„Sekretny język kwiatów”. Vanessa Diffenbaugh.

sekretny język kwiatów

 

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2011). 

Przełożyła Małgorzata Miłosz. Tytuł oryginalny The language od flowers.

E-book otrzymany na Święta okazał się bardzo ciekawym prezentem. Muszę też powiedzieć, że chyba pierwszy raz, stwierdzam, że nieco podkoloryzowany tytuł polskiego wydania podoba mi się o wiele wiele bardziej niż ten autorski. 

„Sekretny język kwiatów” urzekł mnie nie tyle swoją fabułą (dość przewidywalną i nie jakoś wielce odkrywczą) natomiast pomysłem na sposób wyrażania uczuć głównej bohaterki, sieroty Victorii Jones. Otóż dawno temu, jeszcze za czasów wiktoriańskich stworzony został tajemniczy język kwiatów, a raczej wyrażania swoich uczuć za pomocą kwiatów i roślin właśnie. Wielu kwiatom, roślinom, które dobrze znamy zostały przyporządkowane dane uczucia, jak miłość, prośba o przebaczenie, radość, sukces itd.

Tym językiem po wielu latach posługuje się właśnie główna bohaterka książki, której życie nie jest usłane różami, że posłużę się również kwiatowym wyrażeniem. Pozostawiona jako noworodek całe życie tuła się pomiędzy jedną a drugą rodziną zastępczą czy w końcu w domach dziecka. W rezultacie opuszcza opiekę społeczną w wieku lat osiemnastu jako osoba kompletnie nie zsocjalizowana i nie radząca sobie w rzeczywistości. Ale niewielu to obchodzi. To kolejna książka po „Białym Oleandrze”, która obala nadzieje na dobry i sprawnie funkcjonujący system opieki zastępczej w Stanach Zjednoczonych.

Victoria nie budzi może początkowo w czytelnikach wiele sympatii aczkolwiek jesteśmy ciekawi, co jest przyczyną tego, dlaczego tak bardzo nie lubi ona ludzi, nie chce się z nimi zaprzyjaźniać i nie znosi świata. Poznajemy jej życie współczesne po opuszczeniu domów opieki ale również cofamy się w przeszłość i stopniowo, stopniowo dowiadujemy się, co działo się w jej życiu i dlaczego jest ona tak doświadczona przez życie z czego wynika jej zgorzknienie i zamknięcie się na ludzi. Swoje uczucia wyraża właśnie za pomocą kwiatów i ich ukrytych znaczeń.

Na szczęście Victoria posiada dar, wiadomości na temat kwiatów i możliwości ich wykorzystania, co staje się przyczynkiem do rozpoczęcia pracy w jednej z kwiaciarni. Renata, która zatrudnia młodą dziewczynę prawdopodobnie wyczuwa od razu zranione dziecko wciąż tkwiące w ciele tej niby dorosłej osoby i chce jej pomóc, co również przynosi jej samej profity. Okazuje się bowiem, że pomysły na bukiety, które serwuje klientom kwiaciarni Victoria są jak najbardziej trafione, przynoszą ludziom coś więcej niż radość z ładnego otrzymanego bukietu. Mimo, że nie znają tajemniczego wiktoriańskiego przecież języka kwiatów, jakby podświadomie czuli to, co jest przekazywane za pomocą tych bukietów, kompozycji. Victoria staje się poniekąd jakby Amelią ze słynnego filmu, pomagając ludziom w rozwiązywaniu ich problemów, rozwiązaniu zapiekłych starych sporów czy odkryciu wielkich miłości.

Przez cały czas kibicujemy jednak głównej bohaterce w tym aby i jej życie uległo jakiejś pozytywnej zmianie. Ta młoda osoba, której nikt nie nauczył jak kochać, której nikt nie dał szansy na miłość (jedyna szansa, jaką miała została niestety zaprzepaszczona w wyniku nieciekawych zdarzeń). 

Jednak mamy nadzieję, że tak jak ona pomogła i zmieniła na lepsze życie różnych osób tak i jej samej ulegnie poprawie, wydarzy się coś, co odmieni jej tak naprawdę smutną egzystencję. 

To w rezultacie optymistyczna książka, bo niesie ze sobą pozytywne rozwiązanie i mimo, że niełatwo będzie jej to osiągnąć i Victoria w końcu osiągnie nagrodę. Spotka się z miłością, która początkowo ją przerazi, do tego stopnia, że powielając dawne błędy odrzuci ją, ale na szczęście da sobie ponowną szansę. Z tym, że będzie się musiała wiele jeszcze nauczyć. Na szczęście z życzliwymi jej , kochającymi ją osobami.

Na końcu zaprezentowany jest słownik kwiatów i opis tego, co za ich pomocą można wyrazić, co stanowi bardzo ciekawy dodatek, szczególnie dla kogoś, kto interesuje się roślinami i kwiatami. 

Moja ocena to 5 / 6.

pączki…

…pączki dziś rządzą, co oczywiście nie dziwi w Tłusty Czwartek;) Tradycji stało się zadość i dwa z różą i lukrem zjadłam, po czym stwierdziłam, że tyle mi wystarczy. Niemniej jednak nie wyobrażam sobie nie zjeść w ogóle pączka tego dnia. 

W weekend zrozumiałam, czego między innymi nie lubię w zimie. Oprócz mrozu, który znoszę nie najlepiej, oprócz braku słońca, nie lubię po prostu tego uczucia „zamarcia”, braku oznak życia. W poprzednie weekendy, kiedy mróz trzymał w ogóle nie było słychać ptaków. W ten weekend było gwarniej i usłyszawszy i sikorki i dzwońce (przyleciały już w nasze okolice!) pojęłam, że właśnie czekam na wiosnę jako na to, że widać będzie rozkwitające dookoła życie, że życie będzie wręcz wrzeć. Tęsknię ogromnie za hałasem, tak, hałasem wiosennego lasu, kiedy ptaki wyśpiewują sobie terytoria i ustalają granice a nas tym oczywiście bawią i cieszą. Tęsknię za koncertami drozda śpiewaka i oczywiście jednych z moich ukochanych leśnych śpiewaków czyli zięb. 
Na razie zima trzyma ale ja wierzę, że wiosna już za progiem i już niedługo a znowu będzie życie wrzało wokół i wszystko będzie cieszyć się wiosną.  

„Karmiąc zło”. Adrianna Ewa Stawska.

karmiąc zło

 

Kryminał ten został wydany w nowej serii kryminałów, jaką jest:

http://www.superkryminal.pl/

Wydana w wydawnictwopi.pl Warszawa (2012).

To drugi kryminał Adrianny Ewy Stawskiej, który czytam. Pierwszy, „Śmierć w klasztorze” czytałam na wyjeździe i chyba nie zostawiłam żadnej recenzji na blogu.

„Karmiąc zło” to kryminał z kulinarnym tłem. Mamy do czynienia ze środowiskiem brylujących we współczesnych mediach znawców kuchni. Jeden z nich, Hubert Renkiel,  odnoszący wielkie sukcesy na polu kulinarnym właśnie, ale również po części kucharz celebryta, zostaje zamordowany w budynku telewizji, w której brał udział w jednym z kulinarnych programów, o formule teleturnieju, rodzaju rywalizacji dwóch drużyn pod przywództwem dwóch sław kulinarnych.

Zamordowany to nie tylko zdolny kucharz, ale i właściciel dobrze prosperującej modnej restauracji, jak również osoba, której rozmaite firmy proponują udział w reklamach. To może budzić zawiść tak zwanego „środowiska” i zapewne budzi co najmniej niechęć jak i zazdrość.

Rozpoczyna się więc śledztwo, które przyniesie niebawem rozwiązanie zagadki zbrodni.

Być może dla osób znających środowisko pewne postaci występujące na kartach tego kryminału (raczej dłuższego opowiadania kryminalnego niż książki) mogą w jakiś sposób wydać się znajome. Ja nie wiem, ja się nie znam, nie bywam, nie jestem celebrytką a i programy kulinarne nie są tymi, które oglądam. Może w przypadku jedynej kobiety, mistrzyni kuchni, która jest odmalowana mogłabym mieć pewne przypuszczenia, ale… jak zaznaczone jest oczywiście wszelkie prawdopodobieństwo do postaci realnych itd…:) 

Dla mnie na plus jest fakt, że pokazane jest jak wielkie pasje mogą budzić wielkie i na pewno niezdrowe namiętności. Książka to też w jakiś sposób ironiczny uśmiech z tego, co jest obecnie na topie, czyli to, że trzeba bywać, żeby istnieć, że bez swojego rodzaju celebryctwa, przez większość mylonego ze skrajnym ekshibicjonizmem, nie istnieje się. 
Środowisko kuchennych znawców (że użyję kulinarnego określenia) wręcz kipi od namiętności, od emocji. Ale ogólnie te emocje prowadzą nie do majstersztyku kulinarnego a do niesmacznej zbrodni.

Minusem jest to, że praktycznie bardzo szybko jednak domyśliłam się intrygi, a raczej kto okaże się sprawcą zbrodni. 

Ogólnie czyta się dobrze i myślę, że może się podobać a kto wie, być może ktoś odnajdzie wśród postaci jakieś prawdziwe osoby? 

Moja ocena to 4.5 / 6.

 

 

 

 

wdałam się w dyskusję…

…pewnie niepotrzebnie, na forum książki na temat czytania a raczej czy jest sens na siłę kogoś książką uszczęśliwiać jeśli dana osoba czytać nie lubi. Niepotrzebnie, bo jak znam życie, dyskusja pokaże, jaką to jestem osobą niedobrą pisząc, że nie, że nie uszczęśliwiać na siłę, że jak ktoś się całe życie do książek nie przekonał to raczej tego nie zrobi i w sumie jaki jest tego sens? Pewnie dziwi Was to z ust a raczej wypływające spod klawiatury mnie, która jakby nie było czytać lubi, ba kocha (chociaż jak pisałam, w zeszłym roku pojęłam jak złudny stworzyłam sobie mit książki jako pomocy na wszystko i rozwiązania wszelkich problemów). 

Nie wiem, u mnie to wynika chyba z tego, że mam wielką alergię na tych, którzy „wiedzą lepiej co ja powinnam lubić, co mi da szczęście” albo, o czym pisałam na innym forum czas jakiś temu nie przepadam, jak ktoś mi wyjaśnia dlaczego coś tam mi się podoba i z czego to wynika. Z czego i dlaczego wiem sama najlepiej. Co nie oznacza, że ja lubię kogoś do swojej opinii przekonywać. Nie mam nawet takich zamiarów. Mam swoje zdanie, ale wiem, że ktoś może mieć inne, natomiast stratą czasu jest szczerze mówiąc przekonywanie kogoś do niego albo inaczej, nie mam ambicji aby ktoś moje zdanie podzielał. Oczywiście miło, jak się z kimś zgadzam, ale jak nie, powiem, jak Amelia , „trudno!”. 

Ostatnimi czasy furorę robi akcja „nie czytasz nie idę z tobą do łóżka”.  (Jaki wpływ na ars amandi ma dobór lektury?). To hasło mnie śmieszy, nawet bardzo i nie podoba mi się w ogóle, dlatego nie polubiłam tej akcji w żadnym miejscu, jest dla mnie nieco pretensjonalne i czego nie lubię, takie akcentujące, że ktoś tam stawia się na wyższym miejscu od kogoś tylko dlatego, że czyta. Właściwie dlaczego? piszę ponownie, to moje zdanie, Wam się może to hasło okropnie podobać i możecie się z nim zgadzać, ja się nie zgadzam. Ha, łatwo mi mówić, bo od zawsze otoczona jestem, tak się złożyło, osobami, które czytają. Właściwie, głupia sprawa, jak usiłuję sobie przypomnieć czy znałam osoby, które nie czytały. No nie, nie znałam. Czytały moje koleżanki z dzieciństwa, pożyczałyśmy sobie dziecięce książki czy już później te młodzieżowe. Czytali wszyscy moi znajomi, przyjaciele, mężczyźni, których poznałam. No tak się złożyło, więc pewnie mój obraz jest w jakiś sposób wyidealizowany właśnie przez ten fakt. Ale z drugiej strony niestety, nie napiszę Wam, że poznając kogoś pytam go czy lubi czytać i że jest to jakaś bardzo istotna dla mnie informacja. Widać czytelnik przyciąga czytelnika i tyle. Natomiast nie ma we mnie potrzeby wartościowania człowieka według tego czy czyta czy nie. Pewnie, że fajniej, jak czyta, bo możemy pogadać o książkach. Ale jak nie czyta, nie spędzi mi to snu z powiek…

A w ogóle nie wyobrażam sobie namawiania kogoś o kim wiem, że nie czyta, nie wciągnął się, nie żywi pasji do czytania na siłę. To tak, jakby ktoś namawiał mnie nie wiem, na polubienie gier komputerowych (dziękuję, postoję, z gier jedynie toleruję Samorosta i tyle) czy silne usportowienie. Może dla kogoś dziwne się wyda, że nie wypacam się na siłowni. Na szczęście nikt ze znajomych nawet tych, którzy się wypacali nigdy na siłę mnie nie uszczęśliwiali karnetem na przykład. 
Jest takie fajne powiedzenie, które gdzieś mi się tu przypomina, „żyj i pozwól żyć innym”.

Ale jak mówię, to moje zdanie i nie trzeba się z nim zgadzać;) 

„Poletko Pana Boga”. Erskine Caldwell.

Wydana w Wydawnictwie Czytelnik. Warszawa (1999).
Przełożył Bronisław Zieliński. Tytuł oryginału God’s Little Acre.

Nie wiem, czy jakoś nie starczyło mi cierpliwości czy też faktem jest brak zbyt wielu recenzji na temat tej książki (być może już jest nie czytana obecnie?) w każdym razie dosłownie jedną czy dwie znalazłam w internecie, w tym ze stwierdzeniem, że według recenzenta ta książka nie przeszła próby czasu (powstała w roku 1933). Według mnie jest dokładnie odwrotnie, wręcz mogę powiedzieć, że według mnie jest ona ponadczasowa, mówiąca o sprawach uniwersalnych, poruszająca tematy bardzo aktualne i w obecnych czasach. 

Oto robotnicze południe Stanów Zjednoczonych. Tay Tay Walden (w oryginale Ty Ty Walden) realizuje od ponad piętnastu lat swój plan. Poszukuje na swojej ziemi, niegdyś całkowicie pod uprawę bawełny i nie tylko, złota. Jest dosłownie, czego sam nie ukrywa, ogarnięty gorączką złota. Wierzy, że na tej ziemi złoto musi być i o piętnastu lat nic nie robi jak kopie doły na terenie posiadłości i usiłuje je znaleźć. Tak, tak, każdy z nas ma zapewne jakiejś tam swoje miraże, sztuką jest nie poświęcić im wszystkiego jak robi to główny bohater. Zamieszkuje z dwójką synów, Shawem i Buckiem, żoną Bucka, Gryzeldą, córką Miłą Jill. Druga córka Rozamunda wyjechała do Augusty gdzie jej mąż Will pracował w fabryce dopóki nie zaczęło się dziać nie najlepiej. Obecnie wojuje on z zarządem fabryk, usiłuje walczyć z łamistrajkami i generalnie jest w kiepskiej formie. Tay Tay ma jeszcze jednego syna, Jima Lesliego, który wyparł się rodziny, przebywa w mieście i tam żyje z bogatą żoną a do rodziny nie przyznaje się.

Jest jeszcze postać naiwnego i dobrodusznego Pluto.

Jak wspomniałam, ojciec rodziny ogarnięty jest gorączką złota, wszystko temu podporządkowuje, zaraża tym synów, którzy jednak chyba zachowują odrobinę więcej zdrowego rozsądku niż on sam, nie bardzo chyba mając zbyt wiele innych dróg wyboru. 

Tytułowe „Poletko” to kawałek ziemi, które przyobiecał Tay Tay Panu Bogu, że zbiory z tegoż kawałka ziemi będzie Panu Bogu oddawał. Nie przeszkadza mu to czasem nic nie posiać na tym kawałku ziemi czy też przenosić go z miejsca na miejsce w zależności od tego, gdzie kopie kolejny dół w poszukiwaniu złota.

Poletko stanie się areną tragicznych w rezultacie wydarzeń, ale nie chcę zbyt wiele pisać.

Słońce praży z góry, robotnicy w przędzalniach niszczą sobie zdrowie, w głowach ludzi mąci się, zaczyna się coś dziać i wiemy, że raz coś rozpoczęte swój koniec mieć będzie. Czytamy i czekamy co też się wydarzy. Czytamy o ludzkich namiętnościach nacechowanych już wręcz obsesją. Namiętnościach do dobra materialnego ale i widzimy buzujące zmysły, które prowadzą do seksualnego ujścia w najrozmaitszych układach pomiędzy postaciami tam występującymi. 

Jak już wspomniałam, według mnie ta książka wcale nie traci wraz z upływem czasu. Dalej wokół nas są osoby ogarnięte niezdrową namiętnością, podporządkowujące swoje życie czemuś nierealnemu, są również ci ogarnięci namiętnością do kobiet, których mieć nie mogą. Ludziom mąciło się i wciąż mąci w głowach. Emocje, namiętności kierowały ludźmi i tak dziać się będzie a konsekwencje tego będą rozmaite.

Mnie się bardzo ta książka podobała, moja ocena to 5 / 6. 

zima zaskoczyła media…

…muszę przyznać, że tak, przez chwilę jednak , przez momencik, zwiedziona jeszcze początkowo styczniową jesienią dałam się podpuścić, że zima jednak się nie rozkręci. No, niestety, nie da rady, przylazła, z koszmarnym mrozem.

Muszę powiedzieć, że dziwi mnie ogromnie to trąbienie o zimie w mediach. Nie bardzo wiem, dlaczego takim ewenementem jest fakt wystąpienia w kraju o tej konkretnej lokalizacji geograficznej zimy zimą. Nie wiem, może faktycznie dziennikarstwo z tych młodszych i nie wie, że zimą jest zima, nie wiem, dziwne, bo co tu kryć ostatnie pięć przynajmniej lat jednak niestety zima jest, trzyma i uprzykrza życie. Nie mogę spokojnie obejrzeć wiadomości bo trąbią o zimie, której obecność, niestety obok widzę i czuję…

Na szczęście nie znam ani jednej osoby w moim otoczeniu, którą by taka zima z takim mrozem cieszyła, więc tu się wszyscy zgadzamy. Najwyraźniej nie znam masochistów i bardzo dobrze. Nie ma to jak zgodność:) Mam wielką nadzieję, że zima jak najszybciej odpuści i sobie pójdzie precz. Jakby nie było, na szczęście przyszła późno, więc nie będzie miała czasu na zbyt długie pozostanie, uf. Byle do wiosny.

Wisława Szymborska

…staram się nie czytać komentarzy we wpisach pod wiadomościami o śmierci Poetki, naszej Noblistki bo wiem, że nie chcę się zbytecznie denerwować. Nie ma już w ludziach szacunku nawet w obliczu śmierci, ja go wciąż posiadam, więc nie czytam, aby się nie denerwować.

Nie czytam wiele poezji ale akurat Wisławy Szymborskiej wiersze są „moje”…

Mogę napisać, że był czas, kiedy wiersz poetki bardzo mi pomógł. Myślę o wierszu „Nic dwa razy”. Nie uważam go za najlepszy z jej dorobku, ale wtedy, podsunięty przez Mamę-pomógł. Dlatego mam do niego wielki sentyment. 

Moim ulubionym, przy którym zawsze targają mną emocje, to „Portret kobiecy”. Ale wielkie wrażenie zrobił na mnie też wiersz „Fotografia z 11 września” z tomiku „Chwila”. 

Zostały Jej wiersze.

„O północy w Paryżu”. Reż. Woody Allen.

Muszę powiedzieć jedno, nie wiem, jak ten tekst brzmi w oryginale bo oczywiście zagłuszył go lektor, ale tekst, „odkąd zaręczyłem się z Inez miewam napady paniki” to tekst roku. Napiszę jedno, bardzo się cieszę, że wrócił stary dobry Allen, bo po drodze obejrzałam jego „Co nas kręci co nas podnieca”, który mocno mnie zawiódł.

Napiszę jeszcze jedno, „O północy w Paryżu” to coś w sam raz dla tych, którzy poszukują czegoś na zimowy mroźny wieczór, kiedy wiosna zdaje się być jeszcze bardzo daleka a potrzebują czegoś mocno rozgrzewającego, czegoś, co jest, jak piszą na okładce filmu, który nabyłam z pismem , „pogodnego”, z poczuciem humoru. Coś takiego było mi potrzebne i coś takiego dokładnie otrzymałam w tym seansie. Świetnie!

Woody Allen zafascynowany jest Paryżem i tym filmem oddaje miastu laurkę. Widać tę fascynację w stworzeniu Paryża, który do końca chyba nie istnieje (i wbrew temu, co pomyśleli ci, którzy film widzieli mam tu na myśli raczej fakt pustych ulic, braku korków na ulicach i braku tłumów. Bo w ten Paryż z drugim dnem, które przenieść nas może w świat najpiękniejszych przygód , spełniający nasze marzenia wierzę jak najbardziej;).

Być może film był realizowany w sierpniu, kiedy podobno Paryż pustoszeje? Nie wiem, takie moje myśli.

Oto poznajemy młodych ludzi, Inez i Gila. Ona jest bogatą z domu, młodą córeczką tatusia (który nie znosi przyszłego zięcia), on popełnia scenariusze, które przynoszą rewelacyjne pieniądze ale jego marzeniem tak naprawdę jest napisać powieść i wieść swe życie jako pisarza, najchętniej właśnie w Paryżu. Jest on nieuleczalnym romantykiem mocno skontrastowanym ze stojącą silnie na ziemi narzeczoną. Ślub w perspektywie, Inez ogląda krzesła za niebotyczną sumę, a Gil zaczyna mieć kryzys. Kryzys własnego życia, poniekąd tożsamości. 
Nie bez znaczenia jest też fakt, że zabawnym zbiegiem okoliczności nasi narzeczeni podczas tej podróży przedślubnej do Paryża spotkali znajomych. Irytującego,  przeintelektualizowanego Paula i jego towarzyszkę. Paul był ongiś miłością Inez i oczywiście szybko domyślamy się, że coś w związku z tym będzie na rzeczy.

Znudzony nieciekawym towarzystwem, które niestety przykleiło się do młodych i odczepić nie chce, Gil samotnie wędruje pewnego wieczoru po mieście i oto po północy przytrafia mu się coś niezwykłego, oto bowiem trafia na imprezę z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Sztuka art deco ma się w najlepsze,  młodzi intelektualiści i bohema artystyczna bawi się świetnie. A Gil z radością poznaje małżeństwo Fitzgeraldów,  Hemingwaya, Gertrude Stein i inne postaci bywające w tamtym czasie w niezwykłym mieście jakim jest Paryż.

Pomysł na spotkanie postaci z przeszłości, ktoś powie, nic nadzwyczajnego. Oczywiście, ale to nie przeszkadza w oglądaniu. Romantycy, osoby, które czasem mają chęć powiedzieć, że chyba nie urodziły się w idealnych dla siebie czasach, które sięgają w przeszłość, na pewno zrozumieją tęsknoty i pragnienia głównego bohatera.

Na drodze Gila stanie jeszcze piękna Adriana, które to spotkanie uświadomi bohaterowi dobitnie, czego oczekuje po swoim życiu, czego pragnie i co tak naprawdę chce w życiu robić. Przede wszystkim nie bać się własnych marzeń i pragnień.

Wszystko oczywiście okraszone specyficznym dla Allena poczuciem humoru, ale nie ciężkostrawnym, lekkim, pogodnym właśnie. w sam raz. 
No i oczywiście sądzę, że po filmie większość z nas zastanawiała się, kogo z przeszłości chciałaby spotkać, gdyby się nadarzyła taka okazja, ja siostry Kossakówny, niektórych aktorów kina przedwojennego (polskiego) i właśnie większość postaci, które spotkał Gil w filmie.

Polecam, miła rozrywka. Moja ocena to 5 / 6. 

biografie…

…autobiografie, książki o postaciach, które mnie intrygują i które ciekawią. Kilka takich w dość niedalekim siebie czasie pojawiły się w księgarniach.
Pierwsza to Mariusza Urbanka, o Władysławie Broniewskim „Miłość, wódka, polityka”. Bardzo jestem tej biografii ciekawa, jako, że nie wiedziałam, że w jakiś sposób łączy mnie też z Broniewskim fakt śmierci dziecka. Fakt, że w zupełnie innych okolicznościach, ale fakt faktem pozostaje.

Druga książka to o moim kiedyś ulubionym polskim aktorze, czyli Marioli Pryzwan „Cybulski o sobie”. Jak się domyślam, zbiór wywiadów aktora ale nie tylko, książka powstała na podstawie archiwalnych materiałów o aktorze, listów itd. 

Trzecia zaś książka, o której usłyszałam dosłownie parę dni temu, to o Elżbiecie Czyżewskiej, czyli „Elka” Izy Komendołowicz. Tak się złożyło, że czas jakiś temu przypomniałam sobie dwa filmy z jej udziałem, komedie, „Giuseppe w Warszawie” (tu również gra Zbyszek Cybulski) i „Żona dla Australijczyka”. 

Może ktoś z Was czytał już którąś z tych książek? Szczególnie ucieszyłaby mnie opinia na temat tej o Broniewskim i Cybulskim. 
 

„Służąca”. reż. Sebastian Silva.

Ale Kino! prezentuje od niedawna film chilijskiego reżysera, który to film „Służąca” (tytuł oryginalny „La Nana”) jest według mnie wart obejrzenia. Ja w ogóle chętnie sięgam po kino latynoskie nazwijmy to czy ogólnie bardziej, hiszpańskojęzyczne. 

Jest to film z gatunku, w którym akcja nie przewija się jak w kalejdoskopie, ba, ktoś może nawet powiedzieć, że jest nudny i na pewno miłośnicy kina akcji nie mają co sięgać po ten film, to zupełnie nie ten adres. Z kolei ci, którzy lubią filmy z niby to niespiesznie dziejącą się akcją, ale w gruncie rzeczy mocno dotykające jakiś konkretny problem, nie sądzę aby czuli się po projekcji zawiedzeni. 

„Służąca” to film zrealizowany głównie w pomieszczeniach, domu państwa Valdesów, u których służąca Raquel (rewelacyjnie zagrana rola Cataliny Saavedry) pracuje dobrze ponad dwadzieścia lat. Poznajemy ją w dniu szczególnym, w dniu jej czterdziestych pierwszych urodzin, kiedy to jej pracodawcy organizują jej małą niespodziankę z tortem i prezentami. Raquel nie wydaje się jednak tryskać radością. Raczej odnosi się wrażenie, że wręcz chwilami przyjmuje należny jej hołd.

Raquel sprawia w ogóle wrażenie jakby to, że pracuje gdzie pracuje było należnym jej przywilejem a nie pracą po prostu. Przez większość filmu ta postać nie daje się po prostu lubić, ba, budzi wręcz naszą, widza, irytację. Nie owijając w bawełnę, bardziej denerwuje, niż budzi naszą sympatię czy współczucie, nawet jeśli widzimy szybko, że ma jakieś problemy ze zdrowiem. 
Pewnie łatwiej byłoby skonstruować film o służącej na zasadzie tak lubianego przez niektórych schematów czyli ci źli, okrutni pastwiący się nad nią państwo z fumami i ta biedna znękana przez nich służąca. Nic bardziej mylnego. Państwo domu są jak najbardziej ok w stosunku do kobiety, wręcz oferują pomoc.

Ktoś może spytać ale czy na pewno traktują ją jako członka rodziny? Chyba nie ale też szczerze, nie uważam, aby mieli taki obowiązek. Przyjmując ją jako młodą dziewczynę do pracy został wyznaczony konkretny podział ról, jak wszędzie indziej, tak naprawdę czyli pracodawca (w tym przypadku miły, niedręczący, nie czepiający się) i pracownik, z konkretnym zakresem obowiązków, na który się zgodziła. Raquel, która bywa, że potrafi odezwać się bardzo nieładnie do któregoś z członków rodziny, szczególnie najstarszej córki pracodawców, młodziutkiej Camili, która wyraźnie czuje, że Raquel jej nie cierpi, co nie jest dalekie od prawdy.  

Rodzina zauważa, że Raquel nie daje rady swoim obowiązkom i stara się jej pomóc zatrudniając dodatkową pomoc domową, wszystko, aby ta mieszkająca z nimi tyle lat Raquel czuła się odciążona. Wydaje się, świetny pomysł. Nie dla demonicznej Raquel, która tak wczuwa się w rolę jedynej możliwej w TYM konkretnym domu służącej, że wręcz brzydzi się fizycznie kolejnych pomocy przyjmowanych przez pracodawców (sceny odkażania wanny po każdym prysznicu kolejnych kobiet). Raquel zdaje się myśleć, że uda się jej wykazić obecność każdej rywalki bo tak właśnie traktuje kolejne kobiety mające jej przecież pomóc. 
Scenami, które z czasem wręcz bawią, a dla Raquel stają się ni to rozgrywką ni to rozrywką ni to nauczką wymierzoną w kierunku rywalek jest to, co robi za każdym razem, kiedy kolejna pomoc domowa opuszcza na chwilę domostwo. Otóż Raquel zatrzaskuje drzwi i nie wpuszcza do domu zmuszając kobiety do krzyków, nawoływań i płaczu wręcz, podczas kiedy ta z zadowoloną miną wędruje na piętro willi aby tam przy włączonym odkurzaczu z miną satysfakcji udawać, iż tak naprawdę nic nie słyszała.  

Jak pisałam, reżyser nie stara się uczynić z tej postaci kogoś miłego, serdecznego, sympatycznego, wręcz odwrotnie, co tylko dziwi i może nawet budzi uśmiech kiedy słyszy się to, co opowiada o sobie innym Raquel, czyli jakoby była uwielbiana przez dzieci. 

Dopiero poznana kolejna pomoc zatrudniona przez pracodawców, którą początkowo Raquel również stara się szybko wygryźć okazuje się kimś kto zmieni życie tytułowej bohaterki. Lucy bo o niej mowa, szybko orientuje się jak naprawdę czuje się Raquel a mianowicie raczej jako zagubiona, przerażona dziewczynka, która każdy gest niemal traktuje jako zamach na swoją wypracowaną latami niezależność.

Robi się jej żal kobiety i w jakiś niezwykły sposób zamiast jak poprzedniczki, walczyć z nią, umie ją obłaskawić i tak postępować, że wydobywa z tej kolczastej skorupy Kogoś, realną Postać. Raquel, nie po prostu służącą. I chociaż długo w domu nie będzie, to właśnie od spotkania z nią życie Raquel się zmieni. Spotkałam się ze zdaniem, że zmiana Raquel nie jest na stałe i że jest chwilowa. Ja chcę wierzyć, że jest jednak inaczej, że Raquel coś sobie przemyślała, coś zrozumiała.

Jest to film o zatraceniu się we własnych niestety i tylko własnych złudzeniach. W przekonaniach, które sami sobie ukuwamy czasem w krótszym czasem w dłuższym czasie i często niestety, w nich tkwimy. U nas ten film tak naprawdę nie musiałby się nazywać „Służąca” a może „Matka Polka” ,taka, która poświęciła się innym nie zważając, że nie zawsze trzeba było aż tak mocno aż tak silnie, ba, że druga strona wcale tego w takim stopniu nie potrzebowała. I potem tym bardziej boli to nieprzyjemne odkrycie, którego się dokonuje, czyli właśnie, że się człowiek gdzieś w tym wszystkim zagubił, że to wcale nie było potrzebne, niestety. Że się zatracił w jakimś wyimaginowanym swoim własnym obrazie. 

Przyznam się, że ja przez większość filmu zastanawiałam się nad kondycją psychiczną głównej postaci, czy ona przypadkiem nie ma jakichś większych problemów i kto wie, może jednak je ma. Ciekawe zestawienie z książką „Okruchy dnia”, którą niedawno czytałam i w której również przedstawiono oddaną postać służącego, który jednak zupełnie inaczej sam swoją rolę odbiera i nie zachowuje się w taki sposób jak bohaterka. On zdaje się nie rościć praw do innego niż to, w jakim jest układzie, Raquel wydaje się miotać i być niepewną. 

Co jeszcze? Reżyser zadedykował film dwóm kobietom, po tym, że pojawiło się samo imię i wizerunek pań w służbowym mundurku, wnioskuję, że służącym znanym mu z własnego domu. Jak bowiem podobno jest (tak mówiono w dyskusji przed filmem) w Chile klasa średnia posiada takich pracowników i nie jest to żadna nadzwyczajność, ba, wręcz jest to norma. 
Zastanawialiście się kiedyś, jak by to było mieć służącą? Ja nie wiem, czy bym chciała. Fajnie jest mieć kogoś, kto pomoże sprzątnąć, ale kawę, posiłek itd wolę przygotować sama i nie lubię ponadto, jak ktoś obcy kręci mi się po domu. Nie umiałabym sobie wyobrazić kogoś mieszkającego na stałe i przebywającego w domu. I ciekawe czy naprawdę jest tak, jak powiedziano, czyli, że klasa średnia w Chile właśnie służące posiada.

Tak czy inaczej, film jest z gatunku tych, które lubię, czyli niby powolny, niby o niczym a daje do myślenia i zastanowienia się nad wieloma aspektami.

Mnie się bardzo podobał, polecam.

Moja ocena to 5 / 6.