„Matka i inne zapiski”. Zofia Brzeska-Gaudier.

Wydana w Fundacji Culture Shock. Warszawa (2014).

Przełożył Jakub Jedliński. 
Tytuł oryginału „Matka and other writings”.

Przeczytałam mój książkowy prezent otrzymany na Targach Książki w maju.
I powiem tak. Jak miło, że wtedy zwiedziona ciekawością podeszłam do stoiska Stwarzyszenia Tłumaczy Literatury i zaczęłam rozmawiać z Martą Szarzyńską, inicjatorką i koordynatorką projektu „Zofia Brzeska-Gaudier – pisarka odnaleziona”. Jak również, udało mi się zamienić słówko z tłumaczem tych zapisków.

Bo oto poznałam dzięki tej książce nową i arcyciekawą dla mnie postać jaką jest Polka, żyjąca w latach 1872-1925, Zofia Brzeska-Gaudier. Muza, towarzyszka przez parę za to intensywnych lat , artysty Henriego Gaudiera-Brzeskiej. Tak tak, tak właśnie się odmienia jego nazwisko po przybraniu przez tę dwójkę wzajemnie swoich nazwisk. 
Nie dość, że para to niezwykła to jeszcze smaku tej całej sytuacji odkrycia postaci Zofii dodaje fakt, że nie dość, że jest to postać całkowicie do odkrycia, to jeszcze jej osobowość, jej życie, to idealny materiał na czy to porządnie opracowaną biografię czy to scenariusz filmowy. Mówiąc o filmach, postaci obojga, zarówno pisarki Zofii jak i jej towarzysza przez parę lat, artysty, pojawiły się w filmie w reżyserii Kena Russella z roku 1972 pod tytułem „Dziki Mesjasz” (ten z kolei tytuł jest związany z książką „Dziki Mesjasz” Jima Ede’a z roku 1931).
Co mnie zaciekawiło w postaci Zofii Brzeskiej-Gaudier? To w jaki sposób żyła, to, że tak naprawdę nareszcie ktoś tę postać zaczął odkrywać i pokazywać światu (do tej pory bowiem jest ona traktowana marginalnie i wspomina się o niej raczej jako o towarzyszce, tle Henriego). To upodomiotowienie Zofii Brzeskiej-Gaudier ma miejsce również przez wydanie pism samej pisarki. Początkowo wydano je w Londynie w roku 2008. Teraz część z nich doczekała się przekładu polskiego i ukazała się w roku 2014 w Polsce. A dlaczego piszę, że doczekała się przekładu? Albowiem pisarka pisała w językach francuskim i angielskim. Dlatego też tłumacz miał przed sobą nie lada zadanie. Jak również okiełznanie specyficznego języka pisarki, która z roku na rok czuła się gorzej i zapadała w coraz silniejszą chorobę psychiczną. Jej życie jest zresztą naznaczone tragizmem, a zakończenie życia w szpitalu psychiatrycznym, tylko ten tragizm podkreśla. 

„Matka i inne zapiski” rozpoczyna się od kilku tekstów wstępu, autorstwa Marty Szarzyńskiej, tłumacza Jakuba Jedlińskiego i historyka sztuki i muzealnika Piotra Kopszaka.

„Matka i inne zapiski” to na razie jedynie część pism Zofii Brzeskiej-Gaudier, które się ukazały i ciekawe ile jeszcze jej tekstów czeka na odkrycie. W tej książce możemy przeczytać jej wspomnienia z młodości spędzonej w wiosce galicyjskiej a następnie o jej wyjazdach do Ameryki jak również późniejszych do Francji i Anglii. 
Większość tekstów w tym zbiorze powstało już po nagłej śmierci na froncie IWŚ towarzysza Zofii i przedstawia jej dramatyczną wręcz walkę o udowodnienie iż przekazał jej testamentem wszystkie swoje prace wraz z możliwością decydowania o nich jak również walkę o otwarcie wystawy prac artysty. Wystawa faktycznie odbyła się w roku 1918 w Leicester Galleries a po wystawie stan psychiczny Zofii ulegał szybkiemu pogorszeniu.

Gros zapisków jednak jak mówię, ukazuje jej walkę o wystawę prac Henriego Gaudiera-Brzeskiej.

Sama postać, którą „czyta się” poprzez jej zapiski brzmi oryginalnie i bardzo smutno. Być może moja wiedza na temat jej choroby wystarczyła abym czytała te zapiski przez pryzmat choroby właśnie ale z owych zapisków wyłania mi się obraz kobiety rozedrganej, nerwowej, niezrozumianej przez otoczenie. Bądź też, co całkowicie możliwe, konfabulującej sporą część wydarzeń czy wrażeń.

Tak czy inaczej, zapiski swoją drogą a postać samej Zofii Brzeskiej-Gaudier swoją drogą. Muszę powiedzieć, że zainteresowała mnie ona bardzo jako, że wydaje się być niezwykłą osobą i zdecydowanie wartą dalszego odkrycia i propagowania. 
Oglądając nie tak dawno przecież „Dziewczynę z portretu” mówiącą o artystach pomyślałam sobie o tej dwójce, Zofii i Henrim i jak wspaniale byłoby czy to o nich poczytać czy potem obejrzeć coś na nowo z większą już rolą Zofii i z położeniem nacisku na ten niezwykły przecież związek, który zaowocował nie tylko ciekawą „wymianą” nazwisk ale również wieloma pracami, rysunkami artysty, który portretował Zofię właśnie.

Moja ocena to 5 / 6 i pozostaję z wielką nadzieją na to,że postać Zofii Brzeskiej-Gaudier zostanie dalej odkrywana i przedstawiana światu bo według mnie , warto. 
 

„Dziewczyna z portretu”.

Reżyseria Tom Hooper. 
Scenariusz Lucinda Coxon.

Nabyłam niedawno z „Galą” bo kilkoro znajomych polecało. I napiszę tak. Sam film na pewno nie będzie takim, o którym powiem, że jest filmem dla mnie niezapomnianym ale za to zapamiętam go na pewno zarówno pod kątem tematyki jak również ze względu na grę dwójki aktorów, Eddie’ego Redmayne i Alicii Vikander. Zwłaszcza tej drugiej. 
Temat mnie zainteresował bo dotyczy osoby, która odkrywa, że nie jest tym, o kim myśli, że jest. To znaczy,odkrywa, że nie czuje się mężczyzną a kobietą. Pewne podejrzenia były od dawna, a pewność zyskuje już po ślubie.
Najciekawsze jest też to, że sprawa dzieje się w początkach zeszłego wieku i co mnie zdziwiło, okazuje się, że pierwsze operacje korekty płci miały miejsce właśnie w latach trzydziestych ubiegłego wieku a postać, o której opowiada film była jedną z pierwszych jakie się poddały owej operacji.

Oto więc oparta na prawdziwych wydarzeniach historia artystów z Danii. Ona i On. Einar Wegener a poźniej Lily Elbe i ona, jego żona, Gerda Wegener.
Jak już wspomniałam, szybko odkrywamy nieszczęście Einara, poczucie, że nie czuje się on mężczyzną a kobietą.
Pewnego dnia Gerda prosi męża aby przebrany za kobietę pozował jej do obrazu bowiem jej stała modelka nie przychodzi. Ale nie sądzę aby to było głównym punktem zapalnym do tego co stanie się potem. W sumie nie wiemy (przynajmniej ja nie wiem ) jak było naprawdę. 
Reszta filmu pokazuje jak Einar coraz mniej jest Einarem a coraz bardziej staje się Lily.
Która pragnie stać się Lily oficjalnie i decyduje się poddać w Niemczech wówczas pionierskiej operacji korekty płci.
Ciekawe jest dojście do tej decyzji, początkowe próby jednak dowiedzenia się czy to co czuje jest na pewno właściwe a może wynika to z czegoś innego?
Jednak ogólnie muszę przyznać, film ten nie wzbudził we mnie większych emocji oprócz samego zainteresowania postaciami obojga artystów. 
Nie wiem do końca z czego to wynikało. Współczułam Einarowi a raczej Lily ale nie ze względu na to jak została rozpisana ta rola. Chociaż sam aktor stara się jak może i gra naprawdę dobrze i wiarygodnie , według mnie ta rola trochę trochę jest za „mało” napisana, przynajmniej dla mnie. Był według mnie po prostu większy potencjał postaci i na ekranie tego nie widzę. 
Bardzo dobrze zagrała też aktorka odgrywająca rolę żony Einara, która do samego końca walki go wspiera.

W internecie można poczytać o wszystkich postaciach zarówno Einarze jak i o Lily Elbe.

Moja ocena to 5 / 6.
 

„Pierwsza kawa o poranku”. Diego Galdino.

Wydana w serii „Życie jest piękne” przez Edipresse. Warszawa (2016).
Przełożył Tomasz Kwiecień.

Tytuł oryginału Il primo caffe del mattino.

 Będę mieć oko na tę serię wydawaną pod krzepiącym i niosącym ze sobą obietnicę, że książki te będą się kończyć dobrze i szczęśliwie 🙂 tytułem „Życie jest piękne”. Co prawda ta akurat książka nie rzuciła mnie jakoś szczególnie na kolana ale po pierwsze, nie zawsze czytam same rzucające mnie na kolana książki, czasem a może nawet i częściej niż mi się wydaje, czytam jedynie takie, które sprawiły mi przyjemność czy zrelaksowały, to raz, dwa, chciałam zobaczyć czy dobrze się kończy. Uwaga spoiler , tak dobrze się kończy. 🙂

Tak czy inaczej, wśród zapowiadanych czy już wydanych w tej serii tytułów niektóre znam bo czytałam parę lat temu bądź niedawno (na przykład na 30-stego stycznia 2017 roku zapowiadana jest książka „Moja wielka grecka przygoda”, którą czytałam nie tak dawno temu) jest kilka, na które mam chęć.

„Pierwsza kawa o poranku” nie jest niczym odkrywczym, nie otwiera przed nami nowych drzwi czy rozwiązań a mimo to przeczytałam ją z pewną nawet przyjemnością a to dlatego, że jakoś polubiłam głównego bohatera, bo budził we mnie sympatię, bo akcja książki działa się na rzymskim Zatybrzu , bo  Massimo przejął po tacie Bar Tiberi (nazwa od rodowego nazwiska). Bo wielką rolę odgrywa tam kawa, którą sama tak lubię i trochę żałuję, że sama nie mam już „swojej” kafejki (a miałam taką na osiedlu), do której mogę wejść i będą wiedzieli, jaką kawę chcę zamówić zanim otworzę usta.
Ot, takie czytadełko, o którym szybko się zapomina ale które wiele szkód mi na pewno nie wyrządziło. No, chyba, że ktoś oczekuje nie wiedzieć jakiej ambitnej literatury, to nie, niech nie sięga, bo się rozczaruje i będzie z pewnością narzekał.

Massimo jest sporo po trzydziestce i prowadzi rodzinny interes. Jego siostra Carlotta wraz z mężem mieszka za granicą a Massimo mieszka sam ale nie może powiedzieć, że jest samotny bo jest otoczony ludźmi. 
Jednak oczywiście brakuje mu kogoś, z kim mógłby spędzić życie. I tak, to Ona, wkraczająca pewnego dnia do jego baru spowoduje łomot jego serca i wywróci jego życie do góry nogami.
Tak, to romans, jakby nie było i tak, trochę przelatywałam kartki bo chyba jednak nie do końca jest to mój ulubiony gatunek literacki ale Diego Galdino popełnił tę książkę z jakimś takim wdziękiem, że jak mówię, czytało mi się dość dobrze.
Na końcu książki zabawnie omówione typy ludzi, którzy lubią pić określony rodzaj kawy 🙂 I Wiecie, co ? W moim przypadku sporo się sprawdziło. Ale nie zdradzę, o jaką kawę chodzi.

Moja ocena 4 / 6. 

„Egzekucja w dobrej wierze”. Aleksandra Marinina.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2016). Ebook.
Przełożyła Aleksandra Stronka. 

Tytuł oryginalny Казнь без злого умысла

Anastazja Kamieńska na emeryturze! A właściwie inaczej, nie pracująca już w moskiewskiej Milicji. Pracuje natomiast w agencji swojego przyjaciela, Stasowa. 
I właśnie wraz z również dawnym kolegą z pracy, Korotkowem, który dla odmiany pracuje dla brata Anastazji Kamieńskiej, wyrusza do Wierbicka na Syberii. Mają rozejrzeć się tam za działką, którą chce nabyć brat Kamieńskiej aby zbudować tam kolejny pensjonat. Rozejrzeć się zarówno za odpowiednią ziemią ale i poznać lokalne nastroje i wyczuć z kim trzeba rozmawiać aby inwestycja się powiodła. Ma tam zostać zbudowana autostrada i również trzeba się dowiedzieć, w którym konkretnie miejscu trzeba nabywać działkę pod budowę.
Kamieńska początkowo myśli, że będzie to kolejna nudna robótka, ale myli się. Albowiem trafiają do Wierbicka niemal przeddzień wyborów na mera, jak również w sam środek jakiejś przedziwnej afery kryminalnej. Ktoś morduje ekologów, którzy badali zanieczyszczenie środowiska a trucicielem miał się okazać jeden z zakładów na terenie, który wchodzi w grę jeśli chodzi o przebieg autostrady. 
Do tego jakieś dziwne nastroje panujące wokół dziwnej sprawy, rozgrywki polityczne, oczywiście, żadna kampania wyborcza nie może obyć się bez tego , niemniej jednak coś zaczyna jak to się mówi kolokwialnie, mocno śmierdzieć.

Anastazja Kamieńska nie byłaby sobą gdyby się nie wtrąciła w całą sytuację i nie przeprowadziła prywatnego śledztwa. Na szczęście, ma pomoc w osobie lokalnego milicjanta, którego inni spisali już na straty za sprawą jego alkoholizmu będącego efektem tragedii, którą przeżył i z którą najwyraźniej nie może sobie poradzić.

Świat opisywany w kryminałach Marininy nigdy nie był wesoły a jej bohaterka nigdy nie była wielką optymistką ale ta część jakoś mocno mnie przygnębiła, zasmuciła. Może fakt, że Kamieńska z tej trzydziestoparolatki nagle za sprawą współcześnie dziejącej się akcji książki, stała się ponad pięćdziesięciolatką. Może jej refleksje, które toczy nie wiem czy tylko bohaterka czy też autorka myślami bohaterki wykreowanej przez siebie. Niby te refleksje Kamieńskiej okażą się pozytywne, chce ona brzmieć tak samo dzielnie i silnie jak ongiś ale miałam wrażenie, ze troszkę tu smuteczku, więcej niż się spodziewałam.
Również sama intryga kryminalna, którą oczywiście Kamieńska rozwiąże, nie nastraja optymistycznie.

Tak czy inaczej, chyba cieszę się, że nie wszystkie jeszcze opowieści o Kamieńskiej pracującej jeszcze w Milicji, zostały u nas wydane a więc będzie wciąż na co czekać. 

Moja ocena to 5 / 6. 

kolejny…

…Dzień Dziecka, w czasie którego oprócz radości, bo wiadomo, dziecko obok, dużo refleksji i myśli o tym Dziecku, którego z nami nie ma…

Czego życzę dzieciom? Zdrowia. Wiem, że brzmi to truistycznie ale naprawdę zdrowie to największy skarb.
A więc dużo zdrowia, ale również wiele radości, szczęścia, niekończącej się miłości najbliższych.
Dobrych przyjaciół, z którymi można się wesoło bawić i udanych prezentów.

To tym młodszym dzieciom, a nam, Wam, bo przecież wszyscy jesteśmy dziećmi, również życzę zdrówka, ale również aby to wewnętrzne dziecko z nas nie wywietrzało. I nie mam tu na myśli bycie dzidzią piernik, ale po prostu abyśmy mieli w sobie tę świeżość dziecka, to, jak dzieci patrzą na świat. Bez ograniczeń, bez zwątpienia, wierząc, że świat należy do nich.

U nas Dzień Dziecka rozpoczął się artystycznie jako, że dziecko otrzymało farby, kredki i stempelki.
Po południu będzie jeszcze prezent od Babci i książeczka, którą już wczoraj zamówiłam u naszej zaprzyjaźnionej pani z księgarenki na lokalnym bazarku.

 

„Myszka”. Dorota Gellner.

Wydana w Wydawnictwie Bajka. Warszawa (2016).

Bardzo lubimy z Jasiem wiersze autorstwa pani Doroty Gellner. Jaś zna je z przedszkola ale i z domu. 
Na „Myszkę” zdecydowaliśmy się właśnie znając styl pisania Doroty Gellner. Jednak również polecenie w kąciku książkowym Czterech Pór Roku przez imienniczkę poetki, Dorotę Koman, spowodowało, że zamówiłam książkę u pani w lokalnej księgarni na bazarku. Albowiem od pewnego czasu jesteśmy tam z Jasiem stałymi klientami. Ja też coś dla siebie zamawiałam w papierze, gdy okazało się, że szansy na ebook nie ma.

Jedenaście wierszy opowiadających o emocjach. Jeden z jedenastu wierszy jest o głodzie, to według mnie bardziej stan niż emocje ale dodaję to jedynie aby być skrupulatną i dokładną.

Tak więc jedenaście wierszy o: smutku, złości, obrażeniu się, radości, strachu, głodzie, rozpaczy, śmiechu, wstydzie, miłości, tęsknocie. A wszystkie tak ładnie napisane, nie za długie, wpadające w ucho. Do tego oryginalne ilustracje autorstwa Dobrosławy Rurańskiej i jest oto kolejna ksiązka, która podoba się zarówno Jasiowi jak i nam. 
Najbardziej podoba mi się język, którym autorka opisuje emocje, co powoduje, że emocje stają się bardzo wyraziste, namacalne, takie jakie właściwie przecież są. Ale my, my dorośli, wtłaczamy je w zupełnie inne słowa. Tymczasem tu „Smutek myszki jest szary, wypłowiały, pluszowy”(…). Czyż to nie genialne? Taki właśnie przecież bywa czasem smutek. W innym znów miejscu czytamy „(…) A złość myszki jest wielka, chociaż myszka jest mała”. Tego nikomu nie trzeba wyjaśniać, wszyscy znamy taki stan, w którym złościmy się tak bardzo, że ta złość dodaje nam dodatkowych centymetrów. Podoba mi się tez radość, która według Doroty Gellner może być złota lub w odcieniach błękitu. 

My jesteśmy dodatkowo zachwyceni bo Jaś sam z siebie nauczył się wierszyków (dobrą pamięć ma Chłopak, nie ma to tamto, bo książka jest z nami może od tygodnia) i teraz prosi , żeby Mu poczytać „Myszkę” , po czym sam zaczyna deklamować wszystkie wierszyki. 

Zastanawiam się dla jakiego przedziału wiekowego jest „Myszka” i nie wiem. Myślę, że tak naprawdę, dla każdego 😉 A na pewno pozwala człowiekowi w wieku Jaśka uporać się z emocjami, które w tym wieku dręczą i męczą młodego człowieka, tylko czasem trudno jest jeszcze do końca je zwerbalizować. Myślę, że tak mniej więcej od trzeciego roku życia można śmiało ją czytać. A do kiedy? Nie umiem określić. Ja z wielką przyjemnością wciąż sama czytam te wiersze. 
Dorota Gellner traktuje młodego czytelnika z szacunkiem i to się czuje. A jednocześnie w prosty i jasny sposób opisuje to, co się dzieje z nami gdy odczuwamy wstyd, gdy kochamy lub kiedy się złościmy. 
Wspaniała książka i polecam zdecydowanie!

Moja ocena to 6 / 6.  

po weekendzie…

Dziadkowie wyrazili chęć nabycia dziecku roweru. Testujemy więc w sklepie sportowym. 

Ponieważ przed narodem Dzień Dziecka (a może i Komunie, chociaż pewnie teraz rower za skromnym prezentem :P) więc w sklepie puchy. Jest jednak jeden, który spełnia nasze oczekiwania, czyli można posadzić na nim Jasia i niech chłopak w ogóle wyczuje sprawę i jak Mu się podoba. Tak więc sadzamy go na różowym rowerku i kiedy pokonuje On pierwsze metry, mija nas na oko sześciolatka, która głosem potępiająco niedowierzającym głośno stwierdza : „Chłopiec jechał na dziewczyńskim rowerku! Coś podobnego!”.

Stereotypy więc mają się dobrze.

Z pozdrowieniami dla tych, którzy podobnie jak ja nie kumają do końca o co chodzi z tym podziałem na dziewczyńskie, chłopackie itd. 

„Historia zaginionej dziewczynki”. Elena Ferrante.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2016).

Przełożyła Lucyna Rodziewicz-Doktór.
Tytuł oryginału Storia della bambina perduta.

Mam „problem” z Eleną Ferrantę. Problem polegający na tym, że im dłużej czytałam jej neapolitański cykl, tym bardziej wydawało mi się, że książki te pisze mężczyzna. Nie wiem, z czego to wynika, najprawdopodobniej z jakiegoś takiego surowego klimatu, aury książki. Niekoniecznie z brutalności opisanej w poszczególnych częściach bo tego nie brak w prozie kobiecej ale raczej z oszczędności niektórych opisów, konkretu sytuacji. I tak jak sobie myślę na czym skupia się autorka książki to bardzo to męskie mi się wydaje. Może to jednak być odczucie całkowicie mylne i może powodować nieporozumienie a być wodą na młyn w dyskusji o tym jak kobiety wciąż pozostają w cieniu mężczyzn, o czym w prozie Ferrante nie raz i nie dwa jest napisane.

Tak czy inaczej, pomimo tego, że jedna znajoma blogowiczka stwierdziła, że ostatnia część cyklu jest najgorsza, ja tak nie uważam. Ba, wręcz dalej twierdzę, że autorka „rozwija się” z części na część i tę czytało mi się bardzo dobrze, pomimo, że jest mocno przygnębiająca bo odziera ze złudzeń zarówno dotyczących spraw osobistych narratorki, Eleny, jak i sytuacji społecznej Włoch, w których dzieje się akcja książki. Cykl neapolitański to bardzo udana kronika czasów powojennych Włoch, polityki, budzących się komunizujących sympatii i zwalczających je prądów.
Walka ta trwa na poziomie zarówno intelektualnym jak i w rezultacie na bardziej przyziemnym, bo wręcz fizycznym.
Autorka, jak rozumiem, ustami swojej bohaterki, która jest narratorką, wyraża przekonanie, że nie ma złudzeń co do współczesnych Włoch. Zdaje się być już przekonana, że nie ma dla nich wielkiego ratunku, że utkwiły w mackach korupcji i wzajemnie z tego wynikających powiązań, które co logiczne, nie prowadzi do niczego dobrego. Odważna to proza, zważywszy na to jak opisuje walkę narratorki o wybicie się ponad miernotę czy chociażby wyrwanie się ze środowiska niewykształconego.

Jak mówię, ta ostatnia część nie tryska optymizmem. Główna bohaterka podejmując w poprzedniej części ważną decyzję, musi się teraz zmagać z jej konsekwencjami.
To kolejna część, w której widać wyraźnie gorszą , z góry skazaną na przegraną pozycję kobiety we włoskim społeczeństwie , nawet tej, która wydawała się wyrwać ze swojego środowiska i osiągnąć coś wielkiego.

Elena Ferrante nie owija w bawełnę, nie rozpieszcza czytelnika rozwiązaniami, które nadużywane są często w prozie. Nie ma tu happy endów ale nie ma też większych dramatów. Ot, życie we Włoszech na przełomie zmian kulturalno obyczajowych.
Pomimo, że jak piszę, ta część podobała mi się bardzo, muszę szczerze powiedzieć, że ja osobiście już odczuwam lekki przesyt tym cyklem. To znaczy, nie chciałabym chyba aby ukazała się jego kolejna część. Według mnie wystarczy pozostawić to tak, jak zrobiła to Elena Ferrante.
Po raz kolejny muszę stwierdzić, że autorka jest bacznym obserwatorem zarówno na poziomie własnej rodziny jak i dzielnicy i co dalej logiczne, państwa. Tworzy postaci konkretne, wyraziste, bardzo prawdziwe. Dlatego jak podejrzewam, bardzo dużo elementów autobiograficznych w jej prozie.

Moja ocena to 5.5 / 6.  

W Dniu Mamy…

…chciałam „pożyczyć” sobie i odwiedzającym mój blog Mamom wszystkiego, co Najlepsze czyli Zdrowia dla Was i Waszych Bliskich, Szczęścia, Radości z każdego dnia.

Mama to człowiek orkiestra i nie ma co do tego żadnej przesady. Jak dobrze Ją mieć wie każdy kto ma a jak Jej brak wie każdy, komu Jej zabrakło. 

Rola Mamy wcale nie jest taka trywialna i łatwa jak to spłycają reklamy, niektóre seriale i tak dalej. Ale jest jedną z najciekawszych jakie kobieta podejmuje i jaka przynosi mi chyba najwięcej satysfakcji (i frustracji:) jeśli mam być szczera).

Jakiś czas temu w jednym z rodzicielskich miejsc wyczytałam zdanie dziecka, które stwierdziło , że „jest wystarczająco dobre”. Bardzo mi się to zdanie spodobało i chociaż wiem, że niektórzy mogą w tym upatrywać niechęć do poprawy (ja tego tak nie postrzegam) to wzięłam je sobie do serca. 
I tego życzę sobie i Wam, inne mamy , abyśmy nie uprawiały niepotrzebnego samobiczowania a umiały stwierdzić, że jesteśmy wystarczająco dobre. Ba, że jesteśmy najlepsze, jakie możemy być.

Bo każdy dziś przyzna, że jego mama jest najlepsza na świecie, prawda? Bo tak właśnie jest i na tym polega cud mamy…

Wszystkiego Najlepszego !

 

„Moja wielka grecka przygoda”. John Mole.

Wydana w Wydawnictwie Pascal. Bielsko-Biała  (2014). Ebook.
Przełożył Michał Łabędzki.
Tytuł oryginału „It’s all Greek to me. A tale of a Mad Dog and an Englishman, Ruins, Retsina – and real Greeks.

Ebook nabyłam podczas nie tak dawnych obchodów czwartych urodzin internetowej księgarni z ebookami i audiobookami, w której sama brałam udział. Ta książka była z polecenia innej czytelniczki i nie ukrywam, że sięgnęłam z wiadomych powodów czyli bo znów rzecz dzieje się w Grecji.

Autor wraz z rodziną trzydzieści lat temu znalazł swoje miejsce w Grecji. 
Na wyspie Eubea kupił zrujnowane domostwo i wkładając w to masę pracy i wysiłku wyremontował je uzyskując tym samym dom dla siebie i bliskich w tej części Grecji.
W „Mojej wielkiej greckiej przygodzie” (zgrzytałam zębami na ten tytuł podczas całej lektury i raczej już zawsze będę zgrzytać) Mole opisuje swoje zmagania i remont domu jak również wtapianie się w życie lokalnej społeczności.
Robi to z dużym poczuciem humoru aczkolwiek nie sposób wielokrotnie nie odnieść wrażenia, że zdarza mu się mocno koloryzować daną historię aby podnieść jej atrakcyjność.
Powiedzmy, że nie zaśmiewałam się podczas lektury tak, jak na przykład czytając „Ostatnią arystokratkę” ale nie raz i nie dwa naprawdę się uśmiałam. I pomimo, że na przykład fragment o psie, z którym tak bardzo ostatecznie chciała rozstać się całą jego rodzina, bardziej mnie zirytował czy wręcz zniesmaczył niż rozbawił, to całość uważam za dobrą lekturę na poprawę nastroju czy na dni, kiedy za oknem wieje i leje a nam potrzeba południowego słońca, retsiny i smacznej potrawy a niekoniecznie wszystko to na raz możemy w danej chwili zrealizować.

Moja ocena 5 / 6.