„Tajemnica Bożego Narodzenia”. Jostein Gaarder.

 Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2006).

Przełożyła Halina Thylwe.

Tytuł oryginalny JULEMYSTERIET.

Tę książkę przeczytałam dzięki poleceniu Autorki blogu https://maniaczytania.home.blog/ i jestem Jej za to polecenie ogromnie wdzięczna.

Otóż bowiem miałam wspaniałą lekturę jednej z najbardziej niezwykłych książek jakie czytałam. Od razu powiem, że jeśli ktoś lubi w Adwencie używać kalendarzy Adwentowych to jest to książka dla niego. Nie dość bowiem, że sama może być czytana jak swoisty kalendarz gdyż rozdziały są od 1 grudnia do 24 grudnia, to jeszcze jej treść to nic innego jak niezwykle piękna i wzruszająca opowieść o tajemniczym kalendarzu Adwentowym. Zaznaczę też, że jest to książka, która zaciekawi nie tylko osoby, które oczekują Świąt Bożego Narodzenia nie tylko ze względu na ich piękno i tradycję im towarzyszącą ale przede wszystkim ze względu na warstwę duchową jaka im przewodzi ale również tych, którzy lubią kiedy książka oprócz ciekawej treści ma jakiś na siebie niezwykły pomysł. 
Książka autora niezwykłego również „Świata Zofii”, którą to ongiś również dosłownie pochłonęłam, taki pomysł ma i od pierwszej strony zaczyna się dla jej czytelnika niezwykła przygoda. 

Od razu też powiem, że ja nie potraktowałam jej jako kalendarza a że rozpoczęłam jej lekturę trzynastego grudnia więc nie od początku miesiąca, nadrobiłam i czytałam jako całość, nie dawkując jej sobie. Tak mnie bowiem wciągnęła niezwykła przygoda Joachima i jego rodziców. 
Wraz z nadejściem Adwentu Joachim zapragnął posiadania kalendarza Adwentowego i wraz z tatą udali się do sklepów w poszukiwaniu takowego. Misja wydawała się jednak nie powieść jako, że wszędzie były wyprzedane. Jednak w ostatnim sklepie, do którego wstąpili, Joachim ujrzał kalendarz Adwentowy. Jednak jak się okazało w domu, ów kalendarz, stworzony przez odwiedzającego czasem sklepikarza tajemniczego Jana, nie skrywał w otwieranych codziennie okienkach czekoladek czy zabawkowych figurek a malutkie, cienkie karteluszki, na których rozpisana została niezwykła wędrówka całego Orszaku Niezwykłych Pielgrzymów. Orszaku niezwykłego bo składającego się z osób i postaci niezwykłych ale również poruszającego się w sposób ciekawy gdyż „wspak”. Począwszy od roku 1948 gdy mała Elisabet wybiegła ze sklepu, w którym była z mamą, goniąc baranka, który zapodział się w gwarnym miejscu a potem najwyraźniej uznał, że jest tam dla niego za głośno i panuje zbyt wielki rwetes, a skończywszy na Nocy Narodzin Jezusa w Betlejem. 
Tak tak. Elisabet wraz z przybywającymi co sto lat kolejnymi pielgrzymami pokonała bowiem drogę cofając się w czasie (na każdy dzień podróży rozrastającego się orszaku przypadało około stu lat). Droga to niezwykła bowiem prowadziła z rodzinnego kraju dziewczynki, z Norwegii, przez Niemcy, Alpy, Trację, Konstantynopol, Myrę, Damaszek aż do samego Betlejem, w którym owa niezwykła gromada składająca się z Elisabet, pięciu Aniołów, trzech Mędrców, pastuszków, namiestnika Syrii, cesarza imperium rzymskiego i siedmiu owiec, mogła uczestniczyć w Cudzie Narodzin Jezusa. 

Joachim każdego poranka Adwentu zamiast jak jego koledzy, rozpakowywać czekoladkę,  rozwijał malutki zwój aby czytać tę część drogi, która przypadała na dany dzień pielgrzymki do Betlejem.  Początkowo  czytał opowieści sam a potem, ku jego radości, wraz z rodzicami. To wspólne śledzenie drogi orszaku a przede wszystkim coraz większa chęć poznania tożsamości i dalszych losów Elisabet, powodowała, że rodzina jeszcze bardziej zbliżyła się do siebie. Rodzice Joachima byli nie wiadomo czy chwilami nie bardziej od syna podekscytowani możliwością poznania kolejnego etapu tej mistycznej i niezwykłej podróży. Tata obkładał się atlasami historycznymi , sięgano też do Biblii gdzie śledzono konkretne fragmenty Pisma Świętego. 

Jednocześnie jednak każdy z ich trójki pragnął dowiedzieć się kim była Elisabet i jak potoczyły się dalsze losy dziewczynki a później dorosłej już kobiety. Jak również, ciekawiło ich, kim tak naprawdę jest Jan, który w pewnej chwili zniknął z miasta.

Niezwykła jest to powieść i bardzo ciekawa, i muszę powiedzieć, że z pewnością jest to jedna z tych książek, które zostaną we mnie na zawsze. Naprawdę Polecającej jeszcze raz dziękuję za to, że dowiedziałam się o jej istnieniu. A zaprzyjaźnionej Księgarce jestem ogromnie wdzięczna, że tak szybko mi ją sprowadziła. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Świąteczne Tajemnice. Najlepsze świąteczne opowieści kryminalne”.

 Wybór i opracowanie Otto Penzler.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2021).

Tłumaczenie Katarzyna Krawczyk. 
Również są tam opowiadania, które tłumaczył Tomasz Bieroń.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Świąteczne tajemnice” to, podobnie jak tom pierwszy, zbiór opowiadań podzielony na poszczególne części. I tak oto mamy Przerażające opowiadania świąteczne, Zaskakujące opowiadania świąteczne, Współczesne opowiadania świąteczne, Zagadkowe opowiadania świąteczne i Klasyczne opowiadania świąteczne.

Lubię antologie opowiadań wydawane w Zysk i S-ka. Chętnie sięgam po opowiadania zawsze a te z motywami lub akcją dziejącą się w okresie około świątecznym, zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój, jakkolwiek dziwnie nie brzmiałoby to w odniesieniu do opowieści bądź co bądź, kryminalnych.

O ile dobrze teraz pamiętam, trzy opowiadania, te w tłumaczeniu Tomasza Bieronia, znam z innych antologii ale szczerze mówiąc, nie rzutowało to jakiś na odbiór całego zbioru, który sam w sobie jest naprawdę spory objętościowo. Na ponad siedmiuset stronach bowiem zamieszczono aż trzydzieści opowiadań. 

Jest jedno opowiadanie z tego zbioru, które zapamiętam na zawsze i które ogromnie mi się podobało. To, zamieszczone w części Współczesne opowiadania świąteczne, opowiadanie pod tytułem „Żywe drzewko”. Nie ukrywam, że wzruszyłam się ogromnie podczas jego lektury. 
To opowiadania przypomina nam, jak ważna w naszym życiu jest rodzina, nasi bliscy. Że czas Świąt Bożego Narodzenia powinien być czasem, w którym chętniej darujemy przykrości i w którym właśnie spędzając czas z rodziną czy przyjaciółmi, w wyjątkowo silny sposób czujemy, jakie są nasze priorytety i co jest dla nas najważniejsze. W tym opowiadaniu przybyły i dawno nieobecny w domu narratora brat i wujek dla synka narratora, pokazuje nam jak cieszyć się przedświąteczną radością i jak doceniać to, co mamy nie oczekując od losu nie wiadomo jakiej gwiazdki z nieba. 

Drugie opowiadanie, które mi się podobało, to również umieszczone w tej części opowiadanie „Po – Trzykropek”, w którym to pies jednego z bohaterów odegra bardzo znaczącą rolę w całej kryminalnej historii. 

I trzecie, również z części Współczesnych opowiadań świątecznych, noszące tytuł „Wszystko w domu”, podobało mi się za pomysł narodzin dziecka w noc przełomu Wigilii na dzień Bożego Narodzenia, które to dziecko na świat przychodzi w zdecydowanie nietypowym miejscu jakim jest posterunek Policji a towarzyszące mu i osoby i rekwizyty i zwierzęta dodają temu współczesnemu przecież opowiadaniu, odrobinę magii i niezwykłości. 

Czy drugi tom antologii „Świąteczne tajemnice” podobał mi się ? Tak, bardzo. 

Czy poleciłabym ów zbiór na prezent świąteczny dla miłośników kryminałów i to takich w bardziej klasycznym wydaniu? Zdecydowanie. 
Zbiory tych opowieści kryminalnych, tajemniczych są według mnie idealnym pomysłem na możliwość lektury w czasie około świątecznym, podczas Świąt i już po samych dniach. Opowiadania są tu idealną formą bo możemy poświęcić na lekturę w czasie dość dużego zamieszania, nie tak długi czas na czytanie a jednocześnie mieć perspektywę idealnej lektury. 

Już nie mogę się doczekać kolejnych zbiorów z tej serii a że takowe się ukażą, nie wątpię nawet. 

Moja ocena tego zbioru to 6 / 6. 

„Morderstwo na starej plebanii.” Jill McGown.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2017). Ebook.

Przełożył Tomasz Bieroń.
Tytuł oryginalny Murder at the Old Vicarage. A Christmas Mystery.

Tym razem kryminał z podobno Świętami Bożego Narodzenia w tle ale faktycznie, tym razem baaardzo w tle a nawet , określiłabym , tyle co kot napłakał.

Głupia sprawa, bo od samego początku czytania tego kryminału z klimatem nieco w klimacie książek Agathy Christie, odnosiłam wrażenie, że …już to skądś znam. Nie opuściło mnie to wrażenie, niestety, aż do samego końca lektury chociaż zakończenie wydawało mi się inne więc albo czytałam ją jednak ale nic o niej na blogu nie napisałam albo też nie czytałam a motywy, cóż, są powtarzalne. 

Oto bowiem poznajemy pastora George’a Wheelera i jego rodzinę, żonę o imieniu Marian i córkę Joannę. Ta trójka szykuje się do Świąt Bożego Narodzenia. Pastor przeżywa kryzys własnej wiary i kryzys wieku średniego. Joanna uciekła od przemocowego męża, który ją regularnie bijał i schroniła się ponownie na plebanii w domu ojca i matki. 

W Wigilię w domu pastora zjawia się mąż Joanny, przemocowiec Graham Elston i niestety, ponownie wyładowuje swoją agresję na żonie. 
Joanna wraz z ojcem opuszcza plebanię, w której zostaje śpiący i pijany mąż kobiety a kiedy wieczorem czy raczej nocą pastor z żoną wracają do domu okazuje się, że znajdują w nim zwłoki zamordowanego Elstona. 

Od tej pory romansujący ze sobą policjanci, inspektor Lloyd i sierżant Judy Hill, prowadzą intensywne śledztwo. Święta toczą się gdzieś obok ale nie dla nich , którzy muszą rozwikłać wydającą się początkowo jako dość łatwa, sprawę, która jednak w rezultacie okaże się nieco bardziej skomplikowana, niż zakładali na początku dochodzenia.

Szczerze? Nie jest to zła książka ale ja oczekiwałam czegoś nieco innego. Poza tym chyba zmęczyłam się tym natężeniem zdrad występujących w książce. 

Niemniej jednak jak na kryminał jest on całkiem w porządku i moja ocena to 5 / 6. 

„12 randek na Gwiazdkę”. Jenny Bayliss.

 Wydana w Wydawnictwie Burda, obecnie Słowne. Warszawa (2020). Ebook.

Przełożyła Agnieszka Myśliwy.

Tytuł oryginału The Twelve Dates of Christmas. 

Hmmm…mam trochę mieszane uczucia związane z tą książką. Oby była jasność, nie oczekiwałam fajerwerków, doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że jest to czytadło ale cieszył mnie ten prezent bo książkę tę mi sprezentowano. Niemniej jednak przyznam, że w pewnym momencie życzyłam sobie aby tytułowych randek było nieco mniej 😛 Nużyło mnie bowiem opisywanie każdego wyjścia. 
Ale do brzegu, jak to mówią. 
Bohaterką opowieści jest trzydziestoczteroletnia Kate, singielka, namówiona przez najlepszą przyjaciółkę Laurę, na zarejestrowanie się w biurze matrymonialnym czy może raczej, randkowym, o nazwie „Rażeni Piorunem”. Kate mieszka ponownie w swoim rodzinnym miasteczku, wróciła tam do ojca, którego porzuciła matka Kate uciekając z kochankiem do Hiszpanii. Przyjaźni się z Laurą ale i Mattem. Ta trójka zna się od dziecka i stanowią trójkę przyjaciół z dzieciństwa. Pomagali sobie wzajemnie w przeszłości i nie inaczej jest teraz, nawet jeśli Laura jest mężatką z dwójką dzieci a Matt prowadzi miejscową, rodzinną kafejkę „Pod Gruszą” i spotyka się z Sarą. 

Wracając jednak do momentu, w którym rozpoczyna się akcja książki, to w grudniu każda z zarejestrowanych osób ma odbyć dwanaście randek. I a nuż, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, ktoś z nich może odnajdzie drugą połowę?
Tak czy inaczej, Kate trochę daje się namówić Laurze, bo ta pracuje w posiadłości, w której część z randek ma się odbywać a po trochu, sama zainteresowana czuje, że chciałaby się ustatkować. Jest po kilku związkach, niemniej jednak żaden z nich nie zakończył się założeniem rodziny.

No i tak rozpoczyna się randkowanie Kate. Spotkania potencjalnych zakochanych organizowane są w naprawdę ciekawy sposób. A to odbywa się konkurs na budowę domku z piernika, a to nauka tworzenia koktajli, a to odbywa się wycieczka plenerowa, a to randkowicze uczą się w szkole gotowania. Pomysły są interesujące i nawet fakt, że na pierwszej randce Kate zostaje wystawiona przez partnera, który się nie stawił na spotkanie, nie przeszkadza jej w kontynuowaniu zabawy w jej mniemaniu. 
Niemniej jednak ja już tej zabawy podczas lektury miałam trochę mniej. Nie ukrywam, że spotkań mogłoby być mniej, bo w pewnym momencie przestało mnie ciekawić, kogo Kate pozna i czy ten okaże się interesującym dla niej partnerem. 

Najbardziej podobało mi się w tej książce, szczerze mówiąc, opisywanie życia małego miasteczka w przededniu Świąt Bożego Narodzenia, całe te radosne przygotowania, szykowanie się na niezwykły czas. Jako, że miasteczko to mała społeczność, w której ludzie w większości się lubią, wiele tych przygotowań odbywa się w większym gronie, co stanowi podstawę rozwoju więzi społecznych i zwyczajnie, dobrej zabawy. 

„12 randek na Gwiazdkę” jest nieco zbyt przewidywalna i o ile w sumie w tego typu książce nie musi to być zarzutem i zarzutu w sumie nie stawiam, tak trochę szkoda, że jednak okazała się ta książka aż tak przewidująca. Tak czy inaczej, po jej lekturze najbardziej zapamiętam to, jak może być fajnie gdy społeczność ma ze sobą wzajemnie więzi i zwyczajnie lubi się a co za tym idzie, w sytuacjach kryzysowych, ludzie są gotowi wzajemnie sobie pomagać. Jak dla mnie to najważniejsza myśl płynąca z tej książki. 

Moja ocena to 4 / 6. 

„Dzieło przypadku”. Jeffrey Archer.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2018).

Przełożyła Maja Justyna. 
Tytuł oryginału Tell Tale.

Książkę wygrałam w konkursie Wydawnictwa na stronie Fb. 

Książka-niespodzianka, jaką otrzymałam w konkursie okazała się świetną niespodzianką a przede wszystkim świetną rozrywką. 
To zbiór opowiadań plus fragment wydanej w 2018 roku powieści. 
Opowiadań jest piętnaście i każde z nich stanowiło naprawdę świetną rozrywkę podczas jego lektury. 
Trzeba też podkreślić, że każde z nich ma w sobie mniej lub więcej sensacji bądź kryminału i każde z nich zawiera na końcu świetny zwrot akcji. 

Ciekawym opowiadaniem z tego zbioru jest „Niewykorzystana godzina”. Następnym razem gdy będziecie prowadzić miłą pogawędkę z nieznanym starszym panem, przyjrzyjcie mu się baczniej. A nuż jest to ktoś, kogo na swój sposób już „znacie”? 

Świetnie też bawiłam się podczas lektury „Wakacji życia”, w którym to para małżonków odkrywa sposób na wzbogacenie się niekoniecznie uczciwym sposobem. 

Natomiast moim ulubionym opowiadaniem z tego zbioru jest bezsprzecznie „Pierwszy zastępca dyrektora banku”. 
Świetne, naprawdę świetne i nie ukrywajmy, od samego początku kibicujemy panu Dunbarowi czyli głównemu bohaterowi tegoż. 

Jeśli szukacie niezobowiązującej rozrywki, która właśnie nie udaje niczego innego niż jest, macie ochotę na nagłe twisty i zwyczajnie, pogłówkowanie jak tym razem autor nas zaskoczy, polecam Wam „Dzieło przypadku”.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Dzwonki, gwiazdki i słomki”. Renata Kosin.

 Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2021). Ebook.

Pisząc recenzję na temat najnowszej książki z tematyką około świąteczną Joanny Szarańskiej wspomniałam, że obecnie przy mnogości tego typu książek mam swoje ulubione autorki, po których książki w tej tematyce sięgam z tak zwaną „pewnością”. I właśnie tak jest z książkami Renaty Kosin. 
Muszę powiedzieć, że po poprzedniej świątecznej książce tej Renaty Kosin zastanawiałam się czym zaskoczy mnie w kolejnej w tej tematyce. I oto, udało się ! Bowiem książka okazała się (co jest świetne) zupełnie inna niż to, czego się po niej spodziewałam. 
Po pierwsze, jest utrzymana w tematyce lżejszej, jest w niej mnóstwo poczucia humoru, nie dzieją się wielkie dramaty, ot, zwykłe życie. Ale i w ten sposób jak najbardziej można napisać o sprawach dla nas, ludzi, najważniejszych, nie popadając w zbędny patos czy wręcz łopatologiczne wyjaśnienia. 

Na samym początku książki poznajemy jedną z głównych bohaterek a mianowicie Matyldę. Matylda jedzie podekscytowana do domu swojej koleżanki z pracy, która to koleżanka zaprosiła ją na Święta Bożego Narodzenia do jej domu na Podlasiu. A konkretnie do wioski o nazwie Boguduchy.
Matylda to dziewczyna z miasta, która jednak od dłuższego czasu pragnie spełnić swoje może nietypowe marzenia a mianowicie właśnie pobycie na wsi. A już kiedy dowiaduje się, że to wieś na Podlasiu, w której ma nadzieję poznać masę starych zwyczajów i obrzędów kultywowanych z dnia na dzień, wprost nie może się doczekać. Już sobie obiecuje ile to pięknych stylizowanych zdjęć z chociażby sanny pojawi się na jej kontach społecznościowych. Na samym początku może przekonać się jak piękna jest okolica, w której przyjdzie jej świętować, gdy kolega koleżanki z pracy Matyldy,  Maciej, wiezie ją saniami zaprzężonymi w konie aż do domu gospodyni i jej rodziny. 

Gościnną koleżanką okazuje się być Halszka. Ponieważ  z przyczyn rodzinnych jej rodzice na Świętach w domu nie będą, tym weselej będzie w większej gromadzie. Na święta w domu Halszki oprócz niej zostaje jedynie babunia Fela i starszy brat Halszki, zatwardziały kawaler, Stefan. 

Na samym początku gdy autorka przedstawia nam postać Matyldy, zastanawiałam się nawet nad konwencją powieści jako komedii pomyłek. Szybko jednak okazało się, że nie, że nie taki był zamysł autorki a opowieść to historia wizyty dziewczyny z miasta na podlaskiej wsi, która to wizyta raz na zawsze zmieni życie wszystkich osób zainteresowanych. 

Podobał mi się klimat tej opowieści. Po pierwsze to, że Matylda, ku mojej radości, nie okazała się nieprzyjemną i nadętą paniusią  ani też nieporadną melepetą a fajną dziewczyną, z pomysłami. 
Podobało mi się wprowadzenie jako jednej z głównych postaci starszej pani, babci Feli, skarbnicy rodzinnych wspomnień i pamiątek. 

Wreszcie, podobało mi się to, że pod pozorem dość lekkiej w sumie opowieści po raz kolejny przypomniałam sobie, że w życiu największym skarbem są nasi bliscy, rodzina, przyjaciele, dzieci. To oni pomagają przetrwać największe burze w naszym życiu i to właśnie dla nich chce się żyć. 

Podobało mi się też motto pradziadka Januarego, którego dowiadujemy się już niemal na samym końcu książki. 

„Dzwonki, gwiazdki i słomki” to bardzo przyjemna opowieść o tym, co najważniejsze i to nie tylko w świąteczny czas. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Kraina Spełnionych Życzeń”. Joanna Szarańska.

 Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2021).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. 

„Kraina Spełnionych Życzeń” to kontynuacja losów i przygód bohaterów znanych nam z pierwszej części opowieści o miasteczku Świerczynki położonego nieopodal Krakowa. 
Można jednak czytać tę książkę bez znajomości części pierwszej noszącej tytuł „Kraina Zeszłorocznych Choinek”, chociaż osobiście radziłabym komuś, kto jeszcze jej nie zna, przeczytać i tę część bo zwyczajnie jest to również bardzo dobra książka. 

Lubię , ogromnie lubię książki Joanny Szarańskiej ale szczególne miejsce w moim sercu i na półce (to nieliczne kupione po rozpoczęciu przygody z czytnikiem ebooków książki papierowe, jakie są u mnie na regale) zajmują książki świąteczne. 
Wiem, że obecnie mamy na rynku istny zalew książek o tej tematyce i szczerze mówiąc, sama po pierwotnym zachwycie parę lat wstecz, zdecydowałam się na ostrą selekcję. Kupuję dosłownie parę książek ulubionych Autorek. Jednak owa selekcja zwyczajnie nie dotyczy książek Joanny Szarańskiej. Jej świąteczne książki po prostu muszę mieć. 

Ta książka została mi podarowana przez Autorkę, przez co oczywiście nabiera dla mnie dodatkowego znaczenia. Raz jeszcze za nią dziękuję.

„Kraina Spełnionych Życzeń” to książka, nad którą zarówno się pośmiałam (czytając co bardziej smakowite fragmenty Mężowi), wzruszyłam (końcówkę po prostu przepłakałam, a niech tam, nie ma co wstydzić się dobrych wzruszeń), zamyśliłam. Był moment, gdy bardzo się martwiłam jak potoczą się losy dalszych bohaterów ale też lekturę zakończyłam z wielką nadzieją na kontynuację opowieści ze Świerczynek. Mam nadzieję, że takowa powstanie bo pomysłów na dalszy ciąg niektórych znajomości, przyjaźni i losów bohaterów jest mnóstwo. 

Tym razem akcja książki rozpoczyna się na dwa tygodnie. Józef i Józefina Pawłowscy, emerytowane rodzeństwo, ponownie otwiera swój niezwykły sklepik ze świątecznymi oryginalnymi ozdobami. Sklepik ten nosi nazwę „Kraina Zeszłorocznych Choinek” i jak rok temu, za jego sprawą, również dziać się będą rzeczy niezwykłe, piękne i dobre. 

Cieszy mnie gdy „znam” bohaterów książki. I tak, z radością kibicuję młodej Ninie i jej związkowi z Danielem. Ucieszyła mnie informacja o ślubie jej mamy, Beaty, który to ślub zaplanowano na Święta Bożego Narodzenia. 
Dorota, mama Antka, co prawda pozostaje w poprawnych układach z byłym mężem ale też rozwija swój fryzjerski biznes i ma nadzieję na wejście do znanej i popularnej sieci fryzjerskiej „Błękitny Loczek”.
W tej części pojawią się też nowi bohaterowie. Filip Lisowicz i jego dwie córki, z których jedna stanie się bliska pewnemu małemu chłopcu, któremu brak rodzeństwa. 

A tymczasem już na początku książki Józef otrzymuje propozycję na kształt propozycji życia i zamierza z niej skorzystać. Jedzie więc za granicę a sklepik pozostawia na głowach Józefiny, dawnej miłości Heleny, która wróciła do Świerczynek i Antosia. Czy ta trójka, której relacje nie zawsze do tej pory były łatwe da radę przemóc wzajemne animozje i pogodzi się aby razem kierować sklepikiem a przede wszystkim aby „Kraina Zeszłorocznych Choinek” nie była zagrożona?

Każdy z bohaterów tej części ma kogoś lub coś, co kocha i kogoś lub coś, o co gotów jest walczyć do ostatka sił. Strata kochanych osób lub miejsc powoduje, że człowiek albo apatycznie poddaje się trwodze i obawie albo podejmuje walkę o najdroższych. O tym i o tym, co tak naprawdę najważniejsze jest w życiu, opowiada książka „Kraina Spełnionych Życzeń”.

Jestem zachwycona tą książką. Jest jak kojący plaster na wszystkie smutki i troski. Pięknie i bez zbędnego słodu czy moralizatorstwa opowiada o życiowych priorytetach, o radości z nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, o sile miłości i przyjaźni. Miłości również tej do drugiego człowieka, po prostu. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Chłopiec zwany Gwiazdką”. Matt Haig.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2021). 

Przełożyli Ernest Bryll i Marta Bryll.

Tytuł oryginału A Boy Called Christmas.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Chłopiec zwany Gwiazdką” to kolejne wydanie tego tytułu, tym razem z filmową okładką, jako, że zostanie ona zekranizowana ale ja sięgnęłam po nią pierwszy raz. I szczerze się sobie samej dziwię, że zdecydowałam się na to dopiero teraz. Stali czytelnicy mojego blogu lub też zwyczajnie moi znajomi i bliscy wiedzą, że bardzo lubię motyw Świąt Bożego Narodzenia w książkach i filmach i chętnie po nie sięgam. Ostatnio jest ich tyle, że w sumie zdecydowanie ograniczyłam wybór i czytam jedynie te naprawdę lubianych przeze mnie autorek i autorów lub jak w tym przypadku, decyduję się na książki dla dzieci. Albowiem nie ma to jak dobra książka dla dzieci. W „Chłopcu zwanym Gwiazdką” w ogóle nie ma się wrażenia, że autor traktuje czytelników z jakąś taką pobłażliwością dorosłego względem dzieci i czyta się tę książkę z wielką przyjemnością. Tym bardziej, że oprócz wartkiej akcji książki, niesie ona ze sobą mądre przesłania i dobre, ciepłe myśli i rady, które warto wcielać w życie nie tylko gdy się jest dzieckiem. 

„Chłopiec zwany Gwiazdką” to można by powiedzieć, preaquel losów i działalności Świętego Mikołaja. Ale nie tego Świętego z Miry, znanego z hagiografii lecz tego nie zważającego na dietę i zdrową żywność, wiecznie uśmiechniętego, brodatego mężczyznę w czerwonej czapce, który raz w roku z zaprzęgiem reniferów organizuje podniebny rajd po świecie, w czasie którego rozdaje dzieciom prezenty. 

Mikołaja poznajemy jako półsierotę. Mieszka on w chatynce w wioseczce gdzieś w Finlandii wraz ze swoim tatą, drwalem Joelem. Mama Mikołaja zginęła w tragicznych okolicznościach ale mimo ubogości chłopiec czuje się kochany przez tatę. Ten jedenastolatek mimo, że nie ma zbyt wiele dóbr materialnych w swoim życiu, lalkę wyrzeźbioną z rzepy przez jego mamę i sanie z wyrzeźbioną ich nazwą „Gwiazdka” jest chłopcem szczęśliwym i kochanym. A ponadto, urodzonym w Święta Bożego Narodzenia, stąd, nadana mu jeszcze przez mamę czuła nazwa czy raczej czułe przezwisko. 

Niezbyt bogatą ale spokojną i dobrą egzystencję ojca i syna przerywa nagła decyzja taty. Joel decyduje się dołączyć do ekspedycji na Daleką Północ, mającą za celu znalezienie wioski Elfów. Decyzja zostaje przez mężczyznę podjęta ze względu na brak finansów i rozpaczliwą próbę ich podratowania. Ojciec ma dość ich dotychczasowej egzystencji, wiecznej zgryzoty o finanse i braku kupienia synowi prezentów zarówno na Święta jak i na przypadające w tym samym czasie urodziny chłopca. 

Decyduje się więc na wyprawę a w tym, jak się początkowo wydaje, krótkim czasie , synem ma się opiekować ciotka Karlotta, postać rodem ze złej bajki. Nie lubiąca nikogo, oprócz samej siebie, zła i zgorzkniała osoba. W dodatku pazerna na pieniądze. Z kimś takim Mikołaj , wygoniony właściwie z własnego domostwa, nie jest w stanie wytrzymać z kobietą i kiedy wyprawa ojca z towarzyszami przeciąga się nadmiernie, Mikołaj wyrusza w drogę aby odnaleźć tatę. A towarzyszy mu zaprzyjaźniona z nim Mysz Miika. Po drodze zaś wędrowcy napotkają renifera, którego chłopiec nazwie Błyskiem. 

I tak oto ta trójka, pokonując przeszkody wyruszy na ową osławioną Daleką Północ, w którym to zakątku kraju podobno żyją Elfy. 

Akcja książki, jak już wspominałam, nie stoi w miejscu, toczy się wartko i Mikołaj wraz z towarzyszami przeżywają sporo na kartach tej okraszonej ładnymi ilustracjami Chrisa Moulda książki. 
Trafiają w rezultacie do wioski Elfów, a jakże. Tylko, że spotkanie z mieszkańcami owej wioski przebiegnie zupełnie inaczej niż to sobie początkowo Mikołaj wyobrażał. Mając na myśli Elfy sądził, że są to gościnne, ciepłe, dobre istoty i zapewne w ostatnich snach śnił, że zostanie przez nie …wtrącony do więzienia , gdzie spotka Wróżkę Prawdy i Trolla Sebastiana. 

Co mnie urzekło w tej książce, to jej ciepło, to że zło zostanie pokonane. Że autor przypomni nam o niby oczywistych prawdach ale jednak tak często zapominanych, że powinniśmy być dla siebie wzajemnie dobrzy, serdeczni, powinniśmy o sobie wzajemnie myśleć. Że absolutnie nie powinniśmy nikomu dać odebrać sobie wiary w dobro, w to, że po czasach strasznych i mrocznych na pewno kiedyś nadejdą te dobre, lepsze, dające otuchę. Wreszcie, co warto podkreślić, spodobało mi się w tej książce to, że autor przypomina, że nasi rodzice, cóż, są tylko ludźmi , którzy popełniają błędy, nie są nieomylni ale tak naprawdę jednak w większości przypadków, zależy im przede wszystkim na nas i naszym dobru. 

Ogromnie ujął mnie też pomysł wykreowania tego, co stało się z Mikołajem, który jednak w wiosce Elfów pozostanie i który dopiero po kilkudziesięciu latach od przybycia do niej, wymyśli swój pomysł na życie, że się tak wyrażę. 
Jeśli chcesz się dowiedzieć jak właściwie Mikołaj znalazł się w tym miejscu z Elfami, reniferami i innymi przyjaciółmi i jak to właściwie się dzieje, że co roku pędzi po niebie w swoim zaprzęgu renów wypełnionym podarkami, sięgnij koniecznie po tę książkę. Dodatkowo ucieszy Cię ta lektura jeśli lubisz książki ciepłe, pokrzepiające i nie masz w sobie zgorzkniałej marudy.
Ja ogromnie się cieszę, że mogłam ją przeczytać i teraz już się cieszę na ponowną lekturę wraz z Synem. 

Moja ocena książki „Chłopiec zwany Gwiazdką” to 6 / 6. 

„Stara Słaboniowa i Spiekładuchy”. Joanna Łańcucka.

Wydana w Wydawnictwie Oficynka. Gdańsk (2013). Ebook.
Ilustracje Joanna Łańcucka.

Nie mogłam sobie wybrać lepszej lektury na te minione dni niż „Stara Słaboniowa i Spiekładuchy” Joanny Lańcuckiej. Klimatem, nastrojem pasowały do tych dni przed wczoraj i dzisiaj niezwykle…Czas, kiedy świat „tamten” splata się niezauważanie ze światem „tym” pokazany jest w tej książce w sposób niezwykły.

Autorka skupia się w swojej książce na demonologii Słowian i postaci z tejże właśnie w niej występują i biorą aktywny udział.

Genialna to książka w swojej niby to prostocie a jednocześnie mająca konkretny plan. Wszystkie rozdziały, wydające się być osobnymi, łączą się w istocie ze sobą i tworzą spójną całość.

Oto we wsi noszącej ciekawą nazwę Capówka mieszka wdowa po Henryku, zwana Starą Słaboniową. Stara Słaboniowa wydaje się być kruchą, słabą staruszką ale niech nas nie zmyli pierwszy rzut oka na ową kobietę. Oto bowiem okazuje się, że ma ona wielkie umiejętności i możliwości władania siłami mogącymi pokonać złe duchy, strzygi, upiory i inne niedobre istoty, których odwiecznym celem jest zniszczenie siły i mocy, dobra człowieka i zawładnięcie nim.

Mnie ujęły dwa aspekty książki. Stworzenie postaci głównej, jej obraz i charakter, świetna, naprawdę świetna postać staruszki z siłą wielu ! jak również sama fabuła, jej zawiłości ale i konsekwencje fabularne, w które niby to od niechcenia a jednak jasno wprowadza nas autorka.

Nie spotkałam się ze złą oceną tej książki. Nie wiem też w sumie, dlaczego do tej pory jakoś od niej stroniłam? Gdyby nie to, że otrzymałam ją w prezencie, nie miałabym okazji poznać tej staruszeczki mieszkającej w stareńkiej chatynce gdzieś na zapomnianej przez ludzi i czas wioseczce, która jednak włada mocami niezwykłymi.
Stanowi niezwykłą przeciwwagę dla złych duchów i demonów, które chcą zawładnąć niewinnymi ludźmi czy raczej – ich duszami. Stara Słaboniowa to silna, mająca moc kobieta, której nie straszne żadne duszyska i ich groźbami.

Autorka stworzyła w tej książce niezwykły świat. Świat starej kobiety, którą ludzie ni to szanują z obawy (mówi się, że Stara Słaboniowa ma niezwykłe umiejętności i moce, którymi potrafi się umiejętnie posługiwać) ni to lekceważą ze względu na wiek i jej wdowi status.
Jednocześnie , Joanna Łańcucka okraszając swoją książkę świetnymi ilustracjami, stworzyła niezwykłe uniwersum, w którym dwa światy, ten ziemski i ten pozaziemski, przenikają się i mają na siebie wzajemnie wpływ, często prowadzący do dramatów.

Jeśli macie chęć na lekturę niezwykłą, oryginalną i na pewno nie nudną, zachęcam Was, jeśli jeszcze nie znacie, do przeczytania właśnie tej książki.
Na pewno nie pożałujecie!

Moja ocena to 6 / 6.

„Wampir. Jak rodzi się zło. Epilog”. Magda Omilianowicz.

 Wydana w Kompania Mediowa. Warszawa (2021).

Tę książkę ze wstępem autorstwa Igora Brejdyganta wygrałam w konkursie Pocisku. Magazynu literacko-kryminalnego na stronie tegoż na Fb. 
Nie ukrywam, że lektura jest trudna a nawet -bardzo trudna. Jednocześnie, co za przykra świadomość, była jedną z tych książek, które trudno było mi odłożyć. Chociaż nie zaprzeczę, że po jej lekturze nie ma się spokojnych snów. 

Trudno jest mi określić Pękalskiego, którego dotyczy ta książka jej  „bohaterem”. Mimo wszystko z tym słowem mam jednak dobre skojarzenia. O tym człowieku trudno jest myśleć mi w ten sposób. 
I mimo, że co do jego morderstw wciąż toczą się rozmowy co do tego co Pękalski sobie przypisał a kogo niestety, zamordował on sam, jedno jest pewne. Mimo, że początkowo przyznawał się do bardzo wielu zbrodni, ostatecznie udało się go skazać za jedno morderstwo nastoletniej Sylwii. Niemniej jednak, autorka na końcu książki podkreśla, że sprawy, co do których nie zostało potwierdzone sprawstwo Pękalskiego, nigdy nie zostały rozwiązane. A więc nie wiemy do końca czy mordercą był on czy jednak ktoś inny. 

Dziwnie czyta się tego typu książkę bo i jak wspomniałam na początku, nie jest to lektura łatwa. Przykro jest czytać o takim nagromadzeniu zła. Nie tylko samych zbrodni mordercy ale również tego co spotykało w życiu i jego samego. Dopiero co słynny amerykański profiler FBI zastanawiał się w swojej książce, którą czytałam „Czy zbrodniarzem się rodzimy czy się nim stajemy?”. I tu również można zadać sobie to pytanie. Nie wiem, nie jestem psychiatrą czy psychologiem, nie czuję się żadnym znawcą w tej dziedzinie abym była w stanie na to pytanie sobie odpowiedzieć, niemniej jednak zawsze czytając tego typu książkę opowiadającą o tego typu osobie, zadaję sobie pytanie o to czy złu można było w ogóle zapobiec. Czy gdyby w odpowiednim czasie na drodze tego typu osoby stanął ktoś inny niż w rezultacie był w jego życiu, czy była szansa aby nie wyrósł ktoś taki właśnie? 

W swojej książce Omilianowicz pisze o sprawach, które na procesie usiłowano udowodnić Pękalskiemu i czego to w rezultacie jednak udowodnić się nie udało. 
W przypadku tej osoby pozostaje więc wiele pytań a odpowiedzi jest bardzo mało. Nie ukrywam, że ja po lekturze tej książki nie mam wątpliwości co do tego, że mógł on popełnić znacznie więcej zbrodni niż ta jedna, za którą go skazano i wtrącono na dwadzieścia pięć lat do więzienia. Niemniej jednak zdołano udowodnić mu jedynie to tę jedną. 

Sięgając po książki tego typu zawsze trochę obawiam się tego, że autorowi publikacji uda się zrobić ze zbrodniarza celebrytę. Tu na szczęście autorce udało się tego uniknąć. Przy każdej opisywanej przez Omilianowicz zbrodni duża część rozdziału dotyczy samej Ofiary. Co jest dobre bo nie oddaje większości książki zbrodniarzowi a jakiś rodzaj czci i pamięci Ofiarom właśnie. 

Igor Brejdygant w swojej przedmowie zaznacza, że autorka umiała dostrzec w zbrodniarzu człowieka. Ja niestety, nie byłam w stanie zbyt wiele człowieczeństwa w tej postaci się dopatrzeć. Dlatego też uważam, że dobrze, że autorka poświęciła dużą część książki Ofiarom właśnie, podkreślając tym samym, kto tak naprawdę podczas tych zbrodni stracił najwięcej. I kto poniósł największą ofiarę.

Moja ocena to 5 / 6.