czas szybciutko pędzi…

…czasu wolnego niewiele, ale o tym nie muszę pisać, sądzę, że większość się orientuje:) 

Po przerwie sięgnęłam po książkę, na czytniku oczywiście, bo zwykła niestety, niewygodna w większości sytuacji teraz. Niech los wynagradza codziennie twórcę czytnika do e-booków;) Czytam „Jezioro” Indridassona. Coś czuję, że trochę mi zejdzie ale nieważne, nigdzie się nie spieszę;)
Z kryminałów to jesteśmy zachwyceni „Paradoksem”, który emituje w czwartkowe wieczory Dwójka telewizyjna. Inny serial, niż większość polskich , których po prostu jakoś nie jestem w stanie strawić. A tu przyjemne zaskoczenie. I chyba o tym , jak bardzo nam się podoba , świadczyć może fakt, że mimo, że nie mamy na za wiele rzeczy czasu, to ten serial nagrywamy sobie i w wolnej chwili oglądamy, tak się spodobał nam i tak nas wciągnął.

A miłośnikom Wallandera podpowiadam, chociaż myślę, że wiedzą, że Ale Kino! od wczoraj emituje nowe odcinki serii angielskiej. Mimo, że wolę szwedzkiego Wallandera, to muszę powiedzieć, że wczorajszy odcinek, na który się „załapałam”, nieźle się oglądało.

Dobrego, spokojnego weekendu dla Was! 

dlaczego?

…niektórzy uzurpują sobie prawo do określenia jak długo, w jaki sposób i ogólnie „jak” ma wyglądać twoja żałoba po stracie Dziecka?
I dlaczego niektórzy zdają się nie pojmować najprostszej sprawy. Takiej mianowicie, że to, że urodziło się drugie Dziecko kompletnie nie zmienia faktu straty tego Pierwszego?  

wspomnienia z własnego dzieciństwa…

…mnie naszły po odsłuchaniu płyty, jaką nabyliśmy dla Janeczka a mianowicie płyty „Kołysanki Utulanki” w świetnym wykonaniu Magdy Umer i Grzegorza Turnaua. Janeczek co prawda przy nich nie zasnął, za to jego Tata szybko i z uśmiechem na ustach;) A ja , jak się okazało, znałam prawie każdą wykonywaną piosenkę…Skąd? Nie wiem, pewnie też z jakiejś płyty słuchanej w dzieciństwie, bo nie sądzę, że te , szczególnie z muzyką tradycyjną, znaną od lat, śpiewała mi Mama. Ale przyjemnym zaskoczeniem było odkrycie, że gdzieś słowa tych kołysanek „czaiły się” z tyłu głowy aby wyskoczyć z ust…Jaka to pamięć ludzka jednak jest niezwykła.
Oczywiście wzruszyłam się nad wykonaniem „Kołysanki dla Okruszka”, którą to piosenkę Seweryna Krajewskiego uwielbiam.
Marga kiedyś napisała, że od zobaczenia dwóch kresek na słynnym teście, człowiek uruchamia w sobie mechanizm lęku i obaw o nienarodzone życie a potem o tego Nowego Człowieka w rodzinie. I miała rację. Doświadczam tego teraz. Ile jest tego uczucia do Małego Człowieka i ile przy tym obaw, czy się człowiek spełni jako rodzic, czy będzie dobrym rodzicem, czy należycie dba o tego Nowego Członka Rodziny…Ile jest lęków i jak wiele miłości takiej przecież innej zupełnie od tej, jaką mamy do rodziców, rodzeństwa, partnerów czy przyjaciół…Siła tego jest wielka.
Kiedy byłam takim szkrabem, moja Mama napisała dla mnie wiersz…w nim zapewniała mnie, że w przyszłości przed wszystkim złym mnie ochroni, obroni…W zeszłym roku kiedy wyłam z bólu, przypomniałam sobie tamten wiersz. Nie udało Ci się Mamo ochronić mnie przed każdym złem. Nie udało Ci się obronić mnie przed ciosem jaki zadał los. Nie udało Ci się obronić mnie przed życiem…
Teraz sama jestem Mamą i też myśli, żeby los oszczędzał Janeczka, żeby nie rozdawał ciosów, żeby udało się Go ochronić przed każdym złem… 

refleksje znad przewijaka…

…zawsze mnie śmieszyło, jak słyszałam, jak ktoś mówi, że narodziny dziecka nic nie zmieniają. I chociaż wtedy najwyraźniej czułam to poniekąd na zapas, to potwierdzam, że mój ówczesny śmiech miał uzasadnienie. Zmienia się totalnie wszystko, w każdym wymiarze. Jak ktoś nie ma dziecka, niech sobie wyobrazi swoje życie przestawione o 180 stopni i pomnoży to razy milion;) Zmieniasz się przede wszystkim ty sam. Przestawiasz się w inne miejsce. Jeśli do tej pory najważniejszy byłeś dla siebie człowieku sam, to zapomnij, nie ma już tej opcji. I nie mam tu na myśli żadnej martyrologii matkopolkowej bynajmniej. Mówię o czymś zupełnie innym.

Kąpiel dalej nie okiełznana. Chociaż zmiana pieluchy i ciuchów zaczyna być przyjmowana ze spokojem, a przynajmniej protesty mają nieco spóźniony zapłon bo odbywają się pod koniec czynności.

I na koniec mały apel do mam z Warszawy (do tatów również chociaż powiedzmy sobie szczerze, wątpię, żeby takowi czytali mój blog). Czy któraś dobra dusza ma może namiar na fajnego pediatrę, który przyjeżdża do domu pacjenta? Mamy już zarejestrowanego Janeczka w dwóch przychodniach, NFZ i takiej z abonamentu pracowniczego ale szczerze, to marzy nam się ktoś jeszcze taki, kogo ja miałam w dzieciństwie a mianowicie pediatra, który do domu przyjeżdżał. Do dziś dnia jego rady się sprawdzają (wiem, bo już jedną Mama mi podpowiedziała i oto okazuje się, że to, co mówił facet trzydzieści ponad lat temu wciąż się sprawdza).
Jak na razie każde wyjście poza dom jest dla nas, jak mawia moja przyjaciółka, jak wyprawa po Złote Runo) a szczerze, to przydałby się jakiś lekarz sensowny na tak zwany wszelki wypadek.

Sami i tak będziemy szukać, ale jednak co z polecenia to z polecenia.

Książkowo nie czytam  obecnie prywatnie nic. Na czytniku e-booków wciąż pozostaje do skończenia „Droga 66” Doroty Warakomskiej.
Z cyklu „świeżo upieczonej matce wciśniesz wszystko”, dałam się trochę nabrać i próbowałam zmóc książkę Tracy Hogg, „Język niemowląt” (też na czytniku, na szczęście nie kosztowała wiele). Nie grało prawie od samego początku, a po dotarciu do momentu, w którym pani proponuje metody karmienia co trzy godziny, zrozumiałam ostatecznie, że pani nie śpiewa w moim chórze. Te metody (jak dla mnie okropne) propagowano za czasów, kiedy w pieluchy i te sprawy wdrażały się nasze matki i pewnie niejedna przypłaciła te restrykcyjne wytyczne niezłą deprechą patrząc na zapłakane i nieszczęśliwe dziecko i- dziękuję, postoję. 
Za to polecam książkę Pawła Zawitkowskiego „Mamo, Tato, co ty na to?”. Ją i film dołączony do niej poznawaliśmy już w pierwszej ciąży, z Emilką i teraz sobie przypominamy. Chociaż ja i tak narzekam, że świetnie, że pan pokazuje wszystko i wychodzi mu super, tylko jakoś zawsze pokazuje to, co robi na starszych dzieciach, ale i tak naprawdę dużo z tej książki skorzystaliśmy.

A za oknem słońce. Może dziś znowu uda się wyjść na fajny spacer z Janeczkiem.
I tym optymistycznym akcentem kończę i pozdrawiam życząc Wam dobrego, spokojnego tygodnia! 

sny…

…w książce na temat ciąży i okresu „po” wyczytałam, że niektórym kobietom śnią się ich dzieci a raczej pewnie wizualizacja na temat tychże, kiedy są one jeszcze w ich brzuchu. 
Nie do końca w to wierzyłam, dopóki nie zdarzyło się to mnie. Myślę teraz, że Janeczek wyraźnie zapowiadał, że pojawi się wcześniej tylko ja tego w ten sposób nie odczytałam. Najwyżej tydzień a teraz myślę, że nawet i nie, do porodu, przyśnił mi się mój Syn. Opowiadałam o tym P. nawet z lekkim niepokojem, bo nie do końca wiedziałam, co taki sen może oznaczać…
Ale obiecałam Mu, że powiem, czy ten Janeczek ze snu jest podobny do tego, który się urodzi.

I Wiecie co?

Jest identyczny… 

od wtorku…

…jesteśmy w domu. Wdrażamy się w rodzicielstwo. Jeśli myślałam, że znam już życie, to nic nie wiedziałam;)

Zaliczyliśmy wczoraj pierwszy spacer. Pogoda akurat w sam raz rozpieściła i Janeczek mógł poznać Kabaty. A raczej ich najbliższy naszego domu fragment. Niewiele chyba na razie poznał bo dobrze Mu się spało po jedzeniu. Spotkaliśmy dwóch sąsiadów, w tym jednego takiego fajnego, który nam pogratulował, spytał o imię i zachwycił się bo jego Dziadek to Jan a Mama Janina, więc…:)

Wczorajsza nocka ciężka, dziś już o wiele lepiej. Nie przypuszczałam, że śpiąc pięć godzin można czuć się wyspanym;) 

Janeczek otrzymał pierwszy prezent, od Dziadków ze strony Taty. Jest to detektor bezdechu, rzecz, która nie przyszła nam do głowy a właściwie przyszła, ale właśnie po porodzie i Dziadkowie postanowili sfinansować. Jestem Im ogromnie wdzięczna, bo to super rzecz i o wiele więcej mam teraz takiego luzu psychicznego.

Dobrego czwartku i weekendu dla Was! Pozdrawiam wraz z Janeczkiem i lecę wykorzystać fakt, że śpi i ogarnę trochę dom.

 

Janeczek

wczoraj, 31 sierpnia 2012 roku, o 22:40 ku naszej ogromnej radości na świat przyszedł nowy członek naszej rodziny, brat Emilki, Janeczek. Ma 55 cm długości i waży 2940 g. Otrzymał 10 punktów w skali Apgar.

Janeczek

„Czas Czerwonych Gór”. Petra Hulova.

Czas Czerwonych Gór

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2007).

Przełożyła Dorota Dobrew. Tytuł oryginalny Pamet moji babicce.

Ta książka wciąga jak magnes. Od pierwszej do ostatniej strony (chociaż ja muszę powiedzieć od pierwszego do ostatniego kliknięcia klawiszem bo to kolejna książka w formie e-booka, którą czytałam). Zasługa również pani tłumacz jak sądzę bowiem książka jest naprawdę dobrze przetłumaczona. 

Niemniej jednak, bez względu na to, w jakiej formie się ją czyta, wciąga nas ona w swój świat i nie puszcza aż do końca. 

Opowieść ta dzieje się w dalekiej Mongolii, gdzieś na jej stepie ale i w stolicy kraju, która na ogół nazywana jest po prostu Miastem. Miastem, które czasem niesie ze sobą więcej niebezpieczeństw niż dalekie stepy i pustkowia kraju.
Historię rodziny poznajemy z punktu opowieści pięciu kobiet należących do jednego rodu. Odnosi się wrażenie, że zostaliśmy zaproszeni do jednego z gerów aby tam popijając herbatę wysłuchać opowieści o rodzinie. Cóż może być bowiem ciekawszego niż rodzinne opowieści, historie? Mnie one zawsze bardzo interesują a tu czułam się jakbym naprawdę miała okazję wysłuchiwać czyichś prawdziwych opowieści. 

Jak napisałam powyżej, opowieści te poznajemy z ust kilku kobiet z rodziny. Mimo, że powiązane ze sobą więzami najsilniejszymi, jakie mogą być, są to bowiem babka, matka czterech córek, wnuczka, trzy córki czyli siostry względem siebie czyli rzec można najbliższe sobie kobiety, pomiędzy nimi nie wyczuwa się zbyt silnych więzi i poczucia wzajemnej lojalności. Wręcz odwrotnie. Owszem, część z nich wspiera się ale są też zapiekłe żale, niewyjaśnione animozje wręcz wrogość wynikająca z przeszłych wydarzeń.

Każda z kobiet ma swój los, swoją historię do opowiedzenia. Każda pewne wspólne wydarzenia widzi na swój sposób, to też jest interesujące w tej opowieści, nie ma bowiem jednej jasnej wytycznej wydarzeń i tego, co się zdarzyło. Jest za to wiele podskórnych pragnień, dawnych demonów, które wciąż drążą, niespełnionych miłości, sporo goryczy i proporcjonalnie nie za wiele radości i spełnienia. A mimo to książka nie jest dołująca. Jest tak naprawdę opowieścią o życiu, o walce, o tym, co znają kolejne pokolenia, nie tylko te żyjące w mongolskich stepach.

Z opowieści kobiet wyłania się niełatwy obraz ich życia. Można powiedzieć, że wiele z nich praktycznie nie zna pojęcia szczęścia. A jeśli znają to muszą o nie walczyć. Na różne, czasem przewrotne sposoby. 

Jak wspomniałam mimo, że kobiety snujące nam opowieści są ze sobą spokrewnione, brak między nimi szczególnie silnych więzi. Nie czuje się, że jedna za drugą skoczyłaby w ogień. Wręcz odwrotnie. Jakby każda z nich stanowiła na tyle osobny byt, że nie ma potrzeby wnikania w sytuację i życie tej drugiej. Nie ma pomiędzy nimi czułości, tkliwości, tego, czego można by oczekiwać po kobietach, które swego czasu żyły ze sobą tak blisko bo w jednym gerze. Nie ma więc co oczekiwać tu też jakiegokolwiek sentymentalizmu. Życie jest jakie i trzeba się z nim zmierzyć na tyle na ile się da. Nikt za nas z naszym życiem się nie pomoże uporać ale i nie oczekuje, że my pomożemy mu uporać się z jego własnym życiem.

Petrze Hulovej udała się wspaniała rzecz. Jestem zachwycona jej książką. Oto bowiem Czeszka oddała w swojej książce ducha stepu odległego kraju tak odległego a mimo to przybliżyła go na swój sposób. Udało jej się stworzyć niezwykły klimat książki. Nie wiem, czy autorka ma jakieś mongolskie korzenie. Urodziła się w Pradze czeskiej, z wikipedii dowiaduję się, że studiowała mongolistykę i w Mongolii spędziłą wiele czasu, co zdecydowanie czuje się w jej prozie.

Ja na tę autorkę natknęłam się zupełnie przypadkowo, dzięki P., który już po raz kolejny udowodnił, że wynajduje mi świetne lektury, po które pewnie ja nigdy bym nie sięgnęła, tak naprawdę nie wiedzieć czemu. 

Jestem zachwycona tą książką, nie może mi wyjść z głowy, myśli krążą wokół książki i wokół losów kobiet w niej opisanych. Podejrzewam, że mimo, że konkretne postaci nie istnieją to opowieści w niej opisane są mocno prawdziwe, bowiem wierzę, że Petra Hulova wysłuchała niejednej podczas swojego pobytu w mongolskim stepie. 

Ogromnie polecam. Jak dla mnie to z pewnością będzie jedna z tych książek, o których robiąc podsumowania roku 2012 będę mogła napisać, że była to jedna z najlepszych czytanych przeze mnie w tym roku książek.

Moja ocena oczywista chyba po takich zachwytach? 6 / 6.

„Hanezu”. Reż. Naomi Kawase.

Jeśli ktoś ma ochotę na dość nietypowy film, z bardzo powoli dziejącą się akcją a wypełniony raczej przepięknymi, wysublimowanymi a raczej wręcz wycyzelowanymi ujęciami z treścią bardzo poetycką , to film japońskiej reżyserki jest w sam raz dla niego. 
Stali Czytelnicy wiedzą, że ja czymś takim nie pogardzam i mimo, że w internecie natknęłam się na zawodzące głosy w stylu „o czym jest ten film” itd, to uważam, że osoby lubiące filmy w takiej właśnie konwencji nie zawiodą się na pewno. Muszą tylko wiedzieć, czego się po filmie spodziewać. Nie będzie tu nagłych zwrotów akcji, generalnie wszystko dzieje się dość powolnie i spokojnie a mimo to, to interesujące, film doskonale oddaje nam opowieść o namiętnościach, o pulsujących podskórnie pragnieniach, które uwolnione raz na zawsze często stają się początkiem dramatu. 

Film „Hanezu” wypatrzyłam na Ale Kino! i z chęcią obejrzałam. Za opisem z Ale Kino! , który zresztą możecie przeczytać  o tu, podaję, że tytuł filmu zaczerpnięty został z podobno najstarszego zbioru japońskiej poezji.

I taki właśnie jest ten film. Reżyserce udało się stworzyć niby film, który mimo to zdaje się być opowiadanym nam poematem, wierszem, o niespełnionej , nieszczęśliwej miłości.

Reżyserka filmu, jak wyczytałam właśnie na stronach Ale Kino! ma w swoim dorobku podobno sporo filmów dokumentalnych i to trzeba powiedzieć, widać w tym filmie. Ma to jednak swój urok, mnie nie przeszkadzało, a wręcz w jakiś niesamowity sposób stwarzało dodatkowe wrażenie realizmu, jakbyśmy oglądali czyjeś prawdziwe życie z jakiejś nie do końca etycznie umieszczonej bez wiedzy podglądanych, kamery.

Dodatkowo film dzieje się we wspaniałych plenerach japońskiej prowincji. Ja uwielbiam w filmach japońskich właśnie japońską prowincję.

Ta przedstawiona tutaj jest otoczona niesamowitą przyrodą, rozbuchaną i bujną i właśnie wśród tej bujnej przyrody kłębią się ludzkie namiętności, których w pewnej chwili nie można się już oprzeć, których nie da się okiełznać. 

Jak napisałam powyżej, zdaję sobie sprawę, że na pewno nie jest to film dla każdego. Dla mnie okazał się świetny i bardzo cieszę się, że się na niego skusiłam i obejrzałam. Przyznaję, skusiłam ze względu na Japonię ale otrzymałam kino tak naprawdę uniwersalne, opowiadające o tym, co znamy z każdej przecież szerokości geograficznej. I pytania, refleksje, które zadajemy sobie bez względu na to, gdzie się urodziliśmy. Czy zawsze nasze pragnienia mogą stać na pierwszym miejscu? czy możemy walczyć o spełnienie marzeń za wszelką cenę? czy starają się uszczęśliwić siebie nie unieszczęśliwimy kogoś innego? czy mamy do tego prawo? I wiele, wiele innych. 

Ja ze swojej strony polecam, moja ocena to 6 / 6.


„Nieszczelna sieć”. Hakan Nesser.

Nieszczelna sieć

 

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2012). 

Przełożył Wojciech Łygaś.  Tytuł oryginalny Det Grovmaskiga Natet.

Po dłuższej przerwie od kryminałów skandynawskich skusiłam się na najnowszy na naszym rynku kryminał Hakana Nessera, którego książki lubię i na ogół uważam go za piszącego równo. Skusiłam się tym chętniej, że Czarna Owca nie boi się wydawać e-booków i oto mogłam przeczytać tę książkę na czytniku.

Po poprzednim cyklu tytuł „Nieszczelna sieć” rozpoczyna nowy cykl kryminalny autora, tym razem z komisarzem Van Veeterenem w roli głównej.

Jaki też będzie? Zobaczymy. Ta książka spodobała mi się aczkolwiek nie do końca odnalazłam w niej klimat kilku poprzednich, tego niepokojąco podkreślającego, że główni bohaterowie nie mają zupełnie wpływu na swój los, jakby sterowani przez demiurga, którego bawi rozdzielanie ról, niekoniecznie takich, które spotkać ma szczęśliwe zakończenie. 

Akcja kryminału rozpoczyna się w chwili, kiedy to pewien nauczyciel gimnazjum budzi się w swoim mieszkaniu z wyraźnym kacem i znajduje swoją niedawno poślubioną żonę martwą. Problemem jest nie tylko nagły fakt śmierci żony ale przede wszystkim fakt, że ów nauczyciel zupełnie nie pamięta godzin poprzedzających zdarzenie. Wszystko sprzysięga się przeciw niemu i staje się on automatycznie jedynym i głównym podejrzanym. Do czasu. Kiedy to właśnie komisarz Van Veeteren postanawia dokładniej zbadać sprawę i stwierdzić, co tak naprawdę zdarzyło się w domu nauczyciela i jego żony. W tym celu będzie musiał, to już dość częste u Nessera, że się tak może nieelegancko wyrażę, ale „pogrzebać” w przeszłości zamordowanej. Co nie dziwi, wyjdą na jaw rozmaite dawne sekrety, z gatunku tych, które niekoniecznie objawia się przed światem. 

Jak mówię, nieźle mi się tę książkę Nessera czytało aczkolwiek czegoś mi w niej zabrakło. Może w następnych książkach z nowo poznanym przez czytelników komisarzem powróci ten klimat, który u Nessera lubię. Mam taką nadzieję. Jednak nie oceniam tej książki źle, ot, po prostu uważam, że Nesser popełnił kilka lepszych. 


Moja ocena to 4.5 / 6.