…do tego wpisu sprowokowały mnie regularne wejścia (widzę przecież w statystykach kto , skąd i z czym do mnie zagląda) z tym hasłem i ogólnie z hasłami dotyczącymi chorób i nieprawidłowych zachowań kanarków.
Postanowiłam napisać coś do właścicieli tych pięknych ptaków po tym, jak widzę, czego ludzie szukają.
Kieruję to do tych, którzy swoje kanarki naprawdę kochają, nie do tych, którzy mają je dla zysku, bo ci pewnie i tak niespecjalnie się tym przejmą.
Otóż, drodzy właściciele kanarków. Jak zapewne wiecie, każdy z nas po jakimś czasie "uczy się" swojego pupila. Jego zachowań, jego przyzwyczajeń i humorków. Na przykład ja wiem, kiedy mogę zabrać basen, bowiem nasz Sówka wyraźnie mnie o tym informuje.
Dlatego też doskonale zaczynamy widzieć, kiedy z pupilem zaczyna dziać się coś złego, niedobrego, niepokojącego.
Rozumiem etap poszukiwań w necie czegoś na temat owego niepokojącego zachowania pupila bowiem sami w pewnym momencie w necie szukaliśmy potwierdzenia (niestety) obaw, że jest coś nie tak.
Natomiast mój apel polega głównie na nawoływaniu, aby z chorym kanarkiem nie czekać zbyt długo. Nie ma co czekać aż choroba sama minie (bo nie minie) ani bo może przejdzie (bo nie przejdzie). Czy kiedy wasze dziecko choruje, też czekacie, aż mu przejdzie? Czy kiedy wy sami czujecie się źle też czekacie aż po prostu wam minie choroba? Nie. Idziecie do lekarza aby zasięgnąć specjalistycznej rady i otrzymać pomoc.
Pamiętajcie, że ten mały ptak jest praktycznie zdany tylko na was i waszą opiekę i odpowiedzialność.
Nie chcąc być posądzoną o reklamę gabinetu, w którym bywamy od lat i któremu ufamy, dodam, że jeśli ktoś z Was jest z Warszawy i jeśli jest zainteresowany, to może do mnie napisać (email jest podany na górze bloga) i wtedy chętnie podzielę się adresem do speców od ptaków w Warszawie.
„Ulica tysiąca kwiatów”. Gail Tsukiyama.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki, (2009).
Tłumaczenie Małgorzata Grabowska.
Bardzo mi się ta saga japońska podobała i wdzięczna jestem Spacerkowi, że mi swego czasu podesłała sms z informacją o niej, bo nie ukrywam, że inaczej chyba bym po tę książkę nie sięgnęła. Mam ostatnio przesyt japońskością, jakoś mnie od pewnego momentu aż tak nie pociąga jak kiedyś i w ten sposób przegapiłabym ciekawą książkę.
"Ulica tysiąca kwiatów" to jak wspomniałam saga japońska. Nie skusi kogoś, kto oczekuje skrywanych latami rodzinnych tajemnic czy wielkich romansów czy też niesamowitych namiętności. Nie, to po prostu opowieść o dwóch braciach i dwóch siostrach i ich losach. To opowieść o życiu.
Ale mnie się podobała. Przede wszystkim za przedstawienie życia mieszkańców Japonii podczas drugiej wojny światowej. Autorka nie kusi się o ocenę , nie politykuje, nie. Ale poprzez to, jak oddała realizm tamtych czasów mówi jedno "wojna "bawi" jedynie przywódców państ". Cywile, zwykli ludzie wiedzą, że to najgorsze, co może być dla narodu i nie ma nic bardziej wyniszczającego.
Akcja książki zaczyna się bowiem w czasie wojny, poznajemy losy bohaterów właśnie w czasie wojennej zawieruchy aby potem poznać to, jak potoczyły się ich losy po wojnie do lat sześćdziesiątych , kiedy Japonia zaczęła odradzać się po zniszczeniach.
Poznajemy dwóch braci, Kenji i Hiroshiego, z których ten pierwszy marzył zawsze o produkcji masek do teatru no a drugi chciał odnieść sukces jako zawodnik sumo. Poznajemy też dwie siostry, mocno stąpającą po ziemi Haru i wrażliwą, nadwrażliwą Aki.
Muszę przyznać, że nie mogłam się oderwać od książki, tak mi się spodobała ta opowieść, nie epatująca może chwytliwymi tematami czy skrajnościami. Lubię opowieści o życiu zwykłych ludzi. Którzy zmagać się muszą z losem, który najczęściej nie rozpieszcza nadmiernie a raczej wymierza klapsy czy siarczyste policzki.
Mnie się bardzo podobała. Polecam.
ps. książka ma jedną z najpiękniejszych okładek, jakie widziałam. Cudo.
