„Niebieski ptak”. Joyce Carol Oates.

Wydana w Domu Wydawniczym Rebis. Poznań (2010).
Przełożyła Katarzyna Karłowska.
Tytuł oryginału Little Bird od Heaven.

To moje pierwsze spotkanie z tą autorką, ale nie nazwałabym go całkowicie udanym. Muszę powiedzieć, że chyba nabrałam zbyt dużego apetytu na tę lekturę. Danie nie okazało się aż tak smaczne, jak się mogłam spodziewać, że wciąż użyję kulinarnej nomenklatury.

"Niebieski ptak" to studium rozpadu rodziny. Tego, co jest dla dziecka najważniejsze, co stanowi w tak dużej części o tym, jakim będzie człowiekiem. Ta analiza mnie samą bardziej umęczyła, znużyła, niż spowodowała gonitwę myśli czy refleksji. Niestety, w mojej opinii, jest to książka mocno przegadana. Uważam, że jest zbyt obszerna, nie niosąc treści, które by usprawiedliwiały aż taką jej objętość.

Mamy amerykańską prowincję. W małej miejscowości, w której każdy zna każdego (albo tak mu się przynajmniej wydaje) zdarza się romans. Ojciec rodziny ulega urokowi Zoe, która sama nie wie, kim chce tak naprawdę być. Matką stała się zbyt wcześnie i chyba ją to przerosło, żoną zdaje się nie ma ochoty być, skoro z chęcią wdaje się w romans. Najchętniej śpiewałaby zawodowo, ale to też jakoś nie wychodzi, nie ma zbyt wielkiej siły przebicia.
Dochodzi do tragedii. Zoe pada ofiarą brutalnego mordu.
Podejrzanych jest dwóch. Jej były kochanek, ojciec narratorki, Eddy Diehl i mąż pani, z którym żyła w separacji, pozostawiwszy mu na wychowanie ich syna, Aarona.

Książka to dwie opowieści, dwie różne perspektywy. Jedna to opowieść
Kristy, córki ojca, który miał romans z Zoe, druga to wspomnienia
Aarona. Łączy ich fakt utraty rodziny i konieczność stania się dorosłymi o wiele wcześniej niż większości ich rówieśników.


Kiedy czytałam książkę zorientowałam się, że, niestety, żadna z postaci, żaden bohater nie budzi mojego współczucia. Nie wiem, czy zbytnia to papierowość i przewidywalność postaci, czy po prostu klimat książki, dość, że jak mówię, żaden bohater nie spowodował, że współczułam mu. Ani sama Zoe, która pogubiła się we własnym życiu, ani zdradzana żona, która po zbrodni wyżywała się bardziej na swoich dzieciach zamiast skupić się na tym, że oto stanęły one w perspektywie utraty poczucia bezpieczeństwa. Nie żal mi było Aarona, ani brata Kristy, agresywnego i wulgarnego młodego człowieka. Nie współczułam też jakoś specjalnie samej Kriście, której dotychczasowe życie legło w gruzach. Irytowała mnie jej uległość wobec ojca, który też nie wyglądał na takiego, który specjalnie przejmowałby się faktem, że na własne życzenie rozwalił własną rodzinę krzywdząc tym samym najbardziej dwójkę dzieci. Może tak zachowywałaby się dziesięciolatka, może. Do mnie jakoś jej postać nie przemówiła. Wciąż uległa piętnastolatka, która zachowuje się zbyt ulegle i niezbyt rozsądnie już mnie kompletnie zirytowała.

Jak mówię, miało to być studium rozbicia rodziny, ale wyszło bardziej rozdrapywanie starych ran na poziomie przeglądu bagna, w którym znaleźli się bohaterowie książki. Często to się sprawdza, wręcz skłania do rozważań na temat kondycji współczesnej rodziny i jej problemów. W tym przypadku mnie nie zachwyciło, jak już powyżej wspomniałam, wręcz zmęczyło.

Być może to tylko moje odczucia i komuś innemu ta książka odwrotnie, spodoba się bardzo. Cóż, pozostaje chyba samemu się o tym przekonać.

Moja ocena to 3.5 / 6.

„Poczytaj mi mamo. Księga pierwsza”.

Wydana w wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (2010).

Moje dzieciństwo było super. Nic nie poradzę na to, że mając pokomplikowaną sytuację rodzinną wciąż ten okres życia wspominam jako jeden z najlepszych w życiu.
A częścią, ważną częścią tego dobrego dzieciństwa  na pewno były książki, w końcu, niby dlaczego czytam od czwartego roku życia?  Elementem lektury dzieciństwa były oczywiście małe książeczki z cyklu "Poczytaj mi mamo" znoszone do domu przez Mamę, oczywiście. Te wydawane na jak sądzę po latach, pewnie nie rewelacyjnej jakości papierze, za to z treścią i ilustracjami, jakich na pewno po tylu latach nie muszą się wstydzić. To był czas starannego dobierania lektur dla dzieci. To był czas, kiedy autorzy dla dzieci nie mogli (wynikało to zapewne z prostej peerelowskiej rzeczywistości i realiów) założyć, że na swoich książkach zbiją fortunę. A mimo to tworzyli wspaniałości.
Zupełnie przypadkowo odkryłam na stronie internetowego sklepu, że oto w zeszłym roku wydano pierwszy zbiór owych książeczek znanych na pewno, o to mogę się śmiało założyć, niejednemu czytelnikowi mojego bloga.
Oczywiście, że nabyłam. Powroty w krainy szczęśliwości są takie słodkie. Przypomina się czas niewinności, przekonania, że jedynym problemem jest fakt tego, że trzeba iść spać zaraz po "dobranocce"…
I oto wkroczyłam w świat swojej przeszłości. Czy się bałam? No jasne, że tak. A jak okaże się, że to było nie to, a jak teraz mnie to już nie rozbawi, nie wzruszy?? Nie. Jakże się myliłam. Oczywiście, że okazało się, że (gdzie ten mózg gromadzi takie informacje, te wspomnienia, o których wydaje się, że się już nie pamięta) pamiętam większość z opowiadań w tym tomie. A te, których nie pamiętam, to jak sądzę dlatego, że tych książeczek po prostu nie miałam w tamtych czasach w moim zbiorze.
Ha, okazuje się, że niektóre teksty ("gdzie się podziały moje daktyle?…") człowiek nawet fragmentarycznie, ale pamięta.
Zbiór to dość skromny, jak na swoją cenę, bo opowiadań jest według mnie trochę mało, bo tylko dziesięć, ale…wydawnictwo i tak ma we mnie klienta na ciąg dalszy, taka prawda, że najłatwiej "żerujemy" na wspomnieniach szczęśliwości, w końcu, jak pokazały badania, podobno lubimy zapach wanilii i czekolady, bo z dzieciństwem się właśnie kojarzy;) Zresztą, na stronie wydawnictwa cena jest niższa, niż w sklepach, myślę, że zainteresowani warto aby tam dokonali zakupu, różnica jest znaczna.

Jak wspomniałam opowiadań jest dziesięć, autorstwa Danuty Wawiłow, Sławomira Grabowskiego, Marka Nejmana, Janiny Porazińskiej, Heleny Bechlerowej, Joanny Papuzińskiej.
Wszystkie, to solidna dziecięca literatura. Oczywiście na poziomie tego wczesnego dzieciństwa, przedszkolnego według mnie. Opowiadania zaś ozdobione są wspaniałymi, barwnymi ilustracjami, które podobały mi się tak samo, jak wtedy, kiedy je oglądałam sama dzieckiem będąc.

Moje ulubione opowiadania (po latach również;) to "Kolczatek", "Chcę mieć przyjaciela", "Przygoda na balkonie", "Agnieszka opowiada bajkę".

Na koniec zbioru, przedstawione są sylwetki zarówno autorów opowiadań, jak również ilustratorów właśnie, co stanowi interesujący dla mnie dorosłej już teraz, dodatek do książki.

Powiem tak. Jeśli nie macie tych książeczek we własnych zbiorach, jako po prostu pozostałości własnego dzieciństwa, a macie ochotę poczytać je komuś, kogo znowu te opowieści ucieszą, zachwycą i sprawią mu odrobinę szczęścia, oczywiście-waszym dzieciom-nie wahajcie się. Zapewniam, spędzicie wspaniały czas, nie tylko dając czas i mądrą lekturę własnemu dziecku, ale zapewnicie sobie wspaniały powrót do dobrych, szczęśliwych lat.

Moja ocena 5.5 / 6.

jestem żeńską szowinistyczną świnią…

…fajny tytuł, co? Testuję, czy wrzucą mojego blogaska na główną, zauważyłam bowiem, że im bardziej dziwny temat wpisu, tym chętniej umieszczają (poza tymi stałymi blogami, które kotłują się tam w nieskończoność, ale to już inna historia).

O pismach znowu będzie. Ostatnio ponarzekałam (kolejny raz) na "Zwierciadło", że się popsuło, że klimat wsiąkł, jak rozlana kawa w wykładzinę, że to, że tamto.

"Twój Styl" kupuję baaardzo okazyjnie. Najczęściej numer lutowy, który zawsze ma chiński horoskop (przypominam, że dziś rozpoczyna się nowy chiński rok, tym razem Rok Królika). Tak więc znam to pismo raczej okazyjnie. Swego czasu, na samym początku regularnie przeglądałam je u M. Matka M. je kupowała, więc przy okazji przyjacielskich pogaduch zawsze sobie je przeglądałyśmy. Wtedy, na kieszeń nastolatki, było dla mnie za drogie i traktowało nie zawsze o tematach, jakie mnie interesowały w tamtym momencie, na początku było mocno o ciuchach, kosmetykach, wszystko to polane było mocno ekskluzywnością, przynajmniej jak na tamte czasy po przełomie takie się nam wydawało.

No i jak mówię, jakoś się z tym pismem nie zaprzyjaźniłam, ale czasem nabywałam, a już zawsze ten numer z horoskopem.
Wczoraj też nabyłam, z racji, jak wyżej.
Zaglądam i marudzę do P. "O, a co to za nowość? Naczelnym kobiecego pisma jest facet?". P. nic, nawet powieka mu nie drgnęła, dalej kroił sałatkę, jakby to było najbardziej pasjonujące zajęcie na świecie. (A już sobie wyobrażam, co by usłyszał ode mnie, gdyby mi ponarzekał, że jego ukochane pisma komputerowe zostały objęte przez naczelną babę;).

Zaczęłam czytać i…wsiąkłam!! Totalny odjazd. Szok, ale taki pozytywny. Ha. Pismo dla mnie. Właściwie prawie każdy artykuł w nim mnie zainteresował.
I tak oczywiście przeczytałam wywiad z Colinem Firthem, którego bardzo lubię i dla zasadzie przekory ten z Alicją Bachledą-Curuś (nic ciekawego, szczerze mówiąc, blado i nijako, niestety). Pośmiałam się na wspomnieniach, w kim w ciągu dwudziestu lat się podkochiwałyśmy (z przymrużeniem oka, ale zdjęcie Lisa sprzed tylu lat , haha, bezcenne).
Zaciekawił mnie artykuł dotyczący postawy matek, które matkami się stając nie chcą wyrzec się kobiecości i własnych zainteresowań,. pasji, (co tak jest potępiane często w naszym społeczeństwie) i bardzo zainteresował ten na temat agresji kobiet.
Ogromnie ciekawy okazał się reportaż o paniach, które mają nietypowe i mocno stresujące zawody, szczególnie moją sympatię wzbudziła pani neurochirurg, która wprost powiedziała, że przy jej stylu życia na rodzinę miejsca się znaleźć nie dało,ale ona jest szczęśliwą osobą.
Ciekawy jest artykuł o monarchiach Europy, a raczej ich podejściu do wydawania pieniędzy.
Przede mną jeszcze trochę lektury. Bo jest jeszcze wywiad z Wojciechem Mannem, jeszcze dwa artykuły o kobietach (tych z zasadami i tych, które rozpoczęły własną działalność gospodarczą).
O kosmetykach też jest ciekawie i tyle, co mi pasuje, czyli ani dużo ani mało, o ciuchach też w sam raz.
No, pismo dla mnie (przynajmniej ten numer). No i ten chiński horoskop nie najgorszy, czyli jakoś to będzie.

Po lekturze, która umila mi walkę z choróbskiem (kaszlę jak najprawdziwszy górnik przodowy) poszłam do P., spuściłam skruszona głowę i mówię "Pamiętasz, jak narzekałam, że naczelnym jest facet?". Łypnął okiem. Pamięta. Ja "No więc, odszczekuję moje narzekania. Facet stworzył pismo, które mi pasuje. Nie udaje (pismo, nie facet) innego, niż ma być. Nie sili się na pseudofilozofię i wydumany klimat, zaciekawia i interesuje, sprawia,że mam chęć na więcej. Chyba się z nim polubię".

No i jak tu nie stwierdzić, że kierując się w życiu stereotypami (nawet tymi nieuświadomionymi, jak widać) możemy coś stracić czy uda nam się coś przeoczyć.

Macie swoje ulubione pisma? Czytujecie coś regularnie?

ps. acha, a jeszcze w tym lutowym numerze jest płyta dvd z filmem o Coco Chanel, może kogoś to zainteresuje.

„Na Czarnym Wzgórzu”. Bruce Chatwin.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2010).
Przełożył Paweł Lipszyc.
Tytuł oryginału On the Black Hill.

Kolejny raz muszę powiedzieć, że zdecydowałam się na lekturę zupełnie przypadkowo i, co świetne, okazało się, że moja intuicja nie zawiodła a książka okazała się świetną lekturą. Tak właśnie było w przypadku tej książki, po którą sięgnęłam niejako na zasadzie "zobaczymy, czym to się je". I jak zaczęłam czytać, tak wsiąkłam i nie mogłam się od niej oderwać.

Po raz kolejny, bo już kilka razy to pisałam, kiedy przyszło mi czytać tego typu literaturę, zadam pytanie "opowieści, opowieści, kto z nas ich nie lubi?". Ja uwielbiam i dlatego właśnie tak fascynują mnie książki, które stwarzają wrażenie, że siedzę w ciepłym pokoju (może ogrzewanym kominkiem?), w ręku trzymam kubek ciepłej herbaty a naprzeciwko mnie siedzi ktoś, kto snuje historię… Historię, w której odnajdujemy podobieństwa do własnego lub znajomych życia. Do zawiedzionych lub szczęśliwych miłości, do zrealizowanego bądź jedynie projektowanego szczęścia.

Jedni mają dar do snucia opowieści, niby to zwykłych, a inni nie. Bruce Chatwin w swojej książce opowiadającej o osiemdziesięciu latach życia bliźniaków z Czarnego Wzgórza udowodnił, że on sam niewątpliwie ów dar posiadał.
Znacie na pewno książki, w których każde zdanie jest potrzebne. Ma swój sens. Ta książka jest właśnie taką. Lubię takie właśnie książki, bo wyciągam z nich sens i wartość. Smak dobrej literatury.

"Na Czarnym Wzgórzu" to opowieść o ludziach, zwykłych, nie jakichś wielkich bohaterach. O bliźniakach, którym życie wieść przyszło w jednym gospodarstwie przez kilkadziesiąt lat i na oczach których zmieniał się świat a których świat zdawał się być zamknięty i na swój sposób bezpieczny, bo kameralny.

Taką powieść chciałabym kiedyś umieć sama napisać, ale jak wspomniałam powyżej, to sztuka pisać o zwykłych ludziach bez nadęcia, bez próby przegadania i z jakąś ciepłą nutą.

Moja ocena to 6 / 6.

„Plan Sary”. Paweł Jaszczuk.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2011).

"Plan Sary" to jeden z ostatnio popularnych kryminałów z nurtu "kryminał retro". Nie, żebym była jakąś wielką miłośniczką tychże, jednak zdarzało mi się sięgać. I tak seria Marka Krajewskiego o Breslau i Mocku kompletnie mnie nie zachwyciła, ba, nawet zniesmaczała, książki Konrada T. Lewandowskiego z jego cyklem o komisarzu Drwęckim podobały się różnie, raczej na przemian z tendencją do niepodobania się. Byłam ciekawa, jaka okaże się książka Pawła Jaszczuka, tym bardziej, że akcja osadzona jest we Lwowie, miałam więc nadzieję na nie dość, że udany kryminał, to ciekawe lwowskie tło społeczne ostatniego roku przed wybuchem największej z dotychczasowych wojen. Niestety, książka mnie nie rzuciła na kolana.
Zdała mi się jakaś chaotyczna, niespójna wręcz, rozedrgana. Nie mogłam się na niej skupić, niekoniecznie na samej akcji, ale na jej chronologii, całość nie wydała mi się spójna.
Zabrakło mi tych lwowskich smaczków, na które tak się nastawiłam. Język bohaterów, ich działania bardzo współczesne, praktycznie książka mogłaby się dziać tu i teraz. Nie wiem, czy umiejscowienie akcji we Lwowie miało przyciągnąć czytelników zainteresowanych nurtem retro w kryminałach? Być może.
Również nie mogę powiedzieć, żebym zapałała sympatią do bohatera książki, dziennikarza zajmującego się kryminalnymi sprawami a prowadzącym często indywidualne śledztwa.
Lubię czuć jakieś emocje w stosunku do bohaterów literackich, wolę już czuć nawet skomasowaną niechęć (jeśli nie sympatię) niż obojętność.

"Plan Sary" opowiada o dziennikarzu, który pisząc o najbardziej głośnych sprawach kryminalnych jak pisałam wyżej sam często prowadzi własne śledztwa. Swego czasu opuszcza redakcję i zdobywa całkiem interesujące zajęcie na uczelni, gdzie prowadzi ćwiczenia ze studentami prawa. Prowadzi on z nimi psychologiczny eksperyment, który ma prowadzić do zgłębienia psychiki zbrodniarza i wymyślenie planu morderstwa. Wielką inwencją wykazuje się szczególnie jedna ze studentek, Sara, która wymyśla plan morderstwa swoich własnych kolegów. I której to plan, jak się okazuje, nie pozostanie jedynie w sferze wyobraźni i na tablicy. Ktoś, jakiś niezrównoważony umysł, poznaje ów plan i zaczyna wcielać go w życie.

Nie chcę zniechęcać do lektury, być może do mnie ona nie trafiła w obecnej chwili, być może nie mój to styl, nie wiem. Ja się na kontynuację ewentualną nie skuszę.

Moja ocena książki to 3.5 / 6.

„Pokój z widokiem”. Edward Morgan Forster.

Wydana na zamówienie w Wydawnictwie Zwierciadło. Warszawa (2011).
Przełożyła Halina Najder. Tytuł oryginalny A room with a view.

Lektura w ciemno okazała się jak najbardziej trafiona! Rację więc mieli ci, którzy przewidzieli, że mi się ta książka spodoba. Ba, po tej lekturze mam wielką ochotę na inne książki tego autora. To bardzo dobry znak.

"Pokój z widokiem" ukazał się po raz pierwszy w 1908 roku, a mimo to, według mnie oczywiście, mimo tego niejako z perspektywy czasu "narzuconego" nam kostiumu, powieść ta jest zaskakująco współczesna.
W niezwykle trafny sposób oddaje ona bowiem nasze uwiązanie do konwenansów, do powinności, do tego, co trzyma nas w ryzach, czasem z pożytkiem dla nas, często ze szkodą. Czyż wciąż nie jest tak, że wielu z nas jest dosłownie skrępowanych więzami pod hasłem "muszę, trzeba, powinnam, tak wypada"?
Obserwacje psychologiczne, portrety postaci występujących w "Pokoju z widokiem" są mocne, konkretne, ale jasne. Może niektóre odrobinkę typowe, ale, kto wie, być może w tamtym czasie tak właśnie przeciętne osoby z danych sfer zachowywały się bo takiego właśnie zachowania po nich oczekiwano?

Być może ów wspomniany przeze mnie "kostium" był powodem odczuwania przeze mnie delikatnego klimatu podobieństwa do "Pikniku pod Wiszącą Skałą". Co interesujące, ta książka przecież została wydana znacznie później, mimo to być może przez czas opisywany i obyczajowość właśnie, kojarzyła mi się nieco z "Pokojem z widokiem" właśnie. Ale tak nienachalnie, w sam raz, a przy tym właśnie odczuwałam aurę tajemniczości, niepewności, tłumionego erotyzmu, nie do końca realności pewnych wydarzeń, zdań padających między bohaterami, opisów miejsc, w których się znajdowali (dotyczy to szczególnie części włoskiej).
Książka składa się z dwóch części, włoskiej, mającej miejsce we Florencji i angielskiej.

W pierwszej części poznajemy podróżującą Lucy. Lucy to nowa arystokracja. Czyli osoba, której rodzice bardziej zarobili na to, co mają, niż zasłużyli na to tytułami i co im niektórzy zapewne pamiętać będą zawsze. W swojej podróży Lucy jest wraz z ciotką. Ciotka, to postać opisana najbardziej jako typowa. A mimo to właśnie jej postać pod sam koniec książki zaskoczy i sprawi, że już wcale jej "typowości" pewni nie będziemy. Na razie jednak poznajemy ją jako zubożałą krewną, starą pannę, której jedyną rozrywkę stanowi odwiedzanie bogatszych krewnych, korzystanie z ich łaskawości i ni to użalanie się nad sobą, ni to stłumione pretensje (jak to bywa najczęściej) do własnych dobrodziejów.
Lucy zaś to dojrzewająca, rozkwitająca dziewczyna. Sama nie wie do końca, jaka jest, jaka ma być a jaką oczekują inni, że ma być. Lucy to dojrzewająca młodość, porywczość, owe niepokoje targające zmysłami. Z jednej strony wydaje się wiedzieć, jak ma postępować, z drugiej, często jest jakby znudzona tym, co przynosi kolejny dzień, nie umie się odnaleźć w rzeczywistości. Przy tym wszystkim jej światem rządzą przecież w największym stopniu konwenanse.

To podczas wyprawy do Florencji obie podróżujące panie poznają panów Emersonów. Z młodszym z nich, Georgem, Lucy połączy jedno niewielkie, zdawałoby się obecnie, banalne zdarzenie, które na miarę tamtych czasów i konwenansów wydawać się mogło wielkim i wręcz niebezpiecznym. Być może nie aż tak, jak wyolbrzymia to opiekunka młodej damy, ciotka, która wręcz obsesyjnie dolewa wciąż oliwy do ognia.
Gry, gierki, wspomniane już konwenanse, fałsze i prawdy, stłumione i wyjawione namiętności, uczucia i ich brak, to wszystko miesza się w tej książce i aż bucha swoją intensywnością. To nadaje klimatu i kolorytu książce i powoduje, że akcja książki wciąga i czyta się ją wręcz wybornie.

Bardzo, bardzo mi się ta książka podoba i cieszę się, że jednak się na nią zdecydowałam.
Ciekawa jestem, jaka może być jej ekranizacja. Chyba po tak smacznej lekturze obawiałabym się tego, jak ktoś książkę w filmie zobrazował. Czy oddał cały jej klimat? Ową aurę mnogości uczuć i namiętności?

Moja ocena to 5.5 / 6.

Argentyna, Peru…

…czyli Ameryka Łacińska. Obszar, który mnie kusi i który przyciąga. Cóż, na razie na pewno go nie odwiedzę, ale od czego są filmy podróżnicze, zdjęcia czy pocztówki? Takie dwie dotarły do mnie wczoraj od Malej_mi po zdaje się długim telepaniu się na pocztach (te, to dopiero pozwiedzały świata).
Na kartce z Argentyny widoki z Buenos Aires, o takie.
Na tej z Peru zdjęcie sprzedającej wyroby własne Indianki, która właśnie coś tam znowu tka, aby wystawić na sprzedaż. Dookoła niej złożone schludnie bele materiałów w tych najpiękniejszych, żywych kolorach, jakie są tak typowe dla tamtych tkanin wywodzących się z lokalnego wzornictwa artystycznego. Czy wspominałam, że uwielbiam te żywe kolory? Nie cierpię szarości, czerni, mimo, że mam kilka sukienek wieczorowych czarnych właśnie na zasadzie "małej czarnej", ale tak na co dzień uwielbiam kolorystykę żywą, radosną, optymistyczną, pobudzającą do życia i takie są właśnie kolory tkanin z tamtych okolic świata. Marzę o takim kolorowym ponczo a przynajmniej o czapce;)
Dotarła do mnie też kartka od Spacerka, ze zdjęciem z mojego ulubionego miasta, jakim jest Gdańsk. Na kartce Dwór Artusa i co wiadome, pomnik Neptuna.
Za pamięć bardzo Wam dziękuję.

z lutowym „Zwierciadłem”…

…do nabycia książka "Pokój z widokiem" autorstwa Edwarda Morgana Forstera. Może ta informacja kogoś zainteresuje, to daję znać. Ja akurat skusiłam się na nią na zasadzie niespodzianki, bo nie słyszałam o tej książce wcześniej, ale gdzie ja za taką sumę i pismo będę miała i książkę? No więc się skusiłam. Pismo mnie dalej nie przekonuje (jednak według mnie straciło klimat chyba bezpowrotnie, już od roku gdzieś kompletnie do mnie nie przemawia, fakt, że mówię tylko o numerach, jakie nabywam tylko okazyjnie, przy okazji dodatków, jak grudniowy z kalendarzykiem i ten właśnie z książką).
My rozkoszujemy się kolejną serią na dvd mojego ulubionego serialu "Przystanek Alaska". Na mnie ten film działa wręcz terapeutycznie, więc ogromnie się ucieszyłam, że piąty sezon wreszcie się ukazał na dvd.

„Pułapka na sponsora”. Tatiana Polakowa.

Wydana w Klub dla Ciebie. Warszawa (2010).
Przełożyła Ewa Skórska.
Tytuł oryginału Kapkan na sponsora.

Doczekałam się! Po porzuceniu bez słowa przez wydawnictwo Rzeczpospolita książek Polakowej byłam niemal pewna, że nie uda się i że żadne z wydawnictw nie podejmie się kontynuacji a tym samym rozpoczęcia nowego cyklu. No, bo jak to, ani to Marinina, ani osławiony autor skandynawski, pewnie niszowa autorka. To, że tak nie jest mogłam się przekonać po tym, jak wiele osób wchodziło na mój blog z hasłem "Pułapka na sponsora", ale nie ukrywam, byłam przekonana, że z książkami Polakowej mogę się pożegnać. Jakąż miłą niespodzianką okazała się informacja od jednej z czytelniczek bloga o wznowieniu książek Tatiany Polakowej na naszym rynku.

Po tym wstępie przechodzę już do samej książki. Ci, którzy czytali wcześniejszy cykl o Oldze Riazancewej przekonają się, że autorka umie tworzyć postaci zgoła od siebie odmienne. Mnie  cieszy, bo lubię, jak autorka ma pomysły na bohaterkę różne, raz jest to wamp czy dziewczyna mafioza, raz z kolei zwykła niby to osoba wplątana w niezwykły zbieg okoliczności. Jeśli chodzi o postać z nowego cyklu jest to pracująca w biurze podróży Anfisa, której najlepszą przyjaciółką jest nieco zwariowana ale sympatyczna i mająca sto pomysłów na minutę, Żenia, dziennikarka.
Pewnego dnia Żeńka wpada na jeden ze swoich niezwykłych pomysłów, z tym, że ciekawe, że dotyczącym nie jej samej a Anfisy. Otóż najlepiej będzie, jak Anfisa napisze powieść, którą Żeńka, jak najlepszy agent literacki zajmie się i postara aby została wydana. Przyszła autorka ku początkowemu rozczarowaniu Żeni nie chce pisać romansidła (nie dziwię się jej, szczerze mówiąc) i nieco drogą przypadku, popełnia kryminał (tu się zgadzam i popieram;).
Kryminał zostaje napisany, a rękopisy trafiają w ręce Żeni, która obiecuje poruszyć znajomości w celu wydania książki. Znalezienie sponsora jednak nie jest takie łatwe, jak by się mogło zdawać i dziewczyny zaczynają napotykać problemy, aż do czasu, kiedy jednak jeden z potencjalnych sponsorów interesuje się książką i oferuje pomoc w jej wydaniu.
Z tym, że jak to w kryminale, w dodatku kryminale o kryminale, zaczyna się dziać tajemniczo i kryminalnie właśnie, czyli pojawia się pierwszy trup. A dalej siłą rozpędu jest jeszcze ciekawiej. A żeby było interesująco śledztwem nie zajmą się organa do tego przeznaczone a owe dwie przyjaciółki, czyli autorka kryminału i jej przyjaciółka. No, z niewielką pomocą pewnego sympatycznego osiłka.
Książki Polakowej zawsze napisane są z poczuciem humoru, który w poprzednim cyklu nasycony był jakby lekkim sarkazmem, tu zaś rozkwita w pełni. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale jedna ze scen, nazwijmy ją "ogrodowa" rozbawiła mnie niemal do łez;)

Lubię Polakową, lubię jej sympatię do własnych bohaterów, o czym można się było przekonać, kiedy recenzowałam większość z poprzednich jej książek przeze mnie czytanych. No i zawsze mam w tle trochę "Nowej Rosji" a tu dodatkowo plus, nie w Moskwie, a w Petersburgu, zawsze to jakaś odmiana.

Co mi się średnio podobało, to projekt okładki, ale i tak nie wpływa to u mnie na samą lekturę.
Moja ocena książki to 4.5 / 6.


No i mam nadzieję, że będzie kontynuacja cyklu, bo ja nabrałam znowu apetytu na następne przygody Anfisy i Żeńki.