„Ona i jej kot”. Makoto Shinkai. Naruki Nakagawa.

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2022). Ebook.

Przełożył Dariusz Latoś.
Tytuł oryginału Kanojo to kanojo no neko.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Koty ratują ludzi” to pierwsza myśl jaka przyszła już po dwóch pierwszych z czterech opowiadań jakie są w tej książce. Tak w ogóle, to na początku była manga o tym samym tytule, ale przyznaję, że jej nie znam więc trudno mi jest porównywać mangę i beletrystykę a nawet sądzę, że dobrze, że nie znam bo właśnie nie będę na siłę porównywała obu książek.

„Ona i jej kot” to cztery opowiadania, w których narratorami są na przemian i bohaterki i ich koty. A cała akcja rozpoczyna się w chwili gdy jedna z kobiet znajduje wyrzuconego przez kogoś kota i postanawia dać mu nowy dom i imię Chobi. W każdym kolejnym opowiadaniu główną rolę pełnią kobiety i koty. Między kobiecymi bohaterkami są pewne powiązania , zawodowe lub personalne ale również koty występujące w książce a więc Chobi, Mimi, Kukki i Kuro. Jak wspomniałam, koty są również narratorami opowieści, ciekawe jest więc zestawienie akcji książki i tego co wiemy od kobiet z tym, co na ten sam temat mówią koty.
Może jesteście ciekawi czemu przyszło mi do głowy hasło o tym, że koty ratują ludzi?
Otóż, w każdym z opowiadań bohaterki mają jakieś większe lub mniejsze problemy życiowe. Zajęcie się bezdomnym kotem pomaga im zmienić perspektywę spojrzenia na to co dzieje się w ich życiu, pomaga też poczuć się ważnym dla drugiej istoty, która obdarza je miłością i bezwarunkowym przywiązaniem.

Nie ukrywam, że moim ulubionym opowiadaniem jest opowiadanie trzecie noszące tytuł „Niebo i sen”, w którym poznajemy Aoi obciążoną poczuciem winy po śmierci swojej najlepszej przyjaciółki, Mari. Dziewczyna po tym jak jej przyjaciółka zmarła nagłą śmiercią nie wychodzi z domu i pogrąża się w coraz bardziej mrocznym wewnętrznym świecie. I prawdopodobnie zniknęłaby w tym mrocznym świecie całkiem, gdyby nie fakt, że jej mama przygarnęła jedno z kociąt Mimi, a konkretnie kotkę Kukki. To Kukki pomoże, całkiem nieświadomie zresztą, wyjść dziewczynie zarówno dosłownie z domu jak i symbolicznie, na życiową prostą.

„Ona i jej kot” to nie jest jakaś niewiarygodnie ambitna literatura, jednak jest to coś, co lubię. Po pierwsze, są tu opisani zwykli ludzie i ich zwyczajne ale dla nich ważne, problemy i zmartwienia. Po drugie, jednymi z bohaterów są koty, zwierzęta, które raczej rzadko są jednymi z głównych bohaterów (mam wrażenie, że tu prym wiodą psy). Koty jednak pełnią tu rolę terapeutyczną. To nie koty z rozlicznych memów, w których każą się traktować jak królowie (lub mają wyższe ambicje), wokół których służalczo skacze człowiek zastanawiając się nad tym jak jeszcze może rozpieścić swojego pupila. To koty, które pozwalają człowiekowi stanąć na nogi po jego traumie, które są dla kobiet z opowiadań wiernymi przyjaciółmi, które to koty wreszcie są wierne i kochające i pobawione wszelkich postaw roszczeniowych wobec ludzi, z którymi mieszkają a których czasem sami wybierają na swoich opiekunów.

Na pewno książka „Ona i jej kot” stanowi miły prezent dla każdego kto lubi koty. Ale również dla kogoś, kto ma ochotę na coś nie bardzo wymyślnego ale napisanego w przyjemny sposób i również, co według mnie nie jest bez znaczenia, coś co człowieka pokrzepi, przekona, że po ciemniejszych chwilach, wydarzeniach może przyjść lepszy , twórczy , dobry czas.

Moja ocena to 6/ 6.

Jedenaście lat…

…minęło od narodzin Emilki.

Nie sposób nie myśleć o Niej dzisiaj w sposób bardziej intensywny niż zawsze (nie ma dnia, żebyśmy o Niej nie myśleli).

Jaka by była? Jakby wyglądała?

Te dni „rocznicowe” są dla nas wyjątkowo niełatwe ale dzięki temu, że mamy siebie, Jasia, rodzinę, przyjaciół, są one jednak nieco łatwiejsze.

Dziękuję Wszystkim tym, którzy pamiętają o Niej w tym dniu i przesyłają swoje słowa do nas. Doceniamy każdy taki gest, każde słowo, każdy gest pamięci.

Życzenia.

W Światowym Dniu Książki i Praw Autorskich przesyłam Najlepsze Życzenia zarówno znajomym Autorkom i Autorom jak i również nam, Czytelnikom, którzy to bez książek zapewne nie wyobrażają sobie życia. 

Ja to święto obchodzę czytając (nie ukrywam, że pod wpływem serialu) „Tokyo Vice” autorstwa Jake’a Adelstein’a. Książka wciąga i czyta się ją dobrze. 

A Wy? Z jakąś książką dzisiaj świętujecie nasze święto ? Z chęcią poczytam Wasze książkowe propozycje. 

„Kot w Tokio”. Nick Bradley.

 Wydawna w Wydawnictwie ZNAK. Kraków (2022). Ebook.

Przełożyła Maria Makuch.

Tytuł oryginalny The Cat and the City.

Szylkretowy kot przemykający się ulicami Tokio, grupa bohaterów, których losy poznajemy w poszczególnych rozdziałach książki funkcjonujących jako osobne opowiadania a których to bohaterów losy częściowo się ze sobą splatają. Brzmi jak schemat książki obyczajowej, którą gdzieś, kiedyś już czytaliśmy i znamy? Dokładnie tak. Debiut pana Nicka Bradleya nie jest niczym mega odkrywczym i innowacyjnym ale mimo tego, czytało mi się tę książkę bardzo dobrze. 
Nie ukrywam, lubię książki z motywem zwierząt a tu bohaterem jest ów tytułowy kot, który sporo namiesza w życiu niektórych bohaterów. Czasem spowoduje małą katastrofę, czasem pomoże komuś wyjść na prostą. Ot, jak w życiu.
Dodatkowo w książce ważny jest sam motyw kotów , za sprawą wykreowanego na potrzebę książki autora science fiction, Nishi Furuni, którego to opowiadanie ukazuje się również w tej ksiażce za sprawą tłumaczenia dokonanego przez jedną z bohaterek „Kota w Tokio”, Amerykanki, Flo Dunthorpe, która owo opowiadanie przetłumaczyła. 
Bohaterów jest tu sporo bo i bezdomny, który ongiś prowadził świetne życie a któremu własny alkoholizm przerwał dobrą passę, jest taksówkarz, który prowadzi zwyczajne, godne życie. Jest Amerykanka, która przyjechała do Japonii nie znając języka a teraz posługuje się nim świetnie. Ale też bohaterem jest wspomniany szylkretowy kot i samo miasto, Tokio. 
Tokio w tej książce nie jawi się specjalnie dobrze. Kilkakrotnie ma się wrażenie, że to miasto zbytnio wessało któregoś z bohaterów książki, powodując niemałe problemy w jego życiu zawodowo osobistym. Odnoszę wrażenie, że dla większości bohaterów było raczej labiryntem, w którym gubili się sami ale i tracili swoje relacje i emocje. 

Nie powiedziałabym, że „Kot w Tokio” jest jakąś niesamowicie oryginalną literaturą, która zmieniła coś w moim życiu ale z pewnością jest to kawałek literatury obyczajowej, która stanowi dobrą rozrywkę i zwyczajnie czyta się ją dobrze i z zainteresowaniem.

Moja ocena to 5 / 6.

Życzenia Świąteczne

 Trudne te Święta będą w tym roku. Trudne bo ciężko się radować gdy obok wojna i tyle okrucieństwa. 

Niemniej jednak, postaram się Wam życzyć tego, czego życzę mojej rodzinie a więc Zdrowych i Spokojnych Świąt Wielkanocnych! Abyśmy poczuli Odnowę i przekonanie, że Dobro zawsze pokona zło!
Spędzonych w gronie najbliższych tak, jak lubicie. Światu nieustająco życzę pokoju !

Tym, dla których to ważne, przeżyć duchowych wartościowych i owocnych a tym, którzy traktują to jedynie jako dni wolne od pracy, odpoczynku i spokoju. 

„Cisza”. Don DeLillo.

 Wydana w Wydawnictwie NOIR SUR BLANC. Warszawa (2022). Ebook.

Przełożył Michał Kłobukowski.

Tytuł oryginalny The Silence. 

„Cisza” to moje pierwsze zetknięcie z Donem DeLillo. No, tak się jakoś złożyło. Myślę,że nie ostatnie spotkanie literackie to będzie. Ta książka bowiem, która jak dla mnie jest właściwie nie tyle powieścią co dłuższym opowiadaniem (przeczytałam ją baaardzo szybko) zaostrzyła w jakiś sposób mój apetyt na dalsze poznanie książek amerykańskiego autora. 

Trudno jest mi napisać coś na temat „Ciszy” bo to bardzo specyficznie napisana książka. Nie ma w niej wielkich zwrotów akcji. Odnoszę wrażenie, że to co w zamierzeniu mogłoby być katastrofą zostaje w treści przykryte, czy zastąpione (nie wiem do końca, na które określenie się zdecydować) przez zupełnie inną katastrofę, większego kalibru. Emocje, które teoretycznie mogłyby być silniejsze, wyrazistsze, są jakieś stłumione jakby tytułowa cisza jak mgła wyciszała wszystko to, co może.

Akcja książki rozpoczyna się w samolocie lecącym z Paryża do Stanów Zjednoczonych a konkretnie do Nowego Jorku. Dwójka pasażerów, Jim Kripps i jego żona, Tessa Berens, wraca z dwutygodniowego wypadu do stolicy Francji i ma zamiar obejrzeć finał sezonu futbolu amerykańskiego wraz z dwójką swoich znajomych, Diane Lucas i Max’em Stennerem. U znajomych jest jeszcze dawny student Diane, niejaki Martin. 

Pierwsza część kończy się nagłym zdarzeniem. Samolot, w którym lecą Jim i Tessa, ma awaryjne lądowanie. Ale myliłby się ktoś , kto myślałby , że to wstęp do opisu jakiejś spektakularnej katastrofy. 
Jest to jedynie wynik tego, co się zdarzy wszystkim bohaterom a mianowicie, nagle zarówno podróżujący z Paryża do Nowego Jorku jak i oczekujący na nich w nowojorskim apartamencie małżonkowie i ich znajomy, staną w obliczu nagłej zmiany tego, do czego przywykli. Staje się nagły blakc out ale wydaje się, że jest on dopiero początkiem tego co może nadciągnąć. 

Właściwie „Cisza” wpasowuje się (niestety) w klimat sytuacji politycznej. Wojna w Ukrainie, która wciąż mimo tak głośnych przecież zapowiedzi i ostrzeżeń wciąż wiele osób zdziwiła, nasze uzależnienie od techniki ale przede wszystkim jasne pokazanie, że wystarczy nas od czegoś dramatycznie „odciąć” a zdarza nam się preludium końca świata. 

„Cisza” jest ewidentnie opowieścią -symbolem. Według mnie chociaż powstała zanim pandemia opanowała świat na dobre, jest to właśnie symbol narastających zagrożeń czyhających na nas a przed którymi nie możemy się obronić bo i jak? Jak na mało spraw mamy jakikolwiek wpływ. Nie jesteśmy w stanie kontrolować światowej pandemii, nie jesteśmy w stanie kontrolować wojny, która toczy się obok nas. 
Końce świata zdarzają się komuś , jakimś innym każdego dnia. Dla każdego oczywiście mogą być czymś innym. 
Co jednak, jeśli spektakularny koniec świata zdarzy się wszystkim nam na raz? I jak po tym końcu świata żyć? Jestem przekonana, że te pytania wybrzmiewają zdecydowanie głośniej dzisiaj, kiedy to, jestem o tym pewna, wszyscy mamy naznaczone poczuciem klęski i nieodwracalności, poczucie, że świat, który znaliśmy przed 24.02.2022 już zwyczajnie nie istnieje. 

„Cisza” według mnie genialna opowieść. Trudno mi pisać o niej jako o książce, gdyż jak mówię, objętościowo dla mnie to wciąż dłuższe opowiadanie. Niemniej jednak może być tak, że ją przegapicie a jak sądzę, byłaby to w waszym literackim doświadczeniu jakiegoś rodzaju szkoda. 

I dlatego ogromnie Was do przeczytania „Ciszy” zachęcam.

Moja ocena to 5 / 6.

„Rzym. Wędrówki z historią w tle”. Bożena Fabiani.

 Wydana w Wydawnictwie Naukowym PWN SA. Warszawa (2021).

„Rzym. Wędrówki z historią w tle” Bożeny Fabiani, to kolejna ze stosu książek, które otrzymałam na moje urodziny niemal miesiąc temu.

Opowieści o sztuce Bożeny Fabiani to tak zwany pewnik, przynajmniej dla mnie. Z tym wielką chęcią sięgnęłam po tę książkę akurat teraz gdy za oknem sami Wiecie. 
Czy miałam nadzieję, że książki o sztuce są w stanie pozwolić oderwać mi się od wojny w Ukrainie? Chyba trochę taką nadzieję rzeczywiście miałam. Czy mi się to udało? Chyba jednak trochę tak. Chociaż kiedy czytasz o tym całym dorobku sztuki, który opisuje Bożena Fabiani i myślisz sobie, że to niewiarygodne, że w czasach zamętu i niepokoju sztuka zawsze była ważna dla człowieka a potem śledzisz wiadomości w telewizji, gdzie są przede wszystkim Ofiary w ludziach a sztuka również jest zagrabiana bądź niszczona, to właściwie nie wiesz do końca jak te opowieści o sztuce masz interpretować. Czy jako jednak nadzieję na to, że w dzisiejszych czasach jednak sztuka może stanowić chociaż lekką namiastkę pocieszenia i nadziei czy że nie i że odnieśmy się do przeszłości aby chociaż na chwilę zapomnieć o teraźniejszości. 

Autorka książki proponuje nam, czytelnikom, odbycie piętnastu wedrówek po Wiecznym Mieście i poznawanie przy tej okazji zarówno historii Rzymu jak i dzieł sztuki rozmaitej bo i budowli i rzeźb i malarstwa, mozaik, fresków. Historii tu dużo ale proponowanej w sposób przystępny dla kogoś, kto samo miasto po prostu lubi czy wręcz kocha i chce o nim dowiedzieć się jak najwięcej. Nie trzeba więc być historykiem czy historykiem sztuki aby znaleźć przyjemność w tej lekturze. Poznajemy więc stolicę Włoch od czasów narodzin chrześcijaństwa aż do baroku a nawet leciutko zahaczamy o czasy bardzo nam współczesne za sprawą opisu dotarcia do konkretnego dzieła sztuki zaginionego swego czasu. 

Nie jest to z pewnością klasyczny przewodnik turystyczny i nie sądzę, aby była to książka, którą czytać należy pospiesznie (mimo sporej ilości zdjęć i reprodukcji warto według mnie posiłkować się jeszcze własnymi zasobami czy to albumami czy internetem), za to z pewnością to lektura, do której można wracać, chociażby do konkretnych jej fragmentów. 

Moja ocena jej to 6 / 6.

„Smętny szofer z Alster”. Hakan Nesser.

 Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2022).

Przełożyła Iwona Jędrzejewska. 
Tytuł oryginalny Den sorgsne busschaufforen fran Alster.

Kolejna na naszym rynku książka kryminalna autora Hakana Nessera z inspektorem Gunnarem Barbarottim w roli głównej. Tu z partnerką, nie tylko już zawodową, Evą Backman. 

Mnie udało się ją wygrać w konkursie Kawiarenki Kryminalnej na Facebooku. 


Akcja książki dzieje się nielinearnie i początkowo trzeba się pilnować (albo ja, mając myśli zajęte sytuacją za oknem jakoś nie do końca potrafiłam się skupić nad lekturą) aby pamiętać, że część akcji dzieje się w roku 2012 a część znacznie później bo w 2018. 
W 2012 roku na komisariat zgłasza się pewien mężczyzna, Albin Runge, który twierdzi, że ktoś grozi mu śmiercią. 
Mężczyzna otrzymuje anonimowe listy podpisane słowem Nemezis , w których wyraźnie nieprzyjazny mu człowiek wręcz określa datę jego śmierci. Kim jest i czy ma ku temu powody? 
Być może jest ktoś, kto źle życzy Rungemu. Może to być ktoś spośród bliskich osiemnastu ofiar wypadku autokarowego sprzed paru lat, kiedy to kierował tym autokarem Albin Runge właśnie. I chociaż mężczyzna za nic nie został skazany, być może jednak ktoś kto nie jest w stanie z tym się pogodzić, uknuł plan zemsty ostatecznej? To dzieje się w roku 2012 a sześć lat później Eva Backman i Gunnar Barbarotti muszą na jakiś czas zniknąć ze swojego komisariatu a nieplanowany wolny czas postanawiają spędzić w domku wypoczynkowym jednego z nowych kolegów w pracy. Domek znajduje się w pięknym miejscu na Północnej Gotlandii. Nie jest to żadna przaśna chałupka, posiada wszelkie udogodnienia a pogoda sprzyja więc kilka dodatkowych tygodni odpoczynku nie wydaje się wcale jakimś złem. 

Kiedy jednak w pewnym momencie Barbarotti zauważa dobrze znaną mu postać, z którą wymieniają wraz z Evą parę słów, przeszłość wraca ze zdwojoną siłą. I okazuje się, że myśli tej pary nie będą skupiały się na tym, z czym przyjechali do domku i z czym mieli nadzieję się uporać w lepszych okolicznościach odpoczynku a na tym, kogo tak naprawdę spotkali i czy może to być ta postać, o której w pierwszej chwili pomyśleli?

Jak to u Nessera, akcja książki dzieje się niespiesznie i w swoim własnym tempie. Trochę tu historii  i grzechów z przeszłości, trochę tu ponownie rozmów Gunnara z Bogiem, trochę też wreszcie współczesnych bolączek świata i społeczeństw. 
Nie była to według mnie najlepsza książka z cyklu o Barbarottim ale też i nie najgorsza. 

Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Perfekcyjny świat Miwako Sumidy”. Clarissa Goenawan.

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2020).

Przełożyła Magdalena Rabsztyn-Anioł.
Tytuł oryginału The Perfect World of Miwako Sumida.

„Perfekcyjny świat Miwako Sumidy” to książka, o której czytałam różne opinie. I osób, którym się podobała i takie, które pisały osoby, które na książce się zawiodły. Ja jestem w tej pierwszej grupie. I co prawda, autorka nie pochodzi z Japonii ale chciałam przeczytać tę książkę właśnie ze względu akcję książki dziejącą się w tym kraju.

Ta książka to opowieść właściwie nie tyle o tytułowej bohaterce, Miwako Sumidzie, co o jej obrazie i sposobie postrzegania jej przez trzy różne osoby. Jej przyjaciółkę, Chie Ohno, chłopaka, który się w niej zakochał a nazywał się Ryusei Yanagi i jego siostry Fumi Yanagi.
Mnie osobiście ten zabieg bardzo się podobał bo tak właśnie uważam, że każdy z nas ma więcej niż jedną „twarz”. Nieco inaczej postrzegają nas rodzice, inaczej nauczyciele, inaczej przyjaciele, inaczej rodzeństwo. Na pewno wiecie o co mi chodzi.

Miwako Sumidy tak naprawdę w tej książce jest najmniej. Ale to nie znaczy, że nic się o niej nie dowiemy.
Oto bowiem tytułowa bohaterka poznała się z Ryusei, który z czasem się w niej zakochał i zaczęła pracę u siostry chłopaka. Następnie zaś bez słowa w pewnej chwili wyjechała z Tokio i zaszyła się w bardzo oddalonej od świata wiosce w górach a następnie popełniła samobójstwo.
Nikt nie wie co tak naprawdę spowodowało tak dramatyczny ruch ze strony dziewczyny i Ryusei wraz z Chie ruszają do wioski aby poznać więcej szczegółów.

Jak napisałam na początku ta książka to opowieść o tym jak postrzegana jest Miwako przez trzy osoby i jak różnie wyglądają te obrazy. Poznajemy losy zarówno samej bohaterki jak i osób, które znała i wszystkie tajemnice z jej życia.
To również opowieść z elementami paranormalnymi i wiem, że być może to nie wszystkim może się spodobać.

Mnie się podobała ta książka prowadzona dość niespiesznym rytmem a opowiadająca o zwykłych ludziach, ich problemach i tajemnicach.

Moja ocena to 5 / 6.

„Dziewczyny z północy”. Sheng Keyi.

 Wydana w Wydawnictwie DIALOG. Warszawa (2022).

Przełożyła Kinga Kubicka.
Angielski tytuł tej książki to Northern Girls. 

„Dziewczyny z północy” to książka, która z pewnością zainteresuje osoby, w których kręgu zainteresowań są współczesne Chiny. Nie te z opowieściami z partyjnych spotkań i patriotycznych wystąpień a Chiny zwykłych, szarych ludzi. 
Nie wiem w sumie czemu ta książka, jak napisane jest na okładce, określona jest jako ta, do publikacji której o mały włos by nie doszło. Być może chodzi o to, że w „Dziewczynach z północy” autorka opisuje współczesne Chiny ukazując nieco mnie poprawne politycznie. Ale też według mnie, nie do końca wiem, z czego ta niechęć do potencjalnego wydania mogła wynikać. Być może z tego, że jednak jestem przyzwyczajona do większej swobody wyrażania treści w naszym krau niż ma to miejsce w Państwie Środka. 
Z drugiej strony, może można to zrzucić na różnice kulturowe i to, co mnie nie szokuje w treści książki powinno szokować kogoś z Chin? Szczerze, to nie mam pojęcia. 

Jako, że jak może pamiętacie, tematyka współczesnych Chin ciekawi mnie od dawna. Co prawda swego czasu czytałam chętnie najwięcej książek opowiadających o czasie Rewolucji Kulturalnej , niemniej jednak z wielkim zainteresowaniem sięgnęłam po książkę opowiadającą o współczesnych Chinach.

Sądzę, że po pierwsze, książka „Dziewczyny z północy” zdecydowanie upodmiotawia „masę”. Oto bowiem, te tłumy dziewcząt przybywających z północy kraju do większych miejscowości i podejmujące pracę, głównie w rozlicznych fabrykach produkujących sprzedawane potem na nasz rynek zabawki, ubrania, gadżety, zabawki około świąteczne itd zaczynają stawać się dzięki tej lekturze „konkretne”.

Noszą swoje imiona, mają takie lub inne charaktery, walczą z przeciwnościami losu. 

Autorka, urodzona w 1973 roku umie opowiedzieć o losie przybywających za pracą dziewczynami jednocześnie ukazując rozwój i bolączki współczesnego kraju. 

Autorka na samym początku przedstawia swoją główną bohaterkę, Qian Xiaohong z Hunanu. Naukę porzuciła po gimnazjum a z rodzinnej wioski wygnała ją niechęć bliskich, problem ze zbyt dużym biustem, wielki temperament a nadto, chęć zmiany życia.

Wraz z poznaną w Shenzen młodszą o rok Li Sijiang szuka pracy a nadto, zaprzyjaźnia się z Sijiang.
Wraz z rozwojem akcji książki poznajemy zarówno kolejne miejsca pracy i zamieszkania dziewczyn, jak i ludzi, których spotykają na swojej drodze. 

Mężczyzn występuje w tej książce wielu, niekoniecznie są to bohaterowie pozytywni. Nie są to osoby, którym można zaufać, kobiety traktują bardzo przedmiotowo. 
Xiaohong to dziewczyna, która mimo braku formalnego wykształcenia jest osobą sprytną, nie dającą sobie w kaszę dmuchać ale i ona bywa, że zostaje zaskoczona przez cudze zachowanie. 
Na szczęście, potrafi wybrnąć z niemal każdej sytuacji a nawet, pomimo braku wykształcenia stopniowo rozwija swoją karierę i nawet otrzymuje coś w rodzaju awansu.
Niemniej jednak wciąż poznajemy ją, jej również przybyłe w poszukiwaniu pracy, koleżanki z mniejszych chińskich miejscowości i mężczyzn, którzy mają na te kobiety wpływ ogromny. 
Najwyraźniej rozwijający się system komunistyczny, nie przeszkodził w fakcie, że mężczyźni traktują w nim kobiety bardzo przedmiotowo a część z nich wręcz jest wciąż przekonana, że kobiety mają ich zabawiać w ten czy inny sposób. 
Na tle takiego spojrzenia, mocno wyemancypowana bohaterka, obdarzona ogromnymi potrzebami , jawi się jak nieco zbyt kolorowy ptak wśród szarych wróbli. Xiaohong jednak nie widzi w tym nic zdrożnego. Chętnie bawi się życiem i z niego korzysta. To korzystanie z życia bywa, że kończy się aborcją ale bohaterki książki korzystające z tego w szpitalach nie zdają się bardzo przeżywać tego faktu. Gorszą sprawą może być przymusowa sterylizacja, która nie zawsze jest pożądana przez osobę jej poddawaną. 

Mam z tą książką mały problem. Nie wiem, być może dlatego, że jest to debiut autorki. Być może, że nastawiłam się na coś bardziej spektakularnego. Najprawdopodobniej. 
Nie twierdzę, że jest to zła książka bo tak w żadnym przypadku nie jest. Ale albo styl pisania Keyi albo jakieś moje nie do końca spełnione oczekiwania, to wszystko sprawiło, że czegoś w niej mi zabrakło. Jedno jest pewne. Gdy następnym razem wezmę do ręki cokolwiek „Made in China” przed oczami staną mi przepełnione robotnicze pokoje z łazienkami na korytarzy hoteli dla pracowników fabryk, w których to chociaż chwilę snu usiłują złapać tytułowe dziewczyny. I wszystkie ich nadzieje, te większe i te mniejsze, ambicje, które realizują, kłopoty, które je pokonują. 

Moja ocena to 4.5 / 6.