Sto Lat !

Jestem padnięta, bo dzisiaj akurat wróciliśmy z dwutygodniowego urlopu w Gdańsku ale muszę odnotować fakt, doniosły nawet, powiedziałabym, że mój blog od dzisiaj jest pełnoletni.
Osiemnaście lat pisania. O podróżach, życiu, książkach. A z czasem głównie o książkach i czasami, o filmach.
Blog największe sukcesy odnosił na platformie Blox, na której stworzyła się niezwykła blogosfera i mimo, że niektórzy nie widzą różnicy, ja ją widzę, miałam o wiele więcej odwiedzających a w komentarzach działy się świetne dyskusje.
Tym bardziej dziękuję tym, którzy wciąż odwiedzają mnie na blogu, zostawiają komentarze i po prostu-są!

„Miłość musi być!”. Sylwia Kubik.

 Wydana w Wydawnictwie Skarpa Warszawska. Warszawa (2022).

Książkę wygrałam w konkursie na stronie Autorki na Fb.

Nie ukrywam, że kiedy pierwszy raz przeczytałam zapowiedź książki, zastrzygłam uchem bo w treści książki pojawia się, a jakże, Grecja. Miałam ochotę na coś letniego, właśnie chętnie z jakimś mocno z wakacjami kojarzącym się, kierunkiem i dlatego wzięłam udział w konkursie, w którym można było wygrać właśnie „Miłość musi być!”.

Jak się domyślałam, książka okazała się być właśnie dość lekką obyczajówką. Nie znam wcześniej wydanych w Polsce książek Autorki więc trudno jest mi porównać i stwierdzać czy jest podobna do wcześniejszych czy nie, powiem, że tę czytało mi się dobrze.

Nie sądzę abym była osobą, do której jest adresowana ta książka. Dwadzieścia lat miałam dawno temu ale nie jest też tak, że zapomniałam jak to jest mieć tyle lat i jakie się ma wówczas marzenia, pragnienia, problemy itd.

Bohaterką książki jest dwudziestodwuletnia Bernadetta, zwana raczej Berni lub przez rodziców, Bernasia. Ma ona młodszego o dwa lata brata, Krystiana i mieszka w Kwidzynie. 
Ma też greckie korzenie gdyż jej mama, Larysa, pochodzi z Grecji a także niezwykłą pasję jaką jest jazda na motocrossie. 
Na co dzień pracuje tłumacząc greckie teksty na język polski a w ramach hobby z wielkim przekonaniem ćwiczy na torze motocrossowym. Kwidzyn dysponuje świetnym torem i dziewczyna bywa tam aby doskonalić swoje umiejętności.
Nie jest jej łatwo. Motocross jest raczej męskim sportem a niektórzy koledzy z toru wykazują się dość skostniałymi przekonaniami by nie rzec, że wręcz dyskryminują to, że na torze ściga się z nimi kobieta. 
Jednym słowem, Berni czuje się często przytłoczona tym, że usiłuje przebić się przez uprzedzenia. Ma jednak dobrego nauczyciela, jakim jest Patryk. Jest to mężczyzna mocno zdystansowany i wydaje się być dość oschły w kontaktach z Berni ale nauczycielem jest świetnym i Berni naprawdę zaczyna być coraz lepsza na torze.

Niemniej jednak, nie samym sportem Berni żyje. 
Na torze spotyka przystojnego i niezwykle miłego Huberta. 
I mimo, że jest przed nim ostrzegana, cóż, serce nie sługa…Z tym, że szybko okaże się co tak naprawdę stało za ostrzeżeniami ze strony znajomych ale o tym przeczytajcie już sami.

„Miłość musi być!” nie jest najbardziej oryginalną książką jaką czytałam. Ba, szczerze mówiąc, wszystko to już „znam”, pewne wątki przewidziałam na samym początku. 
Niemniej jednak skłamałabym gdybym powiedziała, że czytało mi się ją źle. Nie. Jest w niej wszystko to, czego można oczekiwać od wakacyjnej lektury na plażę na przykład. Jest więc budząca sympatię bohaterka, w pewnym momencie jest trochę ciepłej, wakacyjnej Grecji, w której życie płynie zdecydowanie wolniej niż w Polsce ale też ludzie często wydają się mieć z niego (czyli z życia) więcej radości mając czas i możliwość smakowania go, wreszcie są uczucia, o których wiele osób tak lubi czytać.

Niemniej jednak to, co na pewno mi się w niej podobało, to pewnego rodzaju przesłanie płynące z tej książki. A mianowicie, warto w życiu mieć swoje zainteresowanie, hobby, pasję. Jak zwał tak zwał. Chodzi w każdym razie o to, że warto jest mieć coś, co nas cieszy, w czym jesteśmy dobrzy, co robimy poza życiem zawodowym i co możemy rozwijać. 
Warto jest mieć w życiu coś, co dodaje mu kolorytu i radości, po prostu. 

Moja ocena tej książki to 4.5 / 6. 

„Wszystko będzie dobrze”. Renata Kosin.

 Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2022).

Książka „Wszystko będzie dobrze” zauroczyła mnie swoim pozytywnym tytułem do tego stopnia, że kiedy znajoma spytała się mnie o to jakie tytuły winszowałabym sobie na niedawno mające miejsce Imieniny, bez wahania podrzuciłam i ten tytuł.
Bo tak, znam książki Autorki, lubię je, ostatnia świąteczna nosząca tytuł „Dzwonki, gwiazdki i słomki” ogromnie mi się podobała i to wcale nie ze względu na świąteczną tematykę a tu , z przykrością to napiszę, nie zachwyciła mnie aż tak. 

Nie wiem, może dlatego, że nigdzie nie doczytałam gdy sięgałam po to co o niej pisano, że akcja książki rozpoczyna się niemal idealnie wraz z wybuchem wiadomej nam i trwającej od marca 2020 roku pandemii. I niestety ale poczułam się z tym jakoś wyjątkowo niekomfortowo. Przyznaję, że sytuację pandemiczną znosiłam i znoszę nienajlepiej, z przeróżnych względów. Trochę nauczyłam się z nią „żyć” (ale co to za życie, kiedy z tyłu głowy jest myśl o nadchodzącej jesieni z jej dotychczas typowymi infekcjami sezonowymi i perspektywą jeszcze większego rozwoju niż obecnie samej choroby wiadomej).

Nie ukrywam, sięgałam po książkę z chęcią totalnego relaksu i odstresowania się od tego co doskwiera mi na co dzień a dostałam wspomnienia tego jak fatalnie czuliśmy się wszyscy (bądź może po prostu te osoby, które wiedzą, że choroba istnieje i jej nie kwestionują) w początku jej wybuchu. Przypomniały mi się wszystkie tamte lęki, zachowania się moje i innych, różne sprawy, o których pamiętać w ogóle już nie chcę i które wspomnieniami dobrymi nie są absolutnie. 
Nie wiem więc, być może ktoś o innej konstrukcji psychicznej , wrażliwości itd mniej by się tym przejął a może nawet wręcz uśmiał w kontekście przypomnienia sobie jak się może na wyrost kiedyś bał, przejmował itd. Na mnie niestety, niezbyt pozytywnie to podziałało. 

A przechodząc do treści, to akcja książki rozgrywa się właśnie w początkach pandemii w Polsce, na jednym z osiedli jakich wiele. W dwóch domach wielorodzinnych, położonych dość blisko, mieszka Idalia zwana Idą, trzydziestodziewięciolatka wychowująca sama nastoletniego syna, Kacpra i jej starsze ciotki, siostry bliźniaczki Wanda i Ofelia zwana Felutką. 
Ida i Kacper od niedawna mają w domu nowego mieszkańca, jakim jest sympatyczny psiak Lolek. 
Jak wspomniałam, wraz z wybuchem pandemii wiele się zmieniło. Ciotki Idy nie chcą dać sobie pomóc, a pierwotnie nawet izolują od niej i jej syna, co jeszcze tylko bardziej martwi kobietę. 
Niemniej jednak z czasem sytuacja się wyjaśni. 
Ciotki nie są kłopotliwe, mimo wieku zdecydowanie samodzielne ale Ida po prostu bardzo je lubi, zastępowały jej rodzinę, które wyemigrowała za granicę i chciałaby mieć z nimi kontakt jak do tej pory, mimo, że ograniczony przez pandemiczne wymogi.
Nie wie jednak, że nawet pandemia nie stanie na przeszkodzie dwóm starszym niewiastom, gdy wymyślą, że wyswatają nareszcie pewną młodą i bliską im kobietę. 
O tym jak stopniowo zmienia się sytuacja pandemiczna, jak ciotki knują swoją intrygę a także o paru innych sytuacjach, które można rzec, wykluły się całkowicie niezależnie od początkowych planów Wandy i Felutki opowiada „Wszystko będzie dobrze”.

Można potraktować tę książkę jako jeszcze jeden swoisty dziennik pandemii wraz z akcją po trochu opowiadającą o nas, zwykłych ludziach i naszym otoczeniu ale nie do końca wiem czy taki był zamysł autorki. 
Być może jednak komuś innemu spodoba się ta książka w większym stopniu niż mnie, czego oczywiście, życzę każdemu czytelnikowi.

Moja ocena to 4.5 / 6.

„To miłość!”. Erin McKean.

 „To miłość!Język miłości dla miłośników języka i nie tylko”

Wydana w Wydawnictwie  Świat Książki. Warszawa (2009).

Książka wpadła w moje ręce zupełnie przypadkowo, a to za sprawą naszej lokalnej książkodzielni, która kolejny raz pokazuje, że nie wszyscy traktują to miejsce jako skład starych, nie nadających się już do niczego, papierów.

„To miłość!” to napisana na wesoło opowieść o miłości (cóż za niespodzianka:) ) w rozmaitych językach. A raczej o tym jak w różmych językach mówi się o tym, że się kocha, jak się kocha, jak się opisuje danie komuś kosza, jak można nazwać kogoś pieszczotliwie, jak można zasugerować pożądanie, jak określić, że usycha się z miłości itd.
Jednym słowem, zabawa lingwistyczna. 
Nie wiem niestety czy wszystkie zaprezentowane w książce zwroty są naprawdę znane i w użyciu czy jedynie „kiedyś tak mawiano”, bo spytałam się z ciekawości znajomej od lat mieszkającej w Grecji o jedno takowe wyrażenie i ona nawet o nim nie słyszała a jej mąż, Grek, podobno może i słyszał ale stwierdził, że raczej tak się nie mówi. I bądź tu mądry człowieku.
Niemniej jednak co najmniej jedno wyrażenie użyte w książce wiem, że tak, jest używane (chodzi o hiszpańskie gordito/gordita) więc raczej podchodzę do tego, że ogólnie autorka postanowiła pobawić się językami obcymi właśnie w kontekście tego konkretnego uczucia.

Niemniej jednak część tych wyrażeń jest faktycznie w uźyciu, sprawdziłam w necie więc ogólnie podsumuję tę lekturę tak : Jeśli chcesz mieć rozrywkę językoznawczą a jednocześnie po prostu czegoś się dowiedzieć, śmiało sięgaj po „To miłość!”.

W rezultacie możesz wzbogacić swoje słownictwo o parę ciekawych fraz. Jak również zamyślić się nad tym, że niektóre z nich powtarzają się w różnych językach jak chociażby to gdy określamy swój stan zakochania jako ten, w którym wręcz szalejemy z miłości, tracimy rozum pod wpływem zakochania się.

Bardzo dobrze mi się czytało tę książkę i polecam ją Wam jeśli oczywiście. lubicie takie klimaty.


Moja ocena to 6/ 6.

„Adopcja”. Donna Leon.

 Wydana w Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc. Warszawa (2022). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.

Tytuł oryginaly Unto Us a Son Is Given.

Cieszę się, że Noir Sur Blanc trzyma się swojej niepisanej tradycji i wydaje w czasie lata nowe kryminały jednej z mich ulubionych autorek, którą jest Donna Leon.

I mimo, że czytam je mimo kryminalnego tła, jak relaksującą opowieść (w jakim innym kryminale śledczy może prowadząc sprawy kryminalne mieć czas na uczty kulinarne z żoną i z dziećmi, na podziwianie miasta, w którym mieszka i pracuje a także na niekończące się, spokojne rozmowy z żoną? Tymczasem komisarzowi Brunettiemu to właśnie się udaje i ma on czas zarówno na pracę jak i na wymienione przeze mnie czynności. Niemniej jednak, przymykam oko na te nie do końca możliwe do zaistnienia realia pracy śledczego i wraz z Brunettim przechadzam się po Wenecji, snuję refleksje dotyczące natury człowieka i zmieniającego się świata. 

Ale w „Adopcji” oczywiście będą też działy się sprawy wymagające prowadzenia śledztwa natury kryminalnej a nie tylko refleksyjnej.

Otóż do Brunettiego zwraca się stroskany losem przyjaciela i pewną podjętą przez tegoż, decyzją, teść Brunettiego. Komisarz rozmawia z teściem i szybko dowiaduje się, że sprawa dotyczy osoby, którą znają z Paolą i dziećmi osobiście. Chodzi o będącego już na emeryturze, byłego marszanda sztuki, ojca chrzestnego Paoli, Gonzalo Rodrigueza de Tajeda. 
Gonzalo, o czym hrabia Orazio Falier dowiedział się nieoficjalnie, chce dokonać pewnej wciąż rzadkiej czynności prawnej, jaką jest adopcja osoby dorosłej. Rzecz tyczy się zaś młodego mężczyzny, którym jest Attilio Circetti, markiz. 
Hrabia zwraca się do Brunettiego z nadzieją, że ten wymyśli coś aby zapobiec katastrofie. 
Ich rozmowa uświadamia im obu, że tak naprawdę obaj chyba oddalili się od Gonzalo, nie mają do końca wiedzy o tym, co się dzieje w jego życiu. Rodzą się jednak obawy, że ktoś wykorzystując starość tego człowieka, a również pragnienie bycia kochanym, perfidnie go wykorzysta. 

Tak naprawdę, to w „Adopcji” intryga kryminalna nie jest specjalnie skomplikowana i może i dobrze, że pojawia się dość poźno w książce. 
Nie jest to też może jeden z najlepszych kryminałów Donny Leon, miałam wrażenie pewego chaotyzmu, pojawiły się wątki, które mnie zainteresowały a które w sumie nie doczekały się konkretniejszego rozwiązania jak ten z sąsiadem Patty ale ogólnie dla osób, które lubią książki Donny Leon i które mają ochotę na niezobowiązującą lekturę w czasie urlopu, nie jest to wcale zła propozycja. Natomiast jak mówię, dla mnie ciut za mało kryminału, a jak już się pojawił, nie był zbyt dla mnie odkrywczy.

Moja ocena to 4.5 / 6.