„Wszystko będzie dobrze”. Renata Kosin.

 Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2022).

Książka „Wszystko będzie dobrze” zauroczyła mnie swoim pozytywnym tytułem do tego stopnia, że kiedy znajoma spytała się mnie o to jakie tytuły winszowałabym sobie na niedawno mające miejsce Imieniny, bez wahania podrzuciłam i ten tytuł.
Bo tak, znam książki Autorki, lubię je, ostatnia świąteczna nosząca tytuł „Dzwonki, gwiazdki i słomki” ogromnie mi się podobała i to wcale nie ze względu na świąteczną tematykę a tu , z przykrością to napiszę, nie zachwyciła mnie aż tak. 

Nie wiem, może dlatego, że nigdzie nie doczytałam gdy sięgałam po to co o niej pisano, że akcja książki rozpoczyna się niemal idealnie wraz z wybuchem wiadomej nam i trwającej od marca 2020 roku pandemii. I niestety ale poczułam się z tym jakoś wyjątkowo niekomfortowo. Przyznaję, że sytuację pandemiczną znosiłam i znoszę nienajlepiej, z przeróżnych względów. Trochę nauczyłam się z nią „żyć” (ale co to za życie, kiedy z tyłu głowy jest myśl o nadchodzącej jesieni z jej dotychczas typowymi infekcjami sezonowymi i perspektywą jeszcze większego rozwoju niż obecnie samej choroby wiadomej).

Nie ukrywam, sięgałam po książkę z chęcią totalnego relaksu i odstresowania się od tego co doskwiera mi na co dzień a dostałam wspomnienia tego jak fatalnie czuliśmy się wszyscy (bądź może po prostu te osoby, które wiedzą, że choroba istnieje i jej nie kwestionują) w początku jej wybuchu. Przypomniały mi się wszystkie tamte lęki, zachowania się moje i innych, różne sprawy, o których pamiętać w ogóle już nie chcę i które wspomnieniami dobrymi nie są absolutnie. 
Nie wiem więc, być może ktoś o innej konstrukcji psychicznej , wrażliwości itd mniej by się tym przejął a może nawet wręcz uśmiał w kontekście przypomnienia sobie jak się może na wyrost kiedyś bał, przejmował itd. Na mnie niestety, niezbyt pozytywnie to podziałało. 

A przechodząc do treści, to akcja książki rozgrywa się właśnie w początkach pandemii w Polsce, na jednym z osiedli jakich wiele. W dwóch domach wielorodzinnych, położonych dość blisko, mieszka Idalia zwana Idą, trzydziestodziewięciolatka wychowująca sama nastoletniego syna, Kacpra i jej starsze ciotki, siostry bliźniaczki Wanda i Ofelia zwana Felutką. 
Ida i Kacper od niedawna mają w domu nowego mieszkańca, jakim jest sympatyczny psiak Lolek. 
Jak wspomniałam, wraz z wybuchem pandemii wiele się zmieniło. Ciotki Idy nie chcą dać sobie pomóc, a pierwotnie nawet izolują od niej i jej syna, co jeszcze tylko bardziej martwi kobietę. 
Niemniej jednak z czasem sytuacja się wyjaśni. 
Ciotki nie są kłopotliwe, mimo wieku zdecydowanie samodzielne ale Ida po prostu bardzo je lubi, zastępowały jej rodzinę, które wyemigrowała za granicę i chciałaby mieć z nimi kontakt jak do tej pory, mimo, że ograniczony przez pandemiczne wymogi.
Nie wie jednak, że nawet pandemia nie stanie na przeszkodzie dwóm starszym niewiastom, gdy wymyślą, że wyswatają nareszcie pewną młodą i bliską im kobietę. 
O tym jak stopniowo zmienia się sytuacja pandemiczna, jak ciotki knują swoją intrygę a także o paru innych sytuacjach, które można rzec, wykluły się całkowicie niezależnie od początkowych planów Wandy i Felutki opowiada „Wszystko będzie dobrze”.

Można potraktować tę książkę jako jeszcze jeden swoisty dziennik pandemii wraz z akcją po trochu opowiadającą o nas, zwykłych ludziach i naszym otoczeniu ale nie do końca wiem czy taki był zamysł autorki. 
Być może jednak komuś innemu spodoba się ta książka w większym stopniu niż mnie, czego oczywiście, życzę każdemu czytelnikowi.

Moja ocena to 4.5 / 6.