„Opium w rosole”. Małgorzata Musierowicz.

 Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1988).

Kontynuuję wielki powrót do książek Małgorzaty Musierowicz (są jeszcze dwa tytuły z mojej rodzinnej półki) i jest to doświadczenie dla mnie ogromnie ważne i wartościowe. Mam wrażenie, że zupełnie inaczej odbieram teraz fragmenty czy wręcz poszczególne części. 
„Opium w rosole” było tą częścią, która zawsze działała na mnie ogromnie depresyjnie. Po pierwsze Stan Wojenny, który sama z dzieciństwa nie do końca może pamiętam (sceny, fragmenty), ale pamiętam tę dołującą wówczas atmosferę. Po drugie, internowanie taty Borejko ;( po trzecie, strasznie smutna sytuacja najmłodszej bohaterki książki (w sumie nie najmłodszej, bo najmłodsza jest Pyza Gabrysi Borejko), Aurelii znanej bardziej pod imieniem Genowefa. Po czwarte, Pyziak, który zostawił żonę i córeczkę i zniknął gdzieś na Antypodach. Ogólnie, to ta część Jeżycjady jest dla mnie przepełniona wszechogarniającym smutkiem, przygnębieniem i takim dobijającym klimatem. Do tego Sławek Lewandowki, który w tej części oświadcza się Idzie. Szczerze, to zapewne fajny człowiek i z pewnością wychowany w domu, w którym znane są właściwe priorytety, niemniej jednak nigdy mi on do Idy nie pasował ( i znów zapomniałam, za kogo wyszła, musiałam się upewnić w internecie, że nie za niego, cóż, sorry, Sławek, nie byłbyś z Idą szczęśliwy). 

Tymczasem teraz powrót okazał się o wiele ciekawszy, niż wtedy, gdy czytałam książkę we wczesnych latach nastoletnich (nawiasem mówiąc, dzięki dedykacji odkryłam, że otrzymałam ją w ramach nagrody za dobre wyniki w nauce po zakończeniu klasy szóstej).
Po pierwsze, Kreska, czyli Janina Krechowicz, wnuczka profesora Dmuchawca. Profesor nie uczy już w liceum, a w jego mieszkaniu po internowaniu rodziców, z Wrocławia przenosi się wnuczka, Janka właśnie. Musierowicz nie byłaby sobą ,gdyby nie uwikłałaby nastolatki (Janka rozpoczyna naukę w liceum, w którym do niedawna uczył jej dziadek) w nieszczęśliwą relację z Maćkiem Ogorzałką, mieszkającym po sąsiedzku. 

Jest też wspomniana już sześcioletnia Aurelia, dziewczynka nie dopilnowana, która całe dnie wędruje po Jeżycach i szuka ciepłego, rodzinnego domu, w którym mogłaby jak sama mówi, „zjeść obiadek”, a tak naprawdę, to szukająca uwagi i miłości mała osóbka, która tego wszystkiego, czego szuka, najwyraźniej nie znajduje we własnym domu. 

Wyraźnie czuć, że Stan Wojenny przybił samą autorkę. Mimo, że jak zawsze bardzo chce podkreślić, że nie można dać się zawojować złu i wrogości, to aura książki nie jest zbyt optymistyczna. Mój egzemplarz książki jakby chciał tę beznadzieję tamtego czasu podkreślić, bo jest to wydanie naprawdę brzydko wykonane (tak, jak brzydkie były opisywane w książce, czasy).
Niemniej jednak i tu dobro pokonuje zło i ci, którzy byli w sobie zakochani doczekują się happy endu, ci, którzy byli rozdzieleni, mają nadzieję na pojednanie. A nadto szczęśliwe chwile jawią się też w przyszłości Aurelii / Genowefy, która pragnęła miłości własnej mamy. Swoją drogą, scena z pieskiem do dziś stanowi dla mnie jedną z najbardziej przejmujących i dramatycznych scen opisanych gdziekolwiek. 

Ogólnie, chociaż z wymienionych powyżej powodów, ta część nie należała do moich ulubionych, to obecnie po tak wielu latach o wiele wyżej ją pozycjonuję. 
Daję jej też notę 6 / 6. 

„Szósta klepka”. Małgorzata Musierowicz.

 Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1987).

Jak widać, czytam to, co wzięłam z domu rodzinnego autorstwa Małgorzaty Musierowicz. 
Przyznam się, że mimo, że kochałam „Szóstą klepkę”, to kompletnie zapomniałam, jaka to jest świetna i zabawna książka. A teraz sobie przypomniałam z ogromną przyjemnością. 
Rodzina Żaków, to co prawda nie Borejkowie, ale są nie mniej świetni. Żaczek, tata, (czy w książce poznaliśmy gdziekolwiek imię taty Żaka? chyba nie), mama Żakowa 😉 , ich córki Cesia, zwana w rodzinie Cielęciną i Julia, dziadek i siostra taty Żaka, ciocia Wiesia z sześcioletnim synem Bobkiem. Wszyscy oni zajmują mieszkanie w starej poznańskiej kamienicy na Jeżycach.
Cesia zaczęła naukę w liceum, jej siostra na pierwszym roku wyższej szkoły sztuk plastycznych, rodzice pracują zawodowo, tata jest inżynierem a mama po szkole artystycznej pracuje w zawodzie i naucza dzieci sztuk pięknych. Wiesia po rozwodzie wróciła do ojca i brata z rodziną a sześcioletni Bobek pławi się w słusznym byciu rodzinnym beniaminkiem, w dodatku obdarzonym i inteligencją i ogromnie bujną wyobraźnią. Akcja książki na przykład zaczyna się, gdy Bobek na balkonie kamienicy usiłuje odtworzyć pożar Rzymu by Neron 😛

W tej części główną bohaterką jest szesnastoletnia Cesia, ale jej rodzina i bliscy są równie ważnymi bohaterami. Znowu jest dużo śmiechu, pierwsze miłości, pierwsze przyjaźni i pokazanie, że ludzie mając przy sobie bliskich, są w stanie pokonać każdą przeciwność losu. 
Cesia zaprzyjaźnia się w tej części z Danusią, wiecznie nadąsaną i niezbyt pracowitą poetką. Danka, ta myśl towarzyszyła mi podczas lektury wyjątkowo silnie, zapewne trzymała się Cesi na zasadzie kontrastu, uważając, że cicha, spokojna i niezbyt wyróżniająca się z tłumu Cesia stanowi dla niej stylizującej się na hippiskę, miłe „tło”, na którym może się barwnie wyróżniać. O tym, że to jedynie przekonanie Danusi, szybko się dowiaduje ona sama, mam cichą nadzieję, że Cesia tego nie odczuwała w ten sposób.

Jest też przystojny i milczący Jerzy Hajduk, który kręci się wokół młodszej Żakówny, która to, pełna nastoletnich kompleksów, nawet tego satelity nie zauważa. Zauważa ją za to starszy kolega Julii i oczywiście nie byłaby to Musierowicz, gdyby nie wplątała Cesi w dość problematyczne sytuacje, mające na szczęście ostatecznie, a jakże, swoje szczęśliwe zakończenie. 

U Żaczków jest dobrze, ciepło, rodzinnie i szczerze, to wcale się sobie nie dziwię, że we wczesnych latach nastoletnich zaczytywałam się między innymi tą książką. 

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. Li i jedynie 😛

„Kłamczucha”. Małgorzata Musierowicz.

 Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1988).

Idę jak burza i oto za mną kolejna książka Małgorzaty Musierowicz. W sumie, nawet nie wiem, czy jest ona stricte zaliczana do Jeżycjady? Są tam postaci, które potem występują w dalszych częściach, ale Borejków jeszcze nie ma. Niemniej jednak, akcja rozgrywa się w znajomym terenie, więc jak sądzę, można „Kłamczuchę” do cyklu zaliczyć. 

Powiem tak, kiedyś nie była to moja ulubiona część opowieści. Anielka, ta piętnastoletnia mieszkanka Łeby, która na skutek spotkania pięknego Pawełka w swoim mieście, podejmuje decyzję o przeniesieniu się do Poznania i zaczęciu tam nauki, nie była lubianą przeze mnie postacią. Ba, powiem więcej, irytowała mnie swoją niedojrzałą postawą i roszczeniowym podejściem do ludzi i otaczającego ją świata. A jednak obecnie, po tych wielu, wielu latach, odkąd czytałam ją ostatni raz, nie tyle nagle ją polubiłam, co doznałam po prostu nagłego oświecenia. Małgorzacie Musierowicz udała się wspaniała sztuka, stworzyła na kartach książki postać tak realną, tak wydającą się istnieć, że aż człowiek zgrzyta na nią zebami. A tak poza tym, to jest to ni mniej, ni więcej, a jak najbardziej możliwa do zaistnienia nastoletnia osoba. I tyle, bez jakichś piętrowych wyjaśnień.

Ostatnio, w innym blogowym miejscu prowadzonym przez znajomą, wzięłam udział w dyskusji, czy i kiedy zaznaczam sobie karteczkami ważne dla mnie podczas lektury fragmenty, czy też nawet czy w jakiś sposób je zaznaczam. I owszem, ja tak robię. Tu też zostaną w „Kłamczusze” zaznaczenia paru fragmentów. Które zostaną sobie zaznaczone do przypominania 🙂
Książka wydawało mi się, że jedna z mniej przeze mnie czytanych, a tu proszę, okazało się, że masę fragmentów pamiętam. Niemniej jednak ze wzruszeniem wróciłam do opisu dnia Mikołajek w domostwie Tosi i Mamerta, występie w „Hamlecie” Anielki, czy też stylizowania Mamerta na Gwiazdora (nie zapomijamy, że rzecz ma miejsce w Poznaniu, gdzie w Wigilię prezenty zostawia tenże, a nie Święty Mikołaj na przykład).

Nie miałam zielonego pojęcia, a przekonuję się o tym teraz, jak wiele Małgorzaty Musierowicz jest we mnie. To znaczy Jej myśli, refleksji, tego, co chciała nam, czytelniczkom przekazać. I jak się okazuje, udało się. 

Powiem tak, opowieść o Anielce, która bardzo często mija się z prawdą, która jest osoba mającą zawsze własne zdanie, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, jest porywcza i charakterna, ale przy tym, zwyczajnie dobra, nagle spodobała mi się o wiele, wiele bardziej, niż gdy czytałam ją w latach nastoletnich. 
Fantastycznie, że zrobiłam sobie aż tak długą w książkach autorki, przerwę, naprawdę.  Jestem zachwycona tym powrotem i szczerze mówiąc, sama sobie tego powrotu zazdroszczę. 

A scena Mikołajek, to jedna z najśmieszniejszych scen w literaturze, jaką czytałam. W ogóle, nad „Kłamczuchą” śmiałam się nie raz i to naprawdę ze szczerego serca, a nie wymuszenie. 


Moja ocena to 6 / 6. 

„Kwiat kalafiora”. Małgorzata Musierowicz.

Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1988).

„Ida sierpniowa” wzięta przeze mnie z Książkodzielni okazała się istnego rodzaju początkiem wielkiego powrotu do ukochanych książek z dzieciństwa. W weekend wyszłam z rodzinnego domu ze stosem wszystkich książek Małgorzaty Musierowicz, jakie udało mi się zgromadzić. Nie, nie mam wszystkich książek z cyklu Jeżycjada, ale osobiście wystarczy mi fakt posiadania tych ulubionych Jej autorstwa.

„Idę sierpniową” przeczytałam dwa razy z rzędu. Osobiście nie pamiętam książki, którą przeczytałabym raz po razie, tę -tak. Nie wiem, może to mój sentymentalizm? A może kolejny raz „Ida sierpniowa” okazała się rodzajem krzepiącego pocieszenia, wsparcia dla moich skołatanych nerwów i nastroju?
Wracając jednak do konkretnego tytułu. Po „Idzie sierpniowej” sięgnęłam po książkę dziejącą się rok wcześniej. Jednak oczywiście, że nie przeszkodził mi fakt niezachowanej chronologii.
„Kwiat kalafiora”, o którym mówię, rozpoczyna się w wieczór sylwestrowy 1977 roku, gdy to Gabrysia, najstarsza z sióstr Borejkówien, decyduje się pod wpływem impulsu na spędzenie wieczoru przełomu lat na imprezie domowej u kuzynki Joanny.
W domu na Roosevelta 5 zostają trzy najmłodsze siostry, w tym rozgoryczona, że nie udało się jej wybrać na prywatkę, Idusia, mama i tata.
Gaba bawi się nieźle, pomijając fakt, że na imprezie przebywa Janusz Pyziak, chłopak, który jej się podoba, ale który, jak się przekonała, nie jest zbyt solidny. Niemniej jednak wieczór mija całkiem miło, młodzi się bawią, niestety, chwilę po północy Gabrysia musi porzucić imprezę i wracać do domu. Jej mama trafiła nagle do szpitala.
Spędza w niem miesiąc, a podczas tego czasu dom Borejków staje na głowie. Nagle okazuje się, że mama jest nie tylko mamą, ale głównodowodzącą całego domowego przedsiębiorstwa. Na szczęście, czuwa bratowa taty Borejko, inaczej nie wiadomo, jakby wszystko się potoczyło.

Gabrysia stara się zastąpić mamę, ale po pierwsze, wiadomo, że w stu procentach to się udać nie może, po drugie, zaangażowana jest w swoje osobiste historie z Pyziakiem. A do tego pojawia się na horyzoncie niezbyt przyjazna Borejkom sąsiadka. To wszystko złoży się na bardzo intensywny we wszelkiego rodzaju emocje miesiąc dla Gabrysi i jej rodziny.
W „Kwiecie kalafiora” główną bohaterką jest siedemnastoletnia Gabrysia, jej pierwsze rodzące się poważne uczucie, to, że z chwili na chwilę okazuje się, że musi mocniej, niż do tej pory, stanąć na nogi, żeby ogarnąć domowe zamieszanie.

Po raz kolejny nie raz zdrowo się ubawiłam. Urzekło mnie też poczucie humoru autorki, które dawkowane jest nienachalnie, ale w odpowiednich proporcjach, wyważonych mądrymi refleksjami i taką zdecydowanie dużą wyrozumiałością dla wad przedstawianych postaci.
Nie ukrywam też, że miło było przypomnieć sobie pozostałe siostry Borejko, jakoś tak o wiele mniej obecne w na przykład „Idzie sierpniowej”.

Moja ocena tej książki, to 6 / 6.

„Ida sierpniowa”. Małgorzata Musierowicz.

 Wydana w Wydawnictwie Signum. Kraków (1992).

Osoby, które śledzą stronę tegoż blogu na Fb doskonale wiedzą, że w zeszłym tygodniu z osiedlowej Książkodzielni przyniosłam sobie skarb. Tak. Mówię o jednej z moich najukochańszych książek z wczesnych lat nastoletnich. „Ida sierpniowa” Małgorzaty Musierowicz, to jedna z najbardziej zaczytanych książek u mnie w domu rodzinnym, gdzie stoi sobie w otoczeniu (o ile teraz dobrze liczę) jeszcze czterech książek tej autorki. Niemniej jednak kiedy przeglądałam Książkodzielniane dary (a wyjątkowo trochę ich było) mój wzrok padł na to, co czytałam ostatnio myślę, że nie skłamię, pisząc, że z dobrych trzydzieści trzy lata temu i jak tak sobie myślę, najpewniej będąc w wieku głównej bohaterki, a ręka sama się ku „Idzie sierpniowej” wysunęła. 

Niniejszym cofam wszystkie moje marudzenia dotyczące książek o wiele nowszych autorstwa Musierowicz (moja sympatia do serii zakończyła się niestety na „Opium w rosole”,za którą to i tak specjalnie nie przepadam, z racji na okres w niej opisywany, a jestem na tyle stara, że mam z niego sama sporo wspomnień). Tak naprawdę wystarczy mi te parę moich ulubionych ( w sumie wychodzi na to, że owa stojąca na półce w rodzinnym domu, piątka) i już wiem, że nie muszę mieć nic więcej. 

„(…) Ida Borejko nie była ładna – niestety”, to jedno z tych pierwszych książkowych zdań, które zapamiętałam na zawsze chyba. 
I w ogóle, kiedy tak czytałam historię Idy i jej rodziny (i nie tylko) po tylu latach, zorientowałam się, jak wiele z tamtych wczesnych książek autorki dla siebie wyniosłam i z jak wieloma poruszanymi w nich myślami, refleksjami się zgadzam. 

Akcja „Idy sierpniowej” zaczyna się pierwszego sierpnia 1979 roku, kiedy to poznajemy główną bohaterkę tej opowieści, niemal już szesnastoletnią Borejkównę. Dziewczyna spędzała czas pod namiotem z rodzicami, trójką sióstr i absztyfikantem (znów słówko nauczone u MM) Gabrysi, najstarszej z nich, gdyż w najlepsze trwały wakacje. Niestety, okazało się,że nieustannie padający deszcz być może świetnie wpływa na naturę, ale mniej na samą nastolatkę i oto Idusia nawiewa po awanturze z rodzicami z kampingu, na którym to wypoczywała rodzina Borejków. 
Wraca do domu, do Poznania i staje w obliczu prawdy, że z czegoś musi wyżyć. Zrządzeniem losu nie decyduje się na pożyczkę od stryja i zaczyna pracę w charakterze osoby towarzyszącej (absolutnie bez podtekstów, które my, czytający to po czterdziestu ponad latach od premiery, możemy przywołać) starszego pana Paszkieta. Pan Paszkiet mieszka w domu z rodziną, dochodzi też do niego gosposia,ale tak wychodzi, że sierpień spędza niemal sam i syn przed wyjazdem na wypoczynek zamawia w lokalnej gazecie ogłoszenie o poszukiwaniu osoby, która dotrzyma starszemu panu towarzystwa. 
Zgłasza się Ida i to stanowi początek jej rozlicznych perypetii i przygód. 

O czym zapomniałam przez te ponad trzydzieści lat od lektury? Ano o tym, że jest to książka arcyzabawna. Wielokrotnie się nad nią szczerze chichrałam i muszę powiedzieć, że „Ida sierpniowa” stała się idealnym lekarstwem na mój nastrój. 
Egzemplarz, który wzięłam nosi na sobie bezsprzecznie ślady użytkowania. A to chyba był on czytany podcczas jakiegoś obiadu, a to być może pożarł fragmenty książki pies (szczerze mówiąc, oprócz żarłocznego psa lub nudzącego się niemowlaka, któremu ktoś wcisnął do rączek egemplarz, żeby się dziecko czymś zajęło, nie mam pomysłu, czemu moja książka w dwóch miejscach nosi ślady wyraźnego ni to gryzienia, ni to rwania, zresztą,nieważne). Dało się książkę czytać? Dało! Spełniła moje oczekiwania powrotu do czegoś z przeszłości? Spełniła. Okazała się tak samo świetna, jak wtedy, gdy czytałam ją sama mając szesnaście lat? Dokładnie tak. Czegóż chcieć więcej?

Ida Borejko zawsze była moją ulubioną siostrą z siostrzanego kwartetu Borejkówien. Szczerze, zupełnie nie mam pojęcia, jak potoczyły się jej dalsze losy. Na pewno czytałam „Noelkę”, gdzie przecież było napisane, co u niej, ale nijak sobie tych losów przypomnieć nie mogę. Jeśli ktoś z czytelników blogu mógłby mi napisać, za kogo wyszła za mąż i czy ma dzieci i jakie (coś mi się jakiś Ignac? przemądrzały ? w pamięci telepie, ale czy dobrze to dzwoni, to nie mam pojęcia), to będę wdzięczna. 

Tymczasem w podzięce Pani Małgorzacie Musierowicz za cudowną kapsułę czasu, która przeniosła mnie w moje świetne lata nastoletnie oznajmiam, że moja ocena „Idy sierpniowej” to 6 / 6. Nie inaczej !

„Czarne łabędzie”. Alicja Filipowska.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Proszę Państwa, jakie to było dobre! 
I tak, przyznaję, zawsze mówię, żeby nie oceniać książki po okładce, ale w tym przypadku to okładka zaprojektowana przez Szymona Wójciaka spowodowała, że sięgnęłam po książkę. I nie żałuję ani momentu z jej lektury, chociaż na wstępie uprzedzam, że „Czarne łabędzie” to nie jest książka radosna, czy pokrzepiająca. Mimo, że porusza temat, który często lubimy nieco wylukrować i przedstawić w radosnych barwach, bo mowa o dzieciństwie, tu ten obrazek jest bardzo daleki od sielskości i niewinności wczesnych lat dziecięcych. 

Zacznę od tego, że tak, że ten motyw już się parę razy czytało. Bo tak, mała miejscowość, wieś Kamionka i paczka dzieci, równolatków. Kiedy zaczyna się akcja Paweł, Ania, Krzysiek, Dawid i Leon są chwilę po Pierwszej Komunii i tworzą paczkę przyjaciół na dobre i na złe. Trudno jest w małej miejscowości spotkać aż tylu równolatków, a tu się to udało i dzieciaki są zadowolone mając swoje kameralne grono. Można i pokąpać się w rzece i poudawać, że odkrywa się złoto tamże i pozbierać jagody w lesie i przyżywać masę przygód. Można też zbudować sobie swoje małe, prywatne miejsce, czyli domek na drzewie, w którym odtąd spędza się mnóstwo czasu i można i rozmawiać do woli i wymyślać, co się będzie robiło w czasie nadchodzących wakacji. 
Dzieci pochodzą z różnych domów, ale ogólnie mówiąc, z czasem dowiemy się, że najwyraźniej żaden z nich, nawet ten, który wydawał się najbardziej spokojny, nie jest idealnym domem enklawą dla dorastających dzieci. W każdym jest coś, ten powiedzonkowy „szkielet” w szafie i najwyraźniej dzieci tworząc tę grupę chciały po prostu chociaż w jednym towarzystwie czuć się bezpiecznie i móc być sobą. 

I tak się wydaje, że jest sielsko i przyjemnie. Dni mijają, zbliża się upragniony koniec roku szkolnego i Paweł, jako jedyny z piątki przyjaciół ma możliwość wyjechania na kolonie. Kolonie, z których chłopiec wrócił jednak parę dni przed terminem. I gdy wrócił okazało się, że właściwie wrócił już do „niczego”. Podczas jego pobytu na koloniach w Kamionce stało się COŚ. A to COŚ jest obwarowane jakimś ogromnie mocnym murem tajemnicy, niedopowiedzenia i cóż, czuć, że stało się coś bardzo złego. 
Dlaczego nikt z paczki nie przyszedł się przywitać? Czemu nagle zniknął Leon? Dlaczego nikt Pawłowi nie mówi, co tak naprawdę się stało? Kumple, którzy jeszcze przed wyjazdem spędzali z nim całe dnie, aż do zmroku, nagle przestali poznawać go w sklepie. Udają, że nie widzą i ciężko jest z nimi w ogóle złapać kontakt nawet wzrokowy, a co dopiero porozmawiać i dowiedzieć się, co tak naprawdę miało miejsce podczas jego nieobecności.
Stało się owo COŚ, o czym Paweł zaczyna powolutku, pomalutku dowiadywać się ze strzępków rozmów, urywanych w miejscach publicznych szeptów, coś tam dowiedział się od rodziców, coś od kogoś innego. Ale w 1993 roku, w wakacje, Paweł rozumie jedno. Po tym, co łączyło ich piątkę nie ma już najmniejszego śladu. COŚ, co zdarzyło się podczas letniej burzy zmieniło raz na zawsze nie tylko Leona, ale i całą ich przyjaźń. Przyjaźń właściwie definitywnie zakończyło. 

Ale, żeby to zrozumieć, musimy towarzyszyć Pawłowi w jego prywatnym dochodzeniu do prawdy. I tak oto akcja książki toczy się nielinearnie, bo poznajemy to, co się zdarzyło w roku 1993, 2023 i 2003. Co dziesięć lat dzieje się moment, gdy Paweł wraca do Kamionki w konkretnym celu, aby brać udział w ceremoniach pogrzebowych. 

Na samym początku wspomniałam, że przecież takie motywy powrotu do krainy dzieciństwa już były. Owszem, ale jeszcze jeden zupełnie nie zaszkodzi i zdecydowanie jest to książka, która mimo swojej mrocznej, niemal od początku dusznej, przybijającej atmosfery, jest książką, jak ja to mówię, nieodkładalną. Bardzo dawno nie zdarzyło mi się, abym aż tak nie była w stanie się oderwać od lektury, pomimo czekających na mnie obowiązków. 

Napisana w świetnym stylu proza obyczajowa, ale z elementami psychologicznymi, bez taryfy ulgowej, nie lukrująca niczego i nie malująca trawy na zielono tylko po to, aby czytelnik lepiej się podczas lektury poczuł. No więc nie, tu nie ma happy endów, a jeśli są pozytywy, to jak się okazuje, ogromnie ciężko przez Pawła wypracowane. 
Bowiem Paweł, pomimo tego, że podczas wydarzenia, które raz na zawsze zmieniło całe życie piątki dzieciaków nie był obecny w Kamionce, to całą tą dramatyczną historię odpokutował tak, jakby jednak był wtedy we wsi i brał czynny udział w zajściu. Można powiedzieć, że Paweł oberwał rykoszetem. 

Klimat tej prozy jest ciężki i z pewnością nie podnoszący na duchu, a mimo tego czytelnik czuje się zdecydowanie wciągnięty w tę duszność i mrok od samego niemal początku i aż do ostatnich zdań.
COŚ, co zdarzyło się, gdy piątka dzieci miała po dziesięć lat, zdeterminowało ich życie na zawsze. 
I jak się okazało, nie każdy był w stanie sobie z tym, co zrobili lub czego zaniechali, poradzić. 

Dawno nie czytałam tak dobrej, wciągającej książki obyczajowej. Jak się orientujecie, ostatnio sięgam naprawdę głównie po kryminały, z bardzo małymi wyjątkami, ale tu szczęśliwie okładka przyciągnęła mój wzrok i oto z wielką przyjemnością stwierdzam, że moja ocena „Czarnych łabędzi” to  6 / 6. 

„Niewidzialne”. Bernard Minier.

 Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2025).

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka. 
Tytuł oryginalny Les Effacees.

Książkę udało mi się wygrać w konkursie organizowanym na stronie Kawiarenki Kryminalnej na Fb, a ponieważ poprzednia część opowieści o porucznik Lucii Guerrero bardzo mi się podobała (i tamtą część też wygrałam na stronie Kawiarenki Kryminalnej, cóż za miły zbieg okoliczności), to narobiłam sobie bardzo dużo apetytu na lekturę. 
No, ale przyznam, że niestety, ale był on w moim przypadku nieco na wyrost. 
Ta część niestety, podobała mi się o wiele mniej od pierwszej. Dlaczego? Już wyjaśniam. Bernard Minier jest jednym z moich ulubionych autorów kryminałów i mimo tego, że nie boi się opisywać bardzo dosłownie brutalność zbrodni, czytuję jego książki, bo intryga kryminalna zawsze jest na najwyższym poziomie. 
Tu śledztwa są dwa, a oba prowadzi Lucia. Jedno ma miejsce w Galicji i tam  Lucia wraz ze swoim pomocnikiem chcą dojść do tego, kto odbiera życie młodym kobietom, zdecydowanie ubogim i pracującym najczęściej w jakichś fabrykach. Koło zwłok kobiet znajdują się takie przedmioty, jak różaniec, sitko, trzy główki czosnku, a w ich szyje wbite są nożyczki. Każda z kobiet zostaje najpierw porwana i przetrzymywana gdzieś równe pięć dni, po czym sprawca odbiera jej życie i pozostawia tak w tak zaaranżowanej scenie. I właśnie kiedy zostaje znaleziona kolejna ofiara, śledcza Guerrero zostaje odwołana w trybie pilnym do Madrytu, gdzie ktoś zabił jedną z najbogatszych kobiet w Hiszpanii. I nie jest to jedyna zbrodnia. 
Lucia złości się i zżyma, bo dlaczego ma porzucać dotychczasowe śledztwo, biednych kobiet, na rzecz milionerki, która mieszka w mieszkaniu, po salonie którego można jeździć autokarem, ale też zostaje poniekąd do tego zmuszona przez szefa, tym bardziej, że wraz z zabójstwami bogaczy po mieście rozlewa się fala przeciników bogatych osób po tym, jak zostaje znaleziony koło zwłok napis wzywający do nienawiści i wręcz będący grożbą w stosunku do osób majętnych. 

No i tak, średnio mi się czytało tę część. Nie za tę brutalność, o której wspominałam nawet, chociaż nie przeczę, ciężko się to czyta, to za to, w jaki sposób poprowadzono wątek tego buntu masowego wobec bogatych. I jestem w stanie zrozumieć sam problem, który chciał poruszyć autor na kartach swojej książki, w końcu jest ogromny podział, są olbrzymie nierówności społeczno finansowe i zgadzam się z tym, że często osoby bogate zdecydowanie „mogą więcej”, tylko dlatego, że mają odpowiednie koneksje i układy, ale… Ojej, tak mi się to źle czytało, niestety. Jeśli chodzi o publicystykę w kryminałach, to w roli publicystki poruszającej rozmaite ważne problemy współczesnego świata o wiele lepiej wypada moim zdaniem Donna Leon w jej weneckiej serii o komisarzu Brunettim. 
No, tu mi się to czytało ciężko i mam wrażenie, że ważny apel, czy jakieś refleksje, które powinno się z tego wynieść zostały przez opis tego zniekształcone i skierowane w innym kierunku, być może nawet odwrotnym niż zamierzonym przez autora. 

Do tego przyznam, że obie intrygi kryminalne i ta galicyjska dotycząca biednych, często niezauważanych kobiet i ta madrycka opisująca zbrodnie na bogaczach, nie były jak dla mnie jakoś sensownie poprowadzone, czy umotywowane. 

Nie ukrywam, że trochę się na „Niewidzialnych” zawiodłam, co nie oznacza absolutnie, że zamierzam porzucić kryminały Miniera, bo stali czytelnicy mojego blogu wiedzą, że jego kryminały lubię i na pewno nie zamierzam porzucić czytania ich.

Moja ocena książki, to 4 / 6. 

„Sprawa 1569”. Jorn Lier Horst.

 Wydana w Wydawnictwie Smak Słowa. Sopot (2021). Ebook.

Przełożyła Milena Skoczko.

Tytuł oryginalny Sak 1569.

Kolejny kryminał ze śledczym Williamem Wistingiem. Tym razem akcja dzieje się w lecie, kiedy to policjant ma urlop. Nie dane jest mu jednak wypocząć, nawet w domu. Dostaje bowiem anonimowy list, a potem kolejne. Natomiast w pierwszym liście śledczy dostaje jedynie numer sprawy, którą kiedyś prowadzono. I nie była to nawet sprawa, którą prowadził Wisting. Sprawa miała miejsce dość dawno temu, bo w 1999 roku, i dotyczyła zabójstwa nastolatki, Tone Vaterland. Wówczas skazany został jej były chłopak. 

I od tej pory spokój Wistinga zostaje zakłócony, bo oto przyjdzie mu nie dość, że wrócić myślami do swojej starej sprawy, to jeszcze dowiedzieć się, czy to, że być może w tej pierwszej, nie przez niego prowadzonej, został skazany niewłaściwy człowiek? Wychodzi bowiem na to, że te sprawy i ta prowadzona przez kogoś innego, i tamta stara sprawa Williama łączą się. Ale w jakim stopniu? I czy okaże się łatwe dowiedzenie się, czy faktycznie w więzieniu paręnaście lat spędził niewinny człowiek? 
Niby urlop, więc Wisting nie może działać wprost, niby powinien mieć wolny czas, a okazuje się, że roboty ma aż nadto. Pojawiają się nowe osoby, które w przeszłości mogły mieć wpływ na rozwój śledztwa, śledczy odbędzie nawet krótką podróż za Ocena. Ogólnie jednak, jak to jest w książkach tego autora, akcja dzieje się spokojnie i bez niesamocie szybkich zwrotów akcji. Po prostu wraz z upływem akcji poznajemy to, co działo się w 1999 roku. Tym razem lektura wymagała uwazności, bo jak wspomniałam, w pewnej chwili sporo jest podejrzanych i trzeba pamiętać, kto jest kto w tej mrocznej układance. 

Lubię styl Horsta, a przynajmniej bardzo polubiłam serię o Williamie Wistingu. W tej części (jak może pamiętacie, czytam niezgodnie z tomami z serii, ale to nie przeszkadza) Wisting ponownie jest dziadkiem (bo w poprzedniej jeszcze nim nie był 🙂 ) i również poznajemy relacje jego z córką Line i wnuczką. 

Moja ocena tego kryminału to 6 / 6. 

„Zaginiona”. Aneta Kisielewska.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2025).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Po kryminał „Zaginiona” sięgnęłam z ogromnym zaciekawieniem i zainteresowaniem, w jaki sposób autorka zainspiruje się w swojej książce jednym z najbardziej znanych polskich zaginięć nastolatki wracającej świtem z imprezy w nocnym klubie do domu, która to nastolatka do owego domu nie dotarła nigdy. Byłam ciekawa, czy ta sprawa, która, nie ukrywam i mnie do dzisiaj zastanawia, stanie się jedynie przyczynkiem do stworzenia pomysłu na książkę, czy też tych inspiracji z życia będzie dużo. 
Historia jest przecież naprawdę zastanawiająca. Jak można ot tak zniknąć po prostu w środku lata nad ranem i to jak się okazuje, tak naprawdę nie w jakimś bardzo odludnym miejscu, zapomnianym przez wszystkich, ale teoretycznie ze środka miasta. Owszem, rzecz dzieje się nad ranem, ale jest to duże miasto, a zaginiona wraca z klubu, więc ludzi dookoła jest naprawdę sporo a tu nagle po prostu ktoś znika, rozpływa się w powietrzu.
Ową zaginioną osobą jest w książce dziewiętnastoletnia Sara Maj. Dziewczyna wychowywana jest w szczęśliwej do niedawna, rodzinie, z ojczymem i mamą, z którą, jak wspomniałam, do niedawna miała świetne kontakty. Od pewnego jednak czasu w rodzinie pojawiły się zgrzyty a Jurek, ojczym, musi przyznać, że dziewczyna, którą traktuje jak rodzoną córkę, wymyka się jemu i matce spod jakiejkolwiek kontroli. W szkole pojawiły się problemy, a że Sara jest maturzystką, to te problemy realnie miały wpływ na to, co dziewczyna zamierza robić po szkole. Już przestała mówić o zdawaniu na psychologię, o której myślała od zawsze, i chyba sama nie do końca wie, czy jej plany, które ma, są słuszne. Być może na stan nastolatki wpływa fakt, że parę miesięcy wstecz rozstała się z chłopakiem, którego bardzo kochała. Podobno decyzja była wspólna, aby dać sobie przerwę, by ze spokojną głową usiąść nad książkami, tym bardziej, że Dawid miał zamiar studiować medycynę, co jak wiadomo, jest kierunkiem trudnym i przygotować się do niego trzeba solidnie. Ale czy tak naprawdę było, jak mówią ludzie, czy decyzja była wspólna?

Oto więc Sara jest w sytuacji raczej ciężkiej dla tak młodej osoby. Maturę co prawda zdała, ale o wiele słabiej, niż wszyscy początkowo, wraz z nią samą zapewne, sądzili. Rozstała się z kimś, kto był niezwykle ważny w jej życiu. Układy w domu też uległy pogorszeniu, nie może dogadać się i z mamą i z ojczymem. Do tego dziewczyna ogromnie się zmieniła i to, jak przyznają jej bliscy, na niekorzyść. Nocne imprezy, balowanie z byle kim, spore ilości alkoholu, generalnie nic pozytywnego.
Tyle dobrego, że ma obok siebie wierną przyjaciółkę, Alicję. Znają się od dawna i są dla siebie bliskie. Jest też Piotr, osoba, która podkochuje się w Sarze, ale który nigdy nie przekroczył granic i który zachowuje się jak przyjaciel wobec obu dziewczyn. 
I to właśnie z tą dwójką, czyli z Alą i Piotrem Sara wychodzi na noc na zabawę do nocnego klubu w centrum Krakowa by nad ranem trzydziestego pierwszego lipca po nagłym opuszczeniu miejsca po kłótni z Alą, rozpłynąć się po jakimś czasie w powietrzu. 
I na nic monitoring, który okazuje się nie działać we właściwym momencie, na nic długie rozmowy z osobami, które po raz ostatni widziały nastolatkę opuszczającą towarzystwo w gniewie i złości. 

Sara Maj wychodzi nad ranem z klubu, wraca piechotą do domu i…rozpływa się w powietrzu. 

Sierżant Gaik rozpoczyna dochodzenie w tej sprawie a my poznajemy akcję książki nielinearnie, to znaczy raz akcję współczesną, a raz cofamy się aby poznać losy Sary i to, co mogło doprowadzić do sytuacji, że zniknęła i uważana jest za zaginioną. 
Co tak naprawdę stało się tej parnej nocy w centrum miasta. Czy dziewczyna padła ofiarą przestępstwa, czy została uprowadzona, a może sama podjęła decyzję o tym, że albo zrobi coś nieodwracalnego ze swoim życiem lub, dla odmiany, postanowiła uciec?
Sierżantowi Gaikowi od samego początku nie daje spokoju myśl, że sprawa jednak nie wiąże się z kimś przypadkowym, kogo Maj napotkała na swojej samotnej drodze powrotnej do domu i że sprawcy należy szukać bliżej, niż się wydaje. A grono podejrzanych jakieś jest. Trzeba tylko wychwycić najsłabsze ogniwo, złamać je i podrążyć temat. Tylko kto jest owym najsłabszym ogniwem? I kto miał motyw, aby sprawić, że Sara Maj zniknie? W końcu niejedna nastolatka wojuje z rodzicami, niejedna zrywa z chłopakiem, niejedna z jakiegoś powodu zmienia się i zaczyna z miłej do tej pory i spokojnej dziewczyny zmieniać się w nieobliczalną osobę, która łatwo może narobić sobie wrogów. 

To musi zbadać Gaik i doprowadzić do rozwiązania zagadki, która jednak okaże się ogromnie trudna.

Muszę przyznać, że czytało mi się tę książkę szybko i byłam ciekawa, kto i co spowodował, że dziewczyna zaginęła. 
Przyczepię się jednak trochę, uważam, że młode osoby w książce mówią jakimś nieadekwatnym do wieku i czasów językiem i tu nie mam pretensji do poprawnego wyrażania się na przykład podczas zeznań na komendzie, ale rozmowy prowadzone między dwiema nastolatkami brzmią czasem (jak dla mnie, piszę tu jedynie moje własne wrażenia) aż nadto sztucznie. 

Sam pomysł na kryminał jednak mi się podobał i doceniam to, że poznajemy rozwiązanie sprawy nie przez typowe śledztwo a przez poznawanie zdarzeń mających miejsce w życiu Sary przed jej zaginięciem ale i tym, co działo się już po zniknięciu nastolatki. 
Co do pytania, które sobie zadawałam, czyli ile słynnego zaginięcia jest w tej książce, to odnoszę wrażenie, że autorka zainspirowała się raczej samym faktem i tym, że do dziś ta sprawa pozostała niewyjaśniona i to dało jej przyczynek do pomysłu na książkę. 


Moja ocena to 5 / 6. 

Wpis Rocznicowy

Dzisiaj mija czternaście lat odkąd Odeszła od nas na zawsze Emilka.

Czy ból i poczucie pustki mija? Oczywiście, że nie, ale da się z nim żyć.

Oraz, nie ukrywam tego nigdy, dobrze, że Jest Janek, inaczej kto wie, co by było…

W tym dniu mam też w swojej pamięci i w sercu Wszystkie Dzieci, które przedwcześnie odeszły i Ich Rodziców i Bliskich…

Tym bardziej, że niestety, jak się okazuje, wciąż dzieją się tragedie i kolejni rodzice zostają osieroceni…