„Mleko i miód”. Rupi Kaur.

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2017).

Tytuł oryginalny Milk and Honey.
Przełożyła Anna Gralak.

Mam wielką nadzieję, że limit złych książek na ten rok mam już „odfajkowany”.
Niestety, wiosna, którą odczułam trzy tygodnie temu gdy szłam do księgarni w centrum miasta aby odebrać wygraną w konkursie, szczęście z wygranej i po prostu moja wizyta w bardzo miłej księgarni nie należącej do sieciówki a więc takiej dość kameralnej i z klimatem, to wszystko spowodowało, że moje czym sobie zawsze schlebiam, dość wyostrzone na marketing zmysły czytelnika uległy stępieniu i kupiłam ten zbiór wierszy. Nie od parady jest też wspomnieć, że promocja tego zbioru poezji była? jest? naprawdę prężna i najwyraźniej zadziałała na mnie w taki sposób, że nabyłam ten zbiór i oto uważam, że był to błąd.
Albowiem, niestety, (przypominam potencjalnym awanturującym się, że blog zawiera moje SUBIEKTYWNE odczucia) , poezja w zbiorze „Mleko i miód” jest niedobra. No, niedobra i tyle.
Niestety. Piszę niestety, bo bardzo chciałam poczytać coś z poezji właśnie. No a skoro z tyłu okładki nęcą mnie do lektury słowa mówiące o tym, że (cytuję za „Huffington Post”) „(…) to zbiór wierszy, który każda kobieta powinna mieć na swoim nocnym stoliku” …no właśnie. No więc u mnie ten zbiór miejsca na nocnym stoliku nie zagrzeje.
Dlaczego tak się irytuję na nieprzemyślany zakup spowodowany głównie reklamą? Ano dlatego, że szkoda mi tych wydanych pieniędzy, no 😦
Słowa Rupi Kaur niestety, nie są w żaden sposób odkrywcze.
I nie, nie to, że nie mają w sobie jakiejś prawdy. Mają. Niestety, to prawda powszechnie znana. Czytałam kiedyś dwie książki Paulo Coelho i nie został on moim ulubionym autorem ale też nie przyłączam się do powszechnej jego krytyki a po przeczytaniu tego zbioru śmiem twierdzić, że Coelho jest niesamowicie odkrywczy i absolutnie nie wtórny.
W zbiorze poezji Rupi Kaur niestety, jest zarówno płytkość jej stwierdzeń, powtarzalność motywów (to akurat rozumiem bo mam wrażenie, że autorka musi rozprawiając się z tematem „rozpracować” go w kilkunastu ujęciach). 
Niestety, zabrakło tego czegoś, co sprawiłoby, że ta poezja zamiast ocierać się o schematy czy wręcz grafomanię, stałaby się odkrywcza i niezwykła.
Przykro mi to pisać bo sama wiem jak to jest z poezją. Wiem, bo był czas, gdy sama pisałam wiersze. Do szuflady. Czytając ten tom wiem, że dobrze, że nikt nie postarał się mnie przekonać, że powinno stać się inaczej.

Najchętniej podarowałabym ocenę 1 na 6 ale, daję nieco inną, wyższą , za szczerość i przekonanie, że można coś takiego puścić w świat. Odwaga bowiem bywa cechą istotniejszą często od talentu bo wbrew pozorom , dodaje sił i sprawia, że można się podnieść z najgorszego.

Moja ocena to 1.5 / 6
 

„Nefrytowa szpilka”. Joanna Miszczuk.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2016). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa.

Lubię czasem poczytać opowieść, o której mam nadzieję przynajmniej na starcie lektury, że nie okaże się lekturą dobijającą a taką nawet ocierającą się o „bajkę dla dorosłych”. Bajkę bo splot wydarzeń, który umożliwia dziewczynie pochodzącej z bardzo ubogiego domu stać się bogatą biznesmenką może sprawić, że na pewno ktoś mógłby się „przyczepić” mówiąc kolokwialnie. Ja na ten niesamowity splot wydarzeń i los, który w sumie sprzyja Melanii Robak, przymykam oko. A niech będzie tak, jak w bajce właśnie. 
A nawet lepiej. Bo podczas kiedy w bajce Kopciuszek musiała czekać na księcia a potem być zdana na jego łaskę bądź niełaskę, w tej książce bohaterka do pieniędzy a przede wszystkim zawodu, dochodzi ciężką pracą umysłu. I tym, że nie bała się podejmować prawie żadnej pracy. 

W 1995 roku Melania Robak właśnie zaczynała liceum. Melania pochodziła z domu ubogiego, ale miała mamę, która ją kochała i zrobiłaby dla niej wszystko. 
Parę lat potem jednak niestety, Melania musi nagle „dorosnąć” i z dnia na dzień stać się odpowiedzialną za siebie i za swój los. Podejmuje dobre decyzje co prowadzi ją na studia historii sztuki a potem nawet do Londynu, gdzie pracuje na stażu w jednej z najsłynniejszych galerii sztuki na świecie.

W roku 2015 Melania jest poważną biznes woman, która zarabia na życie dzięki sztuce. Z jej zdaniem liczą się inni a ona ma świadomość swojej wiedzy i umiejętności. Brakuje jej jednak kogoś, z kim związała się dziesięć lat temu.

Potem jest już tylko lepiej bo akcja z Polski przenosi się do Chin, gdzie ma miejsce ciąg dalszy tej opowieści.
Egzotyczne tło, nie za bardzo nachalne przypomnienie historii Chin , w którą wplecione są losy bohaterów i (SPOILER, kto nie chce dalej czytać, niech nie czyta  🙂 ) wyczekany happy end. To wszystko sprawia, że książkę czytało mi się dobrze i z przyjemnością. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Nie czas na zapomnienie”. Agnieszka Walczak-Chojecka

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2017). Ebook.

Napiszę tak, Autorka sprawiła, że wszystko co mogłam , rzuciłam w kąt i czytałam, czytałam, czytałam. Nie mogłam się oderwać. W sumie, cieszę się, że po pierwszy tom sagi bałkańskiej sięgnęłam niedawno. Mogłam teraz gdy ukazała się kontynuacja losów Jasminy, Dragana, Katarzyny i innych bohaterów, czytać ją niemal zaraz po części pierwszej. O pierwszej części pisałam w tym wpisie

Lekka to ta lektura oczywiście znów nie była. Jakby mogła być skoro losy postaci dzieją się w okresie wojny domowej w byłej Jugosławii? 
Urwane w części pierwszej wątki zostają podjęte tu i oto znów z biciem serca towarzyszyłam Jasmienie i bliskim jej osobom. Zwłaszcza, że w wędrówce, która zaprowadziła dziewczynę w miejsce , w które zaprowadziła, idzie ona nie sama. Nie chcę zbyt wiele zdradzać z treści książki. Przy okazji, jak pisałam opisując pierwszy tom sagi, czytałam jakąś rozbudowaną ( i jak się okazuje , raczej niepotrzebną krytykę) dotyczącą między innymi imienia Jasminy. Skąd takie a nie inne imię dla dziewczyny? O tym między innymi dowiedziałam się podczas lektury. Najwyraźniej nie jest to takie nieprzemyślane jak ktoś tam wcześniej sugerował. 

Jak pisałam, lektura bardzo mnie wciągnęła i nie mogłam się od niej oderwać. 
Znów oczywiście podczas czytania książki po mojej głowie krążyły różne myśli dotyczące tego jak bliscy sobie ludzie w sytuacjach ekstremalnych potrafią się różnie zachowywać. Kto dokonuje wyborów dobrych a komu się nie udaje. I czy każdego wolno nam skreślić od razu? Może są powody do takich a nie innych działań? Czy każdy powód stanowi wystarczające uzasadnienie do takiego a nie innego czynu? Akcja książki kończy się w chwili tuż po wydarzeniach w Srebrenicy kiedy to społeczność międzynarodowa zmuszona była nareszcie podjąć działania skuteczne i nie ociągać się jak do tej pory z pomocą dla tamtego regionu Europy.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele z treści aby nie psuć czytelnikom lektury. 
Dodam jeszcze, że niewątpliwie miłym dodatkiem do książki są wiersze Autorki. Wplecione w treść wzmacniają przekaz książki. 

Daję więc znać, że moja ocena tej książki to 5.5 / 6.
 

„Nic dwa razy się nie zdarzy”. Joanna Szarańska

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2017). Ebook.

Tak się wciągnęłam w serię o Kalinie w malinach, że oczywiście nabyłam i tę część i jestem po lekturze. 
Znowu jest śmieszno ale i kryminalnie bo przecież Kalina nie byłaby sobą gdyby się nie wplątała w jakąś zawiłą historię. Po prawdzie to tym razem wplątała się niejako za sprawą Marka.
Ale po kolei. Jak pamiętamy, Kalina jeden niedoszły ślub ma już za sobą. To działo się w części pierwszej. W drugiej Kalina układa sobie życie a trzecia część zaczyna się od dnia ślubu Kaliny i Marka. To znaczy powinna się tak zacząć bo…no właśnie. W życiu Kaliny najwyraźniej nic nie może iść zgodnie z planem. Bo i z tym ślubem nie pójdzie do końca tak jak powinno. No ale, na szczęście, książki Joanny Szarańskiej kończą się happy endem, ufff 🙂
W tej części przygód Kalina będzie w najpoważniejszych chyba jak dotąd tarapatach.
Szukając ukochanego trafi bowiem w miejsce, w którym gdyby nie splot wydarzeń, z pewnością nigdy w życiu by się nie znalazła. Ale Kalina w końcu nie wypadła sroce spod ogona, z niejednego pieca chleb jadła i w ogóle jest zaradna więc nawet w najbardziej skomplikowanej sytuacji da sobie radę.
Poznany i zaadoptowany przez Kalinę i Marka Młynek, porzucony psiak, towarzyszy Kalinie i kto wie, może obecność psiaka dodaje kobiecie sił do tego aby pokonywać kolejne przeciwności.

Polubiłam Kalinę, polubiłam wszystkich bohaterów (żałowałam, że ostatnia część nie działa się w Kamionkach gdzie jest galeria przyjaznych Kalinie i Markowi postaci) i trochę żałuję, że chyba ? cykl o Kalinie w malinach się kończy. No, chyba, że Joanna Szarańska ma dla nas, czytelników, jakąś miłą , autorską, niespodziankę.

Moja ocena 5 / 6

z góry przepraszam…

…że ja tu o niczym mega ambitnym nie napiszę a o komedii ale nic na to nie poradzę, że filmowo to już całkiem stawiam na rozweselacze a nie ambitne ale takie, że się tydzień potem zebrać nie mogę …

A mowa o kontynuacji „Mojego wielkiego greckiego wesela” czyli (niespodzianka 🙂 ) o „Moim wielkim greckim weselu 2”. 
Naczytałam się , że kiepskie, że nie to co część pierwsza ale miałam na to ochotę a więc sięgnęliśmy i co? I podobało się nam.
Oto jesteśmy kilkanaście lat po ślubie Touli i Iana. Ich córka wybiera się do collegu a rodzice Touli odkrywają, że…ich ślub w świetle prawa jest nieważny 🙂
Co mi się podobało? Ano to, że owszem , jest to komedia ale taka gorzka bardziej. O ile część pierwsza to była zdecydowanie czekolada mleczna z orzechami albo i malinami to tu zdecydowanie mamy czekoladę gorzką z papryczką na przykład. Kilkanaście czy kilkadziesiąt lat po ślubie już nie jest tak bajkowo jak w miesiącach następujących po ożenku i nie ma co się oszukiwać. Proza życia dopada każdego. Jedna para radzi sobie z tym lepiej, inna gorzej. Toula i Ian trochę się pogubili. Toula całkowicie oddała się macierzyństwu ale nie wychodzi to jej na dobre bo córka zdecydowanie potrzebuje odetchnięcia od kochanej ale zdecydowanie nadopiekuńczej rodzinki.
Będzie więc o syndromie pustego gniazda, o tym, co jest ważne w naszym życiu, o tym, że mając dzieci musimy pamiętać o sobie samych i o naszych partnerach.
Osobny rozdział to historia perypetii ponownego ślubu rodziców Touli. Scena z kościoła, gdzie przypadkiem został włączony mikrofon była naprawdę niezła.
Wszystko to podlane humorem ale jak mówię spoza tych słodkich kawałków wydobywa się czasem smaczek, który nieco gorzkawy, nieco psujący słód i lukier.
Mnie się bardzo podobało i o dziwo, wcale nie mniej niż część pierwsza.
Moja ocena więc w tym przypadku to 5 / 6. 

„Odnajdę cię”. Anna Karpińska

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook. 
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa.

Jakiś czas temu czytałam pierwszą książkę Anny Karpińskiej, o której pisałam w tym wpisie. I wtedy napisałam , że pierwsze spotkanie było całkiem udane. A po tym książkowym spotkaniu mam przeczucie, że stanie się ona jedną z moich ulubionych autorek.  

„Odnajdę cię” to książka opowiadana z perspektywy i wspomnień dwóch kobiet. Bożena i Dagmara są matką i córką. Ich relacja jest skomplikowana. Nie chcę natychmiast zdradzać na czym to skomplikowanie ich relacji polega mimo, że czytelnik dowiaduje się tego niemal na początku książki ale myślę, że niech każdy przekona się o tym sam.

Co podobało mi się w tej książce? Znów to, że bohaterkami nie jest tylko osoba młoda ale i nieco starsza. I to, że nie jest wszystko takie polukrowane jak to się często w książkach zdarza. 
Nie, niestety może, życie bohaterek nie jest tylko wspaniałe. Owszem, zdarzają się w nim chwile dobre i szczęśliwe. Ale są też choroby, złe wybory, naciski ze strony innych. Niewypowiedziane żale i nigdy nie zabliźnione rany.

„Odnajdę cię” to pierwsza część opowieści z cyklu „Księgarnia pod Flisakiem”. Dagmara po śmierci mamy dowiaduje się ,że odziedziczyła księgarnię w Toruniu prowadzoną do tej pory przez jej matkę.
Jako, że Dagmara mieszka we Wrocławiu, czeka ją decyzja czy chce zmienić swoje życie i wrócić do rodzinnego miasta. Jej własne osobiste losy nieco jej w tej decyzji pomagają.

Podobała mi się bardzo ta powieść obyczajowa i z wielką niecierpliwością będę teraz oczekiwała części następnej aby dowiedzieć się co dalej z bohaterkami. Jak potoczą się losy Dagmary i Bożeny, którym z serca kibicuję.

Moja ocena to 5.5 / 6 

„Nic oprócz strachu”. Magdalena Knedler

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2016).

„Nic oprócz strachu” to moja wygrana w konkursie na blogu http://mojeprzemiany.blox.pl/html

I jednocześnie, druga książka, drugi kryminał Magdaleny Knedler, po który sięgnęłam. Pierwszą książką tej autorki była książka „Pan Darcy nie żyje”. Niestety, tamtej nie skończyłam, nie szła mi i nie miałam ochoty na siłę jej męczyć. Tę skończyłam i nawet daję jej prywatnie bardzo dobrą ocenę natomiast główne moje zastrzeżenie jakie do niej mam jest takie „czy ona naprawdę musi mieć 534 strony?”. Moim zdaniem, zdecydowanie nie musi i nie wiem czy nie powinna mieć mniej. Moim zdaniem jest niepotrzebnie przegadana. A objętość zmniejszona nie odebrałaby temu kryminałowi nic poza tym,że dodałaby mu lekkości i nie sprawiała odrobinę zbyt nużącej. 
Ponarzekałam, to teraz plusy. Mimo, że autorka jest Polką, akcję kryminału umiejscowiła w Ystad, osławionym wcześniej przez Henninga Mankella. Bohaterką jest Anna, Polka, która w Szwecji zostaje policjantką. W „Nic oprócz strachu”, która jest pierwszą z książek o Annie właśnie, poznajemy ją i jej męża w trudnym momencie ich życia. Oto bowiem pół roku wcześniej zdarzył się wypadek, w którym mąż Anny, Vidar został trwale sparaliżowany. Wypadek był zamachem na Annę po tym jak z jej pomocą do więzienia trafił seryjny morderca. Narcyz, bo tak nazywano mordercę, potrafi się jednak mścić i wypadek został zaaranżowany z jego pomocą. Tak przynajmniej wydaje się Annie i być może chciałaby nawet swoje przypuszczenia potwierdzić, niemniej jednak nie udaje się jej to dlatego, że Narcyz zostaje otruty w więzieniu. 
No, ale miało być o plusach. Plusem jest to, że mimo, że nie na siłę ale autorce udało się w tym kryminale z polską bohaterką oddać nastrój i klimat kryminału skandynawskiego. Przynajmniej ja miałam takie wrażenie i wcale nie odczuwałam jakiejś wtórności, po prostu właśnie ten klimat jakiś taki skandynawski mi się wydawał. 
Sama intryga jak na kryminał też według mnie w porządku. Żadnych politycznych spraw, po prostu kawałek kryminału z emocjami w tle i ze sprawą, w którą wplątanych jest wielu bohaterów. Część z nich niejako na własne życzenie.
Plusem jest też warstwa obyczajowa. A akcja dzieje się częściowo w Szwecji a częściowo w Polsce.
Generalnie to jedyne, czego się „czepiam” to objętość książki.

Moja ocena to 5 / 6.
 

„Nie czas na miłość”. Agnieszka Walczak-Chojecka

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2016). Ebook.

Jest to pierwsza część sagi bałkańskiej. Sięgnęłam po tę książkę powodowana zainteresowaniem i była to pierwsza książka tej autorki, którą czytałam. I nie ostatnia. Już mam na czytniku kupioną część drugą, pod tytułem „Nie czas na zapomnienie”.
Co prawda podczas zerknięcia w pewne miejsce czytelnicze wyczytałam czyjąś skrupulatnie wynotowaną krytykę tej książki i niemożliwe do zaistnienia sytuacje ale muszę powiedzieć, że czytało mi się ją dobrze. Chociaż w odniesieniu do tego typu lektury jest to określenie trochę nie do końca właściwe ale książka bardzo mnie wciągnęła i nie mogłam się od niej oderwać.
Losy bohaterów poznajemy w tym samym czasie chociaż dotyczą dwóch miejsc. Polski i byłej Jugosławii tuż przed powolnym jej rozpadem. Akcja książki rozpoczyna sie w lipcu 1991 roku. 
W Polsce mieszka matka jednego z bohaterów, Dragana. Los dawno temu rozdzielił mamę i syna ale na szczęście teraz utrzymują kontakty.
W byłej Jugosławii, w Sarajewie mieszka Dragan i jego sympatia, Jasmina.

Poznamy ich nielekkie losy. W Polsce matki, która z chwili na chwilę zostanie  bez wiadomości o losach syna, z którym i tak los ją już raz rozdzielił, w Sarajewie poznamy losy Dragana i Jasminy i ich przyjaciół, którzy z chwili na chwilę zupełnie bez swojej woli zostaną postawieni w sytuacji bez wyjścia. Najgorszej z możliwych czyli w chwili wojny domowej , bratobójczej. 
Kilkakrotnie już o tym pisałam ale się powtórzę, że nie ma gorszej wojny (wojna sama w sobie jest największym złem ) jak ta we własnym narodzie. Gdy brat jest w stanie zabić brata, sąsiad sąsiada, z którym jeszcze niedawno potrafił siąść w ogrodzie ze szklaneczką dobrego wina i rozprawiać aż do nocy.
Tu właśnie młodzi ludzie zostali postawieni przed faktem dokonanym gdy przyszło im żyć w oblężonym mieście w czasie wojny.
Autorka korzystała, czego się nie wypiera, z książki Barbary Demick pod tytułem „W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy”. Według mnie Agnieszka Walczak-Chojecka fakty tam opisane umiejętnie wplotła w napisaną przez siebie fikcję. 
Książkę czytałam z zainteresowaniem. Nie tylko dlatego, że powodowała dużo myśli i refleksji , głównie na temat tego co musi się stać, jaki musi być punkt zapalny konfliktu, w którym do tej pory żyjący obok siebie w zgodnie ludzie stają się dla siebie śmiertelnymi wrogami. Podobało mi się również odmalowanie realiów Polski, która w tym samym czasie cieszyła się odzyskaną niedawno wolnością spod jarzma komunizmu. 

Z zainteresowaniem przeczytam dalszy ciąg losów bohaterów opisanych w tej części sagi, tym bardziej, że autorka zostawiła wątki otwarte i jestem ciekawa jak dalej potoczą się losy Jasminy, Dragana i jego mamy. 

Moja ocena 5 / 6.

„Kocha, lubi, szpieguje”. Joanna Szarańska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2016). Ebook

 

Tak mi się spodobały przygody Kaliny,o których czytałam w książce „I że ci nie odpuszczę” , którą to wygrałam na stronie autorki na Fb, że sięgnęłam po kontynuację przygód. Zainteresowanym przypominam, że o pierwszej części pisałam w tym wpisie. I jeśli ktoś chce poznać wszystkie części po kolei może niech dalej nie czyta bo na pewno coś niecoś mogę zdradzić. 

„Kocha, lubi, szpieguje” rozpoczyna się w chwili gdy Kalina wiedzie szczęśliwe życie z kimś jej bliskim czyli poznanym w części pierwszej Markiem. Marek prowadzi biuro detektywistyczne ale to tak naprawdę znów Kalina podejmie się pracy detektywa. Gdy kolejny raz trafi do Kamionek, gdzie znów spotka się z serdecznymi jej ludźmi poznanymi rok temu jak również pozna pewnego psiaka. Porzuconego.
I teraz tak, na pewno z jednej strony miałam udaną lekturę bo pośmiałam się znów nad losami Kaliny i jej śledztwem. A będzie co śledzić bo jeden z gości SPA zostanie zamordowany.
Niemniej jednak wielkim plusem tej książki jest fakt zwrócenia przez Joannę Szarańską uwagi na problem pozbywania się psów, zwierząt, które z jakichś przyczyn stają się „niewygodne” dla właścicieli. Wiem , że autorka jest wielką miłośniczką zwierząt i ich dobro leży Jej bardzo na sercu i to się czuje czytając tę książkę. Cieszę się, że ten temat został poruszony i nieważne, że w książce raczej pogodnej bo według mnie warto jest go poruszyć i w takiej właśnie formie bo problem jest, nie znika. A jak znam życie, to zaraz zacznie się dziwne zwiększenie psich pensjonariuszy w schroniskach jak to zawsze ma miejsce z fatalnie wymyślonymi „prezentami” świątecznymi w okresie letnich wakacji.
Tak więc ja podczas czytania drugiej części opowieści o Kalinie, zwróciłam uwagę szczególnie na ten naświetlony problem. Cieszę się ,że Szarańska pokusiła się o wplecenie tego w fabułę.
Być może niewiele to da bo wątpię aby książki tej autorki czytały osoby, które zdobyłyby się na czyn tak niedobry ale być może zwróci uwagę na problem a na pewno pomoże zdobyć wolontariuszy czy darczyńców w schroniskach dla zwierząt.

Moja ocena 5 / 6 

 

rok minął…

…i oto dziś świętuję 41-wsze Urodziny. 
Za nieco więcej niż pół godziny będzie równo 🙂
Jak mi się żyło w pierwszym roku po skończeniu czterdziestu lat? Dobrze. 
A doszła mi nie tyle pyskatość (dziś do Tani mówiłam przez telefon, że pyskata zawsze byłam tylko bardziej przejmowałam się, żeby komuś się nie zrobiło przykro) a od skończenia czterdziestki, nie wiem, katalizator to jakowyś był czy coś, uaktywniło mi się „jak mi ktoś robi przykrość mówię co o tym myślę”. Kiedyś bardziej byłam czy ja wiem, ugodowa czy może serduszko na dłoni, teraz jak mi nie pasuje a komuś się wydaje, że może mi wszystko powiedzieć a nie wiadomo w sumie, czemu bo i dlaczego podejrzewa się,że ma takie prawo? to stawiam kontrę. Jak miło. Wreszcie czuję, że żyję 😛

A serio, naprawdę jakoś dałam sobie samej więcej możliwości pokazania ludziom co mi się w ich traktowaniu mnie niekoniecznie podoba. 

Jakby ktoś chciał powinszować to możemy na życzeń składanie ten wpis potraktować 🙂