pitu pitu…

…każdy z nas to musi zrobić, w końcu zabraliśmy się do tego i my. Mam na myśli rozliczenie się z państwem. Czyli pit…Mało to wdzięczne zajęcie, jakby nie było.

Tradycyjnie bo Wiecie, że jestem wielkim orędownikiem tegoż, przypominam o akcji 1%. Odkąd można, korzystamy z tego i wpłacamy to na organizacje to za tychże pośrednictwem na konkretne osoby. Możliwości aby pomóc (naprawdę powiedzenie, że dla obdarowanych naszym jednym procentem liczy się każdy grosz, nie jest truizmem) jest wiele, możecie wybrać co tylko chcecie wspomóc a według mnie naprawdę warto. Przypominam więc i mam nadzieję, że ci z Was, którzy już się rozliczyli, nie zapomnieli o 1% !

W snach od dwóch dni zwiedzam miasto komunikacją miejską. Wczoraj przerobiłam autobusy i kupno biletów na komunikację miejską po cenach bardzo dawno nieaktualnych, dziś „przesiadłam się” na tramwaje. Jak rano powiedziałam to do P. stwierdził , że „teraz czas na metro”…

Dobrego weekendu dla Was. U nas miała być dzisiaj słoneczna pogoda a przywitały nas mokre chodniki za oknem i chyba popaduje, bo widzę, że ludzie pod parasolami się przemieszczają. 

„Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku”. Robert Robb Maciag.

Tysiąc szklanek herbaty

 

Wydana w Wydawnictwie Bezdroża. Kraków (2012). 

Ta książka, mogę to powiedzieć, „znalazła” mnie sama. Tak. W momencie, kiedy szukałam czegoś (nawet na blogu ogłaszałam) o podróżach i to raczej pozytywnego a nie w kontekście narzekania i przygnębienia, przeglądałam zaprenumerowany od stycznia „Poznaj świat”, w którym to numerze był jej fragment właśnie. I nagle olśnienie. Tego, tak, tego właśnie szukam. Podróży opisanej w fajny, ciekawy sposób, z perspektywy interesujących osób, których głównym celem nie będzie doszukiwanie się złych i przygnębiających stron odwiedzanych miejsc a coś innego. Poszanowanie tego, co inne, obce? i otwarcie się na to, co nowe.

To właśnie znalazłam w „Tysiącu szklanek herbaty”. Książka ta z podtytułem „Spotkania na Jedwabnym Szlaku” bowiem traktuje ni mniej ni więcej ale właśnie podróży polegającej na spotkaniach na tymże dawnym handlowym szlaku ludzi. 

Autor książki, Robb Maciąg, odbywa tę podróż ze swoją żoną Anią, w sposób może nietypowy, bo na rowerach. Niestraszne są im obojgu niedogodności podróżowania w ten sposób i to właśnie również jest ciekawe. Myślę, że tych Dwoje dobrało się na zasadzie wspólnych zainteresowań ale i takich samych oczekiwań względem podróżowania właśnie. 

Podróż odbyta została, jak wspomniałam, szlakiem dawnego traktu handlowego ze Wschodu na Zachód. A raczej, w ich przypadku , z Zachodu na Wschód. W książce poznajemy relację z Syrii, Turcji, Iranu, Turkmenistanu, Uzbekistanu, Tadżykistanu i Chin.

Mnie przede wszystkim ujęło motto autora i jego żony, podejście do podróży. Wydaje mi się, że w podróży ceni on właśnie nie tyle samo podróżowanie „fizyczne”, „w konkretne miejsce” ale raczej „podróż do Człowieka”. Do tego Drugiego Człowieka, spotkanego na szlaku podróży ale również w głąb samego siebie.

Co mi się spodobało to to , że właśnie owa tytułowa herbata (no dobrze, szklanki tego napoju, tysiące tych szklanek) zdaje się katalizatorem spotkań. I poznawania. I tak przecież jest. Na szlaku, szczególnie w tamtej części świata, gdzie nie zawsze możesz dogadać się z kimś językowo, często spędzony czas przy właśnie wspólnie wypitej szklance herbaty, powoduje, że w jakiś sposób czujemy się ubogaceni. 

Autor unika sztampowych opinii, powielanych w mediach. Jak sam słusznie zauważa, przed telewizorem tracimy wiarę w człowieka. Media prezentują nam głównie złe smutne wiadomości bo te dobre, po prostu, są niemedialne i mówiąc wręcz cynicznie, „nie sprzedają się”.
Dopiero wyruszenie na szlak i poznanie drugiego człowieka powoduje uczucia wręcz przeciwne. Stwierdzenie, że w człowieka wciąż jeszcze można wierzyć, że wciąż ludzie są w stanie sobie wzajemnie pomagać. 

To nie jest na pewno historia o zdobywaniu kolejnych podróżniczych celów, to opowieść o odkrywaniu Drugiego Człowieka, jego podobieństw do nas i jego różnic. Autor szanuje inność, obcość, nie dziwi się niczemu, nie narzuca swoich racji i przekonań, to też bardzo lubię w przekazach z innych stron świata, zachowywanie równowagi i nie przekonanie, że nasza racja jest tą jedną jedyną najważniejszą. Będąc w podróży, dostosowuje się do tego, co napotyka, przyjmując to z szacunkiem. Mam wrażenie, że podróż w tym wydaniu jest na swój sposób lekcją. Lekcją uczenia się i świata i ludzi i samego siebie.  

Jestem zachwycona tą książką. Tak, o coś takiego mi chodziło. O podróż, o inne kraje, ale, co sama uwielbiam, podróż przedstawioną poprzez pryzmat nie zachwytów nad krajobrazem a przez opis spotkań z ludźmi, których podróżnicy napotkali podczas swojej podróży.

I nie chcę zarzucić autorowi, że ten widzi jedynie różowe strony świata. Nie nie. Te gorsze widzi on tak samo, jak każdy. Z tym, że obok biedy, widzi on godność, obok trudu widzi wysiłek uwieczniony sukcesem. 

Co dodaje książce smaku to spora ilość kolorowych fotografii, oczywiście, a jakże by inaczej? w większości przedstawiających osoby spotkane na szlaku. Muszę przyznać, że to miła forma podziękowania za tyle życzliwości i serdeczności, jakie na swojej trasie napotkali Robert i Ania. Szczególnie w byłych postradzieckich republikach ludzie okazywali im wiele serdeczności, wiele gościnności i serca. Myślę, że zdecydowanie podczas takiej wyprawy można ponownie uwierzyć w Drugiego Człowieka. 

Na koniec, kilka cytatów, które szczególnie mi zapadły w pamięć.

„Dzielą nas ideologie, a łączą marzenia i obawy. Jak zawsze”. (str. 216).

„Gościnność zawsze będzie dla mnie fenomenem. Jak to się dzieje, że pod wpływem impulsu ktoś zaprasza mnie do domu i nagle, bez żadnej podstawy, zaczyna o mnie dbać? (…) Ktoś, pod wpływem impulsu, zaprasza mnie do świątyni swojego domu. Fenomenem jest również dla mnie to, że ja się na to zgadzam. Oddaję się pod opiekę obcym ludziom, wchodzę do ich domu i zamykam przed światem drzwi, zdając się na łaskę i niełaskę człowieka, o którym nic nie wiem. Zakładam, że za chwilę wydarzy się coś pięknego, że zupełnie obcy ludzie zbliżą się do siebie. Trudno byłoby przecież myśleć, że ktoś podaje mi herbatę, by mnie skrzywdzić. Żyję z tą naiwnością, z wiarą w jakąś podświadomą jedność”. (str. 283).

Jak sam autor pisze, podróż wcale nie musi oznaczać odkrywania obcych i dalekich egzotycznych krajów. Ona zaczyna się tuż po wyjściu z domu. A od nas zależy, jak ją przeżyjemy.

Jak napisałam, jestem zachwycona tą książką i bardzo ją polecam. 
Moja ocena to 6 / 6. 

wczoraj w Jedynce…

…radiowej miałam okazję wysłuchać częściowo bardzo ciekawej rozmowy z dwoma reportażystami, Wojciechem Tochmanem i Mariuszem Szczygłem. Nie wiem, czy ktoś z Was też jej słuchał? Bardzo ciekawa rozmowa na temat i samego pisania reportażu, i etyki zawodu ale również , tu bardziej z Tochmanem, który przecież pisał i o zawieruchach bałkańskich jak i o wojnie w Rwandzie, o tym, czy można oczekiwać przebaczenia? ze strony osób dotkniętych tragediami jakie chociażby tam miały miejsce. Ale również i rozmowa z Mariuszem Szczygłem mnie zainteresowała. W ogóle to muszę powiedzieć, że ta wczorajsza, z konieczności wysłuchana częściowo, ale jednak, audycja, spowodowała, że zrozumiałam, że to moje płacenie abonamentu jednak na coś idzie (bo jak się ogląda telewizję, rzekomo misyjną to tu zdecydowanie widać, że to już minęło i to se ne vrati).

Tak, czy inaczej, ciekawe, czy audycję można by było w jakiś sposób jeszcze odsłuchać, naprawdę według mnie była jedną z najciekawszych, jakie miałam okazję wysłuchać w ostatnich chyba nawet miesiącach i polecałabym ją każdemu, kto lubi również ten rodzaj literatury.

A u mnie w kolejce czeka sobie spokojnie „Gottland” szczygła, muszę się kiedyś wreszcie za tę książkę wziąć. 

w rezultacie…

…pogoda jednak była tak połowicznie, jak sobie marzyłam na Święta. Wielka Sobota średnio, ale przynajmniej nie śnieg. Wczoraj, ziąb że hej, plus coś z nieba, jakby gradzik, bo chyba nie śnieg (chyba, że Eskimosi by mnie w tej kwestii pouczyli bo kto wie, może to się właśnie jakimś tam śniegiem okazuje?). Za to dzisiaj jak najbardziej poprawa. Może nie gorąc, ale nie zimno a po południu wręcz zupełnie nieźle. Na cmentarzu bardzo dużo ludzi, we wszystkie dni, widać, że bliscy odwiedzają…to dobrze. U Emilki też dziś rano ktoś zaszedł. Jak przyszliśmy, to rozpalona całkiem niedawno lampka świeciła się. Miły, ciepły gest. Nie wiemy, kto Ją odwiedził, ale w sercu ciepło. 


W Ogrodzie Botanicznym  na razie magnolie jeszcze nie szykują się na wielki pokaz. Większość ma pączki i to niewielkie, sądzę, że dopiero za jakieś dwa tygodnie będzie można pomyśleć o odwiedzinach. W tym roku później jednak wiosna się rozkręca. 

Za to w lesie? Hmmm…super. Gwar, pisk, dzięcioły rozdzielają terytoria, kowaliki również. Drozdy śpiewaki na razie głównie na dole buszują i coś tam sobie wyjadają. Zięby coś chyba prognozy pogody nie oglądały, która zaraz na „po Świętach” sugeruje nagły skok temperatur i bezchmurne niebo bo wieszczyły deszcz. Generalnie dużo ruchu wiosennego ale tak, jak rozmawialiśmy z P., to jednak o tydzień przynajmniej jakby wszystko opóźnione, mam wrażenie, że rok temu o tej porze już śpiewy zięb słyszeliśmy. No, ale wiosna już na całego. I, co nas zaskoczyło, w lesie pojawiła się nowa konstrukcja, jaką jest…odłownia dzików…Nie wiedziałam, że mamy tu w Lesie Kabackim dziki…

W zeszłym roku wiosny nie było, to też refleksja z naszego dzisiejszego rozmawiania podczas spaceru…

Mam nadzieję, że Święta spędziliście miło i tak, jak sobie to wymarzyliście. 

A od jutra podobno ma być całkiem wiosennie. Oby.

„Smuga krwi”. Johan Theorin.

Smuga krwi

 

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2012).

Przełożyła Barbara Matusiak. Tytuł oryginalny Blodlage. 

Jak już wspomniałam, we wpisie, w którym oczekiwałam na książkę Johan Theorin wydawany jest u nas rzadko. Szczerze mówiąc, nie wiem czy wynika to z tego, że sam autor pisze niewiele czy też po prostu nie ma zbyt wiele szczęścia, jak wiele innych rozreklamowanych nazwisk. W każdym razie, jest to według mnie jeden z najlepszych nazwisk skandynawskich jakie na rynku wydawniczym ostatnio się pojawiły i życzyłabym sobie aby pisał on jak najwięcej i co oczywiste, był u nas wydawany z lepszą niż dotąd częstotliwością.

Poprzednia jego książka, którą się zachwycałam to jego „Nocna zamieć” (w niej z kolei podaję link do recenzji pierwszej u nas wydanej książki tego autora).

Theorin teoretycznie pisze kryminały ale jego proza cechuje się czymś jeszcze. A mianowicie dobrymi obserwacjami współczesnego świata, zmieniającego się stylu życia człowieka. Theorin, co zawsze powtarzam, jest mistrzem snucia opowieści, tworzenia pewnego klimatu. W jego książkach niemałą rolę odgrywają elementy fantastyki, dawnych wierzeń szwedzkich. Tak jest i tym razem, kiedy to oprócz treści jaką poznajemy dowiadujemy się o dawnych wierzeniach i przesądach, związanych z elfami czy trollami. Akcja dzieje się oczywiście na Olandii, gdzie część wydarzeń ma miejsce na Nizinie Alvaret, o której można poczytać tu

Opustoszała miejscowość zaczyna się zaludniać, po części wracają dawni mieszkańcy zamieszkujący te tereny od dawna a po części nowi lokatorzy to bogatsi mieszkańcy miast budujący sobie nowe wille przeznaczone na letni wypoczynek. 
Poznajemy grupę postaci, z których jak się okaże niejedna będzie miała coś do ukrycia bądź coś, czego będzie się czy to słusznie czy nie, wstydzić. Oczywiście, jak to u tego autora, atmosfera jest raczej niewesoła a ludzie zdają się być w większości nieszczęśliwi.

Jak się też okaże chociaż początkowo nic na to nie będzie wskazywać ale część z nich w jakiś sposób jest ze sobą powiązana.

Za grzechy ojców często karę ponoszą dopiero dzieci, zdaje się niewesoło podsumowywać autor tej książki i niestety, bardzo często jest to jedyny spadek, jaki ojcowie oferują swoim dzieciom. Jest jednak nadzieja na wyzwolenie się z tego rodzaju błędnego koła.

I tym razem autor nie zawiódł, intryga prowadzona jest w sposób ciekawy a poza tym, jak zwykle, jest atmosfera tajemniczości, jakichś nie do końca wytłumaczalnych zjawisk i klimatów, co tylko jej służy.

Na minus jak zwykle oceniam okładkę książki, ale ta seria ma niestety pecha do tych odstraszających wręcz okładek, dobrze, że treść książek na ogół to wynagradza.

Moja ocena to 5 / 6.

„Lalki w ogniu. Opowieści z Indii”. Paulina Wilk.

Lalki w ogniu

 

Wydana w Carta Blanca. Grupa Wydawnicza PWN. Warszawa (2011).

Do tej książki robiłam kilkakrotne podejścia. To, zakończone pomyślnym już skończeniem lektury, było trzecie. Po drodze była naprawdę spora przerwa, utkwiłam, nie byłam w stanie ruszyć, książkę gdzieś nawet zapodziałam, zszukałam się jej, zanim udało się znaleźć, ale generalnie było warto. Przy odpowiednim założeniu.

Książka ta to zbiór reportaży. Widać, że autorka jest dziennikarką, ma zdecydowanie reporterskie podejście i nawet nazwałabym publicystyczne. Dalekie od wygładzonego poprawnego politycznie spojrzenia serwowanego przez kolorowe foldery biur podróży. To szesnaście rozdziałów opowieści z Indii, które to opowieści nie są zbytnio optymistyczne. 

Jak wspomniałam, ja z lekturą ruszyłam przy odpowiednim założeniu. Zrozumiałam, że nie ma tu co liczyć na to, na co się poniekąd nastawiłam. Jeśli poznam to nie obyczaje a raczej to, co przedstawia nam na temat Indii autorka. Jej osobiste, własne spostrzeżenia, jej spojrzenie na Indie. Jej obraz Indii. Sądzę, że jak wszędzie, każdy kto gdzieś przebywa ma swój własny obraz danego kraju. Są ludzie, którzy jadąc gdzieś widzą tylko dobre strony danego kraju. Nie wiem, być może jedynie ja tak odbieram te reportaże, jak dla mnie tu przedstawiona została przede wszystkim ta smutna, przygnębiająca, nędzna strona Indii. Nawet fotografie wybrane do książki są często bardzo smutne w wydźwięku.

Przyjęłam więc, że będzie to subiektywne spojrzenie na Indie i przyjęłam je takie, jakie zostało mi zaserwowane. Nie ogładzone, raczej to, którego z pewnością często można się wstydzić.

Wiem, co można mi zarzucić, że oczekiwałam kolorowego folderu. Nie nie, nie do końca. Lubię po prostu chyba bardziej różnorodne spojrzenie na rzeczywistość ,na kulturę, na mentalność danego narodu. I chyba lubię jak jednak ktoś nie tylko widzi te smutne strony ale również te lepsze. Jednak, powtarzam, zrozumiałam, że jak ja na pewne sprawy patrzę w sposób subiektywny to tak samo to oczywiste, że autorka reportaży. 
Myślę, że ktoś może mi zarzucić to, co napisała Asiaya w poprzednim wpisie , pewnie teraz powtórzy, czyli, że takiej cytuję Asiaya „bardziej realnej książki o Indiach i ich problemach brakowało na polskim rynku”. Hm, nie wiem, może. Wiem jedno, nie wiem skąd, ale jednak o wszystkich problemach, które poruszano na kartach zbioru tych reportaży skądś wiem, czyli o abortowaniu płodów żeńskich tylko dlatego, że w Indiach nie jest dobrze być kobietą a tylko syn ma szansę na rozwój rodziny. O tym, że w Indiach zdecydowanie gorzej jest być kobietą niż mężczyzną. Wiem też i o tym, że są zarówno bogaci jak i biedni. Wiem, że w slumsach rządzi mafia. 

Po prostu chyba miałam nieco inne oczekiwania względem lektury i do tego też mam prawo jako czytelnik, który po coś sięga. Zmieniając swoje oczekiwania, wiedząc po kilku stronach, czego się spodziewać poznałam Indie od tej głównie niewesołej strony, chociaż na szczęście, nie tylko z tej. 

Co było ciekawe, to to, że autorka z pewnością nie bawi się w polityczną poprawność. Jeden rozdział na przykład jest stricte na temat ludzkiej fizjologii, to nic innego jak rozdział o wspólnym wypróżnianiu się. 

Mnie najbardziej podobały się rozdziały o ubiorach, „Tajemnica haftowanej lamówki”, o jedzeniu (o tym lubię czytać zawsze) „Tabu na talerzu”, o podróżowaniu „W drodze z bóstwami”, o życiu, miłości, jej braku i o ślubach, „Najpierw ślub, miłość rośnie z czasem”.

Na koniec ciekawostka ornitologiczna. (ha, nie spodziewaliście się takowej w tej recenzji?:). Autorka reportaży często pisała o krukach, które rozdziobują resztki na straganach czy targach, jednym słowem konkurują z bezdomnymi zwierzętami i nie tylko. Co prawda zdjęcia w książce nie sugerują, że na nich właśnie owe kruki występują właśnie, ale chciałam dodać takim miłośnikom ptaków, jak ja, że na nich występują nie kruki, ale wrony i to najprawdopodobniej wrony orientalne.

Jak mówię, lektura najpierw mnie odstraszała, potem, kiedy zmieniłam swoje własne oczekiwania, i zrozumiałam, czego się spodziewać, porwała mnie w niezwykłą chociaż dość przygnębiającą podróż do świata widzianego oczami Pauliny Wilki, którą to podróż oceniam jako ciekawą i z pewnością nietuzinkową. 

Moja ocena tej książki to 5 / 6.

 

hiszpańskie akcenty…

…w ramach lektury i filmu ostatnio sobie zafundowałam. Najpierw to „Prześwietny raport kapitana Dosa” Eduardo Mendozy czyli książka z cyklu humor absurdalny. 

Poznajemy akcję książki poprzez raport pisany przez kapitana Horacio Dosa, który to dostał misję rejsu z Ziemi w nieznanym mu bliżej kierunku, nie znając czasu podróży i bliższych realiów tejże. Wie tylko, że w pojeździe kosmicznym, którym dowodzi znajduje się nietypowa zbieranina ludzi, o których na pewno nie można powiedzieć , że są przeciętni. Mamy więc sektor Upadłych Kobiet czy Przestępców czy też Nieprzewidywalnych Staruszków. Do tego wieczne problemy z samą podróżą, której jak wspomniałam ani czas ani cel nie jest znany kapitanowi, nieustające problemy z zaopatrzeniem, które owocują wiecznym podenerwowaniem i nastroju buntu wśród podróżujących, do tego humor Mendozy, wychodzi niezła całość aczkolwiek muszę powiedzieć, że nieco zbyt wiele tego absurdu i jak dla mnie nie jest to jednak jego najlepsza książka. O wiele bardziej podobała mi się jego książka „Brak wiadomości od Gurba”, o której pisałam tu. Moja ocena to 4.5 / 6. 

Wychodzi na to, że teraz też trochę ponarzekam. Przechodzę bowiem do filmu, na który tak się naczekałam, czyli najnowszego filmu Pedro Almodovara, „Skóra, w której żyję”. Tak, czytałam książkę i muszę powiedzieć, że chyba niepotrzebnie jednak z myślą o niej siadałam prze ekranem. Cóż, Pedro Almodovar faktycznie ujął temat po swojemu i jednak powiedziałabym, że film jest bardziej „na podstawie książki” niż jej wierną ekranizacją. Gdybym umiała to oddzielić , może miałabym jeszcze większą przyjemność z oglądania. Nie, nie uważam, że film jest zły. Podobał mi się, ale zabrakło mi w nim tego „czegoś”, co sprawia, że nie umiem się od Almodovara filmów oderwać. Tym razem oglądaliśmy film praktycznie trzy dni, fakt faktem, że czas odgrywał rolę ale jednak, jest to dla mnie znak, że ten film na pewno nie będzie moim jednym z najbardziej ulubionych filmów tego reżysera, za którego filmami przecież tak przepadam. 

W książce czułam o wiele większe napięcie, niż w filmie. I film nie niósł ze sobą aż tak mrocznego klimatu, jaki odczuwałam podczas lektury „Tarantuli”, o której pisałam tu.

W skrócie, bo też nie chcę zdradzać za wiele z treści aby nie popsuć przyjemności oglądania filmu tym, którzy do tej pory go nie widzieli. W willi znanego i bogatego chirurga plastyka mieszka tajemnicza kobieta, Vera. Właściwie nie tyle mieszka, co jest przez niego więziona i przetrzymywana. Praktycznie jej życie jest zależne tylko i wyłącznie od niego. On zaś opanowany jest swoistą obsesją stworzenia czegoś nowego związaną ze swoim zawodem, która to obsesja w pewnej chwili pomoże mu zrealizować perfidny plan zemsty. Niestety, jak napisałam, jakoś zabrakło mi napięcia, tego trzymającego w niepewności o co chodzi dreszczyku. 
Jak na razie więc moim ulubionym filmem Almodovara pozostaje wciąż „Volver”, o którym tu.

Moja ocena filmu „Skóra, w którym żyję” to również 4.5 / 6.

Mistrzostwa Świata w Łyżwiarstwie Figurowym Nicea 2012

…oglądałam jednym okiem i nie wszystkie konkurencje, w TV. Chyba wolałam, jak emitowała je polska telewizja, na Eurosporcie nie bardzo podobało mi się komentowanie.

No, ale do czego zmierzam, otóż dziś Mistrzynią Świata Solistek została Carolina Kostner. 
Pięć lat temu (tak, rzucę tym truizmem, „ale ten czas leci!”) byliśmy z P. na Gali Mistrzów kiedy to ME odbywały się w Warszawie, o czym zresztą pisałam tu. Wtedy nie przyszło nam do głowy, że Carolina, która zajęła pierwsze miejsce w ME będzie przyszłą Mistrzynią Świata.

Z wielkim sentymentem i wzruszeniem przeczytałam tamten swój wpis o tym wypadzie. Pewnie ktoś może powiedzieć „co to było, raptem wyjście na ulubiony sport”. Dla mnie wtedy było to spełnienie marzenia i naprawdę po latach czuję tą samą  radość, że mogłam tam wtedy być, patrzeć na tamtych mistrzów i odczuwać te emocje i radość, że mogę ich podziwiać.

A oto „tamta” Carolina, sprzed pięciu lat. Zdjęcie autorstwa P..

Carolina Kostner 2007


nie mam co czytać…

…tak tak. Ja w przeciwieństwie do większości kobiet nie zarzucę znanym truizmem a nieco przewrotnym. Powiem tak, nastąpił u mnie chyba tak zwany przesyt kryminałami, chociaż na jeszcze kilka i tak czekam (Theorin, który od wczoraj w sprzedaży) czy Donna Leon, nad którą z książki na książkę zżymam się coraz bardziej ale jednak przeczytam, tym bardziej, że u nas w domu czytamy ją oboje więc lubię takie wspólne omawianie potem lektury. Ale zauważam, że ostatnio jakoś mniej mnie bawi ta lektura, myślę, że to naturalne, trzeba chyba zafundować sobie będzie przerwę. Na rynku coraz więcej nowych nazwisk, oczywiście masa Skandynawów (jak dla mnie trochę zbyt wiele już tych nazwisk ale być może się mylę) a mnie brak „starych, sprawdzonych” jak świetna Norweżka Karin Fossum (czy wydawnictwo w ogóle ma jeszcze plany kiedyś coś tej pani wydac?) czy nawet ten Theorin, który wydawany u nas nie za często. Nie wspomnę o ulubionym Lee Childzie, którego niestety dawkują nam baaardzo skromnie:( Ostatnio owszem, wyszła książka Lee Childa, ucieszyłam się na krótko bowiem okazało się, że jest to tylko wznowienie już daaawno temu u nas jego książki wydanej. 

No więc trochę przesyt kryminałami. Poza tym mam potrzebę czegoś lekkiego i przyjemnego i dotyczącego innych krajów. Nie, nie chcę czytać reportaży o tym, jak gdzieś jest źle i niedobrze czyli o tych złych stronach danego państwa. Chcę przeczytać coś optymistycznego. Marzy mi się coś w rodzaju „Japońskiego codziennika” albo książki, która takie wrażenie w zeszłym roku na mnie zrobiła, czyli „Tam gdzie urodził się Orfeusz”.
Nie, nie chcę też czegoś w stylu „ona po rozwodzie wynosi się dokądś i zakłada, nie wiem, winnicę, plantację oliwek, zakład projektu mebli z akcentem śródziemnomorskim, poznaje miłość swojego życia, odkrywa uroki dojrzałej kobiecości i dopiero teraz cieszy się pełnią życia”. Chciałabym właśnie poczytać o kraju, o zwyczajach, obyczajach, ale i o najzwyklejszej codzienności. I na optymistycznie.

Jest li cokolwiek co spełnia moje oczekiwania czy też jak dawno w reklamie pewnej sieci telefonii komórkowej, „takie rzeczy tylko…”?:)

Może komuś coś takiego do głowy przychodzi? Ja sama oczywiście poszperam w internecie, poszukam tytułów ale a nuż a widelec komuś coś do głowy przyjdzie?

Obecnie zabieram się za najnowszego Mendozę i jego „Prześwietny raport kapitana Dosa”, bo jak wiemy, Mendozę z małymi wyjątkami, ogromnie lubię i mam nadzieję, że właśnie mnie i rozbawi i wprowadzi w fajny, lekki nastrój, ale co dalej? Nie mam co czytać;)

„Za wszystko trzeba płacić”. Aleksandra Marinina.

Za wszystko trzeba płacić

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2012).

Przełożyła Aleksandra Stronka. Tytuł oryginalny За всё надо платить

Po dłuższym czasie ukazała się na naszym rynku książka Marininy. Mocno nienowa, bo w Rosji wydana w roku 1996. Niemniej jednak zawsze to coś. Szkoda, że wydawnictwo nie rozpieszcza nas i Marininę wydaje tak rzadko, wiem, że nie ja jedna jestem zawiedziona.

Nie napiszę wiele o tej części opowieści major o Anastazji Kamieńskiej ( tu jako szczęśliwa mężatka) bo nie chcę zbyt wiele czytelnikom zdradzić. Akcja tej części cyklu o Kamieńskiej jest bowiem dość zawiła i mocno skomplikowana. Dość powiedzieć, że jak w tytule, na pewno podkreśla ona jedno, za długi, które zaciągnęliśmy w przeszłości, prędzej czy później przyjdzie nam zapłacić w przyszłości. Ta prawda dotknie Kamieńską, która poniekąd znając ją, zapewne w duchu jednak liczyła na to, że dawne słowa jej przełożonego dotyczącego wydarzeń sprzed paru lat, jednak się nie sprawdzą. 

Książka jest spora objętościowo i ma bardzo zawiłą akcję, czytać trzeba uważnie, bowiem, jak to u Marininy, postaci pojawi się sporo i łatwo się pogubić. Według mnie jednak książka śmiało mogłaby być nie taka gruba. Treść można było zmieścić w mniejszej objętości, tę książkę czyta się w pewnej chwili z lekkim wręcz znużeniem (albo powiedzmy, ja tak miałam, fakt, że od dłuższego czasu nie przepadam za tak zwanymi „książkowymi grubasami”). Na plus, akcja jest interesująca i mimo, że praktycznie szybko orientujemy się w całej intrydze a autorka jedynie nas przez nią przeprowadza zapoznając z kolejnymi postaciami i jej działaniami, czyta się dość dobrze, tylko jak mówię, jest według mnie niepotrzebnie przydługa. 

Akcja książki rozpoczyna się w dziwnej klinice, w której właściwie nikogo się nie leczy, a do której zgłaszają się osoby, które czują się wypalone zawodowo a które mają nad sobą jakiś termin pracy do wykonania „na wczoraj”. Szybko orientujemy się czym tak naprawdę zajmują się pracownicy kliniki. Potem poznajemy szereg innych postaci, z których jak się okaże każda jest ze sobą powiązana. Łącznie z major Kamieńską, do której odezwą się tak zwane „duchy przeszłości” aby otrzymać pomoc w ramach zaciągniętego ongiś długu. 
Zostaną też popełnione morderstwa, które sen z powiek spędzać będą nie tylko policji.  

Jak pisałam, dla mnie minusem książki jest według mnie jej objętość, czyta się to jednak lepiej niż dwie niedawno wydane u nas książki Marininy chociaż jako jej najlepszą też bym jej nie określiła.
Moja ocena to 4.5 / 6.