No dobrze, to co z książek znaleźliście pod choinką??
„Aksamitny Królik”. Margery Williams.
„Czyli jak zabawki stają się Prawdziwe”.
Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017).
Przełożyła Barbara Grabowska. Współpraca Dorota Koman.
Tytuł oryginału The Velveteen Rabbit.
Ilustracje William Nicholson.
A więc jednak pomyliłam się w poprzednim wpisie myśląc, że 137 to liczba książek przeczytanych w roku mijającym. Dochodzi jeszcze ta książka, którą właśnie przed chwilą przeczytałam Jasiowi ( i P. ).
Nie ukrywam, że nie znałam tego tytułu i skusiła mnie promocja wydawnicza ale również fakt, że przy książce pracowała Osoba, której zdanie na temat książek jest dla mnie ogromnie ważne i często wręcz decydujące czyli pani Dorota Koman sprawiło, że Mikołaj w tym roku dołożył tę właśnie książkę.
Jest to piękna historia. Nie za długa, ot w sam raz na półgodzinne niespieszne czytanie w rodzinnym czy zaprzyjaźnionym gronie. I piękne, wzruszające zakończenie. Które jak to ja odczytuję na wielu poziomach.
Aksamitny Królik pojawia się w domu pewnego Chłopca w czas Bożego Narodzenia i staje się dla Chłopca kimś tak kochanym, że zmienia go to w Prawdziwego. Aksamitny Królik czekał na tę chwilę bardzo bo o tym, że to ważne dowiedział się od sędziwego mieszkańca dziecięcego pokoju czyli Zamszowego Konia. Zamszowy Koń ongiś wyjaśnił Aksamitnemu Królikowi na czym polega bycie dla dziecka Prawdziwym. To chwila, kiedy twój wygląd się zmienia. Od częstego przytulania i ściskania w radosnych bądź trudnych chwilach przez dziecko, wyciera ci się futerko. Twoje oczy tracą blask od upływu wspólnych lat. Twój kolor staje się wyblakły od wielu godzin spędzanych z dzieckiem wśród traw ogrodu w leniwe, piękne poranki i popołudnia. To są te szczęśliwe chwile, które dodają ci lat, ubywa ci uroku ale wciąż wiesz, że dostajesz coś najważniejszego na świecie. Miłość i wspólny czas.
Potem jednak bywa, że wspólny czas kończy się z jakichś powodów. W książce opisany jest jeden konkretny ale przecież jest ich większa możliwość.
I wtedy zabawki odchodzą. Na inny poziom bycia Prawdziwymi.
Ja, o czym już napisałam, odbieram tę książkę na poziomie „odejścia, straty, śmierci” i przejścia na jakiś inny poziom. Ale oczywiście nie musi tak być. Może to jednak przynajmniej metafora straty, która jest nieodwracalna. Straty czy to fizycznej czy straty na innym poziomie. Wydoroślenia, odejścia w świat już nie „dziecka”, kiedy żegnamy się z pewnym podejściem do życia, do świata, do ludzi, z pewną beztroską (zakładam dzieciństwo dobre). Potem, o czym wiemy, wróci się nam przynajmniej część z tego za sprawą naszych własnych dzieci ale dopóki tak się nie stanie.
Niewiarygodne, jak wiele mądrej i prawdziwej treści umie oddać w niewielkiej objętościowo książce dobry autor. Naprawdę, nie trzeba zarzucać słowami aby oddać to, co ważne. Zastanawiam się jak książkę odbiera Jaś bo nie wzruszył się tak jak ja i P., którzy, a niech to, napiszę to wprost, popłakaliśmy się w końcówce książki. Spytałam się Jasia za co podoba Mu się ta książka. Powiedział, cytuję , że za to, „że na końcu (uwaga SPOILER) Wróżka zamienia Aksamitnego Królika w Prawdziwego Królika bo On (Jaś) lubi króliki”. Może kiedyś odkryje i inne warstwy tej niezwykle mądrej książki dla dzieci i dorosłych , na razie cieszę się, że po prostu literatura sprawiła Mu radość jako słowo i treść.
Moja ocena to oczywiście (muszę przemyśleć ten system ocen) 6.5 / 6.
Moje podsumowanie książkowe mijającego roku
Przeczytałam 139 książek.
Nowości w sensie gatunków, po które sięgnęłam (romans osadzony w przeszłości) , fantasy, literatura popularnonaukowa jak i autorów, których do tej pory nie czytałam bądź zapomniałam o tym, że kiedyś coś ich czytałam (Richard Paul Evans, G. Musso).
I tak oto nowe autorki i autorzy, po których książki sięgnęłam w tym roku to : Magdalena Kordel, Regina Brett, Joanna Szarańska, Richard Paul Evans, G. Musso, Liane Moriarty, Katarzyna Misiołek, Beata Majewska, Ewa Nowak, Mariusz Szczygieł, Agata Kołakowska, Anna Karpińska, Jolanta Kosowska, Alina Białowąs, Anna Sakowicz, Wioletta Grzegorzewska.
Był to też rok bardzo wielu naprawdę dobrych książek, o czym świadczyć może fakt, że zaczęłam rozważać zmianę systemu oceniania skoro wielokrotnie „podarowałam” książce ponad sześć gwiazdek w …sześciogwiazdkowym systemie oceniania.
I tak zachwyciłam się poezją Doroty Koman czyli tomem zebranym wierszy pod tytułem „Maszyna do czytania”.
Świetne okazały się dwie książki autorek, które już znam z książek, czyli Anny Fryczkowskiej jej „Żony jednego męża” i kryminał Ałbeny Grabowskiej „Ostatnia chowa klucz”. Kryminalnie nie zawiodła mnie Donna Leon i jej „Gra pozorów” i Aleksandra Marinina i „Życie po życiu”.
Wypiszę teraz inne tytuły, które mnie zachwyciły i o których pisałam w samych superlatywach.
„Książka o czytaniu” – Justyna Sobolewska, „Kot, który spadł z nieba” – Takeshi Hiraide, „Pięć minut Raisy” – Agata Kołakowska, „Deja vu” – Jolanta Kosowska, „Zwykłe niezwykłe życie” – Dorota Sumińska, „Dziewczyna z pociągu” – Paula Hawkins.
Następne to „Chwila na miłość” – Joanna Stovrag, „Matka Polka feministka” – Joanna Mielewczyk, „Niebo nad Rzymem” – Magdalena Giedrojć, „Pocztówki z Grecji” – Victoria Hislop, „Guguły” i „Stancje” – Wioletta Grzegorzewska, „Dziecku śniegu” – Eovyn Ivey (zachwyt roku).
Inne to „Równanie miłości” – Simona Sparaco, „Oaza spokoju” – Agnieszka Nietresta-Zatoń, „Dwie karty” – Agnieszka Hałas, „Dachołazy” – Katherine Rundell (książka dla dzieci i młodzieży, którą polecam nie tylko czytelnikom w tym wieku), „Tajemnicze życie grzybów” – Robert Hofrichter (fascynująca pozycja popularnonaukowa), „Przeznaczenie, traf, przypadek” – Jacek Cygan, „Aleja Siódmego Anioła” – Renata Kosin, „Cztery płatki śniegu” – Joanna Szarańska, „Dom pod biegunem” – Dagmara Bożek-Andryszczak i Piotr Andryszczak, „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” – Magdalena Knedler, „Anioł do wynajęcia” – Magdalena Kordel, „Nasze kochane święta” – Iwona Poczopko, „Ludzie z Placu Słońca” – Aleksandra Lipczak..
Zawody książkowe? Chyba jedynie dwa takie prawdziwe i serio nie do strawienia. (Według mnie, przypominam, według mnie). To wiersze Rupi Kaur w zbiorze pod tytułem „Mleko i miód” i „Rok na Majorce” Anny Klary Majewskiej.
Spodobały mi się książki Joanny Szarańskiej, Aliny Białowąs, Jolanty Kosowskiej.
Czego sobie życzę na następny rok „książkowo”? Aby było przynajmniej tak samo dobrze jak w tym roku a nie gorzej 🙂 I żebym mogła przeczytać równie dużo książek, co w tym roku.
„Bardzo biała wrona”. Ewa Nowak.
Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa ( 2017). Ebook.
Niestety ale przedświąteczny czas nie sprzyja długim wpisom natomiast wiem, że muszę odnotować na blogu tę książkę bo uważam ją za naprawdę bardzo dobrą.
Ewa Nowak nie boi się w swoich książkach poruszać tematów cięższych czy niepopularnych i nie inaczej jest w tej książce. „Bardzo biała wrona” to opowieść o uwikłaniu się nastoletniej Natalii w toksyczny związek ze starszym o dwa lata Norbertem.
Teoretycznie wydaje się, że taki chory związek nie ma racji bytu, że pewne zachowania potencjalnego partnera ostrzegają niemal na samym początku znajomości, że „łatwo” to wyłapać ale oczywiście gdyby tak było, żyłoby się wielu osobom łatwo. Ale, że tak nie jest , stąd przypuszczalnie spory procent związków w ten czy inny sposób toksycznych.
Natalia zaczyna naukę w liceum i już samo to jest pewnym jakby nie było wyzwaniem i sytuacją, w której potrzebuje wsparcia ze strony najbliższych. Tak się jednak nie dzieje bo traf chce, że w niemal tej samej chwili jej rodzice rozpoczynają trudną drogę adopcji czteroletniego Marka. Nowy członek rodziny zjawia się niemal w tej samej chwili gdy Natalia zaczyna licealną naukę a dodatkowo okazuje się, że pies rodziny źle reaguje na zmiany i w życiu Natalii na raz dzieje się zbyt wiele. A także zbyt mało uwagi i wsparcia ze strony rodziców. Tę chwilę niemal idealnie wyłapuje Norbert i rozpoczyna swoją „grę” i oplątywanie emocjonalne Natalii. Dobór środków, metod szantażu i psychicznej przemocy ma dobrany niemal idealnie.
Bardzo dobrze oddany jest tu rozwój takiej chorej znajomości od początku aż do…no, nic więcej nie będę pisać, niech każdy przekona się o co chodzi.
Ja czytałam tę książkę bardzo „łapczywie” chcąc się przekonać co będzie się działo z Natalią i czy uda się jej wyzwolić. Lekturze towarzyszyło nieprzyjemne poczucie niepokoju więc muszę powiedzieć, ze atmosferę takiej narastającej grozy i obawy o bohaterkę autorce książki udało się oddać świetnie.
Bardzo ją polecam i ponownie zaznaczam, że według mnie ta proza jest świetna i nie tylko dla młodzieży ale śmiało dorośli mogą po nią sięgać.
Moja ocena to 6 / 6.
refleksje przed Świętami…
Kolejne narzekanie właśnie wyczytałam jak to kiedyś były lepsze Święta a teraz to panie dzieju tylko komercja. Nie no pewnie , fantastycznie było jeść pomarańcze tylko raz czy dwa razy w roku. Mama na pewno odpoczywała w kilometrowych kolejkach. Szczęściem były zimy z mrozem i śniegiem to mogła zdobyte w boju zapasy trzymać w torebkach na balkonie. Tak, oczywiście, że miała więcej czasu (w nocy kiedy odstała w kolejkach). Jakby się ktoś zdziwił to moje pokolenie też chciało te wszystkie ładne i kolorowe zabawki, które marketing proponował zachodnim rówieśnikom. W końcu totalnie nas nie odcięto od świata i docierały chociażby katalogi LEGO czy zużyte numery „Bravo” itd.
Podsumowując. Przeszłość na ogół jest tak ładna i wzruszająca bo jesteśmy wtedy młodsi, często mniej świadomi problemów a dodatkowo kiepskie wspomnienia szczęśliwie potrafią się zatrzeć.
To jaki nacisk i akcent położymy w jakim punkcie świętowania i co, a raczej KTO będzie w tym czasie najważniejszy, naprawdę nie zależy od speców od sprzedaży a od tego jak do tego podejdziemy.
„Wszystko, tylko nie mięta”. Ewa Nowak.
Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.
Rozczytałam się w książkach Ewy Nowak. Wciągnął mnie styl i podoba mi się to w jaki sposób podaje autorka treść adresowaną zresztą według mnie nie jedynie do młodzieży. Myślę, że tak naprawdę każdy w książkach Ewy Nowak może znaleźć coś dla siebie ważnego.
Tym razem książka, w której wcale nie jest tak, że nie porusza się tematów poważniejszych ale napisana z takim fajnym stylem, poczuciem humoru, że naprawdę nieraz się śmiałam i to porządnie. Co nie oznacza, jak mówię, że autorka nie pisze w niej o poważniejszych sprawach. Bo i takich pisze.
W książce „Wszystko, tylko nie mięta” poznajemy rodzinę Gwidoszów, mieszkających w mieszkaniu na parterze w Warszawie. Gwidoszowie to z gruntu urodzeni optymiści, którzy w każdej sytuacji starają się raczej widzieć pozytywne strony niż te grosze. I najczęściej wychodzą na tym na bardzo dobrze.
Gdzieś wyczytałam opinię, że to jakoby jest to coś jak Borejkowie stworzeni przez Małgorzatę Musierowicz ale ja szczęśliwie nie widzę żadnego naśladownictwa czy inspiracji, wręcz uważam, że jedyne co łączy te opowieści to fakt posiadania nieco większej ilości dzieci (a w dzisiejszych czasach żaden to ewenement, trójka dzieci) i pozytywne nastawienie do świata. A klimat i styl jest jednak i dobrze, kompletnie inny.
Warszawska rodzina Gwidoszów to mama Joanna, tata Mariusz, i trójka pociech. Maturzysta Kuba, zaczynająca liceum Malwina i pięcioletnia Marysia uczęszczająca do przedszkola. Mama zajęta jest studiowaniem psychologii i wdrażaniem w życie rodzinny zdrowego żywienia. Są też kot o wdzięcznym imieniu Pies i pies o imieniu Łata.
Jest to rodzina, której członkowie starają się być wzajemnie dla siebie oparciem ale nie brak też zwykłych życiowych sporów chociażby między rodzeństwem. Nic nie jest tu lukrowane, nie ma zbędnego cukru, jest po prostu miłość i życzliwość ale i zwykłe problemy dnia codziennego. Ojciec po latach pracy jako nauczyciel zaczyna pracę jako sprzedawca ubezpieczeń, Malwina aklimatyzuje się z lekkim trudem w liceum.
Jak pisałam, Ewa Nowak nie stroni od pisania o tematach również mniej lekkich czy prostych jak chociażby niepełnosprawność. Jedną z bohaterek uczyniła właśnie niepełnosprawną. Szczęśliwie nie będzie tu nic w stylu moralizatorstwa, autorce udaje się ominąć te rafy pouczeń. Po prostu opisuje różne warianty życia i to w jakich barwach potrafi ono się skrzyć.
To, że ktoś wdraża się na przykład w zawiłości psychologii nie oznacza automatycznie, że „wyłapie” wszystkie problemy pod własną strzechą i nareszcie ktoś napisał, jak jest. Że starania staraniami ale w życiu nie ma tak, że wszystko idzie lekko, łatwo i przyjemnie.
Spodobała mi się rodzina Gwidoszów. Ludzi, którzy mimo różnych drobnych niedogodności potrafią cieszyć się życiem, przyznawać do błędów, wyciągać wnioski. I wychować swoje dzieci na ciekawych i odpowiedzialnych dorosłych.
Fajny kawałek prozy obyczajowej, taki z gatunku pokrzepiającego, który przeczytałam z prawdziwą przyjemnością.
Bardzo polecam tę książkę a sama czytam następną książkę Ewy Nowak, tym razem zaczęłam „Bardzo białą wronę”.
Moja ocena to 6 / 6.
wyruszyli…
…Maryja i Święty Józef chyba już wyruszyli z Nazaret do Betlejem. Jak wyczytałam w internecie, odległość obu miast to około 150 kilometrów więc po prawdzie sądzę, że już są w drodze.
Jak nieciekawie musiała czuć się Maryja kiedy czuła, że ostatnia rzecz jaką musi czynić to siadać na osła i ruszać w daleką drogę, skoro zaraz miała stać się matką. Wyobrażam sobie, że przekonana była, że zdążą to jednak załatwić, wszystko na przyjście na świat dziecka zostawiła w domu i ruszyli świadomi tego, że władza zawsze stara się w ten czy inny sposób obywateli skontrolować, w tym przypadku zliczyć. Ponieważ myślę, że ta dwójka była osobami odpowiedzialnymi i nie migającymi się od obowiązków, podjęli się tego. Tak czy inaczej Oni są już w drodze.
Ponieważ Święta niebawem a wiem, że nie wszyscy będą zaglądać do internetu (i dobrze, skupmy się na sobie i bliskich ) więc pożyczę swoje własne życzenia z innego miejsca.
Ode mnie i mojej rodziny przesyłam wszystkim tym, którzy mnie czytają a także tym, którzy zajrzą tu przypadkowo, Wiele Dobra. Tym, którzy jak ja , czekają na Narodziny Dzieciątka życzę oby przyniosło nam Nadzieję, Dobro i Miłość. Tym, dla których to jedynie wolne od pracy dni aby spędzili te tak, jak sobie winszują, odpoczywając, bez napinki i stresu.
Wszystkim zaś Życzę Zdrowia dla Was i Waszych Bliskich. Oraz wiele Radości i Spokoju.
Ja nie mogę doczekać się wspólnego kolędowania. Uwielbiamy kolędowanie i chociaż sław muzycznych ta rodzina się nie dochowała, nie szkodzi, kolędujemy z zapałem.
Wczoraj byliśmy na Jasełkach w przedszkolu Jasia. Remedium na wszelakie smutki i zło tego świata może stać się obejrzenie takich Jasełek w wykonaniu kilkulatków. Pozwala to chociaż na chwilę oderwać się od dnia codziennego i od związanego z tym czy to niepokoju czy zmartwień i na chwilę przypomnieć sobie, że tak naprawdę cudownie jest dzielić radość z innymi. Czego na nadchodzące Święta życzę nam wszystkim.
„Dane wrażliwe”. Ewa Nowak.
Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.
Mając w domu dziecko, które stanie się kiedyś starszym dzieckiem a potem nastoletnim, nie odcinam się od lektur przeznaczonych dla tego czytelnika. Ba, nawet z czasem będę sobie sięgać po coś takiego częściej. Zwyczajnie aby sobie coś niecoś bardziej i mocniej przypomnieć. Łatwo jest bowiem mając czterdzieści parę lat nie pamiętać już radości i mroku dorastania.
W tym jednej z najbardziej niebezpiecznej bo mogącej prowadzić do różnych sytuacji sprawy a mianowicie tego jak bardzo w wieku nastoletnim uzależniamy swoje samopoczucie i odczucia od zdania grupy rówieśniczej. Co idzie za tym , jak ważne jest dla nas w tym wieku przynależenie do takowej grupy. To, co w wieku iluśdziesięciu lat weźmiemy za „oryginalność” i bycie indywidualnością w wieku lat nastu traktowane potrafi być jako śmiertelne zagrożenie dla grupy i …często skazane na ostracyzm. Nie dziwne więc jak bardzo ludzie w pewnym wieku nie chcą wypaść na margines grupy, w której się do tej pory dobrze czują. I jak wiele są w stanie zrobić czy powiedzieć aby swojej pozycji w grupie nie zagrozić.
Nina mieszka w Augustowie. Nie jest to wielkie i tętniące nocnym życiem miasto ale i nie osada czy wieś, do której się rzadko kiedy ktokolwiek zapuszcza z własnej woli. Chodzi do gimnazjum, ma starszego brata, matkę siedzącą w domu i ojca pracującego w Warszawie i w konsekwencji będącego gościem we własnym domu a i to jedynie w weekendy czy święta.
Nina ma grono koleżanek, z których jednak żadna, z tych czy innych powodów, nie mogłaby zostać nazwana przez Ninę prawdziwą przyjaciółką. Ot, koleżanki z dzieciństwa, z którymi teraz uczęszcza się dalej i osiąga kolejne stopnie edukacji. Nawet się ze sobą spotyka czy rozmawia ale czegoś w tym wszystkim brak. Na pewno – szczerości. Dziewczyny niby dość dużo o sobie wiedzą ale generalnie nic. A jeśli już rozmawiają to jakby się zmówiły, nie poruszają tematów aż nadto wrażliwych aby nie musieć potem samym być wobec koleżanek szczerymi. I pewnie to prowadzi pewnego dnia do sytuacji, która w swojej konsekwencji doprowadzi Ninę do poczucia osamotnienia i stania pod ścianą. Dotarcia do momentu, kiedy już dalej nie można w coś brnąć.
Jedno słowo a właściwie nieprzemyślane i naprędce wypowiedziane kłamstwo i już z dnia na dzień życie Niny zmienia się. Każdego dnia jej utwierdzanie innych w tym kłamstwie prowadzi do eskalacji wydarzeń, nagromadzenia się nieszczerości i ostatecznie do chwili gdy już nie da się więcej oszukiwać.
Nie oskarżam Niny bo pamiętam doskonale czasy licealne czy późno podstawówkowe kiedy to zdanie i akceptacja rówieśników liczyło się często bardziej od zdania rodziców czy bliskich. Zważywszy na to, że Nina w domu nie ma praktycznie dużego oparcia (jedyną osobą, na którą ostatecznie zawsze może liczyć to jej starszy brat) nie dziwi zaistniała w jej życiu sytuacja i komplikacje z niej wynikające.
Dobry rys psychologiczny postaci. Nina wydaje się być wiarygodna z jej wiecznymi wahaniami ocen ludzi, podejrzliwością zwłaszcza gdy ma świadomość swoich własnych kłamstw. Przygnębiający jest obraz nie wiem, mam nadzieję, że jednak nie, „typowo polskiej rodziny żyjącej na prowincji”. Matka, siedząca w domu i mająca za cel ułożenie jak największej ilości krzyżówek a w sytuacji gdy córka będzie oczekiwać jej pomocy jedyne co matkę zatrwoży to fakt „co ludzie powiedzą”. Ojciec, który niewiele przejmuje się zarówno żoną jak i dziećmi a być może przyzwyczaił się do bycia jedynie zarabiającym na rodzinę ? W rezultacie , o czym już pisałam, jedynym wsparciem jest dla Niny brat. I nieoczekiwanie, starsza niepełnosprawna kuzynka, Justyna. Kobieta też na swój sposób „uwięziona” ale nie w trudnym wieku nastoletnim wraz z jego plusami i minusami a całkiem fizycznie w domu. Jako, że domu praktycznie niemal nie opuszcza.
Sytuacja, w której znalazła się starsza kuzynka Niny prowadzi do tego, że początkowo Nina nie uświadomi sobie, że to właśnie w Justynie ma szansę znaleźć sprzymierzeńca a przynajmniej osobę, która wysłucha jej bez rzucania oskarżeń czy oceniania. Dopiero gdy Nina uświadomi sobie, że Justyna jest jej życzliwa a ponadto wbrew pozorom nie jest tak zupełnie odcięta od świata jak się może wydawać, zdecyduje się w pełni szukać u kuzynki pomocy.
Bardzo dobra książka i wcale nie jestem przekonana, że dorosły czytelnik nie ma w niej czego szukać. Jak dla mnie to książka i dla młodzieży i dla rodziców, którzy mogą to potraktować jako fikcję lub też może ostrzeżenie.
Nie przegapcie jej kiedy znajdzie się już w księgarniach.
Moja ocena to 6 / 6.
Tydzień do Wigilii…
…czyli dopiero co odliczałam dwa miesiące do Świąt a tu do Wigilii tydzień, Nowy Rok też już w sumie niedługo.
U nas tydzień okołoświątecznych przygotowań i wygłupów. A więc wczoraj kontynuowanie naszej rodzinnej tradycji, czyli wspólne wypiekanie pierniczków. Jaś je udekorował, nie żałował posypki , ja wcześniej okrasiłam uczciwie czekoladą.
Dzisiaj z kolei nasza tradycyjna sesja zdjęciowa. Część zdjęć w czapkach Mikołajowych, część P. pobawił się gadżetem z komórki i ani chybi jesteśmy rodziną reniferów pomocników Mikołaja.
Plus, my sami oglądamy sobie na raty tradycyjnie „To właśnie miłość” a z Jasiem „Kraina Lodu. Przygoda Olafa” (było wczoraj i dziś rano na Polsacie) i „Epoka Lodowcowa. Mamucia gwiazdka”. Przyjemnie było obejrzeć. Olafowa przygoda zupełnie przypadkiem oddała ducha tego, o co mi chodzi i o co walczę kiedy chcę abyśmy piekli pierniczki czyli stworzenie naszej własnej tradycji świątecznej tej konkretnej rodziny. Pierniczków bowiem ani w moim domu ani w domu P. nie piekło się przed Świętami. I te wypieki są właśnie taką naszą tradycją. Wychodzą nam różne, kiedy patrzę na cuda udekorowane jak jaja Faberge w necie mogę tylko pokiwać głową, natomiast liczy się oczywiście coś innego niż ich strojność a smak jest wyborny.
Mam nadzieję, że spokojnie spędzacie weekend.
„Jesteś moja”. Helen Klein Ross.
Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018).Ebook.
Przełożyła Xenia Wiśniewska.
Tytuł oryginalny What Was Mine.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.
Książka, która nieoczekiwanie okazała się czymś zupełnie innym niż to, czego się spodziewałam gdy zdecydowałam się na jej lekturę. „Jesteś moja” to nie kryminał czy thriller jak początkowo sądziłam, że to może być a kawał dobrej prozy obyczajowej z mocną stroną psychologiczną. Dobrze skonstruowane postaci, bohaterowie jak najbardziej możliwi do zaistnienia. Wiarygodne okoliczności i tło wydarzeń. Sama treść, podejrzewam, że zainspirowana wiadomością ze stycznia gdy to poadano do informacji iż po osiemnastu latach poszukiwań odnaleziono porwaną jako noworodek a obecnie już kobietę. Dziewczyna nie wiedziała o tym, że jako dziecko została porwana i w chwili gdy aresztowano kobietę, która ją porwała a dla młodej dziewczyny jedyną mamę, jaką znała, stanęła murem za nią i w jej obronie.
Akcja książki „Jesteś moja” zaczyna się w chwili nieco przed opisanym jednym z największych koszmarów każdego rodzica a mianowicie – zniknięciem dziecka. Narrację poznajemy pierwszoosobowo z ust wielu osób. Najważniejszych Lucy, porywaczki, Marilyn, matki dziecka, opiekunki dziecka , pochodzącej z Chin Wendy, w końcu samej Natalie – Mii.
Jest rok 1990, przed rozwojem telefonii komórkowej, przed prężnym działaniem Child Alert.
Młoda mama, Marilyn, idzie do nowo otwartego sklepu Ikea. Ma ze sobą malutką Natalie, która ma cztery miesiące. Wszystko tak niewłaściwie się splata, że tak, matka robi błąd i zostawia małą na chwilę, w jej mniemaniu, a na dłuższy moment jednak, córeczkę samą. Kiedy wraca, dziecka już nie ma.
Nie chcę sobie nawet wyobrażać jak czuje się osoba w takiej sytuacji. Wielu z nas mogło przeżyć nieprzyjemną namiastkę tego gdy dziecko zgubiło się w tłumie czy w sklepie. Wszystko jednak dobrze się kończyło bo na ogół rzecz dotyczyła dzieci już samodzielnie chodzących , które oddaliły się od rodziców czy opiekunów. Tu o samodzielności nie ma mowy, nie ma też wózka, w siedzeniu którego wpięta była Natalie więc od razu wiadomo, że dziecko z wózkiem ktoś zabrał. Ale kto, ochrona czy ktoś z klientów sklepu ?
Szybko dowiadujemy się i spoilera tu nie popełnię, że Natalie zostanie odnaleziona po wielu latach i dowie się o tym, co stało się dwadzieścia jeden lat wstecz więc dlatego piszę, że nie jest to ani kryminał anu thriller.
To dobra książka, świetnie opisująca doznania, uczucia , wątpliwości bohaterów. Ich narracje przeplatają się ze sobą, poznajemy wydarzenia z punktu widzenia różnych osób zaplątanych z własnej woli bądź nie w tę dziwną sytuację.
Mimo, że trudno jest polubić Lucy, która porywa Natalie a którą potem przechrzci na Mię (po hiszpańsku oznacza to „Moja”), możemy dzięki temu co czytamy, domyślać się co i jak wydarzyło się w tamtym czasie, że kobieta zdecydowała się na taki krok. Mimo, że okupiła to wiecznym strachem przed wydaniem jej sekretu. Była jednak dla Mii matką bardzo dobrą, zainwestowała w opiekunkę dla niej, mieszkanie w centrum Nowego Jorku, wykształcenie w najlepszych szkołach.
Mia już studiuje, kiedy w życiu jej matki (a przynajmniej tej, którą za matkę uważała) zdarza się epizod literacki , który jak mały kamyczek stanie się zaczątkiem lawiny wydarzeń prowadzących do rozwiązania sytuacji.
Ja sama książkę podzieliłabym na dwie części, narracje dotyczące czasów sprzed wyjaśnienia sytuacji sprzed dwudziestu jeden lat i po.
Według mnie autorce udało się rewelacyjnie oddać zachowania, powody zachowań, myśli, decyzje i ich skutki wszystkich postaci. Nie oceniała , stała raczej z boku i pozwalała swoim postaciom na autonomię. Najnieszczęśliwszą z postaci jest oczywiście porwana Natalie -Mia. Której ktoś, jak początkowo mówi, odebrał życie. Na pewno, bez jej woli ani woli najbliższych, odebrano jej życie z tymi, którzy to życie jej dali. I nie jest żadnym wytłumaczeniem, że Lucy zapewniła Mii jak najlepsze warunki socjalne, materialne i uczucia matczyne.
Świetna jest ta książka bo nie można się od niej oderwać. Czyta się a w głowie krąży mnóstwo myśli i refleksji. Jak daleko może posunąć się człowiek w realizacji swoich pragnień. Czy istnieje wytłumaczenie dla każdego czynu? Czy fakt, że Lucy nie skrzywdziła Mii jest zadośćuczynieniem dla rodziców porwanej ? Jak cienka jest granica, którą można przekroczyć i dokonać rzeczy nieodwracalnej?
Chyba najbardziej zaskakujące ale wcale nie niemożliwe jest zakończenie książki. O którym jednak nie chcę już pisać aby nie zepsuć lektury.
Dawno już chyba tak mnie książka nie wciągnęła. I niby fikcja a po styczniowych informacjach wiem, że wcale niekoniecznie. Na plus to, o czym już pisałam, czyli wiarygodność postaci wykreowanych przez autorkę, mocne tło psychologiczne postaci. Wiarygodność decyzji przez nich podejmowanych i konsekwencje zachowań. Plus wielkie emocje, które towarzyszą lekturze bowiem od początku wiemy, że nie będzie to po prostu kolejny thriller ale sytuacja, która jak najbardziej może się wydarzyć.
Bardzo polecam. Na pewno jest to jedna z tych książek, które zostają w czytelniku na zawsze. Moja ocena to 6.5 / 6.
