„Siła perswazji”. Lee Child.

Siła perswazji

 

Wydana w Wydanictwie Albatros. A. Kuryłowicz. Warszawa (2011).

Z angielskiego przełożyła Paulina Braiter. Tytuł oryginalny Persuader.

Kolejna część przygód nieustraszonego Jacka Reachera, serduszka na dłoni, który nie zapomina nigdy tych, którzy skrzywdzą kogoś jemu bliskiego. Nie zapominać i działać, oto motto Reachera. Który skutecznie rozprawia się z tymi, którzy w przeszłości nadepnęli mu na odcisk. 

Tym razem Jack Reacher wybiera się do pewnego baru w dzielnicy Bostonu. Zamiar napicia się niezłego drinka psuje jednak jedno nieprzyjemne wydarzenie. Oto Reacher staje oko w oko z pewnym wyjątkowo niefajnym facetem, który według wszystkich znaków na ziemi i niebie powinien zginąć dziesięć lat temu. Z czyich rąk? Można się tego oczywiście domyślić. 

Nie będzie wróg płuł Jackowi w twarz.
Wcześniej jednak  Jack Reacher ratuje z poważnych opresji pewnego młodego człowieka. Podczas tej akcji jednak następuje coś nieprzewidzianego a mianowicie okazuje się, że Reacher postrzelił śmiertelnie policjanta. O tym, że te dwa wydarzenia łączą się ze sobą dowiadujemy się bardzo szybko a dalej jest jeszcze ciekawiej i oczywiście, jak to u Lee Childa, akcja dzieje się szybko, z pomysłem, ze zwrotami akcji. 

Muszę przyznać, że do książki podchodziłam dwa razy, z oczywistych powodów. Już się bałam, że długo jej nie przeczytam, tym bardziej, że zdecydowanie wolę, jak narracja nie dzieje się w przypadku Reachera w osobie pierwszej, no, nie pasuje mi i tyle, ale jak zaskoczyłam (jak ci górale budujący chałupy) to poszło szybciej niż myślałam i oczywiście nie mogłam się od niej oderwać.

Moja ocena 6 / 6.

szczyt lenistwa…

…starsi czytelnicy ( ojej, jak to brzmi) wspomną zapewne z naszego siermiężnego acz jakże szczęśliwego dzieciństwa takie zeszyty, w których pisało się szczyty, szczyt głupoty, dowcipu itd itp.
Szczytem lenistwa dziś w moim wykonaniu okazało się wysłanie sms na balkon do siedzącego tam P. z zapytaniem, czy też nie ma dostępu do netu. Mnie się bowiem nie chciało ruszyć szlachetnego tyłka z kanapy. Dodam, że do przejścia do balkonu miałam jakieś siedem czy sześć większych kroków.
I jeszcze, jakby ktoś chciał ponarzekać na pogorszenie pogody, deszcze i opady to może zgłaszać pretensje do mnie,bowiem wyraźnie łączę ten fakt z zeszłoweekend’ową sobotą, kiedy to po latach poszukiwań udało mi się nabyć drogą kupna espadryle, które kiedyś w owym dzieciństwie siermiężnym stanowiło żelazny punkt mojego letniego ubrania.
I jeszcze, jak wiecie, moje życie ostatnio na pewno nie rozpieszczało mnie pewnikami. Ba, pokazało, że dzieje się wiele bez sensu i na pewno nic nie jest pewne, ale jeden pewnik coroczny właśnie się niedawno ukazał na forum turystycznym gazety a mianowicie odwieczne pytanie, bez którego lato nie było by latem, naprawdę, a mianowicie "dlaczego jeździcie z biurami podróży?". Dla mnie owo pytanie regularnie pojawiające się w okolicach szczytu sezonowych wyjazdów w ostatnich latach jest większym pewnikiem, niż to, czy będzie śnieg na Boże Narodzenie.

wznoszę toast…

…za przyjaciół. Takich prawdziwych, którzy są w stanie rzucić wszystko, co robią, zmienić swoje plany i przyjechać do człowieka tylko dlatego, że dzwonisz do nich będąc w dołku. Takich, którym nie musisz wyartykułować wprost, że prosisz o wizytę, a którzy sami to zaproponują słysząc twój głos.
A ja w ostatnim czasie też dowiedziałam się czegoś o sobie. I wyciągnęłam z tego lekcję.

ciężki dzień…

…za nami. Człowiek nie jest skonstruowany psychicznie tak aby chować własne dziecko. Mamy w głowach zakodowane odwrotne działanie.
A jutro mój pierwszy Dzień Matki, na który tak się cieszyłam jeszcze miesiąc temu. Spędzę go częściowo na cmentarzu.

cisza, jak ostatnio napisała jedna blogowiczka…

…na ogół oznacza same dobre wiadomości. Mnie życie nauczyło, że nigdy tak nie jest.
3 maja, w moje Imieniny przyszła na świat nasza córeczka, Emilia, która jest dla mnie najpiękniejszym prezentem Imieninowym, jaki mogłabym sobie wymarzyć.
Poród był nieplanowany, szybki i miał bardzo dramatyczny przebieg, nie chcę tu teraz się rozpisywać, bo pędzę po raz pierwszy na OIOM do CZD, gdzie leży nasza córcia.
Na chwilę obecną jej stan jest stabilny ale wciąż ciężki. Liczy się tak naprawdę każda godzina. Wdało się zapalenie płuc, saturacja jest tym co martwi lekarzy. Ogólnie napiszę tak, nie życzę najgorszemu wrogowi tego, przez co teraz przechodzimy.
Jeśli piekło istnieje, to po nim stąpam.
Na przemian modlę się i płaczę.
Tych, którzy wierzą w modlitwę, ze szczerego serca proszę o nią w intencji Emilki.

Całą ciążę miałam zrypaną psychikę, całą ciążę drżałam o nią i okazuje się, że matczynej intuicji nie powinno się nigdy lekceważyć.

Kochani, to tyle, chciałam zostawić wiadomości , bo wiem,że czyta mnie tyle serdecznych nam osób, a im więcej dobrych emocji do nas wysłanych, tym wierzę, że musi pomóc.
Musi, prawda?

prawdziwa dzikość…

…dotarła do mnie za sprawą trzech pocztówek z Kirgistanu, w którym spędzała wolne dni znajoma blogowa. Kartki, jak to z najdzikszej Azji, jak sama autorka określiła region, szły sobie dość dostojnie, bo jak widzę, prawie miesiąc, ale nieważne. Najważniejsze, że doszły. Może to taka lekcja? Aby się niepotrzebnie nie spieszyć, aby smakować to wszystko dookoła?
A na kartkach zarówno pan z sokołem, jak i szerokie rozległe stepy i domki, namioty. Czy to jurty? Bo wyglądem tak mi się kojarzą, ale nie wiem, czy nazwa jurta nie jest "zarezerwowana" jedynie dla Mongolii?
Sprawdziłam w wujku google, myślę, że poprawnie nazywam te niezwykłe namioty. I tak, kartki wyzwalają jakieś niezwykłe poczucie dzikości, niezależności, swobody i wolności, tego wszystkiego, co cechuje ludy koczownicze, nie dające się pokonać nawet podczas lat komunizmu. Takiej wolności się nie okiełzna. Tak sądzę.
Swego czasu miałam ciekawą okazję wysłuchać pieśni któregoś z ludów koczowniczych. Nie wnikając w szczegóły, rzecz działa się na korytarzu bloku mieszkalnego, a ja w pewnej chwili utkwiłam z uchem przyczepionym do drzwi własnych targana niezwykłymi uczuciami, takim niezwykłym uczuciem, które szarpało moje serce ni to tęsknoty za czymś nieznanym ni to poczuciem tego, że prawdziwej swobody nikt nie może odebrać ni to z kolei chęcią wyrwania się gdzieś daleko jak najdalej…nie zapomnę tego nigdy. Gdybym wtedy miała pod ręką rumaka, być może wskoczyłabym na koń i uciekła hen daleko przed siebie, taką wtedy wzbudziła ta pieśń we mnie tęsknotę i jakąś chęć wyrwania się z tego, w czym byłam…
Za pocztówki z niezwykłego miejsca i pamięć wielkie dzięki.

magnolie już kwitną

Zainteresowanym donoszę, że w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie kwitną już magnolie. Wczoraj wybraliśmy się na spacer z całkiem innym założeniem, to znaczy mnie się marzyły stricte wiosenne kwiatki i rośliny a tych nie było za wiele, jedynie narcyzy ładne i nieco tulipanów kolorowych, za to ku naszemu zdziwieniu okazało się, że magnolie kwitną, jak najbardziej i mają się świetnie.
Wiem, że sporo osób wyczekuje na ten moment, tym bardziej, że nie jest on najdłuższy, a więc daję znać. Na plakacie, który widniał w Ogrodzie zauważyłam, że 25-tego zapraszają nawet na zwiedzanie i podziwianie magnolii tamże z przewodnikiem.
No proszę, nie przyszło mi do głowy wcześniej sprawdzić jaką też Ogród ma stronę w internecie a ma:

http://www.ogrod-powsin.pl/

Równo 85 lat temu Polskie Radio rozpoczęło swoje nadawanie. Jak wiecie, ja od wielu lat pozostaję wierna Jedynce radiowej, szczególnie, jak trafia się okres, kiedy mniej politykują, zresztą akurat audycje, których ja słucham, na szczęście o politykę się nie obijają i dobrze, bo od dłuższego czasu ten temat tylko mnie rozdrażnia.
Polskie Radio kojarzy mi się nieodparcie z jedną na najlepszych polskich komedii, przedwojennym filmem "Piętro wyżej" , przy którym to współczesne twory usiłujące nosić miano polskiej komedii romantycznej mogą się jedynie schować i najlepiej nie wychodzić już w ogóle.
W "Piętro wyżej" spiker Polskiego Radia Pączek nie dość, że zagrany świetnie przez Eugeniusza Bodo, to jeszcze właśnie rozśpiewany na antenie o tym, że "umówił się z nią na dziewiątą".

egzotyka…

…w postaci kartki z Izraela do mnie dotarła. Egzotyka o tyle, że z Haify, miasta, z którego o ile dobrze pamiętam, chyba nigdy kartki nie otrzymałam. W ogóle z Izraela kartek otrzymuję niewiele, tym bardziej dziękuję za pocztówkę z ogrodami bahaickimi z Góry Karmel o ile dobrze sprawdziłam w internecie. O bahaizmie, od razu powiem, nie wiem kompletnie nic, tym większa to dla mnie jak już wspomniałam, egzotyka. Dziękuję za pamięć i pocztówkę.

Otrzymalismy też już pierwszą Świąteczną kartkę, Finetko, dziękuję.

Nawiązując do spraw poczty, to najprawdopodobniej za chwilę czeka nas w związku z tą nielubianą instytucją kolejny problem. Otóż mają zamknąć placówkę nam najbliższą. Już nie chodzi tylko o to, że faktycznie położoną blisko i co tu dużo kryć, wygodne to było. Chodzi o to, że poczta nie pomna na to, że oddział pocztowy zdaje się powinien być na jakąś konkretną liczbę mieszkańców, chce nas skazać na nieposiadanie takowego i ganianie w odległe miejsce, które i tak jest już teraz oblężone i zatłoczone. Oczywiście, że nie jestem z tego powodu zadowolona, będzie nowy problem. Już teraz zdarza się, że po list polecony wystać się trzeba było i godzinę, nie wyobrażam sobie, co może być, jak zamkną nasz urząd i wyślą na Berdyczów.
Ja wiem, że często się śmieję, że my tu praktycznie mieszkamy jak na wsi, ale nie wiedziałam, że to aż tak ma być akcentowane (bowiem o ile się nie mylę, zdaje się, że to na wsiach najbardziej poczta zapowiadała cięcia i zamykanie oddziałów).

„Cios. Szczelina”. Henning Mankell.

Cios.Szczelina.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011).

Przełożyła Irena Kowadło-Przedmojska.
Tytuł oryginalny Hugget, Sprickan.

Bardzo się cieszę, że Henningowi Mankellowi przyszedł do głowy pomysł popełnienia kilku opowiadań z akcją w czasach, kiedy to jego bohater Kurt Wallander dopiero zaczyna swoją historię z policją. Zanim my, jako czytelnicy, poznajemy go w serii kryminalnej.
W rozpoczynającym się w roku 1969 w Malmo opowiadaniu "Cios" poznajemy Kurta jako zupełnego młodzika bo dwudziestojednoletniego chłopaka, który dopiero co wdraża się w życie policyjne. Rozpoczyna jako patrolujący ulice Malmo ale od samego początku czuje, że chce czegoś więcej. Jego marzeniem jest rozpoczęcie pracy w wydziale kryminalnym, do czego z pełną konsekwencją zmierza. A zaczyna z przytupem, kiedy mieszkający w mieszkaniu obok Wallandera mężczyzna umiera. Wszystko wskazuje na samobójstwo, a jednak Kurt czuje, że to nie to, że jest coś poza tym, co może się wydawać. Jednym słowem nie wierzy w samobójstwo i rozpoczyna swoje własne indywidualne (chociaż niezgodne z regulaminem policyjnym) śledztwo. Które to zakończy się powodzeniem, aczkolwiek będą sceny dramatyczne.
W tym opowiadaniu poznajemy też Monę, przyszłą żonę komisarza, która na tym etapie jest dopiero jego dziewczyną. Nie dziwi mnie późniejszy rozpad związku komisarza i jego żony, jako, że od początku widać, że oboje chyba zbyt wiele dzieliło, niż łączyło, a Mona chyba niezbyt zdawała sobie sprawę z tego, czym jest wyjście za mąż za policjanta. Poznajemy też ojca Kurta i co nie jest dziwne szczególnie jak zna się późniejsze relacje obu panów, ich kiepskie relacje, które zdają się mieć podłoże gdzieś jeszcze dawniej, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie.

W drugim opowiadaniu "Szczelina", bardzo krótkim, Wallander właściwie mniej śledzi, ( akcja dzieje się szybko i dość dynamicznie), a więcej zastanawia nad tym, co nazywa "szczeliną" w szwedzkim społeczeństwie. Szczeliną, która wiele zmienia, jak również pokazuje, zwłaszcza policji zmiany społeczeństwa i eskalację przemocy i agresji.
W tej części też mamy zapowiedzi późniejszych problemów, na których skupia się autor, jak również, co już dotyczy biografii samego bohatera, mowa jest o zmianie miejsca zamieszkania, żonaty już bowiem Kurt wraz z żoną i pięcioletnią córką Lindą przenoszą się do Ystad.

Przyjemnie jest powrócić do przygód Wallandera, zwłaszcza po ostatniej, kończącej cykl książce, jak również miło jest poznać jego losy jako młodego i początkującego policjanta.

Moja ocena to 4.5 /6.