„Kolonie Knellera”. Etgar Keret.

 

Kolonie Knellera

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011).

Przełożyła Agnieszka Maciejowska. Tytuł oryginalny Hakaitana szel Kneller.

Mieliście kiedyś tak, że zapomnieliście, jak bardzo lubicie jakiegoś autora?
Mnie się tak zdarzyło z Keretem właśnie. Wcześniej czytałam zbiory jego opowiadań, które bardzo mi się podobały, potem przez chwilę jakoś o tym zapomniałam i dopiero wzmianka o mających się ukazać niebawem nowych opowiadaniach Kereta przypomniały mi o wydanym w zeszłym roku zbiorze opowiadań. Tak, Keret jest słusznie nazywany przez samo wydawnictwo „mistrzem krótkiej formy”. Jego opowiadania są na ogół krótkie, ale jakże treściwe. Keret posiada specyficzne poczucie humoru i nie wiem, czy spodoba się każdemu. Mnie tak, do mnie trafia, mnie na ogół rozśmieszy co najmniej albo czasem skłoni do refleksji.

Na ogół właśnie są to zbiorki krótkich niezwiązanych ze sobą opowiadań, w tym zbiorze jest inaczej. Pierwsze kilka jest właśnie takich niezwiązanych ze sobą a następnie przechodzimy do nowelki, nazwijmy to czyli właśnie owych tytułowych „Kolonii Knellera”. 

Jak zwykle autor mnie nie zawiódł. Oto bowiem przedstawia nam życie po życiu. Wbrew temu, czego może ktoś się spodziewa, nie ma na miejsca życia w Raju a wręcz odwrotnie. To świat ludzi mieszkających w bliżej nie określonym miejscu a łączy ich jedno, wszyscy oni popełnili samobójstwo. Ten świat właściwie rządzi się całkiem podobnymi prawami, jak nasz ziemski świat. Świat ten poznajemy z perspektywy opowieści Chaima, który trafiając tam poznaje Ariego, jedynego, który mieszka tam z całą swoją rodziną. Chaim szybko znajduje nieźle płatną pracę w pizzerii „Kamikaze”, zaprzyjaźnia się z Arim, bawi się z Arim w barach, w tym ulubionym ich Barze Mar Twych, bywa na proszonych kolacjach u miłej rodziny Airego. W międzyczasie dowiaduje się, że jego wielka „ziemska” miłość również trafiła do tego świata, co stanie się powodem ruszenia przez niego i szukania jej.

Niby zwięźle, niby prosto, niby jasno a jednak proza Kereta zawsze działa na mnie w jakiś niezwykły sposób. Dużo się nad nią śmieję, sporo jej czytam na głos P. , a także nie raz i nie dwa zamyślę się nad spojrzeniem autora na świat.

Bardzo, bardzo mi się podobały „Kolonie Knellera” i ogromnie się cieszę, że po tę książkę sięgnęłam. 

Moja ocena „Kolonii Knellera” to 6 / 6.

A zainteresowanym moją recenzją innego zbioru opowiadań Kereta, „Rury” odsyłam do tej recenzji. 

słońce za oknem…

…kolejny weekend ma być ciepły i wiosenny, chociaż widzę, ze niedziela nie taka wcale ciepła ma być, jak tydzień temu, ale kto wie, może będzie całkiem ciepło.

Przypominam, że w weekend zmiana czasu, z soboty na niedzielę, na czas letni. Śpimy godzinę krócej ale za to będziemy mieć dłuższe, jaśniejsze dni. Znowu pewnie parę dni po zmianie będę czuć się dziwnie, no, ale cóż, trudno, wpływu na to nie mamy. Mogliby już sobie darować te zmiany czasu.

Kartki świąteczne już wypisałam, ale powysyłam pewnie dopiero w przyszłym tygodniu za granicę i pewnie do Polski ale pod koniec tygodnia raczej.

Niestety, skończona w tygodniu książka Kathy Reichs „Z krwi i kości” ogromnie mnie zawiodła, dlatego nawet nie chciało mi się pisać żadnej recenzji, w każdym razie nie była udana, co oczywiście nie oznacza, że dla kogoś innego taka nie będzie, każdy musi się sam przekonać. Mnie wymęczyło tło wyścigów i ogólnie jakoś nie wciągnęło. Chwilowo oczekuję na zamówione książki, Marininę, Nessera, o których zapomnieliśmy, że mamy w przechowalni i w skutek czego zamówiliśmy za późno i wzięłam się za Agathę Christie, nie ma to jak Agatha;)

Życzę Wam miłego wiosennego weekendu.

to już dziś!

No tak, przez rok przestępny w tym roku wiosnę witamy już DZIŚ:) Nie ukrywam, że o tym fakcie przypomniał mi wujek Google:) 

Nareszcie. Zimę żegnam bez jakiegokolwiek sentymentu, witam porę roku, w której wszystko budzi się do życia, w której widzę wyraźne znaki nadziei mówiące, że wszystko to, co złe może odejść i zamienić się w nowe perspektywy i możliwości. W której nawet mam wrażenie, że ludzie częściej się cieszą.

Życzę Wam wspaniałej wiosny. Tej za oknem i w nas samych!

Za oknem u mnie co prawda 6 stopni, ale nie szkodzi, pewnie w dzień się jeszcze ociepli. 

 

 

„Japoński codziennik. Część druga”. Aleksandra Watanuki.

 

Japoński codziennik dwa.

Wydana w Wydawnictwie Waneko. Warszawa (2012).

Ukazała się druga część książki Aleksandry Watanuki, „Japoński codziennik”, na którą to czekałam. Ukazała się niemal równo w pierwszą rocznicę trzęsienia ziemi i fali tsunami, jakie nawiedziły Japonię w roku 2011. Przypominam, że 15% dochodów ze sprzedaży pierwszego wydania tej książki zostanie przekazana na pomoc ofiarom tej katastrofy.

O swoich wrażeniach z części pierwszej „Japońskiego codziennika” pisałam w tym i w tym wpisie

Ta część jest kontynuacją książki powstałej na podstawie wielu lat prowadzenia blogu przez Polponkę, czyli autorkę. I znowu oprócz samej treści czyli wpisów, które miały miejsce na blogu (pojawiły się również wpisy wcześniej na blogu niepublikowane) są komentarze nas, czytelników tego blogu.
Autorka blogu zawsze tak uprzejma dla swoich czytelników nie pozostawiała naszych wypowiedzi bez odpowiedzi, stąd na blogu zawsze miały miejsce interesujące dysputy i na pewno nie było nudno. Czytając tę część przypomniałam sobie refleksje jakie lekturze blogu Oli mi towarzyszyły. A są to refleksje dotyczące generalnie blogów, które z roku na rok stają się coraz bardziej popularne i odwiedzane. Otóż niestety, z bliżej nieznanych powodów, popularność takowego blogu (nieważne , to ciekawe, czego on dotyczy , książek, osobistych spraw, choroby dziecka, dekoracji wnętrz czy życia w innym kraju) niesie ze sobą odwiedziny osób, które z pewnością nie można nazwać miłymi czytelnikami. I nie mam tu na myśli konstruktywnej krytyki a zwykłe chamstwo czy bycie niemiłym. To temat rzeka, niejedna osoba już o tym pisała. Być może w przypadku blogów pisanych z perspektywy życia w innym kraju jest jeszcze więcej takich sfrustrowanych osób, które „muszą bo inaczej się uduszą” napisać coś niemiłego, niesympatycznego, czy jak pisałam, wręcz chamskiego. Nie wiem co ludźmi kieruje aby dawać upust swoim często zapewne nie nudzie a frustracjom, być może poczucie anonimowości. W każdym razie pamiętam, że i na blogu Polponki pojawiało się z biegiem czasu coraz więcej osób, które nie miały nic do napisania poza czymś niemiłym, szkoda. Japonia jest krajem trudnym, to z pewnością. Ale nie sądzę aby innym od każdego innego, w którym ktoś spoza niego ma zamiar się osiedlić. Jak każdy inny kraj nie mówi „możesz tu zmienić wszystko, co zastaniesz, w końcu nasza wielowiekowa tradycja jest nieważna, rób co chcesz”. Nie, to kraj, który to normalne, mówi, „rozgość się, jesteś tu mile widziany, ale dostosuj się do mnie. Uszanuj to, co zastałeś.” Polponce, to podkreślam, udało się to w stu procentach. Być może niemiłe głosy, które się pojawiały, pochodziły od osób, którym ta sztuka się nie udała.
Ktoś powie, co to ma wspólnego z książką? Ma, bo książka jakby nie była, powstała na podstawie blogu pisanego latami i takie też sytuacje, o których piszę dla każdego blogowicza nie są niczym obcym. 

Wracając do samej książki, to ponownie powiem, z pewnością osoby, które interesują się Japonią po raz kolejny podczas lektury nie zawiodą się. Nie brak tu spraw, które każdy z Japonią kojarzy, znanych, nam, jak zachwyt nad sakurą (nie dziwię się) ale i poruszane są tematy nowe, które z jakichś przyczyn ważne są dla Autorki a które na pewno dla zainteresowanych życiem codziennym właśnie w Japonii będą równie ważne i na pewno ciekawe. Jest ogromna ilość pięknych barwnych zdjęć, które okraszają treść jak również ponownie, podane przez Autorkę linki do kręconych przez Nią filmów. Na pewno to książka dla tych, którzy szanują inność, umieją się dostosować a nie tych, którzy uważają , że każdy inny świat musi dostosować się do nich i ich upodobań. Szczególnie interesujący jest rozdział „Japończycy a cudzoziemcy”.

Podejrzewałam, że ostatnie rozdziały dotyczące katastrofy, będą niewesołe i tak też jest, to logiczne. Aleksandra w czasie wydarzenia przebywała w Japonii. Pamiętam, że początkowo wszyscy denerwowaliśmy się na blogu, co z Nią i Jej Bliskimi, na szczęście szybko się odezwała. Relacjonowała też na bieżąco jak się sprawy mają, podawała przykłady organizowanej pomocy ofiarom katastrofy jak również dawała rady tym, którzy w tamtych chwilach pytali się jej co robić z ich planowaną wtedy podróżą do Japonii, często planowaną latami i tą wymarzoną. 

Jak mówię, miłośnicy Japonii na pewno nie poczują się książką zawiedzeni. Oczywiście pewnie jak zwykle, trafią się marudy. Szczerze? Trudno. Mnie się ta książka podobała, znowu przeżyłam swoje własne małe prywatne katharsis, ale nie szkodzi, tak na pewno być musiało. Ponownie wyrażam na głos pragnienie aby blog Polponki powrócił na łono blogów, bardzo, bardzo się za Autorką i Jej czytelnikami, jak również tym zwykłym, ciepłym, wesołym spojrzeniem na Japonię, stęskniłam. 

Moja ocena to 6 / 6.

weekend był słoneczny i ciepły…

…dokładnie taki, jaki miał być według prognoz a może nawet i cieplejszy. W czasie prac przy Grobie Emilki P. nawet zdjął kurtkę, został w samym krótkim rękawku i…było Mu wyśmienicie.

W niedzielę wybraliśmy się do Ogrodu Botanicznego. Na razie pustki tam (roślinne, ludzie oczywiście są). Zdziwiło mnie bo nawet nie było żadnych przebiśniegów czy krokusików, które często o tej porze roku są. Ponieważ co roku tradycją naszą stało się podziwianie kwitnących magnolii, przyjrzeliśmy się tymże. Na razie małe pączuszki są, ale już są. Ciekawe, kiedy rozkwitną na całego. Sprawdziłam, okazuje się, że na blogu regularnie o nich piszę (zawsze się śmieję, że tak, jak Japończycy mają swoją sakurę to moją i P. jest właśnie wybywanie i podziwianie kwitnących magnolii w Ogrodzie Botanicznym chociaż nie tylko tam) i widzę, że na ogół pisałam o nich w połowie kwietnia mniej więcej. Trzeba będzie pilnować magnolii, bo bardzo chcę je obejrzeć i zachwycić się ich zapachem. 
Mam nadzieję, że i Wy mieliście przyjemny weekend. 

pomysł…

…zmiany adresu korespondencyjnego na adres do mojej Mamy okazał się bardzo trafiony. Dobra, mogę powiedzieć, że tu poczta ze mną wygrała, bo po prostu nie jest tak jak być powinno i jak widać, nic się nie zmieni. Ale i tak to ja czuję się wygraną, bo teraz odkąd listy, kartki i przesyłki do mnie idą do Mamy, mam wszystko. U Mamy dodatkowo jest bardzo sympatyczna pani listonosz, stała, a nie jak u nas, co kwartał ktoś nowy, więc przesyłki trafiają bez problemu. Odbieram sobie raz na tydzień, czasem na coś muszę poczekać, trudno się mówi. Lepsze to, niż nie dostawanie połowy przesyłek, jak to bywało, że w tych najbardziej zabałaganionych pocztowych czasach tu bywało. I tak wreszcie na Urodziny otrzymałam wszystko, co miałam dostać, za wszystkie dowody pamięci raz jeszcze Wam dziękuję. 
Tak sobie tylko myślę, że nie każdy ma możliwość takiej zmiany adresu, ciekawe, co robić mają wtedy ludzie, którzy jednak jakąś korespondencję otrzymują. Nie wspomnę, że podatek gruntowy, który ma być opłacony do 15 marca, dotarł do mnie poleconym trzynastego. Specjalnie na blankiecie zapisałam datę podpisując, niech UD też ma świadomość, jak poczty w różnych dzielnicach (bo to za spadkową część otrzymałam, więc nie z mojej dzielnicy) działają. Pytanie, czy ktoś to u nich sprawdza, to inna sprawa. 

Weekend zapowiadają śliczny i słoneczny, to dobrze. 
Zaczęłam czytać kryminał Kathy Reichs , „Z krwi i kości”, najnowszy jej na naszym rynku, ale wiem, że na weekend przerwę lekturę (chociaż jak na razie zapowiada się interesująco) i zacznę coś, na co czekałam, czyli drugą część „Japońskiego codziennika”. Wiem, ze ta część nie będzie tak beztroska, (chociaż i w tamtej poruszane były nie zawsze przecież łatwe tematy) ale ta zdeterminowana zostanie zapewne przez przedstawienie tam, w Japonii, sytuacji po ogromnym trzęsieniu ziemi i fali tsunami, które wyrządziły tam tak wiele szkód. Pojawienie się drugiej części „Japońskiego codziennika” zbiegło się z pierwszą rocznicą katastrofy.

Życzę Wam miłego weekendu wypełnionymi przyjemnymi chwilami i spędzonego tak, jak sobie tego życzycie. 

„Broniewski. Miłość, wódka, polityka”. Mariusz Urbanek.

Broniewski

 

Wydana w Wydawnictwie Iskry. Warszawa (2011).

O tej biografii usłyszałam czas jakiś temu w Jedynce. Polecała tę książkę Dorota Koman, która w słuchanej przeze mnie audycji książki rozmaite poleca. Nie wiem, co wtedy spowodowało, że ta książka wtedy weszła do mojej głowy i wyjść nie mogła. Nie, nie mogę napisać, że nie wiem, oczywiście, że wiem. To jedno zdanie, które wtedy powiedziała, a które, przyznaję się, poruszyło wtedy ogromnie, czyli wspomnienie faktu tragicznej śmierci córki i jego rozpacz po tym, co się stało. I nagle postać Broniewskiego, którą faktem jest, po 89 roku właściwie wymazano z podręczników szkolnych a która patronowała ulicy, przy której mieszkałam tyle lat mojego życia nabrała innego znaczenia. Połączyło mnie z nim coś, co zrozumieć mogą właśnie tylko ci, którzy przez to piekło przeszli. Przechodzą. 
I nie mogła mi do tego stopnia wyjść z głowy, że postanowiłam ją przeczytać i…jestem z tego bardzo zadowolona.  

Od razu zaznaczam, książka jest dość obszerna. Nie powinno to dziwić, wszak jest to biografia, w dodatku postaci na pewno nietuzinkowej i niebanalnej, oryginalnej i tragicznej. 
Co jest jej ogromnym plusem i to chcę zaznaczyć na początku, autor uniknął tego co wcale nie jest takie łatwe do uniknięcia. Czyli udało mu się nie popełnić na temat poety hagiografii, jak ja to nazywam, ale również nie wylał na postać kubła pomyj. Zachował obiektywizm, co cieszy przy czytaniu biografii. Niech każdy czytający na jej podstawie wyrobi sobie swoją własną opinię.

Książka mimo, że dzieli się na dwadzieścia trzy rozdziały zdaje się mieć dwie główne części. Pierwsza przedwojenna, która, nie ukrywam, mnie jakoś specjalnie nie pociągała, ale rozumiem jak najbardziej to, że trudno było w przypadku tego człowieka ją pominąć, dotycząca czasów od narodzin Broniewskiego do czasów przed II WŚ, i druga, obejmująca zarówno czas II WŚ jak i powojenny, która jest o wiele bardziej osobista i mnie wciągnęła bardziej. Ta pierwsza opowiada o kształtowaniu się postawy lewicującej Broniewskiego, jest bardzo skrupulatnie napisana, bardzo szczegółowo, nie wiem, czy aż taka była potrzeba, być może, nie chcę negować.

Druga część, jak mówię, opowiada o innym okresie życia Broniewskiego. Być może mniejsza ilość polityki a przynajmniej nie w takim natężeniu wynikała też z jakiejś formy wypalenia się samego poety, nie wiem. Jednak bardziej interesowało mnie właśnie jego życie osobiste, tu potraktowane w sposób nie sensacyjny, co uważam za wielką zaletę jednak o czym wspominałam, bez tworzenia z niego postaci bez skazy.

I to w tej części mowa będzie o Ance, o jego wielkiej miłości do córki, o tragedii, jaka go spotkała czyli fakcie jej tragicznej śmierci, jak również jest wywiad z adoptowaną przez Broniewskiego córką drugiej żony, Marii Zarębińskiej, czyli panią Marią Broniewską-Pijanowską.

Cieszy mnie, że Mariusz Urbanek nie pokusił się o tworzeniu kolejnego mitu czy pomnika na temat Władysława Broniewskiego a napisał po prostu pierwszą chyba na naszym rynku rzetelną biografię poety. Tych pomników, które potem strącano zbudowano poecie za wiele, autorowi udało się po prostu napisać o interesującym człowieku, mającym trzy żony i wiele kochanek, mającym dwie córki, jedną rodzoną a drugą adoptowaną, osieroconym ojcu, człowieku niszczonym przez własne demony, uwikłanego w losy historii Polski, do której jednak wrócił po wojnie, niszczonego przez nałóg alkoholizmu, który zaczął się u Broniewskiego bardzo wcześnie i który na pewno wpłynął na to, że żył tak krótko.  Autor uniknął jednak tworzenia taniej sensacji jak i nie nałożył mu na głowę lauru. Opisał człowieka oryginalnego i jak podkreślam, postać tragiczną. 
I chociaż pewnie wiele nas dzieli, chociażby poglądy polityczne, na wiele tematów z pewnością mogłabym z poetą porozmawiać.

W jednym z ostatnich rozdziałów Urbanek opisuje zjawisko, które faktycznie miało miejsce po roku 1989, czyli wymazywaniu poezji Władysława Broniewskiego z książek szkolnych i nie tylko. Dopiero niedawno również pod redakcją Mariusza Urbanka, ukazał się najnowszy wybór wierszy poety, również w Wydawnictwie Iskry. 
Moja refleksja na temat postaci Broniewskiego była taka, że był to pechowiec, którego wciąż cenzurowano i którego jak mało kogo zaplątano w losy historii, pewnie poniekąd na własne życzenie chociaż nie jestem pewna czy przewidział do końca rozwój sytuacji i konsekwencje.
Za czasów Drugiej Wojny Światowej cenzurowali jego poezję Anglicy już prowadząc rozmowy z ZSRR na temat przeróżne (Teheran), po wojnie wymazywano mu legionową i Andersowską przeszłość bo to również wtedy nie pasowało do pomnika autora chwalącego w swoim wierszu Stalina. Nieszczęśnik, którego na potrzeby własne zużytkowano wciskając go w polityczne zawirowania kraju, do którego jednak wrócił powodowany miłością do drugiej żony i pewnie jednak tęsknotą za krajem. 

Jest też rozdział opowiadający o jednym z najciemniejszych rozdziałów w życiu Broniewskiego czyli jego zaraz po śmierci Anki pobycie w szpitalu psychiatrycznym w Kościanie. Trafił tam z pewnością wbrew własnej woli, mimo, że nawet adoptowana córka twierdzi, że jednak nie do końca było tak, jak twierdzi wielu, w tym sam Broniewski i jego trzecia żona Wanda. A jednak sporo osób, w tym pracujący po latach w tamtej placówce lekarz psychiatra, potwierdza, że Broniewski był tam nie tyle pacjentem co więźniem. Czy komuś się zbyt nawinął? Czy dawna wizytówka władzy komunistycznej tak chętnie przez nią wykorzystywana, która na skutek alkoholizmu coraz bardziej traciła nad sobą kontrolę stawała się dla kogoś zbyt wielką przeszkodą? Prawdą jest, że po tym pobycie nie wrócił już do formy poetyckiej i sądzę, że przyspieszyło to poniekąd rozwój choroby, na którą zmarł. 

Śmierć córki zbliżyła go ponownie do pierwszej żony, matki Anki właśnie, Janiny. Nie ukrywam, że ten fragment, o życiu po śmierci córki Anki, przeżyłam najbardziej. Przy ostatnich słowach rozdziału, w którym mowa o tym, że jego pragnieniem niestety niespełnionym było spoczęcie w jednym grobie z córką, pojawiły się łzy. Nie sposób nie wzruszyć się czytając jego wiersz, w którym on, tak odcinający się od wiary, martwi się czy Ance nie jest zimno w tej jesionowej trumnie…
Muszę przyznać, że bardzo chciałabym posiadać tomik wierszy napisanych po śmierci córki Broniewskiego, zatytułowany Anka, wiersze, które powstały w ciągu jednego roku podobno bez korekt, pisane z serca, mówiące dokładnie to, co poeta odczuwał. Na razie jednak pewnie wznowień tego tomu nie będzie.

Nie może mi ta odkryta przeze mnie na nowo postać poety wyjść z głowy, zaczęło się właśnie wtedy kiedy pierwszy raz usłyszałam o biografii i trwa dalej. Myślę, że tak musi z jakichś przyczyn być. Być może mam ja odkryć go sobie osobiście, dla siebie samej. Co czynię. W internecie można znaleźć jego wiersze. Te pisane o Polsce i te treny poświęcone Ance…Czytam i wzruszam się, przeżywam. Mam możliwość wyboru i wybieram te, które mnie poruszają.

Zainteresowani biografią Władysława Broniewskiego nie powinni czuć się zawiedzeni tą książką. Ja chcę w niej skrytykować właściwie jedno a mianowicie to, że zdjęcia, których w książce niemało, są niepodpisane bezpośrednio przy fotografiach a dopiero na końcu książki. Dla mnie jako czytelnika, wygodniej było by móc czytać opis podczas oglądania fotografii w czasie lektury.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

Jeszcze krótki dopisek. Polecam film „Errata do biografii: Władysław Broniewski”. Można go obejrzeć w internecie. Stanowi uzupełnienie do książki bądź początek przygody z Broniewskim dla tych, którzy chcą poznać tę postać.

I jeszcze ciekawa strona, którą znalazłam w internecie:

http://www.broniewski.pl/

 

Urodzinowy stosik książkowy…

stosik książkowy

oto mój Urodzinowy stosik książkowy. Nie mogę powiedzieć, że w tym roku nie wysłuchano moich książkowych życzeń 🙂 Jest też trochę książkowych niespodzianek, w tym autor, którego nie znam, czyli John Connor, którego trzy książki dostałam od Mamy. 

Myślę, że tytuły i autorów książek widać wyraźnie, więc nie ma chyba potrzeby abym je opisywał ponownie.

Jako, że zaczęłam czytać nieco wcześniej niż przypadał dzień moich Urodzin, niektóre z lektur mam już za sobą i tak przeczytałam już „Wisławy Szymborskiej dary przyjaźni i dowcipu” Ryszarda Matuszewskiego, w której to są owe osławione już wyklejanki i zabawne karty z życzeniami na różne okazje , jakie słała autorowi Poetka. Widać tu Jej poczucie humoru, dystans do siebie i świata a ponadto wielką życzliwość do drugiego człowieka. Mnie się najbardziej podobały wyklejanki Świąteczno-Noworoczne z naklejonymi rozmaitymi absurdalnymi propozycjami osób życzących najlepszego oprócz samej Wisławy Szymborskiej.

Przeczytałam też „Cybulski o sobie” pod redakcją Marioli Pryzwan, zbiór jego wypowiedzi na tematy głównie aktorstwa, ciekawe jest jego stopniowe zaangażowanie w aktorstwo filmowe, które wydaje mi się, że bardziej zaczęło go w pewnej chwili fascynować niż gra w teatrze. Mam też spostrzeżenie dotyczące mediów, otóż są wycinki z gazet informujące o tym, że zawarł on związek małżeński i jak widać media zawsze starały się nadać ton plotkarsko żartobliwy takim wydarzeniom, gdyż pojawiały się i tytuły „Cybulski w „kajdanach” „.

Przeczytałam też drugą książkę Ann Cleeves, po jej „Czerni kruka” jednak „Biel nocy” nie podobała mi się aż tak bardzo. Owszem, pomysł na intrygę kryminalną niezły ale całość mocno przydługa, czytałam już w pewnej chwili po łebkach, jak mówię, niepotrzebne dłużyzny. Pierwszy jej kryminał podobał mi się jednak bardziej. 

Teraz wzięłam się za biografię Władysława Broniewskiego. Jak na razie czyta się dobrze, chociaż nudzą mnie jednak polityczne zawirowania poety, autor jednak skrupulatnie odniósł się do zadania. 

Tyle dobrej lektury przede mną, super;)

ulubione seriale…

…zaproszono mnie w dwóch miejscach o tu i tu do udziału w zabawie na temat ulubionych seriali.

Też , jak Kaye muszę powiedzieć, że nowości raczej wśród nich nie będzie, ale jedna tak:)

Zaczynając, jeden z najulubieńszych to było emitowane w końcówce podstawówki mojej „Cudowne lata”. Za super poczucie humoru i świetne pokazanie dorastania wśród rówieśników w okresie od amerykańskiej interwencji w Wietnamie. Więcej można poczytać chociażby tu. http://www.filmweb.pl/Cudowne.Lata

Drugi serial też leciał jakoś w podstawówce i początku mojego liceum a był to „Bill Cosby Show”. Uwielbiałam przygody tej wielodzietnej rodziny (dla mnie jedynaczki posiadanie tak licznego rodzeństwa to była wielka atrakcja, którą mogłam sobie tylko wyobrazić). Więcej tu. http://www.filmweb.pl/serial/Bill+Cosby+Show-1984-88364

Serial, który zakupiłam niedawno i oglądam na nowo a który po raz pierwszy mnie zauroczył kiedy byłam w drugiej klasie liceum (pamiętam, jak emitowali pierwszy odcinek). Mowa oczywiście o „Przystanku Alaska”. Dzisiaj serial, który z pewnością przeszedłby niezauważony, tak myślę. Bo i co? żadnych sensacji, żadnych ubijających niewiernych mężów żon, żadnych zdrad spektakularnych, żadnych wyuzdań, nuda panie. I tylko niesamowite postaci, z których każda ma jakiś rys (owszem, być może niektóre są kompletnie przerysowane, ale? nie szkodzi). Co mnie wtedy i dziś zachwycało? To to, że ten serial zdawał się być enklawą dla wszelkich osób zwanych przez innych dziwakami, czasem nieudacznikami. A tam właśnie one są u siebie, nikt nie daje im odczuć, że są inne od pozostałych czy że ich życie nie wpisało się w nurt realizujących karierę odnoszących sukcesy ludzi. No i fajny element wspólnoty małej lokalnej społeczności. Dla ciekawostki, kiedy oglądam serial po latach nastąpiło u mnie kompletne odwrócenie sympatii do postaci względem tego, co odczuwałam mając lat 16:) ale nie napiszę kogo polubiłam a kogo znielubiłam, niech to pozostanie moją słodką tajemnicą.
Więcej o serialu: http://www.filmweb.pl/Przystanek.Alaska

Niedawno obejrzałam na nowo jedyny serial medyczny jaki w ogóle jestem w stanie obejrzeć, czyli „Szpital na peryferiach”. Nie lubię seriali medycznych, książek z wątkiem medycznym (tak popularnych na przykład thrillerów medycznych), nie czytam blogów lekarzy itd itp a ten jeden mnie fascynuje. Siermiężna to teraz widać produkcja, ale problemy przedstawione jak najbardziej aktualne. Leciało na Kino Polska i muszę powiedzieć, że wciągnęło mnie niezwykle. Także kontynuację uważam za dość udaną.  Więcej o serialu tu: http://www.filmweb.pl/serial/Szpital+na+peryferiach-1977-99684

Jednym z najstarszych, który oglądam bardzo regularnie to „Wojna domowa”. Uwielbiam wszystkie postaci ale rodziców Pawła najszczególniej (Irena Kwiatkowska i Kazimierz Rudzki zrobili tu po prostu cudowny majstersztyk, to duet wszech czasów!). Za co lubię serial? Znowu za poczucie humoru, na niektórych scenach kwiczę dosłownie. Niektóre odezwanka , jak Rudzkiego w odcinku, kiedy do Jankowskich przyjechał kuzyn z Anglii czyli „Dobrze nie jest” weszło do mojego słownika:) za grę aktorów, którzy wszyscy bez wyjątku grają świetnie i za to, że ten serial jest lekiem na smutki i przygnębienie (tak samo zresztą jak „Przystanek Alaska”). http://www.filmweb.pl/serial/Wojna+domowa-1965-11753

Z takich nowszych, to swego czasu bardzo też lubiłam „Seks w wielkim mieście” za (znowu;) poczucie humoru i nie tylko. I chociaż wkurzało mnie, że Carrie tak namolnie lgnęła do nieodpowiedniego faceta ( w ogóle to średnio za nią przepadałam) to z przyjemnością oglądałam przygody czterech koleżanek. Moją ulubioną bohaterką tego serialu była Charlotte.

Teraz dwa seriale kryminalne. Jeden to serial, z którego również do naszego języka (bo ten serial lubimy we dwoje z P.) weszło trochę powiedzonek, jak na przykład osławione „dzidzibutki” czyli jak się pewnie już fani domyślają „07 zgłoś się”. No, zgadzam się, peerelowski to serial, zgadzam się, że oficer milicji mocno tam zblazowany i w ogóle ale nic na to nie poradzę, że serial lubię, oglądam raz na jakiś czas mimo, że znam niemal na pamięć wszystkie odcinki. Więcej o serialu tu: http://www.filmweb.pl/serial/07+zg%C5%82o%C5%9B+si%C4%99-1976-36084

A na koniec serial, który oglądamy we dwoje i jest to nasz wspólny ulubiony serial. Jest to NCIS.
To serial jak najbardziej współczesny, amerykański, opowiada o agentach pracujących w wydziale śledczym agencji rządowej, którzy rozwiązują sprawy kryminalne związane z amerykańską marynarką wojenną. Grupa agentów jest świetna, znów jest tam wiele poczucia humoru plus ciekawe osobiste zdarzenia w życiu każdej z osób tam pracujących, które poznajemy w miarę upływu akcji. Najlepszy jest dowodzący grupą Agent Leroy Jethro Gibbs. Trochę jak Jack Reacher, to facet, którego mierzi niesprawiedliwość, który lubi sprzątnąć na świecie i sprawić aby osoby, które zostały poszkodowane zaznały chociaż w jakimś minimalnym stopniu sprawiedliwości i na swój sposób ukojenia. Wiele osieroconych rodziców jest mu wdzięcznych za pomoc przy rozwiązaniu sprawy zabójstwa ich dzieci. Gibbs przeszedł osobistą tragedię, meksykański handlarz narkotyków zabił mu ukochaną żonę i córeczkę i od tej pory coś się w nim zmieniło, ale jest jedna rzecz, która rozmiękczy twardego Gibbsa. Kiedy tylko na swej drodze napotyka małe dziecko, szczególnie to poszkodowane lub takie, które straciło rodzica, Gibbs zrobi wszystko, aby mu pomóc. Więcej o serialu możecie poczytać tu:
http://www.filmweb.pl/serial/Agenci+NCIS-2003-125075 

No i tak, takie to są te moje ulubione seriale. 
Nie będę wyznaczała innych do łańcuszka, ale być może ktoś zechce wypisać swoje ulubione seriale, to proszę zostawić namiar na swój wpis w komentarzach pod tym wpisem. 

 

 

wiosenny miesiąc…

…się zaczął, czyli marzec. W marcu już czuć zdecydowanie wiosnę w powietrzu. Przyroda zdecydowanie budzi się z nudnego zimowego snu, zmieniamy czas na sensowniejszy bo letni ale nawet przed zmianą już od dawna jest coraz dłużej jasno i ogólnie jest fajnie. No i jednak kalendarzowa wiosna zaczyna się w marcu właśnie. No i w tym miesiącu urodziło się dużo fajnych ludzi:) same zalety marca.

Styczeń i luty nie rozpieścił mnie nowościami książkowymi, na które bym czekała. Ale w marcu kilka obiecujących nowości ma się ukazać, z tym, że jak widzę, większość pod koniec miesiąca.
Czekam więc na Marininę i jej „Za wszystko trzeba płacić” (mam nadzieję, że będzie lepsza, niż dwie ostatnio wydane u nas jej książki), Theorina i jego „Smugę cienia” (to „adres” sprawdzony i w ciemno mogę kupić wiedząc, że książka nie zawiedzie). No i Hakan Nesser, o którym wyczytałam, że jego najnowsza książka „Samotni” pod koniec miesiąca również ma zostać wydana. Same więc sprawdzone nazwiska, z których najbardziej chyba czekam na Theorina a Marinina z kolei stanowić będzie największą niespodzianką jaka też się okaże. Nesser poza małymi wyjątkami też mi się podoba i mam nadzieję, że ta książka, która się teraz ukaże też będzie dobra.