” Z czego się śmiano w średniowieczu?”. Aleksandra Niedźwiedź

Wydana w Histmag.org . Warszawa (2018). Ebook.

Powiem tak, ta książka okazała się jedną z najlepszych, jakie czytałam w mijającym już roku 2018. Zupełnie niespodziewanie „wskoczyła” na podium. Cieszę się, że trochę nie do końca zadowolona z wcześniejszej lektury „Życia miasta średniowiecznego” Henryka Samsonowicza, nie zaniechałam czytania czegoś o tych czasach a wręcz zostałam przy tej epoce. 

Książka Aleksandry Niedźwiedź okazała się bowiem niesamowicie ciekawa i wciągająca. To książka o dziejach dawnych, ale dotykająca historii sztuki a konkretnie wycinku tejże dotyczącej tego, co stanowiło w średnich wiekach powód do śmiechu. Ku memu zdziwieniu, okazało się, że właściwie niczym nie różnimy się z przodkami jeśli chodzi o poczucie humoru. 

Autorka skupia się zarówno na źródłach pisanych jak również na architekturze. Poszczególne rozdziały książki okraszone są zdjęciami czy to starodruków czy detali architektonicznych z odniesieniem do konkretnych opisów w tekście, co powoduje, że nawet osoba, dla której historia sztuki to jedynie zainteresowanie, spokojnie odnajdzie to, o co chodzi w tekście. Aleksandra Niedźwiedź opisuje też działalność trup artystycznych czy też wydarzeń , nazwijmy to , para teatralnych , mających miejsce głównie w okresie Karnawału, kiedy to na więcej zdecydowanie sobie pozwalano. 

Co mnie osobiście zaskoczyło? To, że śmiano się z podobnych spraw jak dziś, o tym już wspomniałam. Kolejnym zaskoczeniem było to, że przodkowie nasi, chyba wbrew temu co powszechnie o nich sądzimy, w żartach swoich byli mocno dosadni, żeby nie określić ich wulgarnymi. 

Ale, do rzeczy, z czego się śmiano? Z tego, co dziś, czyli z ludzkich przywar, słabości, ale również, z mizoginii czy uprzedzeń. Właściwie nic nowego. Wyśmiewano ludzi żerujących na ludzkiej naiwności, nie omijano a wręcz bywa, że dotykała go wzmocniona krytyka, kleru. W czasach, gdy plagi i zarazy potrafiły z tygodnia na tydzień zdziesiątkować miasto, ludzie potrzebowali (podobnie jak dziś zresztą), czegoś, co odwróci myśli chociaż na chwilę i sprawi, że zwyczajnie się uśmiechną czy zaśmieją. 

Osobno autorka potraktowała fakt tego, co nas obecnie śmieszy a co wówczas śmieszne na pewno nie miało być jak chociażby pisane w wartościowych wówczas bardzo księgach klątwy mające przestraszyć czy odstraszyć potencjalnych złodziei. Omówione są też rodzaje scenek, przedstawień czy występów. Wreszcie, w końcu książki, autorka zwraca naszą uwagę na detale architektoniczne czy to w postaci rzygaczy, detali na zewnątrz budowli sakralnych ale również w ich wnętrzach , chociażby na stallach.Wyjmujący sobie drzazgę z nogi mężczyzna, wykuty na fasadzie katedry w Wells zapewne zapadnie mi na zawsze na pamięć i budzić będzie uśmiech wspomnienia. 

Ogromnie się cieszę, że jakiś czas temu skusiłam się na promocję ebooku w którejś z księgarni ebookowych, albowiem w innym przypadku ominęłaby mnie wspaniała lektura.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Życie miasta średniowiecznego”. Henryk Samsonowicz.

Wydana w Wydawnictwie Poznańskim . Poznań (2017). Ebook.

Po „Życie miasta średniowiecznego” sięgnęłam ze względu na zainteresowanie tematem ale również dlatego,że w odległych czasach studenckich uczęszczałam na wykłady pana profesora. 
Książka ta jest wznowieniem po trzydziestu latach, niestety, nie obyło się bez dość poważnego błędu (podejrzewam, że na etapie korekty ), mamy bowiem podczas próby wyznaczenia granic dawnego miasta w obrębie dzisiejszej Warszawy, wspomniane miejsca, które już nie istnieją na mapie (Plac Dzierżyńskiego zamiast obecnego Placu Bankowego). 
Podzielona na dziesięć rozdziałów i solidnie opracowaną bibliografię odnoszącą się do poszczególnych rozdziałów, wprowadza nas w świat średniowiecznego miasta poruszając kwestie takie jak wygląd i ewolucję miasta, pracę w miastach, poziom życia czy kultura umysłowa mieszkańców miasta średniowiecznego. 

Nie ukrywam, że po lekturze odczuwam coś w rodzaju niedosytu i to całkiem sporego. Owszem, to książka pisana przez historyka, ale oczekiwałam chyba nieco więcej szczegółów z życia i funkcjonowania miast średniowiecza. Dalej nie wiem do końca jaka była średnia życia mieszkańców miast i z czego mogła wynikać, jakie rozrywki preferowano w tamtych czasach. Nie, nie oczekiwałam treści bardzo popularnej , wiem, że to jednak książka naukowca ale nie ukrywam, że mam potrzebę pogłębienia tematu (już poczyniłam ku temu kroki). 

Bezsprzecznie „Życie miasta średniowiecznego” napisana jest w sposób bardzo przystępny dla czytelnika ale jak dla mnie zabrakło paru istotnych kwestii, oczekiwałam chyba więcej opisów społeczeństwa i pewnego rodzaju analizy tegoż w mieście. Jednak jako wstęp do zapoznania się z tematem i początek dalszego zgłębienia tematyki uważam, że książka ta nadaje się bardzo dobrze.

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Mimochodem o chodzeniu”. Szymon Augustyniak.

Wydana w Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2018). Ebook.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Dawno, dawno temu, nie nie żyła sobie piękna królewna, którą z opresji ratował smok, a ja wraz z Mężem polubiliśmy chodzenie. Tradycją stało się nasze cowieczorne wyjście i spacer, nawet nie bardzo długi ale regularny. Potem, kiedy pojawił się Syn, nieśpiący w domu zbyt chętnie, brałam wózek z dzieckiem, które wietrząc ruch zasypiało już w windzie, czytnik, załadowany dobrymi lekturami i chodziłam, chodziłam, chodziłam. Było, że ponad trzy godziny dziennie wychodziło na ten chód. Chód, to mój, nie wiem czy trafnie to nazwę , sport, jeśli już muszę to określać w ten sposób. A najbardziej po prostu jedna z bardziej lubianych przeze mnie czynności. W dalszym ciągu wolę się przejść niż jechać, chociaż obecnie mam na to jednak nieco mniej czasu. 
„Mimochodem o chodzeniu” od razu zwróciło moją uwagę swoim ciekawym tytułem i od razu wiedziałam, że chcę ją przeczytać. 

Książka stanowiła dla mnie (bardzo przyjemne) zaskoczenie. Nie wiem, czego się spodziewałam ale chyba nie tego, co otrzymałam. Myślałam, że będzie głównie o chodzeniu w kontekście sportu właśnie i wpływu chodu na zdrowie (o tym oczywiście również zostało w książce wspomniane ) ale autor ujął to zagadnienie w szerszym spektrum.

Oto bowiem w kontekście chodzenia zapoznał nas i z historią obuwnictwa (mnie zaciekawiły opowieści o popularnych firmach produkujących obuwie sportowe) ale i z innymi „gatunkami” chodu takimi na przykład jak pielgrzymowanie. Czymże bowiem to nie jest jak nieustającym i intensywnym chodem? Mamy więc opowieści o pielgrzymach, i tych zwykłych i tych sławnych.

Poruszony jest temat turystyki pieszej. Jest też rozdział o sławnych podróżnikach, którym chód pomagał przemierzać świat i poznawać nowe lądy. Ba, kartografowie i geografowie wspomagając się chodem nanosili na mapy korekty bądź wyznaczali nowe lądy. Ciekawy rozdział stanowi rozdział dotyczący kobiet podróżniczek. Opowieść o Mary Kingsley , która pod koniec dziewiętnastego wieku ubiegłego stulecia zwiedziła niemały kawałek świata to pomysł na osobną książkę o ciekawej postaci (zresztą, kto wie, być może takowa powstała?).

„Mimochodem o chodzeniu” to według mnie wspaniała książka, uzupełnienie hobby dla osób, które ulubiły sobie chód jako formę swojej aktywności i które, gdy inni mijają je na rowerach bądź truchtem, idą spokojnie noga za nogą mogąc po drodze podziwiać widoki i krajobrazy. Myślę, że również jest w stanie zaciekawić kogoś, dla kogo akurat nie ta aktywność fizyczna jest ulubioną. 

Moja ocena tej książki to 6 / 6.

Życzenia Świąteczne

Zdrowych i Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w gronie Najbliższych życzę wszystkim stałym czytelnikom blogu jak i tym, którzy trafią nań przypadkiem.

Zapomnijmy o swarach i głupotach, cieszmy się chwilami spędzonymi z naszymi najbliższymi. Truizm, że nie umyte okna a bliscy , których obecnością się cieszymy, chyba nie wymaga podkreślenia ale być może ? A wiec, powtórzę, czyste czy brudne okna są nieważne, ważne, jeśli mamy tych bliskich, z którymi możemy się podzielić Opłatkiem wigilijnym.

Jeśli ktoś chce mi życzyć czegoś, to prosiłabym o życzenia Zdrowych i Spokojnych Świąt a także Zdrowia dla mnie i moich bliskich. Szczerze, to nic więcej mi nie potrzeba.

 

jeszcze …

…osiem dni do Wigilii. Czas leci. A dopiero co myślałam , że to jeszcze pół roku do lubianego tak przeze mnie czasu Świąt Bożego Narodzenia. 

Kartki z życzeniami wysłane, kilka już otrzymanych. Charytatywny kiermasz w placówkach oświatowych, do których uczęszcza Jaś, odbył się tydzień temu. Tym razem zbieraliśmy pieniądze na operacje umożliwiające lepsze życie małej Zosi, udało się wspaniale, 40 tysięcy złotych zebrane. Jak na dość w sumie ciągle kameralną imprezę to niesamowite. Widać, co krzepi, że w ludziach generalnie jest dużo dobra i że trzeba tylko umieć ich zmobilizować i do czynienia tego dobra nieco ukierunkować. Tak czy inaczej, w tym roku na aukcji wylicytowałam książkę „Cztery płatki śniegu” Joanny Szarańskiej wraz z piękną dedykacją Autorki, obraz z kwitnącymi magnoliami ! i trzy przedmioty z Chin, z Szanghaju, z roku 80 ubiegłego wieku, bardzo ładne rękodzieło i taka faktycznie sztuka. Super. Pasuje w sam raz do naszej gablotki , w której jest i kącik słoni i zdjęcia z wakacji i kolekcja ikon przywieziona z Grecji i laleczki kokeshi.

Dzisiaj zrobiliśmy też wyprawę po choinkę do położonej nieopodal szkoły roślin. Sporo już ludzi, głównie z dziećmi. Jaś wybrał wśród świerków kłujących (potwierdzam, kłuje !:) ).

Choinka już ubrana. U nas jak zwykle kolorowa ogromnie, mnóstwo światełek, ozdób, bombek. Z roku na rok przybywa wykonanych przez Jasia ozdób, to też cieszy na drzewku. Nie ma to jednak jak zapach choinki w domu. Jaś to już tydzień temu na kiermaszu chciał choinkę, bo tam między innymi ubrane choinki można było wylicytować, więc i tak sukces, że udało się wyprawę zorganizować dziś.

W różnych konkursach biorę udział, w niektórych nawet udaje mi się wygrać,co cieszy. W paru miejscach widziałam powtarzające się pytanie o „Najgorszy prezent, jaki dostałaś, dostałeś w życiu”…A dlaczego, ja się pytam, nikt nigdy nie pyta się o najlepszy prezent? Naprawdę lepiej jest narzekać? Nie mówię, że nigdy nie dostałam beznadziejnego prezentu ale szczerze, to było to raz, serio, tak to naprawdę więcej razy się nie zdarzyło, a może ja się nie skupiałam na analizowaniu, z tym jednym wyjątkiem kiedy prezent faktycznie był dziwny i nie pasujący do wieku chociażby mojego. 

A z tych najlepszych, to mam dwa i o nich opowiem. Oba są od P. Pierwszy otrzymałam jeszcze od P. jeszcze w czasach przednarzeczeńskich , bardzo szybko po tym jak się poznaliśmy. P. wiedział,że marzyłam o choince. Ale moja Mama stwierdziła, że jestem już na tyle duża 😛 , że choinki mieć nie muszę, wystarczy jakiś stroik. No i pamiętam jak dziś, na dwa dni przed Wigilią, pastowałam podłogę, kiedy dzwonek do drzwi. Idę otworzyć a tam P. z …a jakże, choinką w ręku. Tak się wzruszyłam, że się aż wtedy popłakałam. To był mój najlepszy gwiazdkowy prezent. Potem był drugi prezent, już po Ślubie, drugie Święta tu na nowym mieszkaniu już spędzane. Również związany z choinką. Podchodzę sobie do niej, patrzę a wśród ozdób i gałązek siedzi sobie Mikołajek. Było to pudełko z przyjemną biżuteryjną zawartością, pierścionkiem, ale sam pomysł umieszczenia pudełeczka wśród gałązek był bardzo sympatyczny i sam prezent nie dość, że bardzo lubię i noszę do dziś to dodatkowo miło wspominam. 

Może zechcecie mi również napisać jaki był Wasz najlepszy prezent, właśnie nie najgorszy (nie narzekajmy , za dużo narzekania wokół ) a najlepszy jaki otrzymaliście? A może to Wy byliście dla kogoś takim Mikołajem, który sprawił komuś jego najlepszy prezent? Pochwalcie się, to fajne opowiadać o miłych sprawach. 

„Tylko jeden wieczór”. Krystyna Mirek.

Wydana w Edipresse Książki. Warszawa (2018). Ebook.

Podejrzewam, że spora część czytających to osób dzień rozpoczyna od sprawdzenia na telefonie komórkowym, czy otrzymały email, jakąś wiadomość, co słychać w mediach społecznościowych itd. Jakaś część osób wśród tego przeglądu uwzględnia być może serwisy plotkarskie omawiające z zacięciem życie , sukcesy i porażki tak zwanych celebrytów. Do grona tychże bez wątpienia zalicza się bohaterka książki „Tylko jeden wieczór”. Sylwia Nowak, powszechnie znana jednak pod pseudonimem Amelia Diamond. Od paru lat jedna z najbardziej popularnych aktorek serialu o samotnej mamie wychowującej dzieci z uśmiechem i bez żadnego narzekania, nawet jeśli los rzuca jej kłody pod nogi. Bohaterka grana przez Amelię Diamond radzi sobie z przeciwnościami a sam serial przekonuje, że najważniejsze wartości na świecie to rodzina, dobro i miłość bliskich. 

Sama aktorka od lat skutecznie utrzymuje w mediach obraz samej siebie jako osoby niemal idealnej. Kochającej żony i matki. Mało kto wie, że za fasadą pięknej obdarzonej długimi rudymi puklami, zgrabnej kobiety skrywa się pełna problemów i kompleksów osoba. Sylwia Nowak wpadła bowiem w sidła popularności i nie ukrywajmy, wygody wynikającej z tego, że nareszcie udaje jej się zarabiać naprawdę dobre pieniądze. Ten wykreowany przez nią i jej współpracowników obraz jest jednak puszczony w świat i tak naprawdę to sama aktorka staje się jego niewolnicą. Gdyż tak naprawdę jej życie w ogóle nie wygląda idealnie. Małżeństwo od paru lat jest na skraju przepaści, mąż godzi się co prawda występować z nią uśmiechnięty na tak zwanych „ściankach” ale liczy sobie za to niezłą stawkę. Z własnymi dziećmi, dwunastoletnią Sarą i czternastoletnim Kacprem, Sylwia widuje się coraz mniej, bo dzieci oczywiście chodzą do najlepszej szkoły po której mają masę zajęć pozalekcyjnych. 

W biurze, w którym wynajmuje gabinet aktorka , pracuje pani sprzątająca, Zofia. To jej losy równolegle poznajemy w tej książce. Zabieg został zastosowany celowo a przynajmniej ja to tak odbieram. Mamy bowiem skontrastowane dwie kobiety i dwie postawy życiowe. Sylwii, której bieda tak dała się we znaki, że nie zawahała się uczestniczyć w castingu na rolę główną do serialu, który wygrała, ale za to ma coraz gorzej funkcjonującą rodzinę. I Zosi, która dla odmiany nie zarabia nawet promila tego, co Sylwia ale za to ma wokół siebie kochających bliskich, kilkoro dzieci , kochającego męża, liczne grono wnucząt. Jak dla mnie to zestawienie było trochę niepotrzebne, nie do końca chyba lubię takie wprost przypominanie mi, co jest najważniejsze w życiu i jakie priorytety powinno się wybierać. Tym bardziej, że autorka wcale nie przekreśla swojej bohaterki, jaką jest Sylwia. Ba, autorka nawet rozumie, dlaczego tak naprawdę w życiu Sylwii stało się tak jak się stało i nie zsyła na nią jakiejś wielkiej kary.

Wracając jednak do naszej bohaterki. O tym, jak kiepsko wiedzie się jej z bliskimi może pokazać fakt, że od lat nie utrzymywała kontaktu z własną siostrą. A aktorkę poznajemy w dniu tuż przez pogrzebem owej siostry. Która to siostra zostawiła po sobie trzynastoletnią córkę, Julkę. Którą to z dnia na dzień przyjdzie się zająć właśnie nikomu innemu jak Sylwii. Początkowo podchodzi ona do tego z wielką niechęcią ale oczywiście , czego nie robi się dla swojego idealnego wizerunku. Julka zostaje więc zaproszona do domu-twierdzy Amelii Diamond na Wigilię i Święta a potem? Potem to już Sylwia wymyśli gdzie wysłać siostrzenicę. Los jednak ma wobec całej rodziny aktorki zupełnie inne plany, o czym wszyscy szybko się przekonują. 

Pomimo, że jak już wspomniałam, w książce poznajemy rodzinę zarówno popularnej aktorki jak i pani Zosi, przyznaję, że dla mnie wątek życia aktorki był o wiele bardziej ciekawszy i, co interesujące , o wiele, wiele lepiej napisany niż wątek rodziny pani Zosi. To właśnie wątek Amelii Diamond był prawdziwy, bardzo trafnie oddana była pułapka popularności i sławy, w którą łatwo jest wpaść gdy nareszcie bez problemu można zapłacić rachunki i mieszkać w przyzwoitym metrażu. Według mnie przejmująco prawdziwie udało się oddać Krystynie Mirek samotność wśród ludzi a jednak obok ludzi Sylwii, która pogubiła się we własnych decyzjach i we własnym życiu. Ten wątek jest prawdziwy i życiowy i tak, napisany w sposób, który mnie dogłębnie poruszył. Sielanka i idylla domu pani Zosi skontrastowana z przepychem ale samotnością Amelii Diamond jakoś aż tak nie budziła mojego zainteresowania. 

Podobało mi się też zakończenie, przewrotne i mówiące o tym, że gdy dzieje się coś, co budzi nasz sprzeciw,  czasem warto jest zamiast narzekania przyjrzeć się temu co się dzieje i być może uznać narzucone przez los zmiany za coś najlepszego , co nam się mogło wydarzyć. A przynajmniej za krok w lepszym kierunku.

Moja znajoma określiła „Tylko jeden wieczór” Krystyny Mirek najlepszą dotychczas napisaną przez autorkę książką. Muszę przyznać, że o ile chyba nie oceniam tej książki jako najlepszą , to faktycznie muszę powiedzieć, że jest to bardzo dobra książka, mówiąca o tym, co tak naprawdę powinno być ważne dla nas i w naszym życiu. Literatura wpisująca się ze względu na czas, w którym dzieje się akcja książki, w nurt książek świątecznych ale tak naprawdę jej akcja mogłaby się dziać w każdym innym czasie. 

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6. 

„Tajemnica pod jemiołą”. Richard Paul Evans.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2018). Ebook.

Przełożyła Hanna de Broekere. 

Tytuł oryginalny „The Mistletoe Secret”.

To trzecia z cyklu „Pod jemiołą” książka tego autora. O dwóch poprzednich pisałam w dwóch wpisach, o książce „Hotel pod jemiołą” i o książce „Obietnica pod jemiołą”. 

„Tajemnica pod jemiołą” to jak już napisałam trzecia i ostatnia część jemiołowego cyklu. Pomimo, że łączy je motyw Świąt Bożego Narodzenia (jednak nie determinuje on treści) i tytułowa jemioła, śmiało można czytać je niezależnie. 

Ja odkąd wczesną jesienią dowiedziałam się o tym, że się ukaże, bardzo na nią czekałam bo dwie poprzednie czytało mi się bardzo dobrze i chciałam przeczytać i kolejną część. Mikołaj chyba czytał mój ówczesny wpis na blogu o mających się ukazać książkach z motywem Świąt bo oto zupełnie niespodziewanie ta książka została mi sprezentowana 🙂 

Narrację prowadzi Alex Bartlett, trzydziestodwulatek po rozwodzie. Alex czuje się rozgoryczony ale wciąż chyba coś czuje do byłej żony. Jego najlepsi przyjaciele martwią się tym i namawiają go na to aby zaczął spotykać się z innymi kobietami a również aby zapisał się do serwisu randkowego. Co też Alex czyni ale przy tej okazji, surfując po internecie, odkrywa niezwykły blog. Blog prowadzi samotna kobieta, mająca najwyraźniej chęć pozostać nierozpoznaną, bowiem jest jedynie na blogu zarys kobiecej sylwetki i podpis widniejący pod każdym z wpisów czyli LBH. Alex z zainteresowaniem zaczyna czytać wpisy kobiety bowiem dotyczą one tego, co on sam zna z autopsji aż za dobrze, a mianowicie samotności i wszystkiego tego, co jest z tym pojęciem związane. I, tak, chociaż brzmi to może dość dziwnie, postać LBH tak go intryguje, że powoli poznając jej myśli i refleksje, zakochuje się w niej. 

Mając do dyspozycji niewiele danych takich jak opis miasteczka, w którym żyje i pracuje tajemnicza kobieta jak i kilka dosłownie drobnych wskazówek, Alex typuje miasteczko, w którym może mieszkać LBH i na chwilę przed Świętami Bożego Narodzenia trafia do owej mieściny niedaleko Utah aby rozpocząć swoje prywatne śledztwo mające na celu odnalezienie LBH.

Tak, to kolejna opowieść tego autora, która nie epatuje grozą i nieszczęściami. To w końcu część, która, cóż, jest dość przewidywalna i nie ma w niej zbytnich zaskoczeń czy niespodzianek. Mniej więcej domyślamy się jak się skończy cała ta historia. Ale szczerze mówiąc, nie jest to z mojej strony zarzut, sięgając po książki Evansa na to właśnie liczę i tego oczekuję. 

Gdybym miała określić „Tajemnicę pod jemiołą” paroma słowami, byłyby to delikatność, czułość, subtelność. Nie jest pewnie zbyt odkrywcza główna myśl książki czyli to, że samotność nie jest dobrym stanem dla człowieka. Stanem, który wpływa na życie i zdrowie człowieka. Ale też czytając wiemy, że ten stan skończy się niebawem przynajmniej w dwóch przypadkach.

Ciepła, optymistyczna książka kończąca ten cykl Evansa, którą oceniam podobnie jak dwie poprzednie na 5 / 6. 

„Morderstwo na Święta”. Francis Duncan.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2018). Ebook.

Przełożył Tomasz Bieroń.

Tytuł oryginalny Murder for Christmas.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Jaki ja świetny kryminał właśnie co przeczytałam ! Miałam najwyraźniej „nosa” do tego aby na lekturę tej książki się zdecydować pomimo, że nazwisko autora jest mi całkowicie obce. Ba, w chwili gdy sięgnęłam w czeluści internetu nie znalazłam najpierw nic na jego temat, dopiero życzliwe dusze podpowiedziały, że jest to pseudonim Williama Waltera Franka Underhilla. Tego autora również nie znam ale muszę przyznać, że „Morderstwo na Święta” jest świetnym początkiem znajomości z tym autorem, zwłaszcza, że jest to o ile dobrze rozumiem, druga część cyklu kryminalnego z bohaterem, jakim jest Mordecai Tremaine. To detektyw amator, ongiś prowadził trafikę, teraz wspomaga w wolnej chwili policję bądź zwyczajnie, sam prowadzi indywidualnie śledztwo gdy zbrodnia dzieje się obok niego. 

Piękna, stara posiadłość o nazwie Sherbroome House, którą właściciel nabył od poprzedniego właściciela, którego nie było stać na jej utrzymanie, grono kilkunastu osób , do tej pory tradycyjnie spędzających Święta Bożego Narodzenia wspólnie za sprawą jowialnego i uwielbiającego Święta właściciela Benedicta Grame’a. I nagle, w tej całej sielance , w nocy z Wigilii na pierwszy dzień Świąt dzieje się zbrodnia. Morderstwo konkretnie mówiąc. Brzmi trochę jak kryminał Agathy Christie? Muszę przyznać, że tak, że uczucie podobieństwa tego kryminału do kryminałów Christie towarzyszyło mi podczas całej lektury, niemniej jednak nie odczuwałam żadnej wtórności czy co gorzej, plagiatu. Po prostu kiedyś chyba te kryminały pisano jednak nieco inaczej, chyba mniej było w nich brutalnej rzeźni a więcej zbrodni z motywem , najczęściej psychologicznym , dotyczącym przeszłości czy wydarzeń dziejących się kiedyś w danym domu. Nie wiem jak Wam, mnie to pasuje ogromnie, w końcu nie bez powodu jestem miłośniczką kryminałów autorstwa Agathy Christie. 

Wróćmy jednak do „Morderstwa na Święta”. Grono osób , jakie ma zamiar razem świętować, jest raczej stałe, ale kilkoro osób , w tym Mordecai Tremaine, zaproszono po raz pierwszy. List, jaki Tremaine otrzymał wraz z zaproszeniem na Święta skreślony został ręką sekretarza i oddanego przyjaciela gospodarza, Benedicta Grame’a. Nicholas Blaise zaprasza Tremaine’a nie tylko dla samego wspólnego celebrowania uroczystości organizowanych przez Grame’a z ogromnym rozmachem ale również dlatego, że przeczuwa, że coś dziwnego i złego dzieje się w posiadłości. Sława Mordecaia najwyraźniej dotarła i do Sherbroome House, skoro Tremaine zostaje zaproszony w celu zorientowania się w sytuacji.

Jak już wspomniałam, gospodarz uwielbia Święta i całą tą otoczkę. Sprasza do siebie na ten czas znajomych i przyjaciół, organizuje wystrój posiadłości, smaczne jedzenie, gry towarzyskie tak aby nikt nie czuł się wykluczony. W jednym z pomieszczeń ustawia piękną choinkę z ozdobami cieszącymi oko, a w Wigilijny wieczór bądź właściwie już noc, ma zwyczaj w przebraniu Świętego Mikołaja rozwieszać na choince prezenty dla każdego z gości tak by bawiący u niego długo wspominali owe niezwykłe Święta. I tak zapewne jest bo nikt nie dworuje sobie z gospodarza, który na czas Bożego Narodzenia odnajduje w sobie wewnętrzne dziecko. 

Niemniej jednak przeczucia sekretarza Benedicta jak i ogólnie dziwna atmosfera, jaką odczuwa po przybyciu do posiadłości Tremaine najwyraźniej nie były jedynie wymysłem. Otóż w wigilijną noc, na przełomie z pierwszym dniem Świąt pod ową piękną, ozdobioną świecidełkami choinką, znaleziona zostaje ofiara ubrana w strój Świętego Mikołaja. 

Zdarzyła się więc zbrodnia, co właściwie wydaje się dziwić nie taką sporą ilość osób. Posiadłość zostaje początkowo odcięta od świata, goście nie mogą jej opuszczać a policja rozpoczyna śledztwo. Policyjne śledztwo toczy się jedną drogą, a drugą toczy się prywatne śledztwo Mordecaia Tremaine’a. Nie jest lekko. Mordecai szybko orientuje się, że nikt tu nie jest do końca szczery, ba, właściwie to niemal każdy ze świętujących ma jakieś większe bądź mniejsze tajemnice i sekrety, które nie mogą wyjść na jaw. Pilnie strzeżone ale nie na tyle aby wraz z upływem czasu Tremaine nie zaczął ich poznawać. 

Postać detektywa amatora jest bardzo sympatyczna. To starszy pan, w typie miłego dziadziusia, z wiecznie zsuwającymi się z nosa binoklami. Przyznaję, może to mylić. Jednak w tej poczciwie wyglądającej postaci drzemie mądry i sprytnie kojarzący fakty śledczy, który umie powiązać ze sobą różne wydarzenia, padające wcześniej słowa czy wyznania i skonstruować z tego logiczną całość a co za tym idzie, dojść prawdy. 

„Morderstwo na Święta” to świetny kryminał w starym, dobrym stylu. Kto z Was ma chęć przenieść się wraz z Mordecaiem Tremainem do angielskiej, starej posiadłości i wraz z nim rozwiązać zagadkę, zdecydowanie powinien sięgnąć po tę książkę. Dla mnie samej plusem było to, że niemal do ostatniej strony nie domyśliłam się tego, kto jest sprawcą więc dla autora ogromny plus i ukłon w jego stronę bo to właśnie w dobrym kryminale sobie cenię.

Polecam !

 

Moja ocena to 6 / 6.