pogoda się nam ździebko…

…skiepściła, co nie znaczy, że podjeżdżając pod bramę cmentarza nie można było schować parasoli. Wiadomo. 

Z książek, bo o tym dawno nie było, to przeczytałam najnowszą Donnę Leon „Ukryte piękno”. Nie zirytowała mnie jak dwie poprzednie, więc jest nieźle ale umiejscawiam ją w swojej prywatnej ocenie na pozycji „średniej”. Nie jest ani super ani najgorsza, nieźle się czytało, ale nawet nie chciało mi się jakoś specjalnie pisać recenzji.

W oczekiwaniu na trzy książki, które bardzo chciałam mieć, wróciłam do „starej, sprawdzonej” Agathy Christie, mimo przesytu kryminałami, ona nigdy mi się nie znudzi, uwielbiam do niej raz na jakiś czas wracać, tym razem były trzy opowieści z Poirotem w roli głównej. 

A książki, na które tak się wyczekałam to „Haruki Murakami i jego Tokio. Przewodnik nie tylko literacki”, autorstwa tłumaczki prozy Murakamiego, pani Anny Zielińskiej-Elliott. Druga książka  to biografia, czyli coś, na co mam wielką ochotę czytelniczo od pewnego czasu a mianowicie „Eugeniusz Bodo. „Już taki jestem zimny drań” Ryszarda Wolańskiego z zaporową niestety ceną ale cóż, postać tego aktora jest dla mnie na tyle ciekawa, że się skusiłam. Myślę, że nie będę żałować i że będzie to tego typu książka, do której chętnie się wraca po latach. Mam przynajmniej taką nadzieję. Trzecia zaś to najnowsza książka Anny Fryczkowskiej, kryminał, czyli „Starsza pani wnika”. Mimo przesytu kryminałami wiedziałam, że po tę książkę na pewno będę chciała sięgnąć.

W domu pachnie ślicznie czyli rozpoczął się, podobnie jak na moje ukochane szparagi, krótki i tym bardziej intensywny, sezon na konwalie.

Muzycznie, powróciłam ostatnio do Norah Jones, trochę za sprawą najnowszej jej płyty czyli „…little broken hearts”. No i siłą rzeczy wróciłam do starszych płyt.

Życzę Wam miłego spokojnego weekendu.

po majówce…

…pogoda dopisała na majówkę wprost idealnie. I mimo, że straszyli załamaniem pogody (najpierw od środy, potem czwartku) to było wiadomo, że w czwartek pogoda będzie idealna, a jak się okazało , pogorszyła się właściwie na sam koniec dziewięciu dni laby, czyli w niedzielę wieczorem. Idealnie. Dawno nie pamiętam, aby pogoda aż tak wpasowała się w wolne dni, pamiętam majówki na Mazurach, u zaprzyjaźnionych gospodarzy, kiedy było i deszczowo i chłodno, pamiętam wyjazd do Jastrzębiej Góry sprzed kilku dobrych lat, kiedy dopiero w okolicach wtedy obchodzonych przeze mnie jeszcze Imienin, pogoda dopiero zdecydowała się poprawić. W tym roku nie było na co narzekać, jeśli już to na to, że wręcz za gorąco było nieco i praktycznie wychodziło się dopiero wieczorem, kiedy dało się oddychać.

Mieliśmy pewne plany wokół domowe, jak to ja nazywam i te częściowo udało się zrealizować, jak chociażby pewne sprawy porządkowe czy te roślinne na balkonie. Od dwóch lat na balkonie nic nie było, teraz są różnokolorowe pelargonie, dalie, bratki moje ukochane, jak również roślina pnąca się, której nazwy nie pamiętam.

Z wypraw i spacerów to był i las i Ogród Botaniczny z przekwitającymi już magnoliami i co bardzo mi służyło, trzy wyprawy do tężni w Konstancinie, które działają na mnie świetnie. Po takiej wieczornej wizycie tamże śpię doskonale, szkoda, że nie mamy do nich jeszcze bliżej…
No i oczywiście wspomniana już przeze mnie wyprawa do Muzeum Władysława Broniewskiego.

Były też sprawy urzędnicze, czyli złożenie podań o nowe dowody co dobitnie przypomina, że w tym roku upłynie dziesięć lat jak mieszkamy na Kabatach, czas leci ogromnie szybko. Wcześniej oczywiście zrobiłam fotki, ja dodatkowo do paszportu jeszcze, którego w rezultacie i tak nie załatwiłam za tą wizytą, bo okazało się, że oddziały w UD pracują w piątek w różnych godzinach i o ile ten z dowodami osobistymi pracował dłużej, ten paszportowy zamknął się w chwili, gdy przybyliśmy. Trudno.
Zdjęcia do dowodu i paszportu oczywiście koszmarne, no, ale co zrobić, szczególnie te do paszportu robi się teraz niezwykle paskudne, cóż, współczesne wymogi , jakieś tam biometrie itd, trudno. 
Przy tej okazji  u pani fotograf wpatrywałam się z fotkę i mówię do P. „Patrz, mam jedną brew wyższą niż drugą” (jak się na co dzień nosi okulary to tego się nie widzi), na co pani fotograf „tak tak, ma pani też jedno ucho bardziej odstające od drugiego”. Super. Trzydzieści sześć lat żyłam sobie bez tej świadomości i było mi bardzo dobrze, to nie mogło tak pozostać?:)

Z ptasich wieści to bociany nieopodal Wisły, które na starym kominie mają gniazdo, powróciły, widzieliśmy jednego na gnieździe a także któryś z nich spacerował na nieopodal położonej łące. Wczoraj z kolei udało się usłyszeć dwa słowiki dość niedaleko koło domów jednorodzinnych w okolicy, więc liczę na solidną męską (nie chcę szowinistycznie pisać, samczą;) rywalizację w śpiewie…

Mam nadzieję, że Wasza majówka była przyjemna a przynajmniej, że udało się Wam odpocząć dokładnie tak, jak chcieliście.

wizyta w Muzeum Władysława Broniewskiego

Jak wierni Czytelnicy zapewne pamiętają, biografia poświęcona Władysławowi Broniewskiemu zrobiła na mnie ogromne wrażenie, o czym pisałam w tym wpisie

Po niej wiedziałam, że muszę się wybrać do Muzeum Władysława Broniewskiego (jednego z oddziałów w-wskiego Muzeum Literatury), które to mieści się w wilii poety, w której spędził ostatnie lata życia, na warszawskim Mokotowie. Niestety, godziny urzędowania nie są zbyt korzystne, przynajmniej dla przeciętnego człowieka a nie ucznia, który być może taką wycieczkę odbywa w ramach szkoły, więc praktycznie wiedzieliśmy od razu, że wyprawa odbyć się musi właśnie w ten weekend. Zorganizowaliśmy ją sobie na wczoraj. 

Muszę powiedzieć, że wizyta okazała się bardzo udana. Przyjęła nas pani Kustosz, najprawdopodobniej to Ona w samej osobie, jak mniemam. Osoba bardzo spokojna, miła, serdeczna, obdarzona oczywiście wielką wiedzą na temat Broniewskiego, jego życia i twórczości.

Obecnie w oddziale Muzeum Literatury na Starówce ma miejsce wystawa poświęcona Broniewskiemu „Broniewski. Próba portretu” jednak ja uparłam się na to aby odwiedzić tę willę właśnie. Chciałam poznać atmosferę miejsca, w którym poeta pisał, tworzył, ale i spędził ostatnie lata życia jak również, co dla mnie z przyczyn osobistych było ważne, dosięgła go ta straszna wiadomość na temat tragicznej śmierci córki Anki.

Willa, w której znajduje się Muzeum,  położona jest w bardzo spokojnej części dzielnicy, jakby enklawie ciszy. Z okien balkonu widać niewielki ale ładny ogród, w którym obecnie rozpachniał się bez a oko cieszy stara i ogromna (chyba największa, jaką widziałam) lipa.

W Muzeum oprócz oryginalnych mebli i przedmiotów należących do właścicieli domu są oczywiście książki, które gromadzili i które zapewne były w czytaniu a nie miały jedynie „cieszyć oko i ładnie wyglądać w gablotce czy na półce” bowiem ich wygląd świadczy o ciągłym ich czytaniu i powracaniu do nich. 

Pani kustosz opowiadała nam wiele interesujących zdarzeń czy momentów z życia Broniewskiego, które to szczególnie dla mnie, znającej biografię poety autorstwa Urbanka, stały się świetnym uzupełnieniem tego co o poecie wiedziałam. Pokazała nam na przykład zdjęcie, które Broniewski podarował Wandzie, a na którym wyprzedził styl pewnego aktora, bowiem wygląda faktycznie nieco jak James Dean. 

Oprócz opowieści o samej poezji, twórczości, zapatrywaniach, życiu Broniewskiego dowiedzieliśmy się też ciekawostek dotyczących jednego z mieszkańców willi, czyli ukochanego psa Broniewskich, który towarzyszył poecie do końca jego dni a jakby przeczuł, wyczuł chorobę, które a w organizmie ukochanego pana toczyła już nierówną walkę.

Pani kustosz przyjęła nam pomimo, iż właśnie w willi odbywała się próba do najnowszego przedstawienia, jakie będzie miało tam właśnie miejsce o ile teraz dobrze pamiętam 10 maja? o 18.00? (trzeba się upewnić dzwoniąc do Muzeum jeśli ktoś jest zainteresowany).

A 13 maja, to już wiem ze strony Muzeum, w Warszawie odbędzie się gra uliczna „Warszawa Władysława Broniewskiego”, która rozpocznie się o godzinie 10.00 właśnie od Muzeum na Mokotowie. 

Myślę, że ta wizyta, w domu, w którym poeta spędził ostatnie lata życia, stanowi doskonałe uzupełnienie niedawno przeczytanej przeze mnie biografii. Myślę, że dla miłośników jego poezji jest to wręcz wizyta obowiązkowa. Zachęcam do takiej wyprawy.

Muzeum Władysława Broniewskiego mieści się na ulicy Jarosława Dąbrowskiego 51. 

Telefon: (22) 845 03 28.

strona Muzeum:

http://muzeumliteratury.pl/author/muzeumbroniewskiego/

 

Zdjęcie gabinetu poety:

Gabinet Broniewskiego

 

Pierwsza Rocznica…

…Urodzin Emilki. Trudno mi napisać w sytuacji, jaka się zdarzyła, że są to Jej pierwsze Urodziny. Bo fizycznie to niemożliwe. Jednak. Do końca życia będą myśli, że tego dnia nasza Córka kończyłaby…..lat…

Dziś kończyłaby pierwszy rok. Urodziła się w Święto, do końca życia miałabym zagwarantowane wolne w Urodziny, fajna perspektywa. Stało się inaczej, los zadecydował, że nie nacieszyliśmy się Nią długo. I ten najważniejszy dzień życia, bo takim są dla mnie Narodziny mojej Córki postrzega się z perspektywy zupełnie inaczej, niestety, z bólem. Ze łzami.

Gdyby wszystko potoczyło się inaczej, szykowalibyśmy rodzinną i przyjacielską imprezkę. Oczywiście byłby torcik z jedną świeczką, którą potem miałaby nieudolnie oczywiście zdmuchnąć, pewnie z naszą, rodzicielską pomocą. Oczywiście szykowałabym tą grę, którą się serwuje wszystkim roczniakom, które ja przynajmniej znałam czyli naszykowało by się książkę, różaniec i coś tam jeszcze (spytałabym Mamy chociaż sama teraz nie pamiętam, co „wylosowałam” no, nie różaniec to raczej pewne), z których to przedmiotów nasza Córka miałaby wylosować któryś , co zapewne miało by Jej wróżyć, czym się będzie zajmowała w życiu…

Byłoby wszystko inaczej. Od rana dzwoniły by telefony i głównie kobiety znajome, przy okazji życzeń gratulowały by i mnie, bo wiadomo, nie ma dzieci bez rodziców itd. Od tygodnia nadciągałyby kartki z Życzeniami, które oczywiście małe łapy wymiędliłyby bezlitośnie a my zachowalibyśmy dla Niej na przyszłość jako pamiątkę tego, jak wiele osób cieszyło się z Jej obecności na świecie.

Pętla czasu zawinęła swoje koło. Znów jestem w 3 maja 2011, w którym byłam , jestem, trwam sobie dualistycznie czasowo od tego zeszłego roku i pewnie jednak już tak zostanie. Za dwie godziny i czterdzieści pięć minut minie równo rok jak Emilia pojawiła się na świecie, który jej nie chciał, który Ją odrzucił i który nie był dla Niej gościnny.

My pójdziemy na cmentarz. Zamiast zabawek, tak, tych ośmieszanych przez mądrych psychologów zabawek, które mają rozpieszczać nasze dzieci, kupimy Jej kwiaty, wymienimy wkłady w zniczach.

Emilka dostała jednak jedną kartkę Urodzinową. To wyszło trochę przypadkiem, ale o dziwo, okazuje się, że było dla nas miłym właśnie akcentem. To jedyne, co gdzieś tam pokazało łącznik z tym, co „miało być” …

„Ulica Paradis 588”. Reż. Henri Verneuil.

Znacie to uczucie, kiedy zmęczeni „jakością” tego, co leci na kanałach telewizji zaczynacie po nich „skakać”, trafiacie na fragment filmu i coś, nie wiecie dokładnie co konkretnie, powoduje, że każe się Wam na nim zatrzymać? Ja tak dziś miałam i gdyby nie to, że byłam zirytowana sieczką w państwowej i nie tylko, telewizji, która leciała, nie trafiłabym na jeden z najpiękniejszych i najlepszych, tak, nie waham się użyć tego słowa, filmów, jakie w życiu widziałam! Niech żyją te dobre przypadki, które owocują niespodziankami tego kalibru i takiej filmowej klasy.

„Ulica Paradis 588” to film, o którym powiem jedno, wrażliwcy koniecznie muszą zasadzić się na nim z pudełkiem chusteczek. Łzy i ogrom oczyszczającego wzruszenia- wpisane w seans. Wręcz nieodłączne. Ale to dobre wzruszenie. To właśnie takie wzruszenie, które przypomina, jaka powinna być rola kina (dla mnie przynajmniej). Jednak nie tylko ta rozrywkowa, chociaż czemu by nie, ale jak dla mnie przede wszystkim płynąca z serca, mówiąca coś ważnego o człowieku, o uczuciach, o nas samych poniekąd.

Film powstał w 1992 roku i wyreżyserował go reżyser ormiańskiego pochodzenia. 

W swojej filmowej opowieści na pewno reżyser zawarł swoje własne myśli, refleksje, swoje uczucia. To się po prostu czuje. To opowieść o mężczyźnie, który odniósł sukces. Pisze popularne sztuki, wystawiane na deskach całego świata. Jego rodzice to uchodźcy z Armenii, którzy mieszkają w Marsylii podczas gdy syn wraz z rodziną mieszka i odnosi sukcesy w Paryżu. 
Rodzice Pierre Zakara (pseudonim wymyślony przez żonę autora sztuk na potrzeby prężnego PR-u) to cisi, spokojni ludzie, którzy najwyraźniej wyszli z założenia, poniekąd słusznego, że dziecko chowa się nie dla siebie, że trzeba mu pozwolić realizować się i żyć własnym szczęściem. Nie wtrącają się więc i nie chcą mu wręcz przeszkadzać. Jednak w dniu premiery jednej z najważniejszych sztuk Pierra, do stolicy Francji obejrzeć ją przybywa ojciec bohatera. Jest tak dumny z syna!

Spotkanie niestety, nie do końca się udaje. Syn nie przyjmuje go w swojej rezydencji, a funduje luksusowy ale jednak hotel. Niepotrzebna zaś telefoniczna rozmowa w sumie doprowadzi do tragedii…

„Ulica Paradis 588” to piękny film o tym, jak ważna jest dla nas nasza przeszłość. To ona, wbrew temu, co możemy czy wręcz chcemy sądzić, determinuje nas i naszą przyszłość. Chociaż często tak bardzo chcielibyśmy o tym zapomnieć. 
To film o tym, że nasze korzenie są ważne. Jakiekolwiek by one nie były. I starając się o nich zapomnieć, ba, wręcz wyrwać je z naszego życia, czynimy największą szkodę niekoniecznie naszym przodkom, ale nam, tak, właśnie nam samym! 

To opowieść o tym, że możemy żyć w teraźniejszości pamiętając jednak o naszej tradycji i korzeniach. To także opowieść o bezmiarze rodzicielskiej miłości, która zawsze stanowi dla nas coś w rodzaju pancerza ochronnego, a z istnienia którego to pancerza tak wielu z nas dowiaduje się praktycznie dopiero po śmierci rodziców. To film o docieraniu do siebie samych, do sensu swojego życia w oparciu o naszą tradycję i naszych bliskich.

Jak wspomniałam wcześniej, seans niemożliwy bez solidnego wsparcia chusteczkowego, bo oczy będą mokre nie raz i nie dwa, ale nie szkodzi, jak też mówiłam, to wzruszenia z rodzaju tych dobrych, wartościowych, potrzebnych nam w naszym życiu.

I na koniec zapytanie, jest tyle genialnych, wspaniałych filmów jak ten, o którym pisze. Gdzie one są???????
Czy może któryś z kinomaniaków jeśli oczywiście zna ten film, o którym piszę, mógłby wesprzeć jakimiś tytułami podobnych wspaniałości? Które przeniosą mnie w świat wspomnień, refleksji, które sprawią, że zrozumiem dokładnie na czym polega właśnie „magia kina”.

O tym filmie wiele w internecie nie ma, na stronie filmwebu jest co nieco ale nie do końca solidnie napisane ale zawsze chociaż obsadę sprawdzić można. Przy okazji, w filmie zachwycają dwie wspaniałę role, Omara Sharifa w roli ojca bohatera i Claudii Cardinale w roli matki.

Ze szczerego serca polecam i myślę, że ci, którym w jakiś sposób uda się ten film zobaczyć, nie będą czuć się zawiedzeni.

Moja ocena, co chyba nie dziwi, 6 / 6. A może nawet 7 / 6.  

Update do wpisu: na kanale Zone Europa film ten będzie emitowany 25 maja a okazuje się, że jest on kontynuacją innego „Mayrig znaczy mama”, który będzie na tym samym kanale emitowany 6 maja. 

magnolie, magnolie…

…i po magnoliach. Jeszcze dwa tygodnie temu, kiedy zajrzeliśmy do Ogrodu Botanicznego w Powsinie, wszystkie były z małymi pąkami. Wydawało się, że dwa tygodnie to będzie ten czas. Wczoraj, kiedy poszliśmy do Ogrodu, okazało się, że praktycznie to „ostatni dzwonek”. Większość z nich już przekwitła. Dobrze, że część jeszcze nie, ale już nie za wiele tego radowania się nimi, dlatego chętnym podziwiania i wąchania magnolii polecam szybką wyprawę. 

W Ogrodzie Botanicznym jest też piękny zbiór najrozmaitszych tulipanów, które ogromnie cieszą oko, więc dla nich również polecam wyprawę.

 

 

magnolie

„Stambuł. Wspomnienia i miasto”. Orhan Pamuk.

 

Stambuł

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2008).

Przełożyła Anna Polat. Tytuł oryginalny Istanbul.

Ponieważ mózg mi się zlasował w ten upał, jaki panuje za oknem, recenzji długiej dziś nie popełnię ale muszę zaznaczyć przeczytanie tej książki gdyż jak widzę po lekturze, z pewnością gdy pod koniec roku będę czynić jakieś osobiste podsumowania książkowe ta okaże się jedną z najbardziej udanych lektur tego roku.

Bardzo lubię książki pisane z serca. I szczere. Ta taka jest. Dedykowana ojcu autora a poświęcona miastu, w którym Orhan Pamuk urodził się i w którym przyszło mu żyć wiele lat, w końcu-do którego to miasta powrócił niemal jak ten syn marnotrawny książka to nic innego jak jedno wielkie snute wspomnienie. O Stambule właśnie. I nie tylko. O nim samym, czyli o Pamuku, o jego rodzinie. O ludziach, którzy to miasto zamieszkiwali ale również o tych, którzy je odwiedzali i również w jakiś sposób oddali swe wspomnienia czy to na piśmie czy pod postacią ilustracji. 

Co mi się podoba to sposób opowieści Orhana Pamuka, czyli snucie wspomnień. Być może nie każdemu może to pasować, mnie pasuje, ja się w tym odnajduję, tym bardziej, że podobnie, jak autor, czuję się taką „nostalgiczną kolekcjonerką wspomnień”, które jak najcenniejsze pamiątki przechowuję aby w rozmaitych chwilach mego życia, jak ze szkatułki wyjąć je i cieszyć się nimi. 
Podobnie jak autor lubię też fotografie. Rodzinne, mimo, że znam je na pamięć i historie z nimi związane, jak również fotografie poświęcone miastom. W ogóle, lubię miasta jako organizmy.

W tej książce jakość opowieści sprawiła, że miasto praktycznie jest spersonifikowane. I chyba dlatego zarówno wspomnienia samego Pamuka jak i wiele naprawdę interesujących informacji z archiwów dziennikarskich sprawia, że sami dajemy się uwieść tym opowieściom i nie chcemy aby się skończyły.

Podejrzewam, że nie jest to książka dla każdego. Dla mnie była bardzo udaną lekturą, która sprawiła, że mam wielką ochotę na lekturę w podobnym stylu. Muszę więc takiej poszukać.

I pomyśleć, że sięgnęłam po tę książkę pod wpływem wzmianek na jej temat w książce Paula Theroux, która to mi tak średnio „podeszła”.

„Kiedy nocą spaceruję ulicami albo wyglądam przez okno , nadal uwielbiam zaglądać do cudzych mieszkań. (…)”. (str. 351).

„Może kochamy swoje miasta tak, jak kocha się rodzinę-ponieważ nie ma innego wyjścia? Musimy jednak zrozumieć, co i z jakiego powodu porusza nas w nich najbardziej”. (str. 443).

Moja ocena to 5.5 / 6.

obiecałam…

…dość dawno temu, że dam znać co do zmiany daty Imienin. Jak mówiłam, po tym wszystkim, co stało się w maju zeszłego roku, postanowiłam dzień moich dotychczasowych Imienin „oddać” Emilii. Będzie to Jej Dzień, w końcu to dzień Jej Narodzin. Ja zaś zmieniam datę swoich Imienin na 27 czerwca, co mnie w sumie cieszy, bo został stworzony tym samym mocno rodzinny Imieninowy kącik, w kolejności więc będziemy celebrować Imieniny: moje, P. , Emilii i mojej Mamy. 

Robb Maciąg. „Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę”.

 

Rowerem przez Chiny

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Wyd. II. Warszawa (2009).

Jak Pamiętacie, całkiem niedawno zachwyciłam się książką Roberta Maciąga czyli wydaną niedawno na naszym rynku książką „Tysiąc szklanek herbaty”, o której pisałam w tym wpisie.

Zachęcona sposobem i pisania o podróżach a przede wszystkim podejściem Autora do życia, do otaczającego go świata i ludzi, sięgnęłam po wcześniejszą książkę Robba Maciąga i oto zaskoczenie. Owszem, to książka o podróży, ale przyznaję, nie wiedziałam wcześniej, że jest to swoistego rodzaju podróż-psychoterapia, którą po zdradzie małżonki przeżywa Autor. Muszę od razu powiedzieć, że podziwiam Roberta za szczerość. Owszem, zaczął swoje zapiski zapewne jako pamiętnik, jak podejrzewam, nie zakładał wydania ich w postaci książki, dopiero potem zapewne ktoś mu to podpowiedział ale…mógł to okroić. Tak w końcu modne jest obecnie przedstawianie się lepszymi niż jesteśmy, zdolniejszymi niż jesteśmy, otoczeni tak wielkim gronem przyjaciół i oczywiście odnoszącymi same życiowe sukcesy. A tu proszę, człowiek, który nie ubarwia, przyznaje się „tak, przeżyłem porażkę. Tak, cierpiałem z tego powodu. Tak, mam uczucia, które musiałem jakoś sobie poukładać”. Już za tą szczerość daję Autorowi wielki plus. 

Tak więc ta książka została napisana pod wpływem przeżyć osobistych, jakby nie było, przez człowieka ze złamanym sercem, który postanowił jednak się nie poddać i ruszył w podróż aby podczas niej odkryć nie tylko inne zakątki naszego globu ale co podkreślałam już przy recenzowaniu pierwszej książki Maciąga, którą czytałam, przede wszystkim odkryć podróż w głąb siebie, w głąb samego siebie i swoich uczuć. I jest w niej, co podkreślam , dużo szczerości. Widać walkę wewnętrzną kogoś zranionego, który chce uleczyć swoje uczucia, swoje serce ale właśnie, co normalne, przeżywa wzloty i upadki i również widać kryzysy podczas podróży.

Do tego kolorowe zdjęcia, nie tylko samych miejsc, które Autor odwiedzał ale również, co jak powtarzam zawsze, portrety ludzi, jak również, co ciekawe na samym końcu książki, zdjęcia Autora z całej podróży, jego autoportrety robione podczas podróży, na których widać jak on sam zmieniał się w czasie gdy poznajemy jego jazdę rowerem, bo oczywiście, zapomniałam wspomnieć, że Maciąg oczywiście swoją podróż odbywa rowerem.

Cóż, to taka nietypowa książka podróżnicza. Nietypowa, bo jak już wspomniałam, ta podróż jest rodzajem terapii dla złamanego serca, ale jak widać, terapii zdecydowanie przynoszącej pozytywne rezultaty.

Na koniec, znów kilka cytatów, które wyjątkowo mnie urzekły czy w jakiś silniejszy sposób do mnie przemówiły:

„Złamane serce fałszuje obraz świata. Podobnie jak zakochane. Tylko tyle, że odwrotnie”. (str. 54).

„Najważniejszy w Podróży jest czas w niej spędzony. (…) Czas spędzony z samym sobą jest większym wyzwaniem niż niejeden podjazd czy tysiące kilometrów. Każda kropla potu cię zmienia, każda łza uszlachetnia, każde wzruszenie umacnia”. (str. 64).

„Wszystko zdarza się dokładnie wtedy, kiedy się tego najmniej spodziewasz… (…) Tysiące razy mówisz sobie, że tego byś chyba nie przeżył. A tymczasem…przeżywasz. Idziesz dalej. Przed siebie.”. (str. 106).

Znów miałam świetną lekturę. Znów czytałam coś, co brzmiało szczerze i prawdziwie. Bardzo mi się podobała ta książka i oczywiście bardzo ją Wam polecam.

Moja ocena to 5.5 / 6.

 

 

ani się człowiek obejrzał…

…a tu kolejny weekend się zbliża. Tradycyjnie liczę na niezłą pogodę. Chociaż, w niedzielę, jak było po deszczu, to udało nam się odbyć fajny spacer do lasu. Prawie nikogo nie było, więc spokój, cisza (poza ptasimi śpiewami oczywiście) i udało nam się zobaczyć nawet dwie sarny!

O książkach nic nie pisałam, bo przebijałam się przez lekturę Paula Theroux, czyli „Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu. Szlakiem bazaru kolejowego”. Piszę „przebijałam się” bo hm, mam mieszane uczucia co do lektury. Aż mi głupio napisać, ale chyba narobiłam sobie zbytniego apetytu a książka, no, nie wiem, czegoś mi zabrakło. Nie będę więc nawet pisać recenzji. Po prostu jakoś nie do końca było to to. Chyba styl autora nie mój, i mimo, że chyba właśnie prywatnie sympatyczny z niego człowiek, to podczas lektury miałam wrażenie, że jakiś taki marudny. Ja go podczas lektury tak odbierałam. Głupio mi się przyznać, że mi nie do końca ta książka podeszła, bo wszyscy się jego książkami tak zachwycają no, ale sama się oszukiwać nie będę. Książkę bez problemu odkładałam, nie było tak, że nie mogłam się doczekać aż do niej wrócę, również muszę powiedzieć,że tak, jak czasem czytam książki o podróżach, to sobie myślę, że z kimś tam bym chętnie w taką podróż wyruszyła, to niestety, tu tego odczucia nie miałam. Może na to wpływ też miała jednak jakaś różnica w postrzeganiu świata, nie wiem, nie wiem. Ja uwielbiam miasta, których Theroux nie cierpi i być może nawet takie drobne różnice spowodowały, że nie do końca ta lektura mi poszła i nie zachwyciłam się nią, nic na to nie poradzę. Niektóre części mi się podobały, inne wręcz wynudziły, więc ogólnie na biblionetce dałam notę 4.5. 

Dobrego weekendu dla Was! U mnie za oknem właśnie szaleje pierwsza wiosenna burza.