grudzień…

…się rozpoczyna i fajnie bo listopada nie znoszę (podobnie zresztą jak lutego). 
Grudzień niesie ze sobą zapowiedź Świąt, nieco wolniejszych dni, jak również końca roku. Do Wigilii już tylko dwadzieścia trzy dni. Ja już nabyłam kartki świąteczne. Problematyczne wydaje się ich wypisanie ale to już inna sprawa. Większość prezentów mam też albo już w domu albo przynajmniej w głowie pomysły. 
Dziś byliśmy na spacerze na kawie w nowym miejscu. Do tej pory regularnie dylaliśmy do sieciówki a tu nagle przyjemne zaskoczenie. Blisko nas jest bardzo fajna kafejka, w której kawa jest pycha! P. już ją kiedyś pił i o tym wiedział, ja dzisiaj skusiłam się po raz pierwszy i muszę powiedzieć, że sto procent nie ostatni! Kawa jest super. 
Dobrego, spokojnego tygodnia Wam życzę bo tu już weekend powoli zbliża się niestety do końca.
 

mamy tu…

..taką gadającą zabawkę. Kaczuszkę. Janeczek otrzymał ją na narodzinowy prezent i już wydawało się, że nie będzie się nią bawił, kiedy właśnie od niedawna zauroczony gadającym potworem;) Cóż robić, skoro Dziecię ją lubi. Na szczęście, pancerna na pozór kaczuszka coraz ciszej jakby gaduliła i zacina się ździebko 🙂 
W każdym razie wciąż czasem istnieje niebezpieczeństwo, że ruszona odzywa się seriami znienacka.

Ja dziś sprzątając Janeczkowe zabawki i wrzucając je do worka na zabawki odzywam się do P. „Kurczę, kaczuszka może zaraz gadać. Chociaż ostatnio jakaś przygaszona na szczęście”.

Na to P. do mnie „To prawda, straciła już gorliwość neofity”…

Kurtyna;)

„Berlin. Przewodnik po duszy miasta”. Dorota Danielewicz.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Seria Terra Incognita. Ebook. Warszawa (2013).

Ostatnie dni spędziłam w Berlinie. Nie, nie wybrałam się tam na wycieczkę (a szkoda, bo to miejsce od dłuższego czasu jest na mojej liście „koniecznych do odwiedzenia miast Europy”) a odbyłam arcyinteresującą podróż za sprawą niezwykłej książki „Berlin. Przewodnik po duszy miasta” Doroty Danielewicz.

Książka co prawda ma w tytule słowo „przewodnik” ale tak naprawdę pomimo tego, że faktycznie można zorganizować sobie ciekawe wyprawy śladem tras opisywanych przez autorkę, jednak nie jest żadnym typowym przewodnikiem turystycznym. Niemniej jednak dla osób, które lubią miasta (jak ja) i lubią osobiste, bardzo subiektywne opisy życia w nich (jak ja:) ta książka jest bardzo dobrym pomysłem na udaną lekturę.

Autorka to Polka z Poznania, która jako nastolatka wyjechała do Berlina Zachodniego wraz z rodziną i tam obecnie mieszka pomimo, że jako dorosła mieszkała nie tylko w Berlinie.

Swoje nowe miasto, które siłą rzeczy przynajmniej polubić, musiała zrządzeniem losu, pokochała i to się czuje. To bije z kart książki. 

Widać humanistyczne wykształcenie autorki, która nie tylko , że ładną polszczyzną opisuje najczęściej najmniej przez przeciętnego turystę czy odwiedzającego miasto, odwiedzane zakamarki Berlina, to jeszcze bardzo dużo miejsca poświęca literaturze. A raczej jej twórcom i ich powiązaniem z Berlinem. To dodatkowy „smaczek” tej książki. Dodatkowo są ciekawostki związane z pisarzami i autorami, nie tylko polskiego pochodzenia aczkolwiek głównie. 

Widać, że pisząc książkę, autorka jak to często nazywam, „odrobiła lekcję”, czyli naszukała się w rozmaitych źródłach aby przytoczyć tę czy inną opowieść. Jak chociażby dość przerażającą dla mnie historię z trzymaniem w ogrodach Zoologicznych nie zwierząt a…ludzi…

Spędziłam bardzo udany czas podczas lektury i podejrzewam, że dla miłośników czy to miast czy konkretnie tego właśnie miasta jest to pozycja obowiązkowa (czy też bardzo fajny pomysł na prezent a okazje nadciągają;).

Moja ocena to 5 / 6.

i tydzień minął…

…kolejny. Listopad już nie rozpieszcza pogodą jak październik i zdarzało się, że spacerowaliśmy w deszczu.
Skończyłam czytać kryminał Indridasona pod tytułem „Zimny wiatr”. Lubię tego autora chociaż tematykę zawsze porusza nielekką. I tym razem, w sumie smutna refleksja nad współczesnym światem, zagubieniem młodzieży, która często ma na wszystko pieniądze a najmniej czego ma to obecności w swoim życiu rodziców. O przypadku i głupocie. Książka bardzo smutna w swoim wydźwięku w rezultacie. 

Podobno od poniedziałku ma nadciągnąć zima? Wiedziałam, wiedziałam, że jej nie ominiemy ale dlaczego nie może zostać jak dotychczas ? Ech.

Życzę Wam dobrego, spokojnego weekendu. 

„Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”. Haruki Murakami.

Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2013).
Przełożyła Anna Zielińska-Elliott.
Tytuł oryginalny Shikisai o motanai Tazaki Tsukuru to, kare no junrei no toshi.

Z Haruki Murakamim jest tak. Albo ktoś lubi jego książki (jak ja, jest on, co wiedzą stali czytelnicy moich zapisków, jednym z moich ulubionych autorów) albo nie. I nie ma zmiłuj. Jego zwolenników do lektury jego książek przekonywać nigdy nie trzeba, przeciwnicy z góry się zaperzają i nie chcą sięgać ale nie szczędzą słów krytyki. Że się facet powtarza. Że pisze w kółko na ten sam temat. Że pisze kiepsko (tak, te argumenty też słyszałam).

Ponieważ nie mam czasu ani ochoty nikogo na lekturę ,która aż tak go brzydzi, namawiać, więc w tym momencie uważam, że przeciwnicy Murakamiego dobrze zrobią, gdy oddalą się od komputera (w innym przypadku po prosu opuszczą tę stronę) i pójdą nie wiem, zrobić sobie kubek dobrej herbaty? Zbiorą się do domu z fabryki? Wyjdą na spacer?
Gorącej dyskusji tu nie będzie. Ja swoje zdanie na temat jego pisania mam, nic go już nie zmieni (mojego zdania;) i nie zamierzam walczyć do pierwszej krwi aby kogoś do książek Murakamiego przekonywać. Wystarczy, że ja mam przy nich zawsze udaną lekturę.

 Po tym przydługim wstępie, przechodzę do swoich paru zdań na temat samej książki „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”. Można zarzucać oczywiście Murakamiemu, że nie jest nowatorski w swoich własnych tematach, o których pisze. Bo ponownie mamy do czynienia z mężczyzną w sile wieku, który z jakichś tam przyczyn jest sam, bez kobiety u boku. I znów mamy motyw podróży w celu odkrycia czy to samego siebie czy też raczej poukładania sobie samemu czegoś w swoim życiu, co wiąże się z podróżą w przeszłość. Znów jest ten motyw samotności , który tak doskwiera w życiu bohaterom tego autora. Znów głównemu bohaterowi śnią się przedziwne i niepokojące sny, które trzymają go w swoich okowach, nie pozwalając mu się ruszyć. Znów nie wiemy, co do końca zdarzyło się a co było wytworem wyobraźni czy snem właśnie.

Ja te książki z powtarzającymi się motywami lubię bo dla mnie istotne jest co innego a mianowicie to, że Murakami wybiera jakieś wydarzenie, chwyta je w ręce i wokół niego buduje swoje opowieści. W tym przypadku akurat jest to porzucenie przez przyjaciół. Konkretnie przez czwórkę licealnych przyjaciół. Kto takiego porzucenia, z dnia na dzień, bez żadnego wyjaśnienia, nie przeżył, ten nie wie jak to boli. A boli jak nie wiem co. Boli i powstaje rana, która tak naprawdę często nigdy nie zabliźnia się. Tak stało się w przypadku tytułowego bohatera, który przeżył owo odrzucenie i porzucenie przez przyjaciół w dość trudnym ciągle dla człowieka wieku, kiedy niby to jest się już dorosłym a ciągle jednak trochę jak dziecko, rozpaczliwie łaknie się i pragnie akceptacji ze strony innych. 
Poza tym, nikt nie zasługuje na to, jak został potraktowany bohater.

Mija szesnaście lat i Tsukuru spotyka na swej drodze kobietę, która stanie się impulsem do dalszych działań. Oto niemal z dnia na dzień Tsukuru Tazaki wyruszy w drogę, najpierw do rodzinnego miasta a potem nawet na inny kontynent aby dowiedzieć się co stało się szesnaście lat temu i dlaczego nie zasługiwał nawet na słowo wyjaśnienia.
Okazuje się bowiem, że rana porzucenia jednak nigdy się w nim nie zabliźniła a z wiekiem wzrosła potrzeba spokoju ducha i wyjaśnienia ciążących na sercu spraw z przeszłości.

Mnie się ta książka podobała, nie tylko dlatego, że po prostu lubię styl Murakamiego ale również ze względu na sam poruszony w niej temat.

Moja ocena to 5 / 6. 

znów…

…czas popędził tak, że zorientowałam się patrząc na kalendarz blogowy, że minął tydzień od ostatniego wpisu.
A więc świętujemy kolejny dłuższy weekend. Po październiku, który rozpieszczał nas pogodowo nastał listopad, taki już mocno listopadowy. Z deszczem. Deszczu się nie boimy ale nie lubimy (ja). Janeczkowi pewnie to obojętne bo go głównie przesypia. 
Drzewa prawie już łyse (nie wszystkie).
Wczoraj miałam trudny dzień. Dziś jest zdecydowanie lepiej. 
Nabyłam drogą kupna najnowszą powieść Haruki Murakamiego a więc „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”. I to w formie papierowej albowiem książki jednego z ulubionych autorów lubię mieć w takiej formie na półce. Ale dotarłam dopiero do 22 strony. I podejrzewam, że chwilowo lepiej dużo z tempem lektury nie będzie. 
Miłego, spokojnego weekendu dla Was. 

„Drogie życie”. Alice Munro.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2013). Ebook. 
Przełożyłą Agnieszka Kuc. Tytuł oryginału Dear Life.

Obiecałam skrobnąć parę słów na temat zbioru opowiadań tegorocznej Noblistki i niniejszym czynię to.
Hmmm…No cóż. Przynajmniej na podstawie tego zbioru mogę powiedzieć, że nie są to jakieś moje klimaty. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie zamierzam nigdy już nie sięgnąć po jej prozę bo być może trafiłam na jej gorszy zbiór. A może po prostu do mnie jej opowiadania nie trafiają? Bo ja akurat do opowiadań nic nie mam (wiem, że są osoby, której tej formy literackiej nie lubią, ja odwrotnie, lubię i chętnie sięgam, przecież jeden z moich ulubionych autorów czyli Etgar Keret właśnie opowiadania pisze jedynie).

Co mi przeszkadzało? Czytając opowiadania nie umiałam kompletnie odczuwać emocji w stosunku do bohaterów. Ani ich polubić ani nie, ot, obojętność. Nie wydało mi się abym mogła w nich odczytać jakieś światy charakterystyczne szczególnie dla tej właśnie autorki i naprawdę pojęcia nie mam, dlaczego akurat ta proza zasługiwać by miała na szczególne wyróżnienie. Autorka (albo to efekt tłumaczenia? nie wiem) posługuje się dość konkretnym językiem, brak tu miejsca na zbędne słowa, tak przynajmniej ja odbierałam styl pisania. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że w trakcie czytania miałam chęć odłożyć lekturę bo tak też nie było ale nie umiała odczuć emocji, przeżyć tego, co było zawarte w treści tych opowiadań.
Autorka po prostu chyba nie do końca trafiła w moje upodobania literackie i gust. Z małym wyjątkiem. Czterech ostatnich tekstów zbioru „Drogie życie”, które ona sama w jakiś sposób odizolowała od opowiadań. O ile się zorientowałam są one najbliższe jej biografii i chyba właśnie przez to najbardziej szczere i mnie interesujące. I właśnie za te cztery ostatnie teksty, które ujęły mnie najbardziej i spowodowały, że chyba jeszcze chciałabym coś jej autorstwa przeczytać daję ocenę 4.5 / 6.

tej nocy…

…pośpimy dłużej, kusili wczoraj i w radio i w internecie.
Tiaaa…kto pospał to pospał. My wstaliśmy po szóstej bo zgodnie z oczekiwaniami, Dziecię obudziło się o swojej starej porze a nie o tej, o której zadzwonił budzik. Co nie dziwi , wszak człowiek, co często powtarzam, nie maszyna i naprawdę, jedynie budzik wstanie kiedy się chce (a czasami i budzik się zbiesi, coś o tym wiemy).
Miłej niedzieli! 

ogólnoświatowy…

…eksperyment polegający na bezsensownej w obecnych czasach zmianie czasu na zimowy nadciąga. Znów potraktują nas jak kury nioski i przez jakiś czas będziemy (przynajmniej ja) czuli się otumanieni, przez kilka dni mogą dokuczać bóle głowy a przynajmniej jakieś dziwne poczucie rozbicia. Najmniej ucieszą się z tego dzieci a oczywiście i my, skoro dzieci budzić się będą dalej o porach, w których budzić się zwykły były. Ogólnie bryndza. Tak, tesso, naprawdę pamiętam, że to jest ta „nasza” czasowa zmiana i szczerze, to nic mnie to nie obchodzi. Jak dla mnie o wiele fajniejsza jest ta letnia i moglibyśmy na niej poprzestać. Zazdroszczę Rosjanom, że zdecydowali się zlikwidować te zmiany czasu, naprawdę niczemu to w dzisiejszych czasach nie służy bo względy ekonomiczne już kompletnie teraz nie grają roli. 
No nic, to przypominam, że w nocy zmieniamy czas na zimowy. Wstawać to i tak się wstaje w ciemnicy ale nie cierpię tego, co teraz będzie, czyli szybko nadciągający zmierzch:(
 

14 lat minęło…

…nie wiem, czemu ale tak mnie właśnie naszło na nucenie nieco zmodyfikowanego tekstu;)

Jakby ktoś chciał mnie i P. powinszować, to można bo dziś mija 14 lat od naszego Ślubu. Pogoda piękna, jak braliśmy Ślub też nie lało (nie chciałam deszczu w tym dniu i udało się) ale było zdecydowanie bardziej rześko. Chociaż słonecznie.

Niemało przeszliśmy podczas tych czternastu lat ale też były i chwile wielkich niespodzianek, z gatunku tych dobrych, miłych i wielkiego szczęścia.

Tymczasem dziś myślę z optymizmem o następnych wspólnych latach. Tym bardziej, że od dwóch lat nasze Rocznice wzbogacone o Janeczka, więc tym więcej radości!
Życzę sobie i P. aby następne lata obfitowały już w tylko te dobre chwile a jeśli nie co i rusz świetne niespodzianki to przynajmniej osławiony „święty spokój”.