„Moonraker”. Ian Fleming.

Moonraker

 

Wydana w Przedsiębiorstwie Wydawniczym Rzeczpospolita SA. Warszawa (2008).
Przełożył Robert Stiller. Tytuł oryginalny Moonraker.

Jedna z lepszych części o Bondzie, jaką do tej pory przeczytałam. No i jak dotąd pierwsza, której akcja w całości dzieje się w Wielkiej Brytanii. Nie wiem, czy jeszcze któraś książka z „Bondowego” cyklu dzieje się tylko w WB, ta tak i mimo, że tym razem Bond nie odwiedza jakiegoś pięknego, najczęściej egzotycznego miejsca aby tam uratować jak zwykle świat od problemów, czyta się ją bardzo dobrze a to ze względu na ciekawą akcję i pomysł. Warto pamiętać, kiedy ta książka powstała i że okres „zimnej wojny” odciskał się piętnem nie tylko na dwóch najbardziej zainteresowanych narodach czyli ZSRR i USA ale , co oczywiste, na ich sojusznikach.

Oto pewnego nudnego dnia M zwraca się do Jamesa Bonda z nietypową prośbą. Oto bowiem niepokoi go zachowanie pewnej osoby „na świeczniku” jakim jest brytyjski bohater, ocalały w czasie wojny Hugo Drax, który to jest uwielbiany przez naród. Ten człowiek nie dość, że ocalał w szczęśliwy sposób z wojennej zawieruchy, nie dość, że miał pomysł na rozkręcenie interesu i zrobienie wielkich pieniędzy to wystąpił w nietypową prośbą do Królowej Wielkiej Brytanii. Otóż w dobie niepokoju, niepewności co wydarzyć się może na arenie międzynarodowej, zaoferował się stworzyć i za własne finanse ufundować superatomową rakietę zdolną odeprzeć ewentualny atak ze strony wrogów Wielkiej Brytanii. I jak tu ten człowiek nie może być bohaterem?

Dlaczego więc niepokoi on M? A dlatego, że M grający z Hugo Draxem w karty w pewnym elitarnym klubie dla angielskich dżentelmenów zauważa pewnego dnia, iż ów nieskazitelny bohater…oszukuje podczas gry w karty. Może to dla kogoś nic nie znaczący drobiazg ale dla pryncypialnego M staje się to powodem do niepokoju i zaprasza on Jamesa Bonda na wspólny obiad i partię kart właśnie w tym klubie. Partia kart ta ma za zadanie odkryć, czy faktycznie Drax oszukuje w kartach i jeśli tak będzie, dać mu bolesną nauczkę. Co Bond oczywiście chętnie uczyni jako, że jest to człowiek, który przecież zna się na wszystkim i umie wszystko;)

Dość szybko po tej partyjce drogi Bonda i Draxa przetną się ponownie jako, że w wyniku zaistniałych dramatycznych okoliczności Bond będzie musiał pomagać Draxowi w śledztwie dziejącym się na terenie zakładu,  w którym powstaje super rakieta. 
Co oczywiście zaowocuje rozwojem akcji, jej wartkością i zmianą wydarzeń niczym w kalejdoskopie. 

W tej części ponownie Bond dostanie prztyczka w nos od płci pięknej, ale …nie chcę za wiele zdradzać;)

Moja ocena to 5.5 / 6.

 

 

 

Rok Wodnego Smoka…

…rozpoczął się dziś w kalendarzu chińskim. Co oznacza, że rozpoczął się MÓJ rok, jako, że jestem Smokiem  a raczej- Smoczycą. Z tej okazji życzę wszystkim Smokom Najlepszego Szczęśliwego Roku Smoka. Niech spełnią się Nasze Marzenia, Plany, niech Miłość nam dopisuje i co też ważne, niech nie braknie dóbr wszelakich;)

„Okruchy dnia”. Kazuo Ishiguro.

Okruchy dnia

 

Wydana w Wydana w Wydawnictwo Albatros. Andrzej Kuryłowicz. Warszawa (2008). 

Przełożył Jan Rybicki. 
Tytuł oryginału The remains of the day.

I pomyśleć, że jakoś do tej pory nie przeczytałam tej książki, ale nie szkodzi, na wszystko jest czas, więc i najwyraźniej na tę książkę przyszedł czas właśnie teraz (teraz przede mną jeszcze ekranizacja).

„Okruchy dnia” to relacja w pierwszej osobie, wspomnienia kamerdynera Stevensa. Jego opowieść toczy się podczas podróży fizycznej, w ramach odwiedzin do pani, która ongiś pracował wraz ze Stevensem po Wielkiej Brytanii ale jest to też podróż w głąb siebie i do wspomnień. Taka podróż w czasie.  

Stevens (przez całą książkę nie poznamy nigdy jego imienia co też jest ważne) całe swoje życie był kamerdynerem u lorda Darlingtona. Obecnie jego sytuacja uległa zmianie, od trzech lat bowiem posiadłość ma w posiadaniu Amerykanin co oznacza nowe realia dla Stevensa, który przywykł jednak do większego rozmachu w prowadzeniu domu. Stevens zostaje praktycznie wysłany przez nowego pracodawcę na urlop, którego jak dotąd praktycznie nigdy nie miał. Postanawia wykorzystać go jako pretekst do odwiedzin panny Kenton, która całe lata również pracowała u lorda Darlingtona. Ich wzajemne relacje szczególnie kiedy żył jeszcze ojciec Stevensa również kamerdyner początkowo niełatwe z czasem uległy poprawie. Jednak nigdy nie zrozumiał on, jak ważnym był właśnie dla panny Kenton, która po latach służby, wzięła ślub i wyjechała z mężem w inną część kraju.

Poznajemy przeszłość jedynie z perspektywy Stevensa. Szybko orientujemy się, iż był on tą osobą która całe swoje życie poświęciła swojemu zawodowi a może określę to inaczej „byciu kamerdynerem”. To, co nas jako czytelników może wręcz przerażać, a mianowicie całkowity fakt oddania swego życia praktycznie lordowi dla Stevensa jest jedynie oznaką bycia znakomitym kamerdynerem. Stevens postawił sobie w swoim życiu cel, bycia kamerdynerem doskonałym. I właściwie zaczyna być nieszczęśliwy dopiero w chwili kiedy zmienia się własciciel posiadłości i staje się on kamerdynerem Amerykanina, który aż tyle od niego nie wymaga i nie zwraca uwagi na konwenanse. Oddanie Stevnsa było do tego stopnia wielkie, że aż bezkrytyczne, nie widział on pewnych oczywistości jakie miały miejsce podczas życia lorda Darlingtona. 

Zaglądając do opinii o książce spotykam się z powtarzającym się motywem, że podróż, jaką odbywa Stevens uświadamia mu, że zaprzepaścił swoje życie i swoje szczęście, do którego przecież miał prawo. Ale ja nie zgadzam się z tą teorią. Według mnie to odczucie posiada pod koniec lektury jedynie jej czytelnik, Stevens nie odczuwa tego smutku czy przygnębienia i szczerze mówiąc, chyba bardzo dobrze. 

Na koniec cytat, który według mnie o tym właśnie mówi:

„Cóż bowiem można osiągnąć ciągłym grzebaniem w przeszłości i oskarżaniem siebie samego o to, że w życiu nie powiodło się całkiem tak, jak można by sobie tego życzyć? Tak już jest, że dla takich jak my nie ma większego wyboru, jak tylko pozostawić ostatecznie nasz los w rękach tych, którym służymy: wielkich panów, znajdujących się w samym centrum spraw tego świata. Po cóż zamartwiać się tym, co się zrobiło, czy nie zrobiło. Że życie przyjęło taki czy inny obrót? Takim jak my powinno wystarczyć, że starali się choćby w najskromniejszy sposób przyczynić do tworzenia tego, co jest prawdziwe, co ma jakąś wartość. A jeśli ktoś z nas gotów jest poświęcić większą część życia takim właśnie aspiracjom, już to samo w sobie jest powodem do dumy i zadowolenia, niezależnie od osiągniętych rezultatów”.

Ta książka mimo gorzkiej w rezultacie wymowy nie przygnębiła mnie jednak. Daje na pewno do myślenia. 
Moja ocena to 6 / 6. 

o prezentach…

…będzie.

Najpierw zbiorowe podziękowania raz jeszcze dla ewyzdublina za prezenty z Lizbony, które przypomniały, jak bardzo kocham to miasto i jak się cieszę, że mogłam w nim być, ica72 za kalendarz z Audrey Hepburn (nie, nie z Avanti a ze Zwierciadła, listopadowego, nie mam pojęcia, jak go zdobyłaś a ujęło mnie, że postanowiłaś go zdobyć dla mnie po naszej rozmowie, w której powiedziałam, że go przegapiłam i że z Audrey właśnie chciałabym mieć;) i Judytty za przepiękna bransoletkę do kolczykowego kompletu z kwarcami wiśniowym i różowym i kryształem górskim. Rozpieszczacie mnie Dziewczyny stanowczo, ale bardzo, bardzo to miłe (nie będę ściemniać, że nie).

Sama ostatnio kupiłam kilka prezentów, tak się złożyło. Część właśnie poszła pocztą w różne strony świata, jeden sobie czeka na razie na czas wysyłki. Mam nadzieję, że nikt się nimi gdzieś na pocztach nie zainteresuje i że moi odbiorcy ucieszą się z nich i że przede wszystkim się spodobają. O prezentach a raczej taktyce kupowania tychże pisałam już kilka razy. A na pewno raz, to wiem, bo nawet odkopałam stareńki wpis. W każdym razie ofiarodawcy dzielą się na dwa rodzaje, tych, którzy kupując prezent kierują się gustem, upodobaniami i zainteresowaniami obdarowywanego i tych, którym musi się podobać prezent, który kupują dla innych. I nie ma bata. 
Moja Mama właśnie jest z tych, sama to mówi, którym prezent musi się podobać. Ja odwrotnie, myślę tylko o tym, czy osobie, której go kupuję się spodoba. I tak, zdarza mi się kupić coś, co nie jest moim marzeniem, ale wiem, ( i potem to się potwierdza), że ktoś, komu go wręczę będzie się podobał. 

A Wy? Do której grupy prezentodawców się zaklasyfikujecie?

 

„Pozdrowienia z Rosji”. Ian Fleming.

Pozdrowienia z Rosji

 

Wydana w Przedsiębiorstwie Wydawniczym Rzeczpospolita SA. Warszawa (2008).

Przełożył Robert Stiller. Tytuł oryginalny From Russia with Love.

Przygody o najsłynniejszym agencie świata czytam nie do końca chronologicznie, ale nie szkodzi, każda z opowieści jest przecież odrębną. Tym razem przeczytałam „Pozdrowienia z Rosji”, która to na samym końcu wyjaśnia dlaczego w następnej części, czytanej już przeze mnie czyli „Doktorze No” M wysyłający Bonda na misję myślał, że 007 połączy akcję z rekonwalescencją po wydarzeniach, które miały miejsca w „Pozdrowieniach z Rosji”.

„Pozdrowienia z Rosji” rozpoczynają się od momentu kiedy służby specjalne ZSRR a szczególnie budzący największą grozę wydział Smiersz decydują się na jakąś spektakularną akcję przeprowadzoną niebawem. Oto bowiem odnoszą oni od pewnego czasu porażki i orientują się, że taka akcja, która odbije się szerokim echem w świecie pogrąży któryś z obcych wrogich wywiadów i wzmocni morale radzieckiego wywiadu. Podczas narady decyzja zostaje podjęta dość szybko, na ofiarę akcji zostaje wybrany Anglijskij szpion czyli James Bond. Opinia o nim jest dobra, i stanowi on świetny cel ataku. Tym bardziej, że zlikwidowanie go według radzieckiego wywiadu przyniesie temuż wywiadowi korzyści nie tylko pod postacią dobrej opinii ale i korzyści bardziej wymierne, jako, że jest przez radziecki wywiad oceniany jako niebezpieczny wróg ZSRR.

Trzeba tylko szybko wymyślić, jaką to słabą stronę ma ten pan i oto oczywiście odpowiedź jest szybka i prosta-jego słabość to kobiety. Wywiad więc wpada na pomysł wysłania Bondowi pięknej kobiety jako przynęty oczywiście z całą wymyślną intrygą, która zwabi go w pułapkę.

Tatiana Romanowa ma co prawda udawać zakochaną w przystojnym Bondzie ale szybko przestaje grać gdy urok Jamesa podziała na nią jak na wiele innych kobiet przed nią i po niej.

Oboje poznają się na terenie Turcji gdzie będzie działa się spora część akcji książki i to stąd ruszają do Europy słynnym pociągiem a mianowicie Orient Expressem, w którym to również będzie się działo wiele i na pewno podróży nie będzie można zaliczyć do najspokojniejszych.

Kiedy oglądam ekranizacje książek o Bondzie odnoszę wrażenie, że są o wiele bardziej seksistowskie niż książki. W książkach Ian Fleming co prawda faktycznie tworzy z Jamesa Bonda postać, który rozsiewa wokół siebie czar, któremu kobiety nie mogą się oprzeć, ale na swój sposób czyni z niego na swój sposób nawet romantyka, jak nazwałabym to. W tej na przykład części Bond daje się złapać jak dziecko na tę intrygę ale nie tylko dlatego, że lubi korzystać z życia a według mnie raczej na skutek tego, że gdzieś w nim w głębi duszy poruszona została jakaś nuta romantyzmu, uczucia nie opartego na wyrachowaniu i okazji…To oczywiście moje zdanie i jak zwykle twierdzę, że nie trzeba się z nim zgadzać.

Moja ocena to 5 / 6.

„Storia, storia…”. Mayra Andrade.

Zdaje się, że Komuś z Was obiecałam, że dam znać, jak podoba mi się prezent -niespodzianka od Monoli, czyli płyta „Storia, storia…” Mayry Andrade. 

Otóż-podoba się i to bardzo! Dla osób, które mnie znają, wiadomo, klimaty muzyki ze słońcem (czyli kubańska, brazylijska itd) zawsze będą świetnym pomysłem na prezent dla mnie.

Tej pani nie znałam, najwyraźniej jakoś jej u nas nachalnie nie promują a szkoda. Nie podoba mi się, że jeśli już coś na jej temat znalazłam, to jedynie pod kątem jak to jest ona godną następczynią Cesarii Evory. Przy całym szacunku do obu pań, wydaje mi się, że na szczęście tak nie jest, każda z nich jednak ma swój odrębny indywidualny styl i…bardzo dobrze.

Znam jedynie tę płytę więc siłą rzeczy trudno mi powiedzieć, jak śpiewa na innych, ale ta cechuje się świeżością, przebija z niej siła młodości, słońce wręcz bucha, czuje się je gorące na skórze kiedy się słucha piosenek Mayry.

Ja miałam wrażenie, jakbym siedziała z nią w jakiejś nadmorskiej kafejce, sączyła jakiegoś drinka i słuchała jej opowieści. 

Mnie się bardzo podoba, moja ocena 5.5 / 6.

A moja ulubiona piosenka z tej płyty to Seu…


„Powrót nauczyciela tańca”. Henning Mankell.

Powrót nauczyciela tańca

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011).

Przełożyła Ewa Wojciechowska.
Tytuł oryginalny Danslararens aterkomst.

Gdzie była zbrodnia będzie i kara. Prędzej czy później ale będzie. To zdanie wydaje się być mottem przewodnim tej książki Mankella. W tej opowieści dodatkowo nie będzie komisarza Wallandera, poznajemy Stefana Lindmana, który to trzydziestosiedmioletni mężczyzna dowiaduje się właśnie, że jest poważnie chory. I swój urlop zdrowotny nieco przypadkowo przeznaczy na śledztwo z kolegami z zupełnie innej części Szwecji. 
Oto były współpracownik Lindmana – Herbert Molin zostaje zamordowany w głuszy, do której wyniósł się po latach pracy na posterunku. Początkowo nikt nie wie, co było powodem zbrodni. Stefan Lindman udaje się w tamte odległe rejony aby zapoznać się ze sprawą ale nic poza tym, jednak zostaje mimowolnie wplątany w całą sytuację i potem już siłą rzeczy wspomoże kolegów z tamtejszgo posterunku w prowadzeniu dochodzenia. Tym bardziej, że niebawem po zamordowaniu byłego policjanta zostaje zamordowany jego sąsiad. I tak naprawdę wydaje się, że nie ma ani jednej łączącej ich sprawy, która do morderstwa mogłaby doprowadzić.

Ale jak napisałam na początku, „gdzie była zbrodnia będzie i kara” a więc akcja tego kryminału rozpoczyna się prologiem mającym miejsce w roku 1945, gdzie dokonują się konkretne rozliczenia. Nie do końca satysfakcjonujące wykonawców. Natomiast dokończenie rozpoczętych rozliczeń będzie miało miejsce w roku 1999 gdzie w okresie października i listopada będzie mieć miejsce dalsza część tej „Powrotu nauczyciela tańca”. 

Stefan Lindman zaczyna sobie przypominać dawnego współpracownika, który na tyle nie socjalizował się z nikim, że nawet nie bardzo mógłby nazwać go „kolegą”. Przypomina sobie, że Herbert Molin wyraźnie czegoś się obawiał, co może potwierdzać fakt, że na emeryturze wyniósł się w głuszę. Tak więc wygląda jakby przed czymś uciekał. I chyba miał powody, skoro sprawca zostawia wyraźny „znak”, że zbrodnia na pewno nie jest przypadkowa. Otóż zostawia krwawe ślady układające się w krok tanga. Lindman będzie zmuszony ułożyć nietypowe puzzle, czyli ułożyć bardzo dziwną układankę życia byłego współpracownika.

To nie jest typowy kryminał. Nie jest tak, że przez całą książkę śledzimy akcję aby dopiero na końcu dowiedzieć się kto popełnił zbrodnię. Dość szybko orientujemy się , jakie mogą być motywy morderstwa jak również szybko poznajemy sprawcę zbrodni. Wraz z nim przemierzamy tereny górskie i leśne i jesteśmy świadkami jego walki z samym sobą i demonami przeszłości.

Bowiem, jak to bardzo często bywa u Mankella, korzeni tego, co dzieje się współcześnie szukać musimy w przeszłości. W tym przypadku bardzo dalekiej przeszłości. Nie jest to też tradycyjny kryminał bowiem, co nie dziwi w książkach Mankella, jak zwykle sporo tu wręcz publicystyki, którą jednak autor według mnie oczywiście podaje w sposób strawny. 

Grzechy z przeszłości ciążą nad dzisiejszymi pokoleniami, nie udało się ich zmyć podczas dziesiątków lat. Ba, problem, wokół którego krąży akcja książki czyli faszyzm w dzisiejszym świecie zdaje się odczuwać renesans i odradza się. Czemu oczywiście zaprzeczają zwolennicy usiłując bagatelizować problem. 

Dużo tu nie tylko refleksji nad kondycją moralną dzisiejszego człowieka, nad współczesną i dawną Szwecją (ale czy tylko?) ale i nad samym sobą, nad naszymi przodkami. Będzie nieprzyjemne zaskoczenie i coś w rodzaju powolnego odkrywania prawdy o własnych przodkach. Przy tym również w przypadku głównego bohatera z perspektywy którego poznajemy akcję książki czyli Stefana Lindmana walka z samym sobą w obliczu ciężkiej choroby i lęku o siebie samego.

To również opowieść o tym, jak ważny i determinujący ludzkie działania może stać się przypadek.

Na mnie ta książka zrobiła duże wrażenie i jak mówię, nie jest ona dla mnie „po prostu” kolejnym kryminałem. 
Moja ocena to 6 / 6. 

 

szczęśliwi…

…czekałam na P. , który wrócił się przed spacerem na chwilę do domu. Było już ciemno jak to zimą o tej porze, więc widziałam ich jak nadeszli najpierw jako zarysy postaci. Trzymali się za ręce, rozprawiali w taki sympatyczny sposób i wydawali się bardzo szczęśliwi. „Młodość!” pomyślałam, kiedy mnie mijali i chwilę potem nieopodal wymieniali namiętne pocałunki. Te chwile kiedy wydaje ci się, że jeszcze wszystko przed tobą, że wydarzy się, ba musi wydarzyć, tylko to dobre… bo i dlaczego by nie, zasługujesz na to…Nadszedł P. i ruszyliśmy za nimi. „Patrz”- wyszeptałam-„zakochani, już kolejny raz sprzedają sobie buziaki. Wydają się bardzo szczęśliwi”… Kiedy ich mijaliśmy okazało się, że są co najmniej w naszym wieku, jeśli nie starsi. Szczęście jednak może przyjść w każdej chwili i nie ma monopolu na wiek. Tak myślę…

„Insekt”. Claire Castillon.

Insekt

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2009).

Przełożyła Hanna Igalson-Tygielska.
Tytuł oryginalny Insecte.
Książka wydana w „Serii z miotłą”. 

Decyzja o zakupie styczniowego Bluszczu z książką „Insekt”  Claire Castillon (która jest niemal moją rówieśniczką) okazała się bardzo dobrym pomysłem. Nie planowałam czytać jej od razu ale zajrzałam do pierwszego z dziewiętnastu opowiadań i…wsiąkłam. Tym bardziej, że bardzo chętnie zapoznaję się ze współczesną prozą francuską.

Od razu uprzedzam, opowiadania są przedziwne. Mogą szokować. Podejściem do tematyki relacji jednej z najbardziej mnie zawsze intrygujących i frapujących czyli matek i córek.
Sama zresztą od zawsze wiedziałam, że urodzę córkę co też się stało…dlatego być może aspekt tej relacji zawsze interesuje mnie w literaturze.

Bardzo trudno jest mi napisać coś sensownie o tych opowiadaniach, z których najdłuższe mają najwyżej cztery kartki treści. Ale za to jakiej. Skondensowanej, poprowadzonej z sensem, z pomysłem. Treściwej i dającej do myślenia. Do przemyślenia bardzo wielu spraw. Parę razy autorka mocno przejaskrawia sytuację, wydobywa na wierzch jedno wydarzenie, wokół którego buduje akcję opowiadania ale to właśnie jest plusem całej opowieści.

Na niektóre sprawy Castillon patrzy w pewien przewrotny sposób i dopiero na końcu opowiadania coś, co wydawało się nam takie a nie inne ukazuje swoje drugie dno.

Przedstawione w zbiorze opowiadań relacje matek i córek na ogół są dość trudne. Nie brak tu więc matek trudnych, chorych psychicznie, matek toksycznych, tych, którym przemieszało się kto tak naprawdę w relacji powinien być dorosłym a kto dzieckiem bądź w przypadku dzieci dorosłych matką i córką. Są jak wspomniałam, matki toksyczne, co przypomniało mi, że za czasów mojej wczesnej młodości wśród znajomych rekordy popularności była książka o toksycznych rodzicach co zawsze mnie zastanawiało bowiem nie do końca rozumiałam, po co moi znajomi musieli dopiero podczas lektury odkrywać tak zwane prawdy oczywiste, które i tak instynktownie czuli w swoich relacjach z rodzicami, ale to taka uwaga na marginesie.

Jak już wspomniałam, nie brak w tych opowiadaniach matek złych, które najprawdopodobniej matkami raczej być nie powinny. Nie brak też jednak i złych córek, tych, które matek nie lubią, nie kochają, które obwiniają matki o wszelkie niepowodzenia w swoim życiu. Są relacje chore. Tak naprawdę nie ma praktycznie żadnej, którą moglibyśmy nazwać zwykłą, poprawną, właściwą. Zainteresowało mnie to spojrzenie na matki i córki Castillon tym bardziej, że zadedykowała ona tę właśnie książkę swojej własnej matce. 

Podoba mi się jednak ujęcie tematu przez autorkę. Podoba mi się jej pewnego rodzaju przewrotność.

Zbiór nosi tytuł drugiego z opowiadań, aczkolwiek mój prywatny pomysł na tytuł tego niezwykłego zbioru to „Pasożyt”. 

Czytając te opowiadania odnosiłam wrażenie, jakby autorka przedstawiła w nich głównie sytuacje, w których w relacji matek i córek nastąpił jakiś wyłom. Tak, jakby pomiędzy narodzinami dzieci a osiągnięciem przez nie pewnego wieku nastąpiła jakaś czarna pustka, brak kontaktów tych kobiet , nie wiem, czasowa to czy bardziej mentalna pustka w czasie której nie zdarzyło się siłą rzeczy nic, co stworzyło by więź pomiędzy matkami a córkami. 

W tej książce niemal nie ma mężczyzn. Jeśli są zostali oni w najlepszym przypadku zmarginalizowani. Tak jakby powstali w opowiadaniu z ręki autorki jedynie w celu dania życia córkom, których relacjom z ich matkami bacznie się potem przyglądać będzie Castillon podczas swojej gorzkiej analizy i wędrówki przez rozmaite aspekty relacji matek i córek.

Bo jednak, trzeba to przyznać, ogólny obraz rysujący się w książce nie jest optymistyczny i raczej smutny. 

Pierwszy raz od dawna zdarzyło mi się czytać zbiór opowiadań z których to praktycznie każde zrobiło na mnie równe wrażenie, po lekturze którego nie mogę chyba wyszczególnić tego jednego jedynego, które zrobiło na mnie największe wrażenie. 

Gdybym jednak miała napisać, które opowiadania jednak zrobiły to większe od innych wrażenie były by to: „Powiedziałam: jedna”, „Insekt”, „Kurtka i futrzane botki”, „Pili szampana w restauracji”, „Różowe niemowlę”, „Guzik z pętelką”.

Moja ocena to 5.5 / 6.

 

 

 

 

 

20-sty finał WOŚP.

Czas leci. I pomyśleć, że pamiętam pierwszą akcję, jak przez mgłę ale pamiętam. Świadomie zaczęłam wspierać chyba tak od drugiej akcji i…poszło. Ściskało mnie w gardle, że na ten jeden dzień tak wielu rodaków uruchamiało w sobie te pokłady życzliwości dla drugiego człowieka, okazywało serce po prostu. Z roku na rok coraz więcej bardzo niefajnych komentarzy na temat Orkiestry, zapewne z ust osób, którym ta pomoc nigdy nie była potrzebna. Żyją najwyraźniej w innym niż ja świecie. Na demotach krąży obrazek dzieciaczka w inkubatorze z podpisem cytuję „pogląd na WOŚP zmienia się wówczas gdy widzi się SWOJE dziecko w inkubatorze z logiem WOŚP”. Szczerze? Mój pogląd (jak to już napisałam w innym miejscu) zawsze był taki sam, ZA i płaciłam i będę płacić bo taką mam chęć i żadne złe , niewrażliwe słowa tego nie zmienią. Płaciłam, jak nie miałam własnego dziecka, bo chciałam w jakiś tam sposób pomóc innym, w tym roku mieliśmy osobiste doświadczenie czyli fakt, że tak, nasze Dziecko leżało na OIOMIE właśnie również ze sprzętem z WOŚP. Dookoła inkubatory dla wcześniaków wszystkie oczywiście z tym najsłynniejszym czerwonym serduchem na nich, i wiele, wiele naprawdę innego potrzebnego do badań analiz itd sprzętu właśnie kupionego przez WOŚP. Irytują mnie gadki o tym, jak to skandaliczne jest, że naród musi kupować sobie sprzęt. Po pierwsze, naród nic nie musi. NIKT nic NIE MUSI. Możesz nie wpłacić, nie musisz być serdeczny, nikt ci nie każe, na szczęście, tylko nie rzucaj obrazą na tych, którzy chcą. Na zachodzie, o czym niewielu chce pamiętać, również są fundacje, które również fundują sprzęt do szpitali.
Poznaliśmy osobiście profesora Burczyńskiego, znalazł dla nas moment na konsultację w okresie najgorętszym, właśnie rok temu, niemal tuż przed 19 Finałem WOŚP, przez CZD stały już wozy transmisyjne telewizji, pewnie nagrywano pierwsze wywiady na temat. Pamiętam, że mnie rozedrganej wtedy (parę dni wcześniej wyszła jednak w badaniu prenatalnym wada serca Emilii) profesor ogromnie wtedy pomógł. Wsparł wspaniale, postawił do pionu, można tak powiedzieć, za co będę Mu wdzięczna zawsze.

Rok temu też o Orkiestrze pisałam, o, w tym wpisie:

http://chiara76.blox.pl/2011/01/WOSP.html

wtedy domyślałam się, że po operacji serca moje Dziecko będzie korzystać z tego sprzętu. Nie miałam świadomości, że stanie się to w zupełnie innych okolicznościach, praktycznie walki o Jej życie…

Niech gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy do końca świata i jeden dzień dłużej!