„Kwiat wiśni i czerwona fasola”. Durian Sukegawa.

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2018). 

Przełożył Dariusz Latoś.

Tytuł oryginalny An.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

We wrześniu ubiegłego roku obejrzeliśmy z P. film pod tym tytułem, powstałym na podstawie książki, a oto przyszedł moment, gdy poznałam książkę. I coś jest na rzeczy, kiedy się twierdzi, że dobrze jest przeczytać najpierw książkę a potem dopiero obejrzeć ekranizację. I pomimo tego, że film oceniam bardzo dobrze, to rzeczywiście, książka opisuje jeszcze głębiej uczucia poszczególnych bohaterów, relacje ich łączące. 

Trójka „przegranych”, których połączy los? koleje życia? w jednym miejscu. On, to sprzedający dorayaki w sklepie Doraharu Sentaro. Ona to starsza pani Tokue Yoshii, która zjawi się po prostu pewnego dnia aby zgłosić się do pomocy w sprzedaży. Jest jeszcze nastolatka Wakana, która będzie kupować ów japoński deser, w skład którego wchodzi słodka pasta z fasoli, an. Jak widać, oryginalny tytuł to właśnie „An”. Nieprzypadkowo , ta pasta , proces jej tworzenia, to bardzo ważny aspekt tej książki. I w jakiś sposób lekcja życia, którą Sentaro otrzyma od starszej pani. 

Jak napisałam, wszyscy oni na swój sposób są postrzegani przez społeczeństwo jako przegrani, na marginesie życia. On to były więzień, w dodatku praca w sklepie nie jest jego marzeniem ale nie ma wyjścia, musi oddać wdowie właściciela zaciągnięty ongiś dług. Tokue Yoshii w przeszłości chorowała na jedną z najcięższych kiedyś chorób, na szczęście obecnie uleczalną, jaką jest choroba Hansena. Wakana to dziewczyna z niepełnej rodziny, jej matka ledwie wiąże koniec z końcem. Ta trójka spotkawszy się w sklepiku z dorayaki stanie się dla siebie kimś więcej niż jedynie przypadkowymi ludźmi, których regularnie widuje się w jakimś miejscu. Największa więź połączy Sentaro i Tokue Yoshii. Nie mająca własnych dzieci to w nim „upatrzy” sobie nigdy nie obecnego w jej życiu ale mogącego mieć właśnie tyle lat, syna. I on, początkowo dość zdystansowany, odnajdzie w jej postaci postać dawno nieobecnej w jego życiu matki. Nastolatka zaś nareszcie będzie miała miejsce, w którym będzie mogła być sobą, nikogo nie udawać i zwyczajnie być sobą bez oceniania i nakładania krzywdzących łatek.

To nie jest wielka objętościowo książka, akcja dzieje się na przestrzeni jednego roku. Zaczyna się wiosną i wiosną się kończy. W trakcie lektury wielokrotnie łapałam się na tym, jak bardzo subtelnie i nie „łopatologicznie” przedstawiona jest w niej prawda życiowa, polegająca na tym, że jakby nie było, gdy człowiekowi w życiu jest źle, nie ma to jak obecność drugiego człowieka. Kogoś, kto z nami porozmawia, kto nas czasem po prostu wysłucha. Czasem da nam możliwość zrealizowania naszego marzenia, nawet o tym czasem nie wiedząc.

 Uważność, z jaką starsza pani przygotowywała słodką pastę an, uważność, z jakąś przyglądała się światu i to jak go odbierała pomimo tego jak ciężko doświadczyło ją życie, to pokazało, że często największe prawdy są na wyciągnięcie ręki a największe szczęścia tuż obok. 
Tokue Yoshii napisze w liście do Sentaro, cytuję , „Jestem przekonana, że życie ma sens”. 
I tak, pomimo tego jak ciężkie są w niej opisane przeżycia starszej pani z jej młodości i późniejszych lat, widać, że jej życie wypełnione było dobrem i szczęście a nadto właśnie miało sens”. Co zawsze cenię w prozie wschodniej, to to, że wszystkie te mądre przesłania przekazane są w jakiś delikatny, subtelny sposób, bez natrętnego moralizowania. Nie inaczej jest w tej książce. 

To bardzo ładna, ciepła, wzruszająca i mądra książka. Książka, która pociesza, że bez względu na to jak może być ciężko w życiu, ze wsparciem drugiej osoby uda się nam pokonać sporą część przeciwności i zmartwień. A przynajmniej mamy z kim z owymi zmartwieniami walczyć. 
Bardzo polecam osobom szukającej lektury bez nagłej akcji, za to z mądrym przesłaniem. 

Moja ocena to 6 / 6.

 

„Arystokratka i fala przestępstw na zamku Kostka”. Evzen Bocek.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła.  Wołów (2019). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski. 

Tytuł oryginalny Aristokratka a vlna zlocinnosti na zamku Kostka.

Wydawnictwo Stara Szkoła przyzwyczaiło nas, stałych czytelników serii o arystokratce Marii Kostce, że 27 stycznia prezentuje nowe odsłony cyklu. Nie inaczej stało się tym razem i oto jestem po najnowszej części przygód Marii. 

Jak zwykle poznajemy akcję jej słowami, jako narratorki. Tym razem rozszerza się nam grono bohaterów, jako że oprócz Marii , jej rodziców , pracowników zamku , których znaliśmy z poprzednich części jak również ciotuni Nory znanej nam od części poprzedniej, na scenie pojawiają się dwie niezależne grupy przestępcze. Obie nic o sobie nie wiedząc, planują na zamku Kostka przestępstwa. Obie też kompletnie nie mają pojęcia, że ich plan spełznie na niczym, jako, że zginie księżna Diana, co wpłynie na sytuację zamkową. No ale o tym na razie nikt nie ma zielonego pojęcia. Przestępstwa się planuje, młoda Maria wciąż jest zakochana i dba o ukochanego jak mało kto, a zamkowa rzeczywistość kręci się w dość przewidywalny sposób. Do czasu. 

Na pewno ta część jest nieco inna od poprzednich ale według mnie nie jest to problemem a wręcz dobrze, że autor pokusił się na wprowadzenie jakiegoś elementu świeżości. Akcja zyskała dzięki temu zdecydowanie na rozwoju tempa a humor jest wciąż tak samo udany. Tak, wiem, cykl o Arystokratce kocha się bądź nie rozumie na czym polega jego fenomen. Ja od pierwszej chwili zapałałam do tej opowieści wielkim entuzjazmem i zwyczajnie żałuję, że kolejne części nie ukazują się szybciej. Pozostaje nam więc znów czekać około roku jak sądzę aby przeczytać dalsze losy Marii, Maksymiliana, którego darzy uczuciem i reszty bohaterów opowieści.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Teściową oddam od zaraz”. Małgorzata J. Kursa.

Wydana w Wydawnictwie Lucky. Radom (2019). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Portalu Książka zamiast Kwiatka, Wydawnictwa i Autorki. 

Z tego, co się orientuję, książka ta została wznowiona. Ja przeczytałam ją z prawdziwą przyjemnością. Rozbawiła mnie wiele razy swoim niewymuszonym humorem, takim akurat w sam raz, nie na siłę. Po pierwsze, już sam tytuł mnie urzekł swoją bezpośredniością, po drugie swoją zabawną fabułą. 

Książka opowiada o dwóch przyjaciółkach, Izabeli Łęckiej (nazwisko po drugim mężu) i Amie, nazywanej tak od dwojga imion Anna Maria. Izabela wiedzie szczęśliwy żywot z drugim mężem, natomiast raz na jakiś czas rozdrażnia ją teściowa. Kobieta nie jest zła , z tym, że robi aż nadto, z czego wynikają różne mniej bądź bardziej zabawne perypetie. Ama natomiast ma zmartwienia innego kalibru. Obie kobiety wspierają się wzajemnie i pomagają sobie. A będzie się działo. W rodzinie Amy zdarzą się dziwne śmierci, w grę wchodzić będzie śledztwo. Pojawi się też przystojny prokurator, który wpadnie w oko Amie. Śledztwo policyjne swoją drogą, śledztwo Izabeli i Amy swoją. Kto odkryje pierwszy kto stoi za tajemniczymi zgonami? „Teściową oddam od zaraz” to komedia kryminalna, napisana, jak już mówiłam z poczuciem humoru, więc jeśli chodzi o poprawienie humoru, to książka ta zdecydowanie się nadaje. 

Moja ocena to 5 / 6.

 

 

„Szepty sumienia”. Beata Zdziarska.

Wydana w Wydawnictwie Szara Godzina. Warszawa (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Portalu Książka zamiast Kwiatka i Wydawnictwa.

Muszę napisać dwie rzeczy. Nie sięgnęłabym po tę książkę w księgarni bo zwyczajnie (co jest dla mnie zaskoczeniem bo projektowała okładkę pani, której okładki kilkakrotnie chwaliłam przy okazji recenzowania innych książek) nie podoba mi się okładka. A druga rzecz, dawno nie czytałam tak dobrej książki autorki, której zwyczajnie wcześniej nie „znałam”. Mogę więc powiedzieć, że książka znalazła się u mnie trochę przypadkiem ale był to zdecydowanie ten z przypadków, które mogę pochwalić.

Niby coś gdzieś już podobnego czytałam. Czyli motyw kogoś, kto wiedzie świetne życie, stabilne, ba, szczęśliwe, nie bójmy się tego słowa. Do chwili gdy wydarza się COŚ. Coś, co zmieni życie bohatera książki nieodwracalnie. Niby więc motyw znajomy, ale jego przedstawienie już nie, przynajmniej według mnie. „Szepty sumienia” wciągnęły mnie niesamowicie, nie mogłam się od tej książki oderwać i aż do ostatniej strony nie wiedziałam w sumie czego się mogę spodziewać po rozwoju sytuacji i losu bohatera. 

Tomasz jest mężczyzną z niemal dwudziestoletnim stażem małżeńskim.  Ma żonę Annę i nastoletnią córkę Justynę. Tomasz realizuje swoją pasję zgodną z wykształceniem i pracuje w zespole badawczym związanym z branżą medyczną. Gdy zaczyna się akcja książki, jest w przełomowym momencie życia naukowego, bowiem badania zespołu, w którym pracuje mężczyzna wkraczają na ostatnią prostą ku wynalezieniu lekarstwa na nowotwory. 
Wraz z rodziną zamieszkuje on piękne mieszkanie w dobrej gdańskiej dzielnicy gdzie z okien domu rozciąga się widok na Park Oliwski. Nic nie mąci jest nastroju spokoju, stabilizacji a przede wszystkim poczucia tego, że tak, jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało, poczucia ważności jego pracy i tego, czego za chwile może dokonać ze swoimi współpracownikami. I właśnie w takim momencie gdy wszystko wydaje się toczyć dobrym i sprawdzonym rytmem w życiu Tomasza zdarzy się owo coś, o którym już wspominałam. Moment, który zadecyduje o zbyt wielu sprawach jednocześnie ale przede wszystkim sytuacja, która się zdarzy da szansę Tomaszowi określić to jak w ekstremalnej sytuacji się odnajdzie. O tym, jak się odnalazł, dowiadujemy się z zapisków mężczyzny, które przypadkowo trafiają w ręce nowej lokatorki mieszkania w kamienicy. 

Wraz z nią poznajemy więc dzień po dniu to, co stało się w życiu naukowca. Dowiadujemy się o jego zachowaniu, o decyzji, którą podjąwszy jednocześnie przypieczętował swój los w pewnym jego obszarze. Wraz z rozwojem sytuacji poznawanej z tego pamiętnika usiłujemy zgadnąć czy Tomasz zdecydował się przerwać tę coraz bardziej pogłębiającą się i coraz bardziej dramatyczną sytuację. Wraz z czytającą zapiski kobietą zastanawiamy się nad tym, co mogło sprawić, że mężczyzna nie podjął się wydawałoby się najwłaściwszego z możliwych rozwiązań. Nie wiem jak Magdalena, która czytała zapiski ale ja jako czytelniczka zżymałam się okrutnie nad argumentacją naukowca. Czy właśnie to, że prowadził on tak zaawansowane badania nad lekarstwem na jedną z najpoważniejszych chorób usprawiedliwia go w jego czynie i konsekwencjach, które narastały ale zapoczątkowane były jego decyzją na samym początku gdy coś się wydarzyło? Złościło mnie niesamowicie to w jak egoistyczny sposób patrzył na całokształt sytuacji. Zamiast skupić się na innych osobach, które poszkodowane zostały w tym momencie w jego głowie wciąż kłębiły się myśli na temat jego własnej osoby i nieszczęścia, które rzekomo najbardziej odczuł on sam. 

Właśnie ta wiarygodność zdarzeń, myśli Tomasza sprawiała, że książka stała się wciągająca a sytuacje w niej jak najbardziej możliwe do zaistnienia. I tyle myśli towarzyszyło mi podczas lektury „Szeptów sumienia”. Co tak naprawdę człowiek wie o sobie samym , jak on sam zachowałby się w tej czy nieco innej ale ekstremalnej sytuacji. Wydaje się, że inaczej i oby nigdy nie trzeba by się było się przekonywać czy na pewno. Bardzo podobała mi się opisana gonitwa myśli Tomasza, narastające poczucie zapętlenia się w sytuacji, z której można było wyjść „z twarzą” gdyby podjęło się w porę właściwie decyzje. I tak jak wcześniej mężczyzna czuł się niemal wybrańcem bogów, tak teraz zdecydowanie szczęście odwróciło się od niego. Oczywiście, że gdyby zachował się w inny sposób, sytuacja nie narosłaby aż tak silnie. No ale. Można sobie gdybać. 

Bardzo to dobra książka a mam niejako wrażenie, że gdzieś „prześlizgnęła się”, umknęła w zalewie innej literatury. Jednak jeśli szukacie czegoś z mocnym wątkiem psychologicznym, czegoś, co spowoduje własne przemyślenia, sporo refleksji i co nie sprawi, że książka stanie się jeszcze jedną po prostu przeczytaną i odłożoną na półkę książką, to „Szepty sumienia” zdecydowanie są dla Was. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Czas przeszły”. Lee Child.

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2019). Ebook.

Przełożył Jan Kraśko.

Tytuł oryginalny Past Tense.

„Licz na najlepsze, ale nastaw się na najgorsze”. To kredo Jacka Reachera, które pokazuje dobitnie jakim typem człowieka jest Reacher. I tak właśnie jest w kolejnej książce z cyklu „Jack Reacher”. Tym razem tempo będzie nieco wolniejsze, niż w poprzedniej czytanej przeze mnie książce, „Nocnej rundzie”, o której to pisałam w tym wpisie. Co nie znaczy, że „Czas przeszły” czytało mi się źle, bo absolutnie nie.

Akcja książki rozgrywa się równolegle w dwóch miejscach. W Laconii, do której trafił Reacher idąc śladem ojca, jako, że to było rodzinne miasto Stana Reachera, i w odległym od miasteczka motelu. Motelu położonym na totalnym odludziu, wśród gęsto zarośniętego lasu. Gdzie przypadkiem trafia dwójka młodych turystów z Kanady. Ona to Patty, on to Shorty. Oboje to dwudziestopięciolatkowie, którzy zdezelowanym autem wyruszyli od siebie z małego kanadyjskiego miasteczka aby dotrzeć w ciągu doby do Nowego Jorku gdzie mają w tajemniczym kufrze COŚ do sprzedania. Reacher zaś do Laconii trafił jak wspomniałam, nieco przypadkiem. Wybierał się do San Diego ale nie byłby Jackiem Reacherem, gdyby w dane miejsce trafił ot tak, po prostu , od pierwszej próby. No, nie. A my, zagorzali miłośnicy jego przygód, nie mielibyśmy czego czytać, więc…mam nadzieję, że nikt nie narzeka 🙂

Akcję więc poznajemy na zmianę, to czytając o genealogicznych poszukiwaniach Jacka Reachera (rodzinna przyszłość bywa zaskakująca!), to dowiadując się bardzo powoli i z czasem odkrywając, co tak naprawdę dzieje się z Patty i Shorty’m. 

Wiem, że być może niektórzy czytelnicy mogą odczuć zawód, że mało tu akcji. Ale nie zapominajmy, że po pierwsze , nikt z nas nie młodnieje, a po drugie, chyba dobrze jest czasem zmienić tempo, do którego jesteśmy przyzwyczajeni aby nie poddać się uczuciowi czytelniczego znużenia wywołanego rutyną. 

Mnie się ta część bardzo podobała. Chyba za to, że (chociaż akurat w tym przypadku wcale nie jest to krzepiąca refleksja) pokazuje jak bardzo może czasem naszym życiem kierować zupełny przypadek. I za to , że szukając swoich korzeni Jack Reacher okazuje się być nieustępliwy w poszukiwaniach. 

Ponadto, od pewnego już czasu zauważam drobną zmianę. O ile do tej pory na swojej drodze czyściciela i doprowadzającego świat do właściwego porządku a złych ludzi do skruchy i zadośćuczynienia, Reacher napotykał ludzi parających się takim , złe określenie ale nie wiem jakiego by użyć, „pospolitym złem”, tak od paru części zauważam zmianę. Reacher nadal spotyka się ze złem w czystej postaci, jednak wykonawcy owego zła, parający się nim i mający z niego zysk, jakby wkroczyli na „wyższy” jego poziom. Być może pomiędzy akcją i sensacją autor chciałby aby ludzie zwrócili też większą uwagę na to, jak bardzo wyśrubowane taktyki i pomysły mają niektórzy. Jak skrzywione mogą okazać się potrzeby niektórych i jak bardzo elastyczni w stosunku do tych potrzeb potrafią być inni. Mieliśmy już książce z motywem „filmów ostatniego tchnienia”, było też o rynku opiatów i nielegalnym handlu nimi. Z dużym oczekiwaniem patrzę w przyszłość Reachera i czekam na kolejne pomysły Lee Childa, który, nie ukrywam, nie przestaje mnie wciąż zaskakiwać. I mimo, że główny pomysł wciąż opiera się na schemacie znanym nam i przećwiczonym już tyle razy czyli na zestawieniu Jacka Reachera ze „złymi” tego świata, to zwrócenie uwagi czytelników sensacyjnych książek na naprawdę ważne problemy tego świata nie jest według mnie złym pomysłem. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Lato z ciotką spirytystką”. Danuta Korolewicz.

Wydana w Wydawnictwie Lucky. Radom (2018).

Sięgnęłam po moją wygraną książkową. To moje pierwsze spotkanie z książką tej autorki, uważam je za całkiem udane. Owszem, książka to zdecydowanie rozrywkowa, mimo, że jest wątek kryminalny, to śmiało można uznać to za kryminał na wesoło. Muszę powiedzieć, że u mnie spełniła swoje zadanie czyli pomogła na chwilkę oderwać się od zmartwień i po prostu miałam nad nią spędzony udany czas.

Magda Bonikowska to studentka germanistyki, która po pierwszym roku studiów ma okazję wyjechać na lato do ciotki Walerii. Ciotka mieszka w położonym dość niedaleko Torunia urokliwym miasteczku o nazwie Warba. Jak na emerytkę ma w sobie bardzo wiele żywiołu, sporo sił, jest sympatyczna a poza tym ma oryginalne hobby, a mianowicie w swoim domu organizuje spotkania spirytystyczne. Zaprasza na nie pełniących ważne funkcje w Warbie, burmistrza, aptekarza, weterynarza , jednym słowem , liczące się w miasteczku postaci. 

Magda, która lubi ciotkę bardzo chętnie korzysta z propozycji ciotki, jaką jest podjęcie sezonowo pracy w miejscowej bibliotece. Lubi zarówno ciotkę jak i miasteczko, a dodatkowo jej przyjaciółka Dorota zapowiada się na przyjazd do gościnnego domu ciotki Walerii. 
Od samego początku wizyty okazuje się, że w miasteczku dzieje się coś niepokojącego. Magda wraz z Dorotą podejmie prywatne śledztwo, wzmożone tym bardziej gdy na jednym ze spotkań spirytualistycznych wydarzy się coś dramatycznego.
Napisana na wesoło książka, nie jakaś mega ambitna ale z poczuciem humoru. Jak już pisałam, mnie potrafiła zająć czas i rozbawić a Magdzie kibicowałam w jeszcze jednej sprawie, której zakończenie zresztą przewidziałam ale nie popsuło mi to lektury. 

Moja ocena to 4.5 / 6. 

nie wiem, co napisać …

…od niedzielnego wieczoru mam pustkę w głowie kiedy pomyślę o tym, co się stało. Po wczorajszej rezygnacji Jurka Owsiaka z zasiadania w Fundacji WOŚP okropnie się zmartwiłam. Tak, uważam, że nie ma ludzi niezastąpionych. Oczywiście, że WOŚP to ogromna praca wielu osób ale dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że siła napędowa czasem w postaci jednego człowieka odgrywa ogromną rolę.

Co do morderstwa na Panu Adamowiczu, wielu powiedziało już dużo, niektórzy powiedzieli chyba zbyt dużo. Ja nie będę tu pisać zbyt wiele, mam własne odczucia na temat tego, co się wydarzyło ale nie zamierzam tego wpisu zmieniać w to, co dzieje się w przestrzeni „dyskusji publicznej” ostatnich lat jak również w internecie.

Z całego serca natomiast Składam Wyrazy Współczucia Rodzinie Pana Pawła jak również wszystkim Mu bliskim osobom. Niewyobrażalna tragedia, która jak wiele razy pisałam u siebie na blogu, pokazuje, że los nie pyta nikogo „czy mogę zniszczyć twoją stabilizację i poczucie pewności, szczęście czy mam się wybrać do sąsiada bo widzę, że ty na to nie jesteś gotowy?”. Nie, tak się nie dzieje. Świat może się zmienić z sekundy na sekundę , jakkolwiek truistycznie teraz to brzmi. 

Rodzinie Pana Adamowicza mogę życzyć obecnie wiele, wiele spokoju, ciszy wokół, jedynie życzliwych ludzi wokół, którzy pomogą przejść przez to piekło. 

Coś złego , bardzo złego wydarzyło się w niedzielny wieczór , złego w bardzo wielu aspektach i rozmiarach sytuacji. Myślę, że dla pewnej rodziny świat już nigdy nie będzie taki sam ale dla wielu nas również , coś się nieodwracalnie stało i coś się bezpowrotnie skończyło.

Uprzedzam, mam od dawna monitorowanie komentarzy. W związku z tym tak, nazwę to po imieniu, nie dopuszczę komentarzy politykujących i zachęcających do nienawiści bądź dzielących nas Polaków na nas i ich. Tego dzielenia mamy na co dzień zbyt wiele, jak ktoś czuje potrzebę niech uprawia to na innym podwórku. Może się nawet nie pojawić w tym wpisie żaden komentarz, jeśli tak uznam, nie po to to napisałam aby się dodatkowo denerwować. 

o wdzięczności…

…słów parę.

Jakiś czas temu, w zeszłym roku, w dwóch niezależnych miejscach przeczytałam o dość znanym i starym sposobie na przypomnienie sobie, uświadomienie tego, że nasze życie składa się czasem z mniejszych, czasem z większych ale powodów, za które możemy być wdzięczni. W istocie, gdy człowieka dopadają gorsze chwile, dobrze jest sobie przypomnieć, że w przeszłości nie zawsze tak było. Sposób jest banalny, bierze się słoik, do którego w chwili gdy się czuje za coś wdzięczność, wrzuca się wypisany powód na kartce. Potem , najlepiej w Sylwestra, dobrze jest przeczytać owe karteczki ze słoika i przypomnieć sobie momenty, które sprawiły, że nasze życie stało się lepsze, w których to chwilach czuliśmy szczęście, radość itd. U mnie nie funkcjonuje słoik, jest metalowa skarbonka z modnym tego lata motywem lam. Karteczki pisałam dość późno. Końcówka roku mocno mnie zmogła, do powodów, za które mogę być wdzięczna siadłam dzisiaj. Okazuje się, że było za co dziękować losowi. Wdzięczna jestem i dziękuję za dwie znajomości, które mnie ubogacają. Za to, że mogliśmy w ubiegłym roku aż cztery raz odwiedzić ukochaną miejscówkę na Warmii, w tym raz z przyjaciółmi, których widujemy stanowczo za rzadko. Wiem, że są ludzie, którzy nie rozumieją, że kochamy to miejsce, dziwują się ogromnie „Ale jak to znów jedziecie w to samo miejsce?”. A my jesteśmy wdzięczni, za to, że je znaleźliśmy, że dobrze nam tam i z ludźmi i ze zwierzakami, a przede wszystkim, z samymi sobą. Ucieszyłam się, gdy jedna z ulubionych autorek sama zwróciła się do mnie z propozycją, że chciałaby abym zrecenzowała jej książkę i czy byłabym chętna? Pewne sprawy medyczne, których się bałam, a które okazały się w porządku. Czasem naprawdę drobne sprawy, rzeczy. Warto jest je sobie odnotowywać a potem faktycznie, przypomnieć. 
Rozpoczęłam nowy rok z notowaniem tego, co mnie radowało i co stanowi moje powody do wdzięczności. Zapisałam dwa smsy od dwóch różnych osób. Jedna oferowała, że gdybym miała tylko taką potrzebę, mogę do niej zadzwonić i porozmawiać, chociaż nie znamy się osobiści a wykazała się taką inicjatywą . Drugi to sms od kogoś, kogo znam a kto zauważył mój gorszy nastrój i też się odezwał z zapytaniem czy coś się nie dzieje. Niby drobiazg ktoś powie , niby oczywistość, a wszyscy wiemy, że przecież nie do końca. 

Chciałabym pod koniec tego roku aby karteczki wysypywały się z mojej skarbonki ale przede wszystkim życzę sobie samej umiejętności, jeszcze większej niż do tej pory, znajdowania tych powodów do wdzięczności w najmniejszym nawet drobiazgu. 

„Życie w średniowiecznym zamku”. Frances Gies, Joseph Gies.

Wydana w Znak Horyzont. Kraków (2017). Ebook. 

Przełożył Jakub Janik.

Tytuł oryginału Life in a Medieval Castle.

„Wzięło mnie” na epokę średniowiecza i dlatego zdecydowałam się sięgnąć po tę pozycję książkową (zaopatrzyłam się nawiasem mówiąc w promocji ebookowej w komplet). Tak więc tym razem poznając poszczególne dane dotyczące średniowiecznych zamków, dowiedziałam się o nich chyba wszystkiego. Począwszy od ich budowy i umiejscowienia w terenie, przez poznanie osób zamieszkujących zamki i okolice a skończywszy na obyczajowych kwestiach związanych z życiem w zamku i dotyczącymi mieszkańców i pracowników.

Lektura bardzo dobrze napisana, fakt, że to chyba klasyka, małżeństwo historyków, które faktycznie potrafiło napisać z pasją i zainteresować jakby nie było, laika, jakim jestem. Z pewnością nie jest łatwo odtworzyć realia i codzienność życia w miejscu, o którym przekazy pochodzą sprzed wielu wieków, ale w tej książce zdecydowanie się to udało.

Mnie zawsze najbardziej ciekawią realia życia codziennego, jaki tryb życia prowadzono, co jedzono, jak zajmowano gości , jak wychowywano dzieci. Sporo z tych interesujących mnie tematów wyczytałam w tej książce. 

Również po raz kolejny (po „Z czego się śmiano w średniowieczu?” Aleksandry Niedźwiedź) rozbito moje wyobrażenie na temat tego, jak postrzegano kobiety w tamtych czasach lub też, jak same kobiety zachowywały się często zgoła odmiennie od tego, co do tej pory sądziłam. O wiele bardziej prężnie i zdecydowanie potrafiły pokazać, że mają własne zdanie. 

Ominęłam wzrokiem rozdział o polowaniach. Niewątpliwie stanowiący ważną część życia w tamtych czasach ale nie bardzo miałam na to ochotę. 

Jeśli więc ciekawi Was ta epoka, chcecie dowiedzieć się o życiu codziennym, czasach pokoju i wojny, przygotowywaniu się do bycia rycerzem i pasowaniu na nim, a także o roli i odbiorze kobiet w średniowieczu, zachęcam zdecydowanie do lektury „Życia w średniowiecznym zamku”. 

Moja ocena to 6 / 6. 

Podsumowanie książkowe

Po pierwsze, Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku 2019 !!! Szczęśliwego i Spokojnego (ci, którzy mnie znają, wiedzą, o co mi chodzi, NIE o nudę) roku, wypełnionego dobrymi chwilami, zdarzeniami i tylko życzliwych i serdecznych osób wokół.

Niestety, mój rok miniony nie rozpieszczał mnie a końcówkę zafundował mi naprawdę niemiłą. Tym bardziej liczę na to, że 2019 rok jednak mi to wynagrodzi, bo tak, zdecydowanie na to zasługuję. I potrzebuję ogromnie. 

Chciałabym jednak mimo, że nie mam siły , zrobić nie tyle podsumowanie książkowe (patrząc na to, jakie robią inni ) co wymienić ku zapamiętaniu , te tytuły, którym podarowałam notę 6 czyli najwyższą. 

Są to, wymieniam od stycznia, „Angielka” Katherine Webb, „Kolekcja nietypowych zdarzeń” Toma Hanksa, „Zbyt piękne” Olgi Rudnickiej. Następnie „Manufaktura codzienności” Joanny Matusiak, „Arystokratka na koniu” Evzena Bocka, „Historia Adeli” Magdaleny Knedler, „Kłopoty mnie kochają” Joanny Szarańskiej, „Szeptać” Huberta Fryca, „Ogród Zuzanny”, duetu Jagny Kaczanowskiej i Justyny Bednarek, „Purezento” Joanny Bator (ogromnie polecam). Kolejne to : „Dziewczyna we mgle” Donato Carrisiego, „Drugie dno” Jolanty Kosowskiej, „Życie bez ciebie” Katie Marsh(ciekawe, kompletnie nie pamiętam o czym była ta książka), „Nocna runda” Lee Childa, „Ktoś ci się przygląda” Katarzyny Misiołek, „Moje wielkie ruskie wesele” Anny Mandes-Tarasov (niech Was nie zniechęci tytuł, treść zdecydowanie warta przeczytania), „Zaklinaczki” Marioli Zaczyńskiej. 

Następnie zachwyciły mnie „Grzywa” Ewy Nowak, „Mama jest tylko jedna, a tu mamy wszystkie” R. Diaz Reguery, „Koniec i początek” Manuli Kalickiej, „Błoto” Hillary Jordan, „Kobiety w blasku słońca” Frances Mayes, „Lawenda w chodakach” Ewy Nowak , „Winne Wzórze. Wiara” Doroty Schrammek, „Będziesz na to patrzył” Magdy Rem, „Reguła nr 1” Marty Guzowskiej, „Wszystkie kochanki mojego taty” Manuli Kalickiej, „Tatuaże podświadomości” Grażyny Mączkowskiej, „Dziecko w wieku przedszkolnym. Zabawne przygody odważnego taty” M. M. Cabicara, „Babcia rabuś” Davida Walliamsa, „Uczucia zakęte w kamieniu. Stacja Jagodno” Karoliny Wilczyńskiej, „Kości proroka” Ałbeny Grabowskiej, „Na tropie Anny” Aleksandry Kowalskiej, „Gospoda pod Bocianem” Katarzyny Drogiej,”Dwanaście niedokończonych snów” Nataszy Sochy, „Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca” Katarzyny Drogiej, „Dziewczyna z gór” Małgorzaty Wardy, „Małe ogniska” Celeste Ng, „Deszczowe ptaki” Clarissy Goenawan, „Owoc granatu. Dziewczęta wygnane” i „Owoc granatu. Kraina snów” Marii Paszyńskiej, „Zapisane w chmurze” Beaty Majewskiej, „Równonoc” Anny Fryczkowskiej. Kolejne, które oceniłam na 6 gwiazdek, to „Okruchy dobra” J. Kaczanowskiej i J. Bednarek, „Pokój kołysanek” Nataszy Sochy, „Miłość na gwiazdkę” Colleen Wright, „Wędrowcy” Joanny Papuzińskiej, „Morderstwo na Święta” Francisa Duncana, „Mimochodem o chodzeniu” Szymona Augustyniaka i ostatnia czytana w minionym roku przeze mnie książka, „Z czego się śmiano w średniowieczu” Aleksandry Niedźwiedź, która to nawiasem mówiąc okazała się jedną z najlepszych czytanych przeze mnie książek roku 2018. 

Ogólnie nie jest źle. Naprawdę wiele książek podobało mi sie bardzo.  W sumie w minionym roku przeczytałam 126 książek, nie zamierzam się tłumaczyć z sumy, nie pocieszę kogoś, że nie mam życia osobistego , że aż tyle czytam ani nie zamierzam się kajać. Czytam ile czytam, zdaję sobie sprawę, że wiele osób większość tego co czytam uważa za nieważną i mało ambitną lekturę. Z tego również rachunku sumienia robić nie zamierzam. Czytam to co mnie sprawia przyjemność, nikogo na siłę nie nakłaniam. Jeśli ktoś ma potrzebę czytania lektur ambitniejszych, niech po nie sięga, oczywiście. Mnie jest dobrze tak, jak jest. 

Z postanowień, jakie mam, czytać więcej książek historycznych (strasznie mnie w końcu roku wciągnęła epoka średniowiecza) i może nareszcie sięgnąć po „Czarodziejską Górę” Manna.