podobno…

…tak silne trzęsienie ziemi nie zdarzyło się w Japonii od 140 lat. Pamiętam, jak mój przyjaciel mieszkając tam bardzo obawiał się, że któregoś dnia przyjdzie mu brać udział w takim wydarzeniu. Niby pewnie żyjąc tam człowiek musi się przyzwyczaić do myśli o tym, że coś takiego może mieć miejsce, ale zapewne łatwiej przychodzi to komuś, kto tam wyrósł i się wychował a pewnie jednak osobom z zewnątrz, szczególnie żyjącym na terenach, których trzęsienia ziemi nie dotykają,  nie przyszło by to łatwo. Oswoić się z myślą zapewne można, ale pewnie i tak za każdym razem, kiedy coś takiego się zdarzy, jest szok.
W dodatku dowiedziałam się, że mój daleki bardzo ale jednak kuzyn prawdopodobnie przebywał w tamtych rejonach, rodzina nie ma od niego żadnej wiadomości. Ponieważ wiem to z tak zwanej drugiej czy nawet trzeciej ręki, więc nie wiem, czy był w dotkniętych trzęsieniem ziemi rejonach czy w bezpieczniejszych. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało.
Dziwna sprawa, wczoraj skończyłam czytać Murakamiego i wzięłam się za następną książkę dotyczącą Japonii, a tu takie wiadomości w radio z rana…a w nocy dziwnie spałam, sny dziwne się śniły.
Smutne te piątkowe informacje z Japonii. Oby jak najmniej ofiar było, ale niestety, wiadomo, że tak nie będzie, nie przy takim nasileniu, stopniu katastrofy…

Z gazety na ten temat.

„1Q84.2”. Haruki Murakami.

Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2011).
Przełożyła Anna Zielińska-Elliott.
Tytuł oryginalny 1Q84 ichi-kew-hachi-yon.

To druga część najnowszej pozycji książkowej Murakamiego wydanej na naszym rynku, trylogii pod tytułem "1Q84".

O pierwszej części pisałam tu.

Szkoda, że trylogia nie została wydana w całości. Muszę bowiem przyznać, że powrót do niej po przerwie nie okazał się łatwy. Dobrze, że czytając robię sobie szczegółowe notatki, które umożliwiły mi przypomnienie sobie skomplikowanej fabuły rozpoczętej w pierwszej części.
Muszę przyznać, że ta część nie zachwyciła mnie w takim stopniu, jak część pierwsza. Wydała mi się nieco zbyt długawa, przegadana, jakby padło zbyt wiele słów na temat, który aż takiego rozgadania nie wymagał. Poza tym chyba nieco wymęczył mnie aż nadto wyeksponowany temat seksu. No i włączyła mi się refleksja, jak też niektóre partie książki mogły by zostać odebrane przez osoby chcące "przyczepić się" do autora. Być może kogoś, kto nie do końca zrozumiał intencje może wydać się, że w książce w jakiś sposób pada przyzwolenie na pewne karalne zachowania. A może ja to tak odebrałam, nie wiem…
Tak czy inaczej, muszę powtórzyć, że tym razem jakoś nie padłam na kolana przed prozą Haruki Murakamiego.
Mam nadzieję, że następna, trzecia część zatrze to moje wrażenie i że znowu się zachwycę i dam wciągnąć w magiczny świat wyobraźni autora.
W tej części książki zostają nam przypomina nam się ponownie bohaterów z części pierwszej, czyli Tengo i Aomame, którzy znali się w przeszłości, jak i młodziutką autorkę niezwykłego literackiego debiutu "Powietrzna poczwarka".
Jak wspomniałam w nieco splątanych wątkach wyjaśnione zostaje, czym tak naprawdę jest owa poczwarka, kim są Little People i jak mogą oddziaływać na ludzi, a także, jaką rolę w życiu? książce? pełnią właśnie zarówno autorka Fukaeri jak Tengo i Aomame. Jak są powiązane ich losy, jak sprzęgną się ich pragnienia i możliwości. Jak można znaleźć się w cudzej opowieści i wziąć ją za własne życie…
Dowiemy się też nieco z przeszłości samego Tengo a raczej coś więcej na temat jego niejasnych relacji z ojcem.

Cóż, jak mówię, tym razem nie dam książce najwyżej noty (przypominam, że ocena jest tylko i wyłącznie subiektywna), ale i nie jest tak, że krytykuję bez litości.

No i na koniec parę cytatów, które jak zwykle zaintrygowały i gdzieś tam zostały na dłużej w głowie.

"Niewątpliwie nie ma sensu na nowo pisać przeszłości(…)."

"(…)kiedy osiąga się pewien wiek, życie staje się jedynie procesem ciągłego tracenia różnych rzeczy. Ważne rzeczy wyślizgują się jedna po drugiej z rąk i wypadają jak zęby wyłamywane z grzebienia. Ludzie, których kochamy, znikają jedni po drugich."

"Nie ma na tym świecie nic, co byłoby bezpiecznie ukryte w sercu (…)".

Moja ocena to 4.5 / 6.

drogie Panie…

…może jestem niepoprawna politycznie w dniu, który triumfy święcił podobno najbardziej za PRL’u (chociaż mam wrażenie, że nigdy nie upadła ta tradycja;), ale co tam. W tym dniu życzę wszystkim odwiedzającym, czytającym mnie kobietom, aby było im jak najlepiej.
A teraz życzenia może nieco przewrotne. Życzę Wam, aby nikt Wam nigdy nie wmówił nic na odwyrtkę jak to Wy czujecie. Czyli jak chcecie robić karierę zawodową, nie dajcie się wkręcić, że waszą rolą jest matkopolizm i jesteście wyrodne matki jeśli wrócicie do pracy po macierzyńskim. Z kolei, jeśli realizujecie się najlepiej jako mamy i opiekunki domowego ogniska, nie dajcie sobie wmówić, że brak Wam ambicji, bo odwalacie kawał dobrej roboty (aczkolwiek niestety, często niedocenianej).

Jeśli Wam dobrze jako małżonki, to nie dajcie się omamić, że powinnyście czuć się winne szczęśliwości z własnym mężem bo najlepiej w wolnym związku partnerskim, jak Wam dobrze w wolnym związku partnerskim, to nie dajcie się zwariować na zalegalizowanie, bo "tak wypada, bo rodzice nalegają"…A jak Wam dobrze jako singielki, niech tak właśnie będzie;)
Jednym słowem drogie Kobiety, Panie, Baby, wiedzmy, co jest dla nas najlepsze, czujmy to pełnią serca i spełniajmy się dokładnie tak, jak chcemy, pragniemy, odrzućmy modne na daną chwilę trendy i realizujmy się same, bo nikt o nas tak nie zadba jak my same o siebie nie zadbamy, ja Wam to mówię;)
Daruję Wam wirtualny kwiatek, każdej z Was taki, jak najbardziej lubi.
Ja poproszę o bukiet tulipanów;)

czas gna…

35 lat jakby nie było. I pomyśleć, że 25 lat było już dekadę temu. Ale to brzmi. Od 25 tych Urodzin czas zaczął mi gnać. Do tamtej pory czułam, że się rozkręca, ale od tej "ćwiartki" właśnie zaczął swoją galopadę na całego.
Wiem, że według niektórych 35 lat to starość, ja co prawda nie pamiętam, abym tak myślała, ale jak komentarze niektórych dzieci czytam na necie, to nie mogę się od takiej refleksji odpędzić, jednak ja, szczerze mówiąc, czuję się młodo i tak zamierzam trzymać przez najbliższe długie lata.
Rok miniony bardzo dla mnie specyficzny. Życie mocno zweryfikowało moje podejście do niego. Ogromnie i nagle zmieniły mi sie priorytety, zobaczyłam w ostrym świetle, jak śmieszne były niektóre sprawy, problemy, którymi zaprzątałam sobie głowę jeszcze nie tak dawno. Już zupełnie co innego jest teraz ważne. Dorosłam w sposób przyspieszony? Może…
Jakby kto chciał powinszować mi, to to jest taki właśnie wątek.

Amerykanie mają swojego świstaka Phila…

…a my mamy koty burasy;)
Wiosna bezsprzecznie nadciąga, są na to dowody.
Wczoraj w godzinach wieczornych usłyszeliśmy dobiegające z patio rozdzierające i to charakterystyczne dla marcowych kotów miauczenie. Patrzcie państwo, jaki akuratny. Pierwszy marca i ten oznajmia;)
I proszę mi tu nie wyjeżdżać z tym kawałem, w którym to kot brodząc rodowymi klejnotami po śniegu rozdarł się z rozpaczy jak mu ww klejnoty zmroziło a ludzie z uśmiechem łagodnym stwierdzili, że "wiosna idzie, kota nie oszukasz".
Ten kot zdecydowanie oznajmiał panią wiosnę i tego się trzymamy;)

chyba po raz pierwszy…

…dopiero z Radiowej Jedynki, słuchanej rano, dowiedziałam się poniewczasie o wczorajszym rozdaniu Oskarów. W sumie i tak traktuję te rozdawnictwo nagród jako niekoniecznie obiektywne (i głównie jak mawiam jako targowisko próżności) ale muszę przyznać, że pierwszy raz aż tak głowa zajęta zupełnie innymi sprawami. Ucieszyła mnie nagroda dla Colina Firtha, jako, że bardzo lubię go jako aktora. Z tego co mówili w radio, bo ja oczywiście zupełnie nie na bieżąco, bracia Coen najbardziej pokrzywdzeni, tyle nominacji i nic.
Ciekawe, czy ci, którzy w ogóle w kinie bywają, nie jak ja, zgadzają się z tegorocznymi nagrodami?

„Słodki padalec”. Daria Doncowa.

Wydana w Wydawnictwie Videograf II. Chorzów (2011).
Przełożyła Ewa Skórska.
Tytuł oryginalny Гадюка в сиропе.

Czwarta część przygód Eulampii Romanowej zwanej przez najbliższych Lampką (a niektórych nowych znajomych nawet Elektrolampą:) rozpoczyna się w chwili, kiedy życie tej detektyw amator zmienia się na czas dłuższy. Oto gospodarze, przyjaciele, u których do tej pory mieszkała, otrzymali na rok ciekawe stypendium w Stanach Zjednoczonych, co oczywiście owocuje wyjazdem całego towarzystwa wraz ze zwierzakami do Ameryki a Lampka ma zostać na ten czas sama. Aby miała co robić, Katia, jej przyjaciółka lekarka, przed wyjazdem "nagrywa" Lampce pracę i Eulampia rozpoczyna pracę w domu słynnego autora powieści kryminalnych jako osoba prowadząca gospodarstwo domowe.
Konrad Razumow, ów autor ma córkę z pierwszego małżeństwa, rozpieszczoną nastolatkę a z drugą żoną czteroletniego synka, z którym łączy go dość dziwna pasja, jaką jest cowieczorny rytuał zabawy w wojnę. Syn pisarza ma zapewne w domu więcej zabawek militarnych niż średnio zaopatrzony sklep z bronią w Teksasie. Pewnego dnia właśnie ta przedziwna rozrywka obu panów, ojca i synka, staje się przyczyną tragedii. Oto bowiem podczas zabawy w wojnę malec zabija ojca. Jak to możliwe? Otóż okazuje się, że ktoś podrzucił dziecku zamiast zabawki prawdziwy rewolwer. Co skutkuje tym, że strzelając niby to na niby dziecko zabija swojego ojca.

Sytuacja szybko staje na głowie, bowiem po początkowym chaosie, śledczy aresztują panią domu, a drugą żonę Konrada, z pełnym przekonaniem, że to ona właśnie stoi za tą zbrodnią. O ile śledczy są tego pewni, to nasza detektyw amator Lampka już wcale nie i jak to ona, nie byłaby sobą, gdyby nie rozpoczęła własnego śledztwa w tej sprawie.

Oczywiście przy tym wszystkim, jak to życzliwa Lampeczka, staje się matką zastępczą dla nastoletniej córki zamordowanego autora, która to dziewczyna z czasem okazuje się być całkiem sympatyczną dziewczynką, w dodatku wcale nie tak rozpieszczoną, jak mogło by się zdawać.
Lampa poznaje też nowych znajomych, jak chociażby były mafiozo a sąsiad autora, miłośnik a raczej fanatyk psów.

Jak zwykle książka Darii Doncowej to taka, jak zwykłam przy recenzowaniu jej książek powtarzać, "bajka dla dorosłych". Na którą to bajkę ja raz na jakiś czas mam chęć. Lubię sobie poczytać o ludzkiej współpracy, życzliwości i nieobojętności na los drugiego człowieka, a to zawsze z historii Doncowej przebija.
Przy tym oczywiście dodatkowo poczucie humoru, intryga kryminalna, jak zwykle dość zakręcona, no i jak lubię, happy end.
Tak więc to jest to, co lubię.

Oczywiście, że czekam już na część następną. A jak dowiedziałam się wczoraj szukając tytułu oryginalnego na stronie autorki cykl o Eulampii liczy sobie całkiem sporą ilość książek.
Mogę się "przyczepić" jedynie do jednego, a mianowicie tytułu. Wydaje mi się, że tytuł oryginalny ma więcej wspólnego ze żmiją niż z padalcem i czemu właściwie nie mogło być "Słodka żmija" na przykład?

Moja ocena to 5 / 6.

A jeśli ktoś zainteresowany jest stroną Darii Doncowej to jest dostępna w języku rosyjskim, oczywiście, pod adresem:

http://www.dontsova.ru/

I jeszcze z ciekawostek. Wczoraj szukając informacji na temat książki autorki odkryłam, że Rosjanie już cykl o Eulampii sfilmowali, znalazłam nawet na youtubie film na podstawie tej książki właśnie. Ciekawe, czy jest szansa, żeby kiedyś dotarł ten serial do Polski.



„Jutro możesz zniknąć”. Lee Child.

Wydana w Wydawnictwie Albatros. A.Kuryłowicz. Warszawa (2011).
Przełożył Andrzej Szulc. Tytuł oryginału Gone tomorrow.

O, la la! (Nie zapominajmy, że matka Jacka Reachera była Francuzką a sam Jack biegle posługuje się tym językiem;). Jack Reacher powraca w rewelacyjnej formie! Oklaski na stojąco. Tego mi było trzeba. Poprzednia czytana przeze mnie książka Lee Childa, "Podejrzany" według mnie była na niższym poziomie. Ta zaś ponownie śrubuje w górę i sprawia, że otrzymujemy dokładnie to, na co tak czekamy my, miłośnicy kryminałów i sensacji wychodzących spod pióra? klawiatury? autora, a mianowicie dreszcz emocji, podwyższony poziom adrenaliny, wartką akcję i ten specyficzny nieco ironiczny ton poczucia humoru Jacka.

Jack Reacher ten wieczny wędrowca bez dóbr doczesnych tak obsesyjnie gromadzonych przez współczesnych mu, bez zobowiązań, ten wolny ptak przemierzający wzdłuż i wszerz Stany Zjednoczone Ameryki i wymierzający sprawiedliwość, tym razem zawita do jednego z najbardziej znanych miast na świecie a mianowicie Nowego Jorku.

Wracając z uprawiania nocnego życia metrem około drugiej w nocy zauważa, że w wagonie, w którym oprócz niego siedzi jeszcze niewiele osób, znajduje się kobieta, która z wysokim prawdopodobieństwem okazać się może zamachowcem-samobójcą. Wskazują na to pokrywające się z tym, co widzi obserwujący ją Jack, punkty słynnej izraelskiej listy stworzonej właśnie w celu rozpoznawania potencjalnych zamachowców, terrorystów samobójców.
Jack to serduszko na dłoni, które nie może przecież przejść obojętnie wobec potencjalnego zagrożenia dla innych jak również możliwości złamania prawa, podchodzi do kobiety i rozpoczyna z nią rozmowę. Która to pogawędka nie dość, że szybko się kończy, co wywróci do góry nogami chwilowy i jak zwykle niepewny spokój Jacka Reachera na dłuższy czas.
Nie chcę zdradzać za wiele, w końcu największą przyjemność będziecie mieć z lektury poznając ją sami i odkrywając kolejne tajemnice wraz z Reacherem. Muszę powtórzyć jedno, Jack wraca tu w zdecydowanie swojej wspaniałej formie. Uprzedzam, szczególnie końcówka, jest dość brutalna, ale tak to właśnie bywa, kiedy Jack bierze się za sprzątanie po niegrzecznych ludziach.
Cóż mogę powiedzieć oprócz tego, że miłośników prozy Lee Childa czeka kolejna dobra lektura? Polecam więc.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„W naszym domu”. Jodi Picoult.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2011).
Przełożył Michał Juszkiewicz.
Tytuł oryginału House Rules.

Po odpuszczeniu sobie paru książek tej autorki, które nastąpiło w wyniku przesytu jej stylem (poza tym ostatnia książka, jaką czytałam nie podobała mi się) wróciłam do jej prozy. I mam mieszane uczucia. Z jednej strony, cieszę się, że jest autorka, która zajmuje się właściwie zawsze tematyką trudną, często chyba niechętnie podejmowaną przez innych, z drugiej, zastanawia mnie, jak to jest, że kobieta, która chyba ma całkiem udane życie osobiste pisze na tak ciężkie i generalnie zawsze przygnębiające tematy. Nie wiem, czy skuszę się na następną jej książkę, chociażby miała dobre recenzje, bo chyba znowu czuję się jednak zmęczona. Nie stylem, ale chyba właśnie ciężarem tematu, przygnębieniem, jakie mnie na ogół ogarnia podczas lektury je książek. Być może jest tak w chwili obecnej, kto wie, jak będzie za czas jakiś, ale na razie chyba ponownie mówię basta.

Po tak długim wstępie przechodzę do słów na temat samej książki "W naszym domu".
Jedno przyznaję zawsze Jodi Picoult i chylę głowę za to, że jej się chce i że poświęca na to swój czas. Zawsze odrabia dobrze lekcję, czyli pisząc na jakiś temat widać jej zaangażowanie w poznanie go dogłębne i wniknięcie a nie liźnięcie tematyki zaledwie po powierzchni.

Tym razem Picoult postanowiła zmierzyć się z problemem autyzmu, konkretnie Zespołem Aspergera, który ma Jacob, jeden z braci, bohaterów książki.
Autorka stworzyła tym razem prozę, w której mamy też drugi wątek, nie tylko dotyczący autyzmu, ale kryminalny, który nierzadko przecież pojawia się w jej książkach.

Jak wspomniałam, bohaterami książki jest dwóch braci, Jacob i Theo, jego młodszy brat i ich matka, samotnie wychowująca synów, Emma. Ojciec chłopców zdezerterował w momencie zdiagnozowania starszego syna (nota bene, dziecko zmienia się po szczepieniach, ten sam motyw występował w filmie, o którym kiedyś pisałam "Usłyszeć ciszę").

Jacob ma pasję, wręcz obsesję, jaką jest jego zainteresowanie kryminalistyką i metodami śledczymi. Interesuje się tym silnie do tego stopnia, że raz nawet pomaga miejscowej policji w rozwiązaniu wyjątkowo niejasnej zagadki zbrodni. Ma satysfakcję jednak do czasu. Do chwili, kiedy zostanie zamordowana jego nauczycielka a raczej instruktorka zachowań społecznych, młoda studentka Jess. Początkowo o mord zostaje oskarżony jej chłopak, który źle traktował dziewczynę, potem jednak sytuacja zmienia się na niekorzyść Jacoba, który zostaje oskarżony o zbrodnię na Jess.
Emma wynajmuje młodego adwokata i próbuje zrobić wszystko, aby pomóc synowi. Ale nie jest to łatwe.

To jeden aspekt książki, wątek kryminalny. Drugi, to problem niepełnosprawności a raczej nie tyle samej niepełnosprawności co istoty bycia rodzeństwem osoby niepełnosprawnej bądź ogólnie mówiąc, chorej. Poznajemy więc zarówno samego Jacoba, jego matkę ale i młodszego brata, Theo, który jak wynika z jego własnych myśli, refleksji, nie jest zachwycony sytuacją, w jakiej się znalazł. Na swój sposób na pewno kocha brata, w końcu ma go tylko jednego, jednak nie ukrywa, że życie z taką osobą, jak Jacob jest częściej, niż można przypuszczać trudne i często bardzo uciążliwe. Praktycznie całe życie rodzinne, owe tytułowe (tytuł oryginalny) "zasady tego domu" zostały podporządkowane Jacobowi i jego niepełnosprawności.
Nie wiem, na ile autorka zgłębiła dane i opinie rodzeństwa osób chorych czy niepełnosprawnych. Nie wiem więc jak jest naprawdę. Obraz wynikający z tej książki nie jest optymistyczny. Mimo, że Theo dostosowuje się do reguł, do tego, jak ma funkcjonować, nie jest szczęśliwy a efektem tego jest chociażby to, co robi czyli najpierw podgląda szczęśliwe w jego mniemaniu rodziny a następnie zaczyna włamywać się do domów takich rodzin aby pooddychać atmosferą szczęścia i prawdziwego domu.
Nie wiem, jak mówię, na ile można wierzyć samej autorce, która z tego, co się orientuję tematykę zna jedynie w teorii.
Domyślam się, że życie takie rodzeństwa nie jest lekkie, że są rodzice, którym pewnie udaje się łączyć posiadanie dziecka chorego i zdrowego i rozdanie swojej uwagi po równo, ale domyślam się też, że są i takie przypadki, w których zdrowe dziecko pozostaje same sobie. Nie podobało mi się, że autorka, tak mi się zdaje, dość tendencyjnie ujęła temat, przykłady w książce (dotyczące różnych rodzajów niepełnosprawności) potwierdzają tę druga tezę, w której raczej uwaga rodziców skupia się głównie na dziecku niepełnosprawnym, co skutkuje nieciekawymi efektami. A może autorka nie przesadza? Może to brutalna rzeczywistość? Wolę tak jednak nie myśleć, bo zwyczajnie, chyba zbyt przygnębiająca jest taka świadomość, wolę więc sądzić, że Picoult nagięła nieco dane, rzeczywistość aby bardziej uwiarygodnić swoje pomysły w książce. Nie wiem, nie wiem i prawdę mówiąc, nie chcę się nad tym zastanawiać.

Szczerze mówiąc, to ten właśnie temat bardziej zajął mnie podczas lektury, niż sam wątek kryminalny.

Mimo, że samą książkę oceniam ogólnie dobrze, to jak wspomniałam, zamierzam ponownie odpocząć od jej prozy, chyba zbyt przygnębiająco na mnie działa.

Moja ocena to 5 / 6.