„Trąf, trąf, misia, bela”. Dagmara Andryka

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Trąf, trąf, misia, bela…”, kto z nas nie zna tej dziecięcej wyliczanki? Ręka w górę, kto ją recytował niejeden raz. 
Ta dziecięca wyliczanka jednak w rezultacie okaże się złowieszcza a nie radosna i kojarząca się z zabawą. A jeśli z zabawą to z zabawą, którą wymyśla jakiś naprawdę zły człowiek a może i zaburzony umysł jest w stanie na coś takiego wpaść.

Tytułem wyjaśnienia, nie czytałam poprzedniej książki Dagmary Andryki pod tytułem „Tysiąc”. Nie wiem więc co dokładnie zdarzyło się w pewnym przedziwnym miasteczku, w którym przebywała w poprzedniej książce bohaterka, Marta Witecka, dziennikarka. Która to pojawia się i w „Trąf, trąf, misia, bela”. Można czytać oczywiście tę książkę bez znajomości pierwszej, wspomnianej przeze mnie, ale na pewno dobrze byłoby wiedzieć, co tak naprawdę zdarzyło się w życiu bohaterki.

Marta Witecka na wieczorze autorskim związanym z promocją jej książki spotyka kobietę, która prosi ją o pomoc. Anna Kleynocka prosi Witecką o przeprowadzenie czegoś w rodzaju prywatnego śledztwa. Albowiem policja, która powinna się zająć dochodzeniem,nie widzi z wydarzeniach niczego co stanowiłoby podstawę do sądzenia, że mamy do czynienia z przestępstwem. Ot, dzieją się nieszczęśliwe wypadki. 
A rzecz dotyczy grupy przyjaciół. Grupa ta w lecie 1984 roku na obozie sportowym w Trzciance zawiązali coś na kształt tajnego stowarzyszenia. Nastolatki, daleko od domu, domy różne, najczęściej mocno problematyczne dzieciństwo, i nagle możliwość stworzenia zamkniętego kręgu, który jest nacechowany hermetycznością i czymś na kształt elitarności.
Mijają lata, jest już początek roku 2014 kiedy to właśnie kobieta należąca ongiś do grupy prosi Martę Witecką o pomoc.
Grupa nie utrzymywała mocno ścisłych kontaktów niemniej jednak przez te dziesiątki lat jej członkowie kontaktowali się ze sobą.
A teraz zaczyna się dziać coś bardzo złego, bo dwóch członków grupy ginie w tajemniczy sposób. Wydaje się, że jest to zbieg nieszczęśliwych okoliczności, w których nie uczestniczyły osoby trzecie. Niemniej jednak dawno temu, w Trzciance, działo się coś, co teraz zaczyna się wracać w niedobrych konsekwencjach. A członkowie dawnej grupy zaczynają się bać , że dziecięca wyliczanka bardzo szybko spowoduje kolejne śmierci. 

Marta Witecka godzi się na współpracę z Anną, poznaje resztę członków grupy i rozpoczyna się dziwna i bardzo niebezpieczna gra z mordercą. 
Ta książka niestety, była dla mnie zbyt ciężka swoją tematyką, tym, co tak naprawdę działo się na owym obozie sportowym i tym jak opisane zostały konsekwencje w życiu poszczególnych członków stowarzyszenia. Trochę mnie nawet to wszystko zmęczyło , niemniej jednak mogę to też położyć na karb tego, że ostatnio nie czytam kryminałów, chyba poczułam, że nastąpiło w moim czytelniczym życiu przesycenie nimi.

Niemniej jednak plus za oddanie nastroju grozy i świadomości tego jak okrutne potrafią być nastolatki, często jeszcze dzieci a nie już osoby dorastające. I jak dużo zła może ciągnąć się za człowiekiem. Zwłaszcza tego zła, za które nikt nie ponosi konsekwencji.

Moja ocena to 4 / 6. 

 

„Właśnie dziś, właśnie teraz”. Karolina Wilczyńska

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2017). Ebook.

Żyj teraz, żyj chwilą. nie czekaj na coś, co nie ma sensu. Nie wytracaj swojego życia na czekanie. Pamiętaj,że życie toczy się właśnie dziś, właśnie teraz. Takie przesłanie płynie z książki jednej z moich ulubionych autorek książek, jaką jest Karolina Wilczyńska.

W tej książce autorka nie pieści się ze swoimi bohaterkami. O nie. Jest surowa.:) Oto trzy kobiety, wydaje się, że gdyby nie pewne złe wydarzenie, ich drogi raczej nigdy by się nie przecięły. Tyle różnic między nimi. Każda z nich jest inna, każda wiedzie inne życie, każda ma inny status materialny, zawód, sytuację rodzinną. I każda z nich powinna się „otrząsnąć” i dać sobie samej szanse. Na swój sposób mimo, że tyle je różni łączy te trzy kobiety o wiele , wiele więcej niż kiedykolwiek by się chciały do tego przyznać.
Jak napisałam, połączy je niedobre wydarzenie, które na każdej z nich odciśnie piętno ale też właśnie stanie się początkiem ich znajomości. Znajomości niedługiej, bo około półrocznej ale bogatej w wydarzenia i w naukę jaką sobie, chyba nieświadomie, jedna drugiej zafunduje wzajemnie.

Czy podobała mi się ta książka Karoliny Wilczyńskiej? Tak. Pomimo, że , co napisałam na początku, nie rozpieszcza swoich bohaterek. Czuje się jej palec karny wiszący nad trzema kobietami, Sonią, Sabiną i Bronisławą i nieme ostrzeżenie, że za to, że każda z nich najmniej myśli o sobie a tylko o innych, tłumacząc każdy błąd najbliższych , zapłacić może najwyższą cenę. 

Karolina Wilczyńska pisze książki obyczajowe,dziejące się właśnie „tu i teraz”. Obok. Tak, obok trwa takie właśnie życie, z takimi właśnie bohaterkami, jak je opisuje. To zwykłe życie a czasem niezwykłe, bo pozwoli spotkać się jej bohaterkom w niecodziennej sytuacji i przeżyć coś wzruszającego czy dobrego. 
Ja nad tą książką uroniłam nawet kilka łez.

Bardzo polecam.
Moja ocena to 5.5 / 6 

„Francuska opowieść”. Krystyna Mirek

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2015).

Może nie czytałam wszystkich do tej pory wydanych u nas książek Krystyny Mirek ale te trzy, które już mam za sobą bardzo mi się podobały. Dlaczego? Bo lubię styl opowieści autorki. Bo podoba mi się jakaś taka delikatność w stosunku do bohaterów przez nią wykreowanych. I to, że kiedy czytam jej książki wydaje mi się, że sama autorka lubi po prostu ludzi. 
No i , co świetne, jej książki kończą się dobrze. Tak, czasem mam ochotę poczytać coś, co kończy się dobrze.
We „Francuskiej opowieści” jest nawiązanie do książki „Szczęście All Inclusive” (pisałam o niej w tym wpisie) ale lekkie, praktycznie można spokojnie czytać to jako osobną powieść. 

We „Francuskiej opowieści” poznajemy losy Bereniki, zwanej przez wszystkich Beatą, i jej narzeczonego, Jakuba ale nie tylko ich. We Francji, dokąd za sprawą pracy trafią młodzi ludzie, poznajemy jeszcze Aleksa i Oliwię.
Każdy wiek ma swoje plusy i minusy. Młodość ma to do siebie, że niesie ze sobą obietnicę , że jeszcze „wszystko przed nami”. Wiek późniejszy z kolei pokazuje jak wiele możemy nauczyć się poprzez własne doświadczenia. Obyśmy tylko umieli wynieść z tego właściwą lekcję dla siebie samych.

Większość akcji książki dzieje się na terenie francuskiej winnicy ale równie dobrze mogłaby się dziać w jakimkolwiek polskim mieście bowiem nie Francja jest tu najważniejsza a ludzie, ich losy, ich emocje i to jakich dokonują wyborów. Jest też trochę wzruszenia podczas lektury.
Moja ocena to 5 / 6 

„I że ci nie odpuszczę”. Joanna Szarańska

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2016).

Biorę udział w rozmaitych konkursach książkowych organizowanych na Fb. Szczerze, to pewnie moje bractwo 😛 podpada już pod kategorię „nałóg” ale co tam. Nikogo przy tym nie krzywdzę a raz na jakiś czas udaje mi się nagrodzić czy to samą siebie czy Jaśka (już dwie książki Mu wylosowaliśmy, raz On sam bo sam udzielił odpowiedzi, którą zapisałam i między innymi ta się spodobała, raz ja jemu wygrałam). 

No więc tak. Nie sięgnęłabym po tę książkę najprawdopodobniej gdyby nie konkurs na stronie Joanny Szarańskiej właśnie. W konkursie to którym wzięłam udział i udało mi się wygrać tę właśnie książkę.
I co? I okazało się , że miałam przy niej dużo radości. Bo akurat potrzebowałam tego typu książki. Lekkiej i zabawne. Jak opisuje ją samo wydawnictwo jest to „kryminalno-romantyczna komedia”. I tak, zdaję sobie sprawę, że pewnie są tacy, którzy stwierdziliby, że dla nich ta książka jest „zbyt” lekka. U mnie spełniła swoje zadanie. Sprawiła, że miałam przy niej udany czas, pośmiałam się, pokibicowałam bohaterce i polubiłam ją do tego stopnia, że teraz mam zamiar nabyć dwie kolejne książki z cyklu o Kalinie. 

To piękne imię nosi bowiem bohaterka książki „I że ci nie odpuszczę”. Poznajemy ją w chwili dość dramatycznej gdy niedoszły mąż stawia Kalinę w tak nieprzyjemnej sytuacji, że do ślubu nie dochodzi. Nic tu teraz nie spoileruję bowiem o tym, że do ślubu nie dojdzie wiemy z okładki książki. 

Ale co dalej? Można siąść i płakać. Można. Można też na swój sposób zafundować sobie przyspieszony kurs dochodzenia do siebie po tym, jak niedoszły mąż okazał się beznadziejny.

Kalina postanawia wykorzystać prezent, jaki dotarł już po ślubie, który nie doszedł do skutku i jedzie do luksusowego SPA aby tam zadbać o swoje ciało i przynajmniej w ten sposób się porozpieszczać. A tam zacznie się cała komedia bowiem w starym dworku , w którym mieści się SPA Kalina spotka sympatyczne i oryginalne osoby, z którymi się zaprzyjaźni. 

Jak mówię, mnie ta książka pozwoliła się zrelaksować, rozbawiła i jak napisałam, pozwoliła na tyle polubić bohaterkę , że sięgnę chętnie po kontynuację jej losów 🙂

Moja ocena 5 / 6.  

Wielki plus dla Wydawnictwa za „O autorce”. Nieco inne ujęcie opisu postaci Joanny Szarańskiej, co mnie ujęło bo te typowe „notki” o autorach na ogół jakby klepane na jedno kopyto a tu jakiś inaczej, przyjemniej i skupienie się na Szarańskiej autorce i człowieku a nie matce, żonie i właścicielce psa (chociaż to oczywiście również jest wspomniane). 

Nie tak zupełnie nieoczekiwanie…

…ale jednak jak zwykle znienacka – nadciągnęła wiosna!

Ponieważ wygrałam w konkursie książkę, w warszawskiej „Księgarni Autorska” , ruszyłam się dziś do centrum stolicy. Ci, którzy mnie dobrze znają, że jak nie muszę, to tam się nie ruszam, bo nie lubię. Jest dla mnie zbyt tłoczno, zbyt hałaśliwie. No, ale wygrana a w tym tygodniu jedynie dzisiaj mogłam pojechać, więc…
Na dworze znienacka otoczyła mnie wiosna. Spodziewałam się jej patrząc na termometr przed wyjściem ale zachwyt, że nagle powietrze z chwili na chwilę zrobiło się inne ( i nawet jakby nie czuć smogu) i jakieś takie ożywienie w powietrzu i dookoła. Ludzie się porozbierali (oczywiście, nie tak do końca;) , pozdejmowali szale i czapki, rozpięli płaszcze. Jakiś taki radośniejszy nastrój w powietrzu się unosi. Myślę, że sporo osób zmęczonych już jest zimą, która w tym roku potrwała. A już ci, którzy jak ja , zimy zwyczajnie nie lubią, oczekują już zmiany pory roku.
A jak już po wyjściu ze swoją odebraną nagrodą (książka i kubek ) i oczywiście, przecież mnie znacie, kilkoma dodatkowymi książkami, zobaczyłam mazurka, który krzątał się w tłumie kotłujących się przed galerią handlową, i dygał w dziobie puszek , piórko bądź coś tam innego co tylko mazurki uważają za przydatne do budowy gniazda, śpieszę Wam donieść, że …wiosna za pasem. Wiem, wiem, że jeszcze pewnie i mróz nas postraszy i kto wie jak to będzie ze śniegiem ale psychicznie nastawiłam się właśnie na wiosnę i na to, że idzie lepsze, optymistyczne i w ogóle samo dobro.
Czego sobie i Wam oczywiście życzę jak również spokojnego , dobrego tygodnia.  

„Przekonaj mnie, że to ty”. Anna Karpinska

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2016). Ebook. 
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa.

To moje pierwsze spotkanie z książką tej autorki i powiem , że było ono całkiem udane.
Książka jest narracją dwóch bohaterek : mamy, Urszuli, kobiety chwilę przed pięćdziesiątymi urodzinami i jej córki, Edyty,która ma nieco ponad dwadzieścia lat.
Poznajemy je w sytuacji smutnej bo po śmierci męża i taty.
Co mi się podobało, to to, że w swojej książce autorka dała głos dwóm kobietom i tej młodej i tej starszej. I uczyniła je tak samo ważnymi bohaterkami. Które jednak tak samo marzą o tym aby w ich życiu poukładało się na dobre i aby mogły spełniać swoje marzenia. A życie nie jest idealne. Matka zostaje młodą wdową, prowadzi pensjonat w Krynicy Morskiej ale to nie spełnia z czasem jej oczekiwań. Córka po maturze nie idzie na studia czego oczekiwała Urszula a raczej szuka swojej drogi życiowej. 
W „Przekonaj mnie, że to ty” poznamy galerię postaci, które będą ważne dla Urszuli i Edyty. Nie zawsze będzie wesoło i miło. Wydarzą się sprawy, które niekoniecznie zakończą się dobrze ale takie jest życie. 
Matka i córka po śmierci męża i ojca zbliżą się do siebie chociaż droga do tego zbliżenia nie będzie ani łatwa ani szybka.
Obie też postanowią powalczyć o własne szczęście osobiste. Bo każda z nich przecież na nie zasługuje.
Autorka umiejscowiła sporą część akcji książki w Alicante, w Hiszpanii. Ale nie jest to książka z cyklu „wyniosła się do ciepłego kraju i żyła długo i szczęśliwie”.
Mnie się ta książka podobała bo jak piszę, cieszyłam się, że nie opowiadała tylko o młodej osobie na początku drogi życiowej ale również ważną uczyniła kobietę starszą nieco i nie odmówiła jej prawa do powiedzenia na głos, że coś jej nie pasuje,że nie czuje się do końca szczęśliwa bądź zrealizowana w miejscu życiowym, w którym jest.

Moja ocena to 4.5 / 6 

 

 

„Płyń z tonącymi”. Lars Mytting

Wydana w Wydawnictwie Smak Słowa. Sopot (2016). Ebook.

Przełożyła Karolina Drozdowska.

Tytuł oryginału Svøm med dem som drukner.

Jak to bywa z dobrymi książkami? Najczęściej przechodzą niezauważenie. Nie wiem, czy państwo od promocji wychodzą z założenia, że dobre samo się „obroni” a złe trzeba wypchnąć wszelką drogą na księgarniane półki czy też może kierują się inną drogą. Dość, że nauczyłam się, że naprawdę dobre książki polecają mi po prostu inni czytelnicy. „Płyń z tonącymi” polecały mi dwie znajome, które , to ciekawe , chyba mają odmienny gust książkowy (a na pewno jedna, tu uśmiech w stronę T. 🙂 ). Ale ciągle coś tam aż w końcu trafiłam na dobrą książkową promocję. Skorzystałam a książka wciąż czekała na lepsze jutro. Aż w pewnym miejscu pomarudziłam na to, że brak mi takiego książkowego zachwytu , że owszem czytam dobre książki ale chciałabym poczuć takie bicie serca, które odczuwa się przy naprawdę dobrych książkach. No i znów polecono mi tę książkę. Zaczęłam i …wpadłam w jej sidła. Jest to książka na pewno grubsza a mimo to czytało mi się ją dobrze (jak pamiętacie a może nie, ostatnio nie jestem miłośniczką książek bardziej konkretnych objętościowo ). Jeszcze tylko dodam, że gdy już ją czytałam, natrafiłam w sieci na czyjś wpis na jej temat, w którym to wpisie autorka skarżyła się, że „Płyń z tonącymi” mocno ją zawiodła i zastanawia się skąd te zachwyty. Tu z kolei zaczęłam zastanawiać się ja, jak to jest, że coś co nas tak zachwyci nie zachwyci z kolei kogoś innego. I bądź tu mądry człowieku ! „Płyń z tonącymi” to książka, która faktycznie, niekoniecznie musi spodobać się każdemu. I nie będę tu tworzyła nadmuchiwanych teorii, że spodoba się „bardziej wyrobionemu” czytelnikowi bo nic mnie tak nie drażni niż takie szufladkowanie czytelników a spotykam się z takowym. Nie, po prostu to jest taka książka, która się spodoba albo nie i nie ma co dorabiać do tego teorii.

Może to już faktycznie było kilka razy, nie przeczę. Czyli motyw bohatera książki, który to bohater stanie na wprost tajemnicy rodzinnej, sekretów niekoniecznie miłych uchu a przemilczanych przez najbliższych ze względu na miłość tych bliskich do bohatera. I co z tego? Lars Mytting zabiera się za nimi znany temat a pracuje nad nim na swój własny sposób. Nie sposób u autora „Porąb i spal” nie odkryć i w tej książce jego fascynacji drewnem i ogromnej wiedzy na ten temat bowiem w „Płyń z tonącymi” motyw drzewa i drewna odegra bardzo ważną rolę ,jedną z najważniejszych. Ale tak poza tym to książka o tak wielu ważnych w życiu człowieka sprawach. O rodzinie. Jej sile. O miłości. O wojnach, które nigdy nie prowadzą do niczego dobrego. O tym, że człowiek czasem czuje się tak, jakby nie mógł ruszyć się z pewnego punktu w swoim życiu bez wiedzy na temat swojej przeszłości i korzeni.

To książka ze smutną przeszłością w tle ale według mnie niosąca optymizm i nadzieję na to, że właśnie,zawsze da się ruszyć z punktu, w którym jak się nam wydawało, utknęliśmy. I to jedna z tych książek, które utwierdzają mnie w coraz to silniejszym z biegiem lat przeczuciu, że wiedza o naszej przeszłości stanowi solidny fundament dla naszego życia współczesnego. I że jaka by nie była prawda o tym co działo się w życiu naszych przodków, dobrze jest tę wiedzę posiadać.

Moja ocena to 5.5 / 6.

Wszystkiego Najlepszego w…

…Międzynarodowym Dniu Języka Ojczystego.

Pamiętajmy, że nasz język polski jest piękny. Bo jest. I wciąż uczę się nowych słów , takich jak „pozaprzeszły” , słówko poznane dwa lata temu 😉 
Pamiętajmy też i miejmy tego świadomość, że jesteśmy niesamowici. Władamy bowiem jednym z najtrudniejszych języków świata , ha 😉 A jeśli to w nie wierzycie, trudno, Wasza sprawa. Sprzeczać się nie zamierzam. Dopiero widząc zmagania Jaśka na polu nauki języka polskiego zdałam sobie sprawę jak naprawdę nasz język jest trudny. I jak powinniśmy być z siebie dumni, że umiemy nim władać poprawnie.

Czy macie jakieś ukochane słowo w naszym języku?

Moje jest nie dość, że raczej międzynarodowe, to jeszcze dodatkowo zdecydowanie brak mi przy wyborze obiektywizmu 😉 ale jest to oczywiście „Mama”.
A drugie, ha, nie zgadniecie, „skwer” 🙂

Podzielcie się swoimi językowymi miłościami i skarbami, proszę.  

„Zapach czekolady”. Ewald Arenz

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyła Agnieszka Gadzała. 
Tytuł oryginalny Der Duft von Schokolade.

Bardzo przyzwoicie napisana książka, z gatunku „czytadło”. Która nie aspiruje do udawania czegoś innego niż jest a mianowicie romansu w Wiedniu 1881 roku i nieco później. Romansu napisanego w sposób nieco przewrotny bo zmysły podkreślone tam to zmysł węchu, wzroku i smaku. Ale opisuje i zmysły te fizyczne, bo dzieje się tam namiętnie. 
Dlaczego tak zastrzegam, że książka jest jednak wciąż raczej czytadłem ? Ano dlatego, że ze zdziwieniem odkryłam, chcąc dać notę na serwisie Biblionetka, że oprócz mojej , dobrej , jest tam jedna i to kompletnie zła.
Nie wiem, być może oczekiwania tamtego czytelnika bądź raczej czytelniczki, okazały się na wyrost bądź zupełnie inne niż moje. Ja otrzymałam nawet więcej niż się spodziewałam.
Zmysłową ale nienachalną w tej zmysłowości opowieść o miłości dwójki bohaterów. Którym towarzyszy tytułowa czekolada. O, nie jest to książka, którą łatwo jest czytać bez czekolady obok siebie 🙂 Opis słodkości a zwłaszcza pralinek wytwarzanych przez bohatera jest tak kuszący i opisany w sposób mistrzowski, że aż chce się jechać natychmiast do sklepu z czekoladą i uzupełnić lekturę paroma czekoladkami. 
Mnie podobał się styl pisania, język, bardzo plastyczny i taki dodający książce klimatu , zdecydowanie pasujący do treści. Co prawda mnie w pewnej chwili autor nie zaskoczył, było dokładnie tak jak sadziłam, że będzie ale nieważne, całość bardzo przyzwoita i jako prezent na Walentynki, zdecydowanie się udała.
Moja ocena to 5 / 5.  

„Lady Day śpiewa bluesa”. Billie Holiday, William Dufty

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2017). 

Przełożył Marcin Wróbel.

Tytuł oryginału Lady Sings the Blues

Książka ta ukazała się w Serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarne.

Książka jest prezentem dla mnie od tłumacza, któremu tą drogą dziękuję po raz kolejny za jeden z najlepszych prezentów jakie są na świecie, czyli właśnie – książkę. Kto się nie zgadza , trudno, jego sprawa 🙂

Taki wstęp lżejszy bo potem już nie jest tak lekko i zabawnie. 
„Lady Day śpiewa bluesa” to bowiem książka smutna. Tak. Szczęśliwie przetłumaczona bardzo dobrze, co pozwoliło mi po prostu skupić się na jej treści. I na nieustającej walce z coraz bardziej przygnębiającymi myślami nachodzącymi mnie podczas lektury.

A myśli te można sprowadzić do tego, że smutny jest fakt, że ktoś obdarzony tak niezwykłym talentem , samouk, nazwijmy to po imieniu, który mógł osiągnąć tak wiele, był przez los i innych ludzi tak źle traktowany i marginalizowany tylko dlatego, że był ciemnoskórą dziewczynką, potem kobietą, która urodziła się jako dziecko dzieci można powiedzieć bowiem jej matka rodząc ją miała lat trzynaście a tatuś niewiele więcej bo piętnaście.

Mam wrażenie, że ta autobiografia, opowieść Billie Holiday o jej życiu miałaby szanse mieć zupełnie inne zakończenie gdyby urodziła się jako biała dziewczynka w bogatszej rodzinie.
Wiem, że zwykło się mówić, że można wziąć sprawy w swoje ręce i zmienić bieg losu, niemniej jednak kiedy się czyta jej opowieść , wierzcie mi, można w to zdecydowanie zwątpić.

Nie mogę powiedzieć aby sama Billie brzmiała jako osoba zgorzkniała. Nie. Można nawet powiedzieć, że mimo tego wszystkiego, co ją spotkało, cieszyła się życiem. Ale czytelnik, wiedząc jak krótko żyła i co było powodem jej śmierci ma świadomość, że najprawdopodobniej często jest w tej książce prezentowana postawa „dzielnej na wyrost”. Albo być może ja tak to postrzegam.

Bywa, że czyta się książki z kulinariami w tle i nieustannie się podjada. Albo przynajmniej podczas lektury ma się wrażenie ciągłego głodu. Podczas lektury tej książki (poszczególne rozdziały książki noszą tytuły przebojów śpiewanych przez Lady Day) czytelnik (a przynajmniej – ja) odczuwa wręcz przymus słuchania piosenek śpiewanych przez Billie Holiday.
I może dzięki temu słowa na papierze brzmią często jeszcze bardziej dramatycznie czy przygnębiająco prawdziwie. 

Polecam. 
Moja ocena to 5 / 6