„Kolejny rozdział”. Agata Kołakowska

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

No, muszę powiedzieć , że dawno tak mnie coś nie wciągnęło. Bywa tak, że coś czytam ale bez problemu (chociaż z żalem) daną książkę jestem w stanie odłożyć aby robić coś innego co akurat muszę. A tu…Wpadłam po uszy. 
Muszę powiedzieć, że nie do końca wiem jak mam nazwać gatunek tej książki. Kryminał? Chyba nie bo nie ma trupa. Może thriller psychologiczny? Chyba najbliżej jest tej książce temu właśnie gatunkowi. 
Zawsze ciekawie czyta się książkę o książce. Kalina jest autorką poczytnych thrillerów. Właściwie każda jej książka okazywała się do tej pory pewniakiem, przynoszącym wydawnictwu krocie oprócz ostatniej. Ta ostatnia nie spodobała się czytelnikom. Tak więc zrozumiałe jest, że poczucie pewności Kaliny zostało mocno zachwiane. Siedzi właśnie nad kolejną książką, którą właściwie powinna już dawno zdać do wydawnictwa o czym coraz intensywniej przypomina jej redaktor Maciej Tarski. Niestety, praca nad książką wyraźnie nie idzie a wręcz jest jakby coraz gorzej.
Kalina wpada więc na pomysł pobytu w pensjonacie, w którym wydaje jej się, że w atmosferze osamotnienia i spokoju może uda jej się nareszcie ruszyć z pisaniem książki. Pensjonat niesie ze sobą wspomnienia niemniej jednak staje się miejscem, w którym jest szansa na złapanie wiatru w żagle. I tak się staje.
Kalina wraca do domu spokojniejsza. Spokoju natomiast nie ma redaktor jej książek, Maciej Tarski, który otrzymuje przedziwny email. Przedziwny bowiem jest ni mniej ni więcej a pierwszym rozdziałem książki, opisującym jednakfragment życia Tarskiego. Może nie byłoby to dziwne gdyby nie to, że szczegóły znane jedynie Tarskiemu, tu opisane zostają lekko i tak, jakby znane były nadawcy. 

Pierwszy rozdział jak już możecie się domyślić, nie okaże się jedyny. Tarski zacznie dostawać kolejną korespondencję a potem, nie tylko on. 
Niepewny co tak naprawdę się dzieje, kto jest anonimowym nadawcą tej specyficznej „książki-korespondencji” Tarski zaczyna popadać w lekką obsesję usiłując rozwikłać zagadkę emaili. Nie tylko on będzie „bawił się” w prywatne śledztwo. Lekko nie będzie. Z czasem wychodzą na jaw kolejne sprawy z życia bohaterów książki jak i skrywane przez nich sekrety bądź sprawy, o których mówi się niechętnie i nie każdemu.

Książka jak pisałam, wciąga, podobała mi się pomimo pewnego motywu, do którego dotarłam w nieco ponad połowie i który to należy do motywów, których nie lubię teraz w książkach i które staram się konsekwentnie omijać o ile tylko mi się to uda. Niemniej jednak książka mnie wciągnęła i czytałam z zaangażowaniem chcąc dowiedzieć się o co chodzi w całej tej dziwnej intrydze. Kto tak naprawdę czuje się aż tak odrzucony na boczny tor, niekochany czy niechciany? Zmarginalizowany, można powiedzieć, do tego stopnia aby podjąć taką nieładną grę mogącą mieć poważne konsekwencje. 

Polecam. 
A ja daję jej 5 / 6. 

„Upór i przekora.” Rachel Swaby

Podtytuł „52 kobiety, które odmieniły naukę i świat”.

Wydana w Wydawnictwie Agora. Warszawa (2017). Ebook. 
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa. 

Przełożył Krzysztof Kurek.

Tytuł oryginału HEADSTRONG: 52 Women Who Changed Science – and the World.

Mam po tej książce lekkiego kaca moralnego. Podzieliłam się tym kacem a raczej jego wynikiem z P. i ze znajomym. Ciekawe, tak się złożyło, że akurat z mężczyznami. Teraz dzielę się z Wami. 
Dlaczego kac moralny, ktoś może spytać? Nie, nie chodzi o to , że nie znałam niektórych nazwisk z nazwisk pięćdziesięciu dwóch kobiet, o których jest napisane w książce. Nie znałam wielu , nie będę ściemniać, że znałam, bo zwyczajnie świat nauki nie jest „moim” światem. Ale to, że Apgar, tak, tak, od „Skali Apgar” była kobietą to…czuję, że miałam obowiązek znać. I nagle poczułam się trochę tak jak ci wszyscy, którzy wielu z opisanych przez autorkę kobiet rzucali kłody pod nogi w drodze rozwoju ich kariery naukowej. Jakbym swoją niewiedzą dokładała im te kłody. Cóż, samobiczować się jednak nie zamierzam. Człowiek uczy się całe życie i ja się wiele podczas lektury tej książki. Wiem jedno. Ta książka jest zaskakująco aktualna podczas współczesnych czasów i poziomu debaty często publicznej ale nie tylko, w Polsce a i zapewne, nie tylko. Dążenia kobiet do spełnienia ich planów wciąż bowiem bywają zbywane wzruszeniem ramion bądź w „najlepszym” wypadku są skwitowane tekstem o „bawieniu się” w hobby. Kobieta naukowiec? To wciąż potrafi być traktowane na zasadzie „krowy z dwiema głowami” bądź przesadnie chwalone tak jakby ukończenie przez kobietę wyższych studiów, potem zdobywanie kolejnych stopni naukowych i osiągnięcia na danym polu naukowym osiągnięte właśnie przez kobietę było czymś taki niesamowicie dziwnym bądź niemożliwym do osiągnięcia, że danej kobiecie należy się nagroda. Lizak albo złota gwiazdka „grzecznego ucznia”. Nie podoba mi się takowa polaryzacja i zapewne autorce książki również się nie podobała skoro zabrała się do bardzo solidnej pracy jaką było zebranie wiadomości i napisanie o tylu kobietach, naukowczyniach. Które wpłynęły na świat nauki ale nie tylko bo ich osiągnięcia pomagają wielokrotnie każdemu z nas. 
Napiszę tak, to książka, którą powinien przeczytać każdy rodzic dziewczynki. I chłopca. Rodzic dziewczynki po to, aby poznając to, jak wielu kobietom trudno było osiągnąć to, co wywalczyły własną pracą i odmawianiem sobie często wielu przywilejów, wiedział, jak teraz jest mimo wszystko łatwiej dziewczynkom uczyć się i osiągać to, co jeszcze do niedawna zarezerwowane było dla mężczyzn. I aby nie dziwował się „ale jak to , dziewczynka i nie chce bawić się różowym odkurzaczykiem a interesuje się zestawem kontrukcyjnym najbardziej znanych klocków dla dzieci na świecie starszego brata?”. I aby wspierał tą dziewczynkę a nie chciał na siłę zrobić z niej kobietki. Bo bycie kobietą naukowcem wcale nie oznacza rezygnacji z założenia rodziny, uczesania się u fryzjera czy noszenia biżuterii. Bycie mądrą nie oznacza bycia skrajnie męską (wiem, że wiele osób wciąż ma z tyłu głowy takie uprzedzenia).
Rodzic chłopca aby kiedyś tego chłopca wychować na „rodzica dziewczynki” z przykładu powyżej 🙂  

A ktoś, kto nie jest rodzicem i tego nie planuje aby po prostu wzbogacił swoją wiedzę na temat tak ciekawy jak ten, które kobiety realnie dzięki swej pracy zmieniły świat, w którym żyjemy.

Pięćdziesiąt dwie kobiety opisała w swojej książce zadedykowanej (nie, nie kobiecie:) ) Timowi autorka Rachel Swaby. 
Nie opiszę wszystkich ale napiszę to, które teksty i o których kobietach zrobiły na mnie samej największe wrażenie podczas tej lektury.
A więc, wspomniana przeze mnie , Virginia Apgar dzięki której powstał standaryzowany system oceny noworodka tuż po jego urodzeniu (brzmi znajomo? mamusie na imprezkach urodzinowo imieninowych za czasów dzieciństwa chwaliły się tym, ile my jako pociechy mieliśmy owych punktów? no więc już wiemy kto i co:)). 

Mary Anning , Brytyjka, która zajmowała się paleontologią. Ta amatorka odkryła wiele skamieniałych szkieletów dinozaurów. 

Anne McLaren, która zdecydowanie przetarła szlak w powstaniu metody sztucznego zapłodnienia czyli In Vitro. Twórczyni metody nie poprzestała na naukowym umożliwieniu jej zastosowania (co umożliwiło osobom dla których do tej pory rodzicielstwo pozostawało poza granicami możliwości) ale również dbała o etyczne wprowadzenie jej w świat medyczny.

Maria Mitchell, która będąc pierwszą astronom w USA odkryła kometę. Efektem jej prac jest nie tylko to, co odkryła i wnioski, do których doszła podczas lat ciężkiej pracy ale również „nagroda” w postaci pośmiertnego uhonorowania jej postaci nadaniem jej imienia jednemu z kraterów na Księżycu.

Sally Ride, pierwsza Amerykanka w kosmosie. 

Ale tak naprawdę każda opowieść jest ciekawa i fascynująca. Opis dążenia kobiet do bycia naukowcami, często pokonywanie trudności a potem osiąganie sukcesów, często za cenę zdrowia czy wręcz życia, to wszystko powodowało, że lektura ta była właśnie fascynująca. Bardzo ją polecam.

Na samo zakończenie, pochwalę bardzo polską okładkę zaprojektowaną przez Ulę Pągowską. 
Tak, okładka liczy się bardzo i chwała pani Uli Pągowskiej za to, że nie pokusiła się ani o nawiązanie do okładki oryginalnej ani tym bardziej do (a przecież książka o kobietach) pójścia w stronę okładki z milionową ładną panią na okładce, które to okładki wydają się być po chwili jedną i tą samą i kompletnie nie wpadającą w oko. Duży też plus, że nie otrzymaliśmy na okładce „łopatologicznego” przekazu, z cyklu „mikroskop czy stetoskop”.

Na koniec jeszcze, ta się dziwnie złożyło, że kiedy czytałam tę książkę padły te słowa, zalinkuję je tu, proszę. Właściwie pozostawię to bez komentarza, myślę, że już Wiecie dlaczego twierdzę, że „Upór i przekora” to wciąż lektura z gatunku „obowiązkowych”. 
 

Moja ocena 5 / 6.

 

niesamowity…

…film, jaki obejrzeliśmy to „Odyseja Kosmiczna 2001” w reżyserii Stanleya Kubricka. Nie wiem w sumie jak to się stało, że przy tym jak P. lubi sf nie widziałam tego filmu (bo On oczywiście wcześniej go oglądał) wcześniej. Tak czy inaczej, miałam niesamowitą ucztę filmową. I nieważne, że film ten ma niemal pięćdziesiąt lat. Według mnie nie zestarzał się wcale . Podejrzewam, że co oglądający to teoria o czym tak naprawdę jest ten film. Dla mnie chyba najsilniejszy akcent to taki, jak jednak człowiek a właściwie ludzkość prze naprzód i rozwija się pomimo przeszkód. Ale również o tym jak łatwo jest zagubić się i zawierzyć zbytnio technologii. Nie chcę zbyt wiele zdradzać bo jak widać wciąż są widzowie, którzy tak ja ja jeszcze dwa dni temu, filmu nie znali więc nie chcę psuć przyjemności oglądania ale muszę powiedzieć, że ten film na pewno jest jednym z najlepszych jakie oglądałam i dołączam do jego miłośników. Widziałam w internecie , że są też książki z serii „Odyseja Kosmiczna” ale chyba nie są do dostania, szkoda, bo nabrałam na nie czytelniczego apetytu. 

W każdym razie naprawdę jeśli ktoś nie widział to polecam serdecznie ten film. 
Dla mnie jeszcze zaskakujące były scenografie, bardzo nowoczesne i według mnie takie wciąż aktualne i naprawdę świetny dobór utworów muzycznych do całości obrazu. No, film majstersztyk , naprawdę. 

Z zupełnie innego filmowego bieguna, to widzieliśmy też „Dziecko Bridget Jones” i jak na taki rozrywkowy film to muszę powiedzieć,że też mi się spodobał, no , może mam nie jakoś wyśrubowany gust ale uśmiałam się przy nim wystarczająco abym uznała, że w kwestii „rozrywka”  film ten spełnił dla mnie swoją rolę.

„Złowroga pętla”. Aleksandra Marinina

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2016). Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 


Przełożyła Elżbieta Rawska.
Tytuł oryginału Смерть ради смерти 

Czytałam już tę książkę ale ponieważ otrzymałam ją w nowej wersji graficznej i we wznowieniu, nie mogłam się jej oprzeć. Tak, bo czytając najnowsze książki Marininej, jakie ukazują się na naszym rynku, z przyjemnością sięgnęłam do książki, którą czytałam baaardzo dawno temu. 
Nawet nie pamiętam, w którym roku. Był to w każdym razie moment gdy sama sobie znalazłam tę autorkę, nie była ona wcale polecana, ot, w księgarni znalazłam książki Marininej i zainteresowałam się nimi. Bo i kryminały i we w miarę (akcja książek dzieje się tuż po rozpadzie ZSSR) współczesnej Rosji. Wtedy na tyle dobrze mi się czytało te książki, że Aleksandra Marinina stała się jedną z moich ulubionych autorek kryminałów.

W „Złowrogiej pętli” (według mnie tytuł oryginalny jest ciekawszy) Anastazja Kamieńska znów będzie musiała uruchomić swoje szare komórki i rozwiązać niezwykle skomplikowaną intrygę. Dotyczącą zbrodni na wielką skalę. Ale cała akcja rozpocznie się nie zapowiadając poziomu skomplikowania. Ot, do pewnego małżeństwa zaczyna dzwonić szantażysta, który chce otrzymać okup, w przeciwnym razie grozi małżeństwu tym, że ujawni ich synowi iż dawno temu syn został przez nich adoptowany.

Niby sprawa szantażysty a wszystko tak się potoczy, że wkrótce zespół , w którym pracuje Nastia Kamieńska zmierzy się z czymś o wiele poważniejszym niż początkowo będzie się śledczym wydawać. 
Do głosu znów dojdą ludzkie namiętności, pazerność , chciwość, żądza władzy. 
Bohaterowie u Kamieńskiej potrafią jednak zaskoczyć, nie każdy jest tak silny jak się wydaje. I co prawda w tej części Kamieńska wyjątkowo aż zostaje odmalowana w barwach niezwykłych jako wrażliwa na cudzą krzywdę obrończyni skrzywdzonych i uciemiężonych , to jednak i ona wciąż zmaga się z różnymi swymi wadami bądź problemami.
Niemniej jednak do głosu dojdzie w tej części wrażliwość Kamieńskiej na cudzą krzywdę i chęć niesienia pomocy tym, o których prawda nikt nie chce się upomnieć. Będzie o to w tej części walczyć jak lwica.

Z cyklu „plotki”, to zapomniałam już, że to w tej części Kamieńska nareszcie przyjęła oświadczyny Loszki, swojego wydawałoby się „wiecznego” chłopaka. Tak właściwie to z tymi oświadczynami będzie trochę przewrotnie ale w sam raz pasuje cała sytuacja do stworzonego przez autorkę charakteru Anastazji.

Do tego Moskwa, ponura jakaś a atmosfera złego przeczucia i jakiejś złowieszczości wiszącej w powietrzu zagęszcza się dodatkowo wraz z rozwojem akcji książki i tego co jako czytelnicy dowiadujemy się podczas lektury.

Muszę powiedzieć, że najwyraźniej książka czytana po raz drugi spodobała mi się bardziej skoro zmieniłam swoją ocenę i obecnie oceniam ją na 5.5 / 6.

 

No proszę, jednak udało mi się znaleźć informację kiedy czytałam ją pierwszy raz. Jedenaście lat temu, proszę, w tym krótkim wpisie o niej piszę. 

 

 

„Od oddechu do oddechu”. Wojciech Młynarski

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Książkę przeczytać mogłam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Swego czasu zasłuchiwałam się piosenkami autorstwa pana Wojciecha. Pamiętam, kiedy moi rówieśnicy słuchali czegoś zupełnie innego, ja włączałam zjechane już mocno kasety z piosenkami Wojciecha Młynarskiego. Część pamiętam do dziś. Teraz, nie będę kłamać, nie słucham ich aż tak często ale bywa, że z jakiejś przyczyny przypominam sobie tę czy inną piosenkę i ponownie odczuwam zachwyt nad aktualnością i mądrością danego tekstu.
Muszę powiedzieć, że możliwość poczytania tekstów Wojciecha Młynarskiego okazało się dla mnie wielką przyjemnością. Nie są to wszystkie teksty tego pieśniarza i autora tekstów, poety, nie waham się tak Go nazwać ale jest ich naprawdę dużo.

I nie ukrywam, że mimo, że wydawało mi się, że znam ich sporo to okazało się , że niektóre były dla mnie niespodzianką. Podczas czytania ich miałam ochotę sama do siebie powiedzieć „O rety, to tekst autorstwa Wojciecha Młynarskiego?”.

Teksty są rozmaite. Sporo z nich to oczywiście teksty prześmiewcze, niby na sytuację polityczną w kraju kiedy były pisane a jak wspominałam, zaskakująco aktualne i dzisiaj. Część z nich natomiast to piękne liryki, teksty poetyckie.

Przypomniałam sobie i albo pokiwałam głową nad aktualnością albo pośmiałam się albo wzruszyłam tekstami „Ballada o dzikim zachodzie”, „Lubię wrony”, „Wesołego powszechnego dnia”, „Kocham cię, życie!”, „Serce to jest muzyk”, „Zeszycik z pierwszej klasy”, „Wojna nigdy nie jest daleko”.

Jest też, co zawsze mówię, piosenka o mnie „Po co babcię denerwować”. 😛 Może i nie jestem jeszcze babcią ale to piosenka dla mnie.
Zbiór tekstów Wojciecha Młynarskiego „Od oddechu do oddechu” to wspaniała powtórka dla tych, którzy pana Wojciecha lubią słuchać i jego twórczość znają jak również dobry pomysł na prezent dla kogoś, kto dopiero się z nią zapoznaje lub ma taki zamiar.

Ponieważ ja w stosunku do Jego twórczości pozostaję bezkrytyczna a więc moja ocena to 6 / 6.  

„Siedem spódnic Alicji”. Joanna Jurgała-Jureczka

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań. (2017). Ebook. 
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa.

Nie znałam tej autorki i sięgnęłam po książkę zupełnie przypadkiem, przyznaję się. Kuszona tą Portugalią i Chorwacją w tle. Nie wiem czemu, spodziewałam się więcej akcji w tych miejscach. A otrzymałam dobry kawałek prozy obyczajowej, bez zadęcia do bycia czymś innym niż jest, niemniej jednak z akcją dziejącą się głównie w Polsce, na Dolnym Śląsku, w Stawiskach. W której to miejscowości bohaterka, Alicja , pracuje w dworze przerobionym na hotel.
W życiu Alicji dzieje się trochę. Poznajemy ją w chwili rozstania z arystokratą. A akcja kończy się…nie, nie napiszę jak ale według mnie autorka zdecydowanie pozostawiła miejsce na dalszy ciąg historii Alicji.

Akcja dzieje się w dworze kiedyś należącym do Niemców. W tle zaszłości historyczne tamtych czasów. Plus ciekawy obraz tego, co dzieje się obecnie w Polsce. Poznajemy galerię postaci (Alicja, pracownicy hotelu i odwiedzający go goście), dzięki którym dobrze widać obraz i tego podziału, który teraz ma miejsce w polskiej polityce i społeczeństwie, i tego, do czego może prowadzić zapiekłość, zacietrzewienie w dociekaniu kto jakie ma teczki, jakiego haka na kogo. Plus, wina, odżałowana szczerze bądź na pokaz? Nie wiem i to mi się podobało, że nie jest to wszystko wprost i łopatologicznie wyjaśnione, autorka pozostawia to do przemyśleń czytelnikowi. Wątek aktora i jego syna, aktora-celebryty jest według mnie najciekawszy i  nie wiem, dobrze to czy nie, ale miałam w pamięci konkretną osobę kiedy o tym czytałam. 

Dobra obyczajowa książka , która według mnie będzie miała swoją kontynuację.

Moja ocena to 4.5 / 6  

„Dziennik kasztelana”. Evzen Bocek

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2017). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski.
Tytuł oryginalny Denik kastelana

Na pewno ci, którzy sięgną po „Dziennik kasztelana” powodowani nadzieją, że będzie to coś jak Ostatnia Arystokratka tego samego autora odczują lekki zawód. Jednak ci, którzy lubią (ja tak mam) kiedy autor lubi zmieniać style, nastroje powieści nie zawiodą się.
W „Dzienniku kasztelana” jest śmiesznie, owszem ale nie jest to niekończąca się salwa niekontrolowanych napadów śmiechu jak w obu części opowieści o Arystokratce.
„Dziennik kasztelana” to po prostu powieść grozy. Klimat starego zamku, w którym dzieje się opowieść powoduje, że mamy wrażenie, że jest to czarna historia ze współczesnym tłem.
O wszystkim dowiadujemy się z dziennika kasztelana. Nowego kasztelana. Młodego człowieka, który przybywa z Pragi, w której przestał mieć wrażenie, że jakkolwiek się realizuje.
Niebawem przybędą do nowego kasztelana żona z pięcioletnią córeczką.
Akcja książki zaczyna się nieprzypadkowo w dniu 1 listopada i dzieje się przez późną jesień i zimę aż do wiosny.
Jest tak ,jak powinno być w powieści grozy. Mrocznie, straszno. Dzieje się wiele niewytłumaczalnych rzeczy a galeria postaci jest zaiste oryginalna.

Jak mówiłam, jeśli ktoś nastawi się na powtórkę „Ostatniej arystokratki” bądź „Arystokratki w ukropie” może czuć się zawiedziony. Ja tak się nie czuję, mnie się „Dziennik kasztelana” bardzo podobał. A że urywa się nagle, jak „Ostatnia arystokratka” , mam nadzieję na kontynuację opowieści.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

 

„Kot, który spadł z nieba”. Takashi Hiraide

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2016).

Przełożyła Katarzyna Sonnenberg.

Tytuł oryginału Neko no kyaku.

Bardzo, bardzo ładna książka. Taka ze spokojnym rytmem, wyciszonym. Znam osobę, która powiedziałaby „kiedy piszą, spokojny, niespieszny rytm, oznacza to nudy” ale ja nigdy tak nie uważam. „Kot, który spadł z nieba” zachwyciła mnie swoją właśnie niespiesznością, delikatnością, wschodnią subtelnością. To tak naprawdę książka o uczuciach czy wręcz namiętnościach ale napisana właśnie tak „wschodnio” czyli delikatnie i nie „wprost”.
Odnoszę wrażenie, że właśnie ta niejednoznaczność i niespieszność uwiodła mnie w tej książce najbardziej.
Miałam wrażenie, że czytając ją oglądam japońskie drzeworyty przedstawiające czy to różne pory roku czy też różne zwyczajne wydarzenia z życia dwójki bohaterów.
Narrator, mąż, którego imienia nie znamy (imienia żony również nie poznamy) opowiada nam o kilku latach z życia małżeństwa w wynajętym domku. I o poznaniu przez małżeństwo kogoś kto stał się dla tej pary niezwykle ważny, a mianowicie kotki Chibi. O której żona bohatera myśli jak twierdzi bohater , że „Myślała o niej jak o podarunku z jakiejś odległej krainy. Jak o upominku, który spadł z nieba”.
Tak naprawdę to książka nie tylko o kocie i uczuciach wobec niego. I chyba dlatego chwyciła mnie tak za serce i spowodowała wiele wzruszeń.

Moja ocena 5.5 / 6 

„Brunatna kołysanka”. Anna Malinowska

Wydana w Wydawnictwie Agora. Warszawa (2017). Ebook.

Tego rodzaju książki czyta się trudno. I pisze się o nich niezwykle trudno. Bo nie jest łatwo napisać coś z sensem. Nie jest też miła świadomość, że czyta się literaturę faktu.
„Brunatna kołysanka” Anny Malinowskiej to żmudna praca autorki, która w swojej książce skupiła się na opowieści o dzieciach, teraz już dorosłych. I o jednej dorosłej postaci, którą przywołuje niemal na każdej stronie. Mowa o prawniku Romanie Hrabarze.

Tytułem wstępu autorka opisuje pokrótce działalność i zasady panujące w ośrodkach Lebensbornu. Jak się okazuje (ja na przykład tego nie wiedziałam), ośrodki te zapewniły miejsce nie tylko niemieckim kobietom mającym rodzić dzieci dla Hitlera i przyszłości Rzeszy. Okazuje się, że działalność Lebensbornu dotykała również dzieci z krajów okupowanych. 
Wystarczyło być „czystym rasowo” aby stać się kuszącym towarem 😦 Przykro to pisać ale tak właśnie było. 

Naziści uprowadzali dzieci z terenów okupowanych i wpierw oddawali je do domów dziecka, pełniących rolę jakby „przechowalni” a następnie, oddawali do adopcji rodzinom niemieckim.

Autorka skupia się siłą rzeczy na dzieciach polskich chociaż niektóre historie i pochodzenie osób, o których pisze i z którymi  rozmawiała, dla samych dorosłych już dzieci, stanowi wciąż zagadkę. 
Niektóre dzieci miały udokumentowaną przeszłość, dokumenty, które po wojnie umożliwiły ich powrót do kraju ale niektóre nie i do dziś dnia nie wiadomo, które dzieci zostały za granicami Polski i nigdy nie dowiedziały się, że są właśnie Polakami.

Wspomniany Roman Hrabar to prawnik, który całe swoje życie poświęcił na to aby sprowadzić dzieci Polskie do kraju z powrotem. Włożył w to niesamowity trud i wiele pracy i praktycznie poświęcił swoje życie.

Anna Malinowska opisuje historie wielu dzieci. Smutne jest to, że praktycznie żadna z nich nie jest historią z jakimś optymistycznym zakończeniem. Bywało, że po wielu, wielu latach syn spotykał matkę i … nie umieli się dogadać.
Nawet jeśli dorośli już teraz ludzie założyli własne rodziny, przez całe życie towarzyszyło im poczucie niepewności, często nieumiejętność pokazania własnych uczuć najbliższym.

Niektóre dzieci pamiętały co nieco z przeszłości, własne rodziny. Inne jednak nie i dla nich często bywało szokiem, gdy okazywało się, że nie, nie niemiecka rodzina jest tą, która jest rodziną biologiczną. Dzieci te więc po raz kolejny zostawały przeniesione na nowe miejsce, w nowe środowisko. Które z kolei, traktowało je jak wrogów. Bowiem wszystkie one praktycznie po powrocie do Polski nie umiały języka ojczystego, mówiły jedynie po niemiecku i dla Polaków były Niemcami.

Niełatwe są to historie i lektura ciężka ogromnie, ale uważam, że to jedna z tych książek, które musiałam przeczytać i nie, nie żałuję ani chwili z lektury. 
Pozostawiła mnie ona natomiast z mnogością pytań, na które nie ma sensownych odpowiedzi. 
Jak to możliwe, że człowiek człowiekowi jest aż tak wrogi. Jak można dzieci traktować jak towar?
Czy w przypadku, w którym rodziny niemieckie były dla dzieci dobre (a bardzo dużo takich przypadków było) a rodzina dziecka w Polsce nie zajęła się nim i czekała je poniewierka po domach dziecka czy dalszej rodzinie, która przerzucała sobie dziecko jak niechciany pakunek, nie byłoby większym sensem zostawić dzieci w rodzinach, w których były szczęśliwe i przekonane, że to są ich mama, tata a często i rodzeństwo?
Czy da się żyć nie wiedząc wiele o swoich korzeniach, mając białą, czystą kartę z przeszłości? Jak w ogóle da się żyć z takim brakiem wiedzy i świadomości na własny temat?

Cieszę się też, że książka ta na swój sposób jest hołdem złożonym prawnikowi Hrabarowi, który jak pisałam, całe swe życie poświęcił na sprowadzanie dzieci do ich ojczyzny. Myślę, że to taka trochę zapomniana postać, o której przypomniała nam w swojej książce właśnie Anna Malinowska.

W książce znajdziemy też współczesne fotografie (i nie tylko współczesne) dzieci, już dorosłych, o których są opowieści. Jest też solidna bibliografia. 

Moja ocena to 5.5 / 6 

„Sto milionów dolarów”. Lee Child

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożył Jan Kraśko.
Tytuł oryginalny „Night School”.

Szczerze, to wolę książki z serii o Jacku Reacherze, w których Jack Reacher „sprząta” świat w Ameryce a nie, jak to nazywam, na gościnnych występach.

Nie inaczej było i w tej książce, która chociaż nie jest zła ale też nie wciągnęła mnie aż tak jak chociażby czytana rok temu „Zmuś mnie”, o której pisałam w tym wpisie.

Tym razem cofamy się w czasie i poznajemy historię Reachera z roku 1996. Jack otrzymuje medal a chwilę po jego otrzymaniu zostaje wysłany do szkoły. Jak się szybko orientujemy, ze szkołą nie ma to nic wspólnego a jeśli już, to ze szkołą życia.
W tej części w Ameryce akcja książki nie będzie się działa zbyt długo, szybko przeniesie się do Niemiec, do Hamburga. To portowe miasto przyciąga do siebie wszelkiej maści podejrzanych gości. Nie inaczej będzie tym razem ,a celem i zadaniem Jacka Reachera stanie się rozwiązanie podejrzanej przyszłej transakcji. Jacyś źli ludzie od innych złych ludzi chcą nabyć coś niewiadomego. Musi to być jednak dla nich cennego gdyż są w stanie zapłacić za to cenę „stu milionów dolarów”.  Jack Reacher podchodzi do sprawy ambicjonalnie i sam oferuje się, że rozwiąże zagadkę co stanowi przedmiot owej transakcji.

Nie jest to najgorsza opowieść o Jacku Reacherze ale też nie uznaję jej za najlepszą.

Trochę zaczynam się obawiać, że autor stanął niejako pod ścianą. Jack Reacher jakby nie było, ma 57 lat, i , chociaż wierzymy, że były wojskowy wciąż jest w formie i wysportowany i ma siłę na naparzanki i ratowanie świata i dobrych ludzi, niemniej jednak wiemy też, że chwila i zacznie to brzmieć co najmniej zabawnie. A co wtedy? Czy będziemy poznawali coraz więcej spraw z przeszłości Reachera? To dobre pytanie, które zadaję sobie i zastanawiam się jak z tego wybrnie Lee Child.  

Moja ocena 4.5 / 6