję. Tu też nie byłam, kiedyś była okazja trafić tam w listopadzie, chyba niepotrzebnie się wtedy wahałam i tak okazja przeszła koło nosa, teraz uważam, że listopad, nie listopad, trzeba było się zdecydować, jak była okazja. 

Miałam napisać coś o „Wyznaję” Cabre. No więc, ze skruchą wyznaję;), że utkwiłam. Czytało mi się świetnie, naprawdę, ale…miałam wrażenie, że czytam, czytam a na czytniku nie przybywało procent oznaczających postępu w lekturze. Poddałam się chwilę przed 60%. Niestety, od dłuższego czasu nie przepadam za „cegłami”. Dotyczy to też, zauważyłam, długich wpisów na blogach, których wtedy po prostu nie czytam. Swego czasu zgadałam się z kimś, kto ma podobnie, więc na pociechę? wiem, że nie jestem jedyna. Tak więc nie wiem co będzie z tą książką. Podejrzewam, że istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że jej nie skończę jednak. Trochę szkoda mi czasu na lekturę, która jednak w jakiś sposób nie idzie, skoro tyle innej na czytniku czeka. 

Życzę Wam dobrego spokojnego tygodnia.  

„W Japonii czyli w domu. Amerykanka w Kraju Kwitnącej Wiśni”. Rebecca Otowa.

Wydana w Świat Książki. Warszawa (2013). Ebook.
Przełożyła Iwona Kordzińska-Nawrocka. 

Tytuł oryginału At home in Japan.

Czytając wspomnienia czy opis życia w Japonii najczęściej niestety jednak mamy do czynienia z kimś, kto przebywał tam jednak czasowo. Dlatego jak sęp na padlinę rzucam się na cokolwiek co dotyczy kogoś, kto w Japonii spędził czas nie turystycznie a kto tam zwyczajnie mieszka, żyje. Nie inaczej było w tym przypadku, czyli podczas lektury książki autorstwa Amerykanki mieszkającej w Japonii od blisko trzydziestu lat. W dodatku, co jest plusem, na japońskiej prowincji.

Ponieważ ostatnio o życiu na prowincji japońskiej czytałam tu, o, opisuję w tym wpisie, więc jak widzę, dość dawno. 

„W Japonii czyli w domu” nie zawiodła mnie. Nie spodziewałam się fajerwerków ale za to wręcz otrzymałam więcej niż oczekiwałam. Autorka nie analizuje dogłębnie kultury Japonii a opisuje swoje wrażenia, swoje refleksje po tych dziesiątkach lat spędzonych w Japonii. Odniosłam wrażenie, że takie „uporządkowanie” myśli było jej najbardziej potrzebne. I uważam, że warto, że na to się skusiła. 

Już kiedyś chyba wspominałam, że gdy czytam opisy życia w Japonii to bez względu na to czy są to opisy Polaków czy też innych nacji, to są dwie opcje, albo często krytyczne i narzekające albo wręcz bałwochwalcze co przy całej sympatii do tych zachwyconych,  ale wpływa też na moją lekturę bo zwyczajnie, nie dowiem się prawie nigdy czy kraj ten posiada jakiekolwiek minusy. 
Rebecca Otowa podeszła do tematu jeszcze inaczej, odnoszę wrażenie, że chyba wyszło jej to przypadkiem. Jak mówię, po prostu zebrała w książce swoje spostrzeżenia, swoje refleksje po tylu latach spędzonych w Kraju Kwitnącej Wiśni. W centrum opowieści ustawiła, i słusznie, siebie i wokół swojej postaci opowiada o życiu, o zwyczajach, o pracy w gospodarstwie.

Niełatwo było jej na pewno wdrożyć się w życie w Japonii a na pewno niełatwo było jej przenieść się na wieś a mimo to widać, że zdecydowanie jej się to udało.
Ja czytając jej opowieść wręcz odnosiłam wrażenie, że ona usiłując zjednoczyć się z nowym miejscem zamieszkania, jakby wręcz zapomniała o sobie samej. Skupiła się na wypełnieniu oczekiwań jakie wobec niej wysuwano werbalnie bądź nie. Czy to dobrze? Wydaje mi się, że nie do końca i chyba sama autorka podczas tego porządkowania myśli, sama w jakiś sposób zdaje sobie z tego sprawę. Już nie przejmując się tym czy owym, stwierdza, że do pewnych spraw zmusić się nie zamierza, szczególnie gdy są one sprzeczne z jej uczuciami czy odczuciami czy potrzebami.  

 Podobało mi się, że autorka nie narzeka a widzi w swoim życiu w nowym, starym już miejscu raczej więcej pozytywów. Jest, co wyraźnie czuje się podczas lektury, szczęśliwa w małżeństwie i rodzinie. Baaardzo pięknie i ciepło wyrażała się nie tylko o swoim mężu ale o dwóch synach, z których widać, że jest naprawdę dumna.

Ponadto co uważam za bardzo miłe, zna ona historię rodziny męża (o co może nietrudno gdy mieszka się w ponad trzystuletnim domu!) i widać, że traktuje ją jak część swojej historii. 

Ogólnie podejrzewam, że wytrawni znawcy Japonii oczywiście do wielu rzeczy w tej książce by się przyczepili. Ja się nie przyczepiam, jak mówię, dostałam wręcz więcej niż oczekiwałam i miałam udaną lekturę. 
Moja ocena to 4.5 / 6. 

…który tylko Wy znacie…

…zespół, artysta, grupa, film, książka? którą macie wrażenie, że znacie jedynie Wy.
Ja tak mam z moim ukochanym zespołem Papermoon. Już kiedyś o nim pisałam, bo ich naprawdę lubię. Dziś do nich wróciłam po długiej przerwie i aż się popłakałam. Bo dużo z nimi mam wspomnień związanych z tym pierwszym, innym zupełnie życiem. Z młodością durną i chmurną, kiedy byłam przekonana, że będzie tylko dobrze. Bo i jak inaczej miało być.
Mam wrażenie, że w całej Polsce znam ich tylko ja, nie znam ani jednej osoby (no teraz już P. którego zapoznałam z muzyką zespołu) , która by ich znała. A w ich rodzinnej Austrii chyba odwrotnie bo jak widzę na ich stronie, koncerty wciąż mają miejsce.
Po strasznym roku 2011 strasznie oklapłam, zobojętniałam na większość kiedyś sprawiających mi przyjemność spraw. Teraz jest trochę lepiej ale też pod innym kątem patrzę, przede wszystkim skupiam się na mojej Rodzinie.
Jeśli jednak miałabym mieć dla siebie samej jeszcze jakieś kiedyś marzenie, to bardzo, ale to bardzo chciałabym pójść na ich koncert……….. 

pani w Radio…

…w Jedynce zapowiada audycję i mówi „Leniwa niedziela z Jedynką” a P. z kuchni, gdzie właśnie krzątamy się przy obiedzie „Tia, pani kochana, leniwa niedziela, kiedy to było? ostatnio jakieś trzynaście miesięcy temu”:)
Kurtyna. 

leje, leje…

…od rana. I nie zamierza przestać. Spacer z Janeczkiem siłą rzeczy dość skrócony i to nie ze względu na Niego a na mnie, która pomimo bardzo dobrej kurtki przeciwdeszczowej jednak czuła dyskomfort. 
Pozdrawiam niniejszym wszystkich miłośników jesieni i tych, którzy od lat na mój tekst, że tej pory roku nie lubię, pojęcia nie mam czemu, usiłują mi ją rozreklamować i przedstawić jako niezwykle urodziwą.
No, ale na razie jesień nawet przecież nie nadeszła, nie rozkręciła się (chociaż już za progiem stoi i przestępuje wręcz z nogi na nogę) a za nią niestety, zima. 
Dobrego, spokojnego tygodnia dla Was. 
Ja zabrałam się za „Wyznaję”, Cabre, ale z powodu aury również, nie zostaje mi wiele czasu na czytanie, więc pewnie szybko swojej opinii nie napiszę, chociaż zaczyna się jak lubię czyli smakowicie bo i styl mi pasuje i jakiś taki ogólny klimat opowieści.