wybór bazy…

…na wyprawę to podstawa. My chcieliśmy zatrzymać się nieopodal Kłodzka, wszak zwiedzać mieliśmy Ziemię Kłodzką, jednak nie w samym mieście bo chcieliśmy mieć spokój i ciszę. Niezłym miejscem okazało się Stronie Śląskie. Sądzę, że mało kto wie, jak bardzo aktywnie można spędzać tam czas. Ręka w górę, kto wie, że jest tam wyciąg na Czarną Górę i możliwość uprawiania narciarstwa zimą? No, może fani nart znają ten adres, dla mnie to była nowość, ale muszę przyznać, że faktycznie sądzę, że ci, którzy niekoniecznie marzą o wyprawie do megapopularnych ośrodków narciarskich , śmiało mogą wybrać Stronie. Chociaż uprzedzam, chociaż strona narciarska wygląda na przyzwoicie przygotowaną, to na przykład pod kątem gastronomii jest tam skromnie. My jedliśmy w jednej z restauracji nieopodal stoku (celowo już nie podam nazwy, coby nie reklamować, i tak nie mają zbyt wiele konkurencji, co jak wiemy, wcale nie jest takie dobre). Coś tam jeszcze bliżej stoku widziałam, więc nie to, że nic, ale moim zdaniem mogło by być więcej.
Stronie dzieli się na dwie części, my zatrzymaliśmy się w miejskiej, która niestety, mówiąc wprost , średnio jest urodziwa. Ale niektórzy uprzedzali. Kierowaliśmy się konkretnym miejscem zatrzymania, a więc nieco „skazani” na tę część byliśmy. Stronie Wieś, w której mieści się większość pensjonatów dla kontrastu jest bardzo ładna i taka już właśnie górska. Samo miasto oferuje atrakcje nie tylko zimą, ale posiada zarówno ośrodek sportowy, basen, jak również z tego, co się orientuję, stadion. Jest na pewno wiele możliwości spędzenia czasu, jednak sądzę, że na pewno na stacjonowanie poleciłabym teraz część wiejską. 

Stronie Śląskie posiada swoje zabytki, jak Kościół parafialny ukończony w latach 30stych osiemnastego wieku czy była Kaplica protestancka. Dawniej miejscowość posiadała też Hutę Szkłą, która stanowiła miejsce pracy dla bardzo wielu mieszkańców samej miejscowości jak i okolic. Z niewiadomych dla mnie przyczyn huta nie przetrwała, w sklepie można teraz nabyć produkty nie wykonywane w niej za to tamże wciąż zdobione. Jednak nie rozumiem, jak to możliwe, że całkiem zdaje się odnoszący spore sukcesy zakład po prostu upadł. Sami nabyliśmy w nim szkło po banalnie niskiej cenie (obecnie jest tam naprawdę spora obniżka cen produktów) i chociaż w ludziach z naszego pokolenia „szkło kryształowe” budzi skojarzenia raczej z meblościanką czy wiozącym na Węgry prezent z kryształu inżynierem Karwowskim, muszę powiedzieć jedno, niektóre z produktów Huty Szkła Violetta są naprawdę bardzo ładne.

Do Kłodzka trafiliśmy niestety w bardzo gorącym dla miasta okresie, odbywały się tam dni miasta, o których wcześniej nie wiedzieliśmy, inscenizacje bitw z występami ludzi poprzebieranych w stroje z epoki napoleońskiej i szczerze mówiąc, wyprawa w tłum bardziej nas wymęczyła niż się podobała. Zwiedziliśmy więc tam tylko Twierdzę Kłodzką a i to nieco znużeni. Rzuciliśmy też okiem na Stare Miasto i średniowieczny most i wróciliśmy do nas. Mieliśmy raz jeszcze wybrać się do Kłodzka, jednak muszę przyznać, że jakoś to w końcu rozmyło się.  

Ziemia…

…Kłodzka była przez nas eksplorowana przez ostatnie dwa tygodnie. Przy okazji krótki wypad do Czech, zupełnie na luzie i turystycznie, nawet nie w góry a na popas. 

No i powiem tak, nie dziwię się Czechom, że kręcą takie pozytywne fajne optymistyczne filmy. Mają świetne piwo, niezłe jedzenie (mnie przynajmniej smakuje) i rewelacyjne drogi…

Ale, może się zestarzałam, ale jednak wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej…

„Obraz pośmiertny”. Aleksandra Marinina.

 

Wydało Wydawnictwo W.A.B. Warszawa (2011). 

Przełożyła Aleksandra Stronka. Tytuł oryginału Posmiertnyj obraz.

No cóż, zawód, niestety. I to kolejna książka Marininy, która ukazała się na naszym rynku, a która mnie zawiodła. Poprzednia, nie była przynajmniej z Anastazją Kamieńską, więc myślałam, cóż, tu widać bohater „tworzy” książkę, a przynajmniej po części, ale nie. Nie bardzo wiem, czy to jakieś wewnętrzne zmęczenie materiałem u autorki, bo książka z roku 1995, więc w sumie chyba nie. Nie wiem. Jak do tej pory nie lubiłam Nastki Kamieńskiej z książki na książkę coraz bardziej, ale to jak widzę było na plus. Bo irytowała mnie jej postać, jej niby nie a jednak oczekiwanie podziwu, admiracji. Denerwowało mnie, że jest po prostu mało sympatyczną osobą, ale przynajmniej właśnie budziła jakieś uczucia, nieważne, że irytacji. W tej części opowieści o major Kamieńskiej sama Kamieńska zdaje się być mocno mdła, niemal wyblakła. Cóż, pozostaje jej życzyć, aby to nie świeże zamążpójście nie powodowało tego wyblaknięcia. 

Czego mi zabrakło? Świeżości opisów miasta, którym przecież żyje zarówno sama autorka, jak wykreowana przez nią postać, barwnej analizy tła , zarówno właśnie w opisie miejsc, scenografii, jak również w doborze koloru stworzonych bohaterów. Tego wszystkiego, co do tej pory powodowało, że kiedy czytałam opis późnej jesieni u Marininy, to niemal czułam lodowatą breję wlewającą mi się do buta, jakbym sama stąpnęła w wybrakowany fragment chodnika przy jednej z moskiewskich ulic. 

Sama intryga kryminalna również na kolana nie rzuciła, powody postępowania mordercy również bardzo wydumane. Jakieś pozaczynane wątki poboczne, które urywają się nieco, ogólnie odnosiłam wrażenie lekkiego chaosu. Wielka szkoda.

Tym razem major Kamieńskiej przyjdzie rozwiązywać sprawę morderstwa młodej, wybijającej się dopiero ale mającej przed sobą świetlaną przyszłość aktorki Aliny Waznis. Dla Anastazji środowisko aktorsko reżyserskie jest nieco dalekie, dlatego prosi o pomoc dawnego kolegę z pracy a obecnie pełniącego funkcję szefa ochrony w studio filmowym , w którym pracowała młoda aktorka. Szybko okazuje się, że całkiem sporo osób mogło mieć pretensje do gwiazdy. Powodów do nielubienia było dość dużo a często wystarczy jedna chwila kiedy ktoś da ponieść się niepotrzebnym emocjom i nieszczęście gotowe. 
Oczywiście i tym razem jednak Anastazji uda się rozwikłać tę sprawę.

Daję 4 / 6 i to nieco z sentymentu do serii i z nadzieją, że następne przygody major Kamieńskiej okażą się jednak bardziej interesujące i godne lepszej oceny.  

dziękuję…

…za wszystkie życzenia na Narodziny Emilki i z powodu Jej Odejścia, jakie od Was otrzymaliśmy.

Dziękuję też za to, że wciąż pamiętacie o moich pocztówkowych zbiorach i podsyłacie coś niecoś. To trochę wiąże mnie, prowadzi jakąś nitkę z życiem przed tym życiem, czyli w jakiś sposób przypomina o tym, co kiedyś mnie cieszyło czy radowało. Nie wymienię wszystkich miejsc, z których dostałam kartki, ale świadczą one o tym, że macie udane wyjazdy czy wakacje. Dzięki za pocztówki z Helu, Władysławowa, Roztocza, Izraela, Turcji, Krety i co muszę odnotować, Pragi. A tę muszę odnotować specjalnie, bo to pierwsza kartka od kogoś, kto wprost napisał, że jemu się Praga nie podoba i jest według tej osoby przereklamowana. Nie byłam, więc nie wiem, ale własne zdanie można mieć, więc przyjmuję, może kiedyś zobaczę sama, jak to jest z tą Pragą, ale na razie mnie jakoś nie kusi…Nie dlatego, że według kogoś z Was przereklamowana, ale chyba dlatego, że mnie ostatnio chyba niewiele kusi;(

Wczoraj otrzymałam piękny prezent od Atsanik z Kanady, za który muszę osobno podziękować. Dostałam piękny łapacz snów. To nie pierwszy łapacz snów, jaki ktoś z Was mi podarował (wiem, te moje koszmary stają się powoli legendą) , ale ten jest z Kanady, robiony przez Indian, tym bardziej cenię, jako, że Kanada kiedyś tak mnie do siebie przyciągała niezwykle…Wzruszyłam się tym prezentem, że ktoś tam o mnie myśli, wysyła pozytywną energię…Do tego karta z reprodukcją pracy Maxine Noel , ja otrzymałam „Sun Catcher”.
Lubię sztukę indiańską. Kiedyś ktoś podarował mi amulet zrobiony właśnie przez Indian Ameryki Północnej, niestety, amulet się popsuł, kamień, z którego był wykonany pękł przy jakimś upadku;( mam też indiańskie kolczyki, nie wiszące, co pewnie może kogoś zdziwić, a sztyfty do uszu z ładnym turkusem…

Dziękuję za pamięć i dobre emocje…

„61 godzin”. Lee Child.

 

Wydana w Wydawnictwie Albatros. A. Kuryłowicz. Warszawa (2011.

Przełożył Andrzej Szulc. Tytuł oryginału 61 Hours.

O tym, że lato nie jest taką złą porą roku przypomniała mi w dwójnasób najnowsza książka Lee Childa, czyli „61 godzin”. Oto bowiem w tej części Jack Reacher, człowiek nie posiadający dóbr materialnych jakie na ogół posiada przeciętny człowiek trafia w zimie do Dakoty Południowej. Podkreślam brak materialnych dóbr, bowiem ten emerytowany żandarm trafia tam kompletnie do dłuższego pobytu nieprzygotowany. Nie ma ciepłej kurtki, właściwego obuwia, nie wspominając o rękawicach, czapce czy szaliku. Nie ma, gdyż nie zakładał, że pobyt jego w małej miejscowości Bolton potrwa w ogóle czas jakiś. A o tym, że pobyt miał miejsce zadecydował przypadek, czyli fakt wypadku, jaki miał miejsce. Oto autokar wiozący wycieczkę emerytów wpada w poślizg i zostaje unieruchomiony. Na szczęście nikomu z pasażerów nic poważnego się nie stało. Również pewnemu młodemu pasażerowi gratis, jakim okazuje się Jack Reacher.

Jack nie byłby sobą, gdyby pozostając gdzieś na nawet chwilę nie zorientował się w tym, co najważniejsze w danym mieście. A w Bolton mają pewien spory problem, a mianowicie siedzącego w miejscowym więzieniu przywódcę gangu motocyklistów, którzy handlują narkotykami i jedynego świadka, który może mu zaszkodzić, starszą sympatyczną panią. I dość zawiłą umowę z władzami więzienia, która prowadzi do tego, że w razie jakichkolwiek problemów w więzieniu główny świadek zostaje praktycznie bez nadzoru. Z czym nie zgodzi się Jack, którego poznajemy w tej części jako osobę pomagającą starszym, jak zawsze podkreślam, wychodzi jego cecha, bycia „serduszkiem na dłoni”:)

Tak czy inaczej, sporo w Bolton problemów, z którymi jakoś nie mogą sobie poradzić, do tego w okolicy opustoszała baza wojskowa, do której tak naprawdę nikt nie chce się przyznać, a na to wszystko siekący w twarz mróz i zasypujący okolicę śnieg.

Muszę powiedzieć, że czytana przeze mnie poprzednia książka o Jacku, czyli „Siła perswazji” podobała mi się nieco bardziej, chyba za bardziej zmienną akcję i szybkość działania ale być może ta część wydaje się być spokojniejsza z racji na klimat, który udało się przedstawić autorowi jako ten, który niemal zamraża wszystkie działania i myśli.

Niestety, tym razem zawiodłam się też na tłumaczeniu, sporo jest w nim literówek, nie przetłumaczonych zwrotów (chociażby pojawiający się na stronie 210 „odmalowany siding”). Trochę się to wpisuje w ostatnią dyskusję na forum o Książkach gazety na temat tłumaczeń. Ponieważ jednak do tej pory tłumaczenia Childa autorstwa Andrzeja Szulca mi pasowały, uważam to za jakiś jednorazowy wypadek przy pracy, zdarza się. 

 

Moja ocena to 5 / 6.

co pewien czas…

…tak, dopada mnie coś w rodzaju słowotoku. A co chciałam napisać? Co pewien czas odbywa się coś w rodzaju wzajemnego wręczania sobie nagród wśród blogerów, zapożyczając z Mikołajka, „wszyscy nagradzają wszystkich”. Kolejna zabawa odbyła się czas jakiś temu, trzeba było mianować szesnaście blogów, z tych, które się czyta i napisać o sobie siedem rzeczy, które rzekomo nie są znane czytelnikom bloga. Zapewne sztuka trudna dla takich dinozaurów, jak ja, uważni i dłużej czytający znajomi sporo o mnie wiedzą. No i ja , jak Czara, nie umiałabym nagrodzić konkretnych blogów, bowiem u mnie w linkach same interesujące, wychodzę z tego założenia. Ale i tak nie musiałam się martwić, bo nikt mnie nie nominował, zazwyczaj to mnie omija.
Ale sama idea napisania siedmiu rzeczy o sobie, rzekomych sekretów skusiła , tak więc…

1. nie lubię sobót…tak tak. Ten chyba najbardziej lubiany przez innych dzień tygodnia mi kojarzy się jakoś nieprzyjemnie. To w ten dzień dostałam sms z wiadomością, że córeczka znajomej Blogerki jest na OIOMIE. To w sobotę dostałam informację o tym, że chłopak znajomej zmarł. Kilka innych nieprzyjemnych wiadomości również tego dnia mnie doszło.

2. nienawidzę szpitali. Mam na nie traumę od wczesnego dzieciństwa, kiedy to trafiłam zupełnie bez sensu (jak się potem okazało) do szpitala poza W-wą, w którym co ciekawe, nic złego mnie nie spotkało, a przemiłe panie pielęgniarki zabrały mnie nawet na porodówkę pokazać płaczące dzidziusie.

3. odczuwam lęk odbierając telefon z numeru, którego nie znam.

4. z przyczyn osobistych bardzo chciałabym kiedyś skontaktować się z Aleksandrą Nieśpielak.

5. mogę wiele przebaczyć ale pamiętam…

6. …a to wiąże się bowiem z moją pamięcią, którą mam jak przysłowiowy słoń, co wcale nie jest zawsze takie fajne, bo są rzeczy, które chciało by się wymazać z pamięci.

7. maniakalnie niemal uwielbiam stare polskie seriale jak „Wojna Domowa”, „07 zgłoś się”, „Czterdziestolatek”, znam niektóre teksty na pamięć i niektórymi z nich posługuję się wręcz na co dzień.

Jakby ktoś chciał się pobawić (czy jest jeszcze ktokolwiek, kto nie wziął udziału w tym sekretniku?) to niech zostawi tu ślad z adresem bloga.

plaga komarów…

…właśnie na gazecie wyczytałam, że wszyscy narzekają. Myślałam, że tylko u nas ta swołocz komarowa się rozpleniła. Jeśli narzekałam w zeszłym roku, to wtedy to było nic, teraz jest koszmarnie. Środki przeciw komarom pomagają według mnie względnie. A i te w domu, włączane do kontaktu nie do końca, zawsze jakiś się prześlizgnie przez zaporę i rankiem oczekuje mnie uśmiechnięty jak drapieżny wampir w łazience. Wczoraj stoczyłam dwie nierówne walki z dwoma niezależnie zaczajonymi na mnie tamże. Raz myłam zęby, więc cwany wiedział, że nie mam jak go dopaść. W naiwności swojej myślałam, że może uda mi się go zatopić, w rezultacie cała łazienka zalana a ja w końcu rozplaszczyłam go na ścianie, chociaż się ich brzydzę. Drugiego ubiłam, kiedy myłam ręce (znowu wiedział, że mam je zajęte) zdecydowanym klaśnięciem. 
Brrr…Z niepokojem myślę o zbliżającym się wyjeździe. Nie wiem, szczerze mówiąc, czy Kotlina Kłodzka obfituje w komary? No nic, oby nie. Chociaż optymistką po tegorocznych lipcowych ulewach bym nie była. Nie wiem, jak Wy, ale ja jako alergik naprawdę źle znoszę ukąszenia komarów, bąbel rozlewa się naprawdę spektakularnie.

Z życia sąsiedzkiego, od dłuższego czasu sąsiedzi z góry dołożyli do swojego stałego repertuaru nowość. Doszły awantury. Od „ligthowych” z tylko wulgarnie wywrzaskiwanymi przez któryś męski głos przekleństw do takich fest, jak ja to nazywam z rzucaniem czymś twardym i hałaśliwym na podłogę a niestety, nasz sufit. Dziś rano obudziła mnie ta lightowa, bez walenia w podłogę. Awantur do tej pory chyba nie było, chociaż teraz nie wiem, być może to , co brałam za dzieciaków kłótnie rodzeństwa było awanturami? Z tym, że wtedy nie było tak strasznie wulgarnie. Zastanawiam się, który to pan taki awanturny, mężuś czy wyrośnięty już syn student. No i co tu z takimi zrobić? Nie mam pojęcia, szczerze mówiąc, a przyznam się Wam, że taki „bierny” udział w czyjejś awanturze działa na mnie bardzo nieprzyjemnie, naprawdę takie złe emocje jakby z góry spływały;( 

„W drodze na Hokkaido. Autostopem przez Kraj Kwitnącej Wiśni”. Will Ferguson.

W drodze na Hokkaido

 

Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. Wrocław (najprawdopodobniej 2011, nigdzie nie mogę znaleźć w książce konkretu).

Przełożył Jarosław Włodarczyk. Tytuł oryginału Hokkaido Highway Blues, Hitchhiking Japan.

Japonia to taka „Toskania Wschodu”, zauważyliście? Książek o podróży obcokrajowców (też nie lubię wyrażenia gaijin) do tego kraju wydanych jest całkiem sporo. I jak to bywa, oczywiście ile książek, tyle opinii, aczkolwiek ja osobiście odnoszę wrażenie, że w stosunku do tego kraju pobito rekordy zatracenia poczucia humoru i zdroworozsądkowego zauważania nie tylko plusów ale i minusów tegoż. O Japonii wolno więc mówić szeptem, z nabożnym szacunkiem, milknąc na odpowiednio długą pauzę, aby zaznaczyć ważkość tematu. Precz z tymi, którzy ośmielą się skrytykować coś, zauważyć wady Japończyków czy pośmiać się z czegoś, co tam zdaje się być zabawne. Zaraz zostają obwołani naczelnymi „nicnierozumiejącymiztegowysublimowanegokrajuktóryłaskawiedajesięnamobejrzeć”.(To nie jest łatwe napisać taki wyraz bez spacji, poćwiczcie sami).

Will Ferguson porywa się więc na niemal niemożliwe, ośmiela się pożartować z Japonii, czym zapewne staje się wrogiem dla fanatyków Kraju Kwitnącej Wiśni, jak i bardziej zapalonych miłośników tegoż. Albowiem w swojej książce nie raz i nie dwa daje wyraz irytacji Japończykami, ich zachowaniem, czy jego brakiem. Wolno mu? Wolno. Robi to z wielkim poczuciem humoru, który spowodował, że czytając tę książkę śmiałam się, czego nie robiłam od bardzo, bardzo dawna. No, ale domyślam się, że dla niektórych stanie się on kimś w rodzaju wroga publicznego…:) Dodać trzeba, że autor umie pośmiać się również z samego siebie, ale to chyba generalnie cecha ludzi z zachodu, dystans do samego siebie i możliwość żartu (nie wyśmiewania) to cecha obca nawet tak wielu Polakom.

Nie, nie, żebym nie została źle zrozumiana. Nie chodzi mi o to, że facet przez całą swoją opowieść marudzi, tego bym nie zniosła, bo będąc sama w złym nastroju, chcę się rozerwać. Ferguson po prostu nie stawia Japonii na piedestale i nie rzuca się przed nią na kolana z nadmierną czołobitnością. Ja wiem, wiem, to pewnie ignorant nie znający się na rzeczy.

Powiedzmy, że ja umiem jakimś krajem się fascynować (na przykład Grecją), ale doskonale zdaję sobie sprawę z jej nieciekawych aspektów czy elementów wpisanych w mentalność tam żyjących.

No, ale o samej książce. Will Ferguson podjął się ciekawego wyzwania, postanowił podążyć za kwitnącymi wiosną kwiatami wiśni, wzdłuż wysp wchodzących w skład państwa japońskiego. Odbywa więc indywidualną sakurę, która pozwoli mu w jakiś sposób zbliżyć się nieco bardziej do Japończyków, którzy szczerze mu ową podróż odradzali, zapewniając go, że spokojna Japonia jest niebezpieczna i że uprzejmi Japończycy nie zabierają nikogo na stopa. Jak jest inaczej, okazało się oczywiście, kiedy niemal zaraz po wyruszeniu, autorowi udało się złapać auto, które go podwiozło.

W czasie swojej podróży autor nie bawi się w intelektualny rozbiór kraju, zajmuje się raczej codziennością, opisem zwiedzanych miejsc, przedstawieniem nam galerii postaci, które napotyka na swojej drodze. Kończy swoją podróż według mnie już jako inny człowiek. Nie, nie doznał oświecenia. Za to okazuje się, że bardziej polubił Japończyków, co zdaje się samego go zadziwiło. Ale i chyba ucieszyło. 
Ja również jednak odebrałam go jako innego pod koniec podróży z innego względu. Być może końcówka, jak to zwykle bywa, była po prostu męcząca, ale być może autor również dowiedział się podczas tej podróży czegoś o samym sobie. Czego w książce nie zdradza, ale jakiś taki podskórny klimat odczułam na kilkudziesięciu ostatnich stronach książki.

Mnie, jako naczelnej ignorantce w sprawach Japonii ta książka ogromnie się podobała;)

Daję jej 5 / 6. 

7 lat jakby nie było…

…7 lat stuknęło dziś temu blogowi (oby nie jak w Misiu, temu blogu oczko wyleciało).
Nie wiem właściwie, to napisać, datę odnotowuję z kronikarskiego obowiązku. Nastroju do świętowania nie mam, ale zawsze tam na spragnionych czeka a to poczęstunek a to napiwek. Nie wiem, ilu wiernych czytaczy teraz tu przebywa, chyba tych z samego początku brak, jak to w życiu, o czym ostatnio pisałam, są znajomości, relacje, które dotyczą tylko fragmentu naszego życia, to fakt oczywisty i tyle.
Gdybym na początku blogowania wiedziała, ale nie, dobrze, że właśnie nie zna się przyszłości.
Dziękuję wiernym czytelniikom za odwiedziny.  

„Siła perswazji”. Lee Child.

Siła perswazji

 

Wydana w Wydanictwie Albatros. A. Kuryłowicz. Warszawa (2011).

Z angielskiego przełożyła Paulina Braiter. Tytuł oryginalny Persuader.

Kolejna część przygód nieustraszonego Jacka Reachera, serduszka na dłoni, który nie zapomina nigdy tych, którzy skrzywdzą kogoś jemu bliskiego. Nie zapominać i działać, oto motto Reachera. Który skutecznie rozprawia się z tymi, którzy w przeszłości nadepnęli mu na odcisk. 

Tym razem Jack Reacher wybiera się do pewnego baru w dzielnicy Bostonu. Zamiar napicia się niezłego drinka psuje jednak jedno nieprzyjemne wydarzenie. Oto Reacher staje oko w oko z pewnym wyjątkowo niefajnym facetem, który według wszystkich znaków na ziemi i niebie powinien zginąć dziesięć lat temu. Z czyich rąk? Można się tego oczywiście domyślić. 

Nie będzie wróg płuł Jackowi w twarz.
Wcześniej jednak  Jack Reacher ratuje z poważnych opresji pewnego młodego człowieka. Podczas tej akcji jednak następuje coś nieprzewidzianego a mianowicie okazuje się, że Reacher postrzelił śmiertelnie policjanta. O tym, że te dwa wydarzenia łączą się ze sobą dowiadujemy się bardzo szybko a dalej jest jeszcze ciekawiej i oczywiście, jak to u Lee Childa, akcja dzieje się szybko, z pomysłem, ze zwrotami akcji. 

Muszę przyznać, że do książki podchodziłam dwa razy, z oczywistych powodów. Już się bałam, że długo jej nie przeczytam, tym bardziej, że zdecydowanie wolę, jak narracja nie dzieje się w przypadku Reachera w osobie pierwszej, no, nie pasuje mi i tyle, ale jak zaskoczyłam (jak ci górale budujący chałupy) to poszło szybciej niż myślałam i oczywiście nie mogłam się od niej oderwać.

Moja ocena 6 / 6.