Jedenaście lat bez…

 …Emilki z nami. 
Nie ukrywam, że moje drugie życie zaczęło się, o czym wielokrotnie pisałam, 3 maja, wraz z przyjściem Jej na świat ale ta dzisiejsza cezura również coś zakończyła definitywnie i coś rozpoczęła. 
Wszyscy wiemy, że Dzieci, które odeszły są ze swoimi rodzicami i tak każdego dnia w myślach i w sercach tychże ale takie dni jak dziś, nieco silniej przywołują wspomnienia, refleksje i zwyczajnie, jest trochę trudniej. Dobrze, że jest tak zwane zwykłe życie z jego pośpiechem i rutyną. Rutyną, która jednych zabija a innym, paradoksalnie , potrafi to życie uratować. 
Najważniejsze, że jest Jaś. To On daje nam siłę.

Pomyślcie dziś, proszę o naszej Małej Wojowniczce, która spędziła z nami tylko czternaście dni ale na zawsze pozostanie w naszych sercach. 

„Śpij, dziecinko, śpij…”. Jolanta Bartoś.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2022).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie ukrywam, że książkę chciałam przeczytać najpierw dlatego, że okładka zaprojektowana przez Pawła Panczakiewicza wpadła mi w oko. Widok porcelanowej główki lalki z wyrazistymi niebieskimi oczami okolonymi czarnymi rzęsami, z kontrowersyjną czerwoną plamą, ciemne tło z liśćmi i białymi kwiatami (chociaż nie różami, które odgrywają wielką rolę w książce więc trochę szkoda, że jednak nie), robiła wrażenie i powodowała ciekawość co kryje się w treści tego jakby nie było, horroru.

Do tej pory czytałam jedną książkę autorki, „Niepokorną”, oceniłam jak widzę, całkiem dobrze a po tę sięgnęłam bo cóż, miałam chęć na horror właśnie. 
Początkowo „Śpij, dziecinko, śpij…” rozpoczyna się tak, że trochę obawiałam się klonu „Dziecka Rosemary”. Z drugiej strony, sądziłam, że raczej autorka nie miałaby ochoty na aż takie kalki, skoro dysponuje własną wyobraźnią i nie myliłam się, było to coś innego. 

Ponieważ Autorka zgłosiła swoją uwagę, że według niej zdradzam zbyt wiele z treści, dalsza lektura wpisu jest na Waszą odpowiedzialność. Mnie wydaje się, że nie zdradzam kluczowych tajemnic a chciałam zachęcić do lektury a nie poprzestać na opisach z okładki.

Akcja książki rozpoczyna się w pięknym i ważnym dla młodych małżonków momencie a mianowicie w chwili gdy nareszcie , po dwumiesięcznym remoncie, Natalia i Marek stają w drzwiach własnego, ogromnego mieszkania na parterze starej kamienicy przy rynku Krotoszyna. Do pracy będą mieli co prawda bardzo daleko bo dojeżdżać muszą do kancelarii prawnej prowadzonej przez ojca Marka w Poznaniu (oboje małżonków jak i teściowie kobiety są prawnikami) ale trudy dojazdu rekompensuje zarówno większy metraż mieszkania jak i samo położenie. Mieszkanie jest na własność jedynie Natalii. Jej sytuacja rodzinna jest dość skomplikowana, bowiem kobieta wcześniej została bez rodziców. Ona i jej starsza siostra Monika i starszy brat Maks zostali wówczas pod opieką kochanej babci. Babci, która zapewniła zarówno miłość jak i silne wsparcie materialne a własny dom pod koniec życia przepisała w testamencie wyłącznie Natalii, która po jego sprzedaży miała gotówkę na mieszkanie. Natalia jest więc w tej kwestii niezależna od męża, co jest dla niej ważne. 

Młodych ludzi cieszy jednak jeszcze coś o wiele bardziej ważnego niż nowe mieszkanie a mianowicie fakt, że za parę tygodni na świat przyjdzie ich pierwsze dziecko. 

Tak więc wszystko wydaje się być na najlepszej drodze do tego aby Natalia mogła stwierdzić, że jest naprawdę szczęśliwa a w jej życiu wszystko układa się zgodnie z jej marzeniami i oczekiwaniami. Aż do chwili gdy już pierwszej nocy w nowym mieszkaniu kobieta zostaje obudzona przez płacz dziecka. A konkretnie przez płacz noworodka. Rozpaczliwy płacz dziecka, które jedynie w taki sposób może oznajmić światu, że dzieje mu się coś złego i potrzebuje natychmiastowej pomocy.
Marek, obudzony przez żonę twierdzi, że żadnego płaczu nie słyszy. Może więc to był jedynie realistyczny sen a może jakieś przełożone na takie wrażenie płaczu obawy przyszłej mamy, która za dwa miesiące ma powitać na świecie pierwsze dziecko? Tym bardziej, że już szybko zdarza się ponownie coś bardzo dziwnego. Jakiś niezwykły sen na jawie, który przytrafia się Natalii w gabinecie, w którym kobieta chciała chwilę popracować nad materiałami z kancelarii prawnej, w której pracuje. W tym ni to śnie ni koszmarnej jawie, przyszła matka widzi jakąś okropną starszą kobietę (szybko zacznie nazywać ją Staruchą), która kołysze w kołysce malutkie dziecko śpiewając mu niepokojącą kołysankę „Śpij, dziecinko, oczka zmruż”. Niestety, szybko okaże się, że jest to tylko jeden z owych przedziwnych snów czy wizji jakie dotkną Natalię. Będzie ona miała ich znacznie więcej a co gorsza, odkrywać będą one przed nią straszną prawdę dotyczącą miejsca, w którym przyszło jej zamieszkać.

Kamienica położona jest przy rynku ale od strony sypialni młodych rosną niezwykłe róże. Niezwykłe nie tylko z powodu swojej bieli ale i przedziwnego faktu. A mianowicie takiego, że rosną w niesamowicie szybkim tempie. Wydają się też bronić się przed ludźmi, którzy chcą je ściąć. Kiedy jej teściowa, trochę na złość Natalii, chce ściąć sobie trochę tych róż, zdarza się coś dziwnego i nieprzyjemnego. Róże jakby broniąc się przed cięciem ranią dotkliwie matkę Marka.

Tak więc nowe gniazdko, w którym wszystko tak miało się układać, zaczyna jawić się całkiem inaczej niż miała na to nadzieję Natalia. 
Coraz częściej pojawiają się jej wizje ze Staruchą, róże zachowują się również przedziwnie. Marek wydaje się jej nie wierzyć, do tego stopnia lekceważąc jej obawy, że kobieta wybiera się bez jego wiedzy do gabinetu psychologa, Krzysztofa Panka aby dowiedzieć się czy może nie zaczyna po prostu tracić zmysłów i czy może to wszystko, co widzi, słyszy, w czym uczestniczy nie jest początkiem choroby psychicznej? Tym bardziej, że Marek nie tylko nie wspiera jej i nie stara się jakoś wspólnie działać, dowiedzieć się co tak naprawdę dzieje się z ciężarną żoną ale też jakby atmosfera nowego domu zaczynała mu się udzielać i to w tym negatywnym sensie. Szczęście w nieszczęściu, że najgorzej dzieje się w jednym z pomieszczeń mieszkania, w gabinecie, w którym po raz pierwszy miała straszny sen pani domu. I mimo, że obecność Staruchy Natalia wyczuwa praktycznie cały czas, jakby ten jeden pokój duch wziął sobie we władanie. 

Początkowo zastanawiałam się czy tak naprawdę Natalia faktycznie ma możliwość widzenia i słyszenia ducha i jego ofiar? Czy może faktycznie zaczyna chorować a może to ktoś inny, najbliższy, chce wpędzić kobietę w poczucie, że zaczyna się jej szaleństwo?

Duchy i ich istnienie obok nas nie są dla kobiety nowością. Są czymś, o czym opowiadała jej ukochana babcia a o istnieniu czegoś kobieta jakiś czas temu zapomniała lub może wyparła tę wiedzę z pamięci? Boleśnie przekonuje się, że można być dręczonym przez złego ducha.

Nie zamierza jednak poddawać się złej istocie pozaziemskiej. Chce chronić swoje nienarodzone dziecko, samą siebie i podejmuje rozliczne działania, z których odwiedziny psychologa, Krzysztofa, który z czasem zacznie się z nią przyjaźnić, są jedynie początkiem. 
Ogólnie, to powiem czy raczej napiszę to tak. Czego w tej książce nie ma? Bo i duch, i niezwykłe róże żyjące własnym życiem, i psycholog i muzealnik mający dowiedzieć się co mogło wydarzyć się w przeszłości w kamienicy, i ksiądz, który ma wesprzeć kobietę w jej niełatwej sytuacji. Wreszcie są też najprawdziwsi łowcy duchów, którzy w pewnej chwili zjawiają się na pomoc kobiecie z całym tym oprzydządowaniem potrzebnym do przekonania się o tym czy dom faktycznie jest nawiedzony. Ale mimo tego nadmiaru, całość nie wydaje się być nadmiernie przeładowana. 
Dobrze, że mimo, że osamotniona ze strony męża Marka, który zdaje się szybko bardzo zmieniać i to niestety, na gorsze, Natalia ma wsparcie w bracie Maksie i jego rodzinie. Nawiązuje też dobrą relację z Krzysztofem jak i z łowcami duchów, o których wspomniałam, Asią i Szymonem, którzy w istnienie ducha również zaczną wierzyć i będą chcieli pomóc kobiecie w tej wydawałoby się nierównej a na pewno ogromnie ciężkiej walce.

„Śpij, dziecinko, śpij…” to horror. Nie jest to więc literatura filozoficzno nie wiadomo jaka ale, mimo, że Jolanta Bartoś do napisania tej książki użyła „bezpiecznie znanych” składników, to potrawa wyszła jak najbardziej zjadliwa 😉 
Z ciekawością czytałam o tym, jak Natalia poznaje historię tego co zdarzyło się w domu, w którym zaczęła niedawno mieszkać, jak zgłębiała istotę ducha a raczej to, dlaczego uparł się akurat na nią. 
Muszę przyznać, że lubię horrory i ten zdecydowanie mnie wciągnął w swój mroczny świat. Może niekoniecznie podczas nocnej lektury podskakiwałam usłyszawszy jakieś skrzypnięcie czy stukot ale zdecydowanie wciągnęły mnie te klimaty, w którym przyszło walczyć głównej bohaterce i zdecydowanie kibicowałam jej podczas tej sytuacji licząc na to, że jednak uda się jej wyjść z niej obronną ręką. Ale zakończenie…aż ciarki mnie przeszły na samo wspomnienie!

Myślę, że pani Jolanta Bartoś zdecydowanie powinna rozważyć pozostanie jeszcze chwilę przy tym gatunku. Nie ukrywam, liczę nawet na to, że tak się stanie bowiem w wykonaniu tej akurat autorki można liczyć na coś więcej niż jedynie „straszenie duchem” a refleksje natury wręcz psychologicznej lub nawet duchowej. 


Moja ocena to 5 / 6 i pozostawiam Was tu z adnotacją, że jako czytelniczka mam nadzieję, że jeszcze jakiś horror tej konkretnej Autorki, będę mogła Wam polecić. 

„Ona i jej kot”. Makoto Shinkai. Naruki Nakagawa.

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2022). Ebook.

Przełożył Dariusz Latoś.
Tytuł oryginału Kanojo to kanojo no neko.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Koty ratują ludzi” to pierwsza myśl jaka przyszła już po dwóch pierwszych z czterech opowiadań jakie są w tej książce. Tak w ogóle, to na początku była manga o tym samym tytule, ale przyznaję, że jej nie znam więc trudno mi jest porównywać mangę i beletrystykę a nawet sądzę, że dobrze, że nie znam bo właśnie nie będę na siłę porównywała obu książek.

„Ona i jej kot” to cztery opowiadania, w których narratorami są na przemian i bohaterki i ich koty. A cała akcja rozpoczyna się w chwili gdy jedna z kobiet znajduje wyrzuconego przez kogoś kota i postanawia dać mu nowy dom i imię Chobi. W każdym kolejnym opowiadaniu główną rolę pełnią kobiety i koty. Między kobiecymi bohaterkami są pewne powiązania , zawodowe lub personalne ale również koty występujące w książce a więc Chobi, Mimi, Kukki i Kuro. Jak wspomniałam, koty są również narratorami opowieści, ciekawe jest więc zestawienie akcji książki i tego co wiemy od kobiet z tym, co na ten sam temat mówią koty.
Może jesteście ciekawi czemu przyszło mi do głowy hasło o tym, że koty ratują ludzi?
Otóż, w każdym z opowiadań bohaterki mają jakieś większe lub mniejsze problemy życiowe. Zajęcie się bezdomnym kotem pomaga im zmienić perspektywę spojrzenia na to co dzieje się w ich życiu, pomaga też poczuć się ważnym dla drugiej istoty, która obdarza je miłością i bezwarunkowym przywiązaniem.

Nie ukrywam, że moim ulubionym opowiadaniem jest opowiadanie trzecie noszące tytuł „Niebo i sen”, w którym poznajemy Aoi obciążoną poczuciem winy po śmierci swojej najlepszej przyjaciółki, Mari. Dziewczyna po tym jak jej przyjaciółka zmarła nagłą śmiercią nie wychodzi z domu i pogrąża się w coraz bardziej mrocznym wewnętrznym świecie. I prawdopodobnie zniknęłaby w tym mrocznym świecie całkiem, gdyby nie fakt, że jej mama przygarnęła jedno z kociąt Mimi, a konkretnie kotkę Kukki. To Kukki pomoże, całkiem nieświadomie zresztą, wyjść dziewczynie zarówno dosłownie z domu jak i symbolicznie, na życiową prostą.

„Ona i jej kot” to nie jest jakaś niewiarygodnie ambitna literatura, jednak jest to coś, co lubię. Po pierwsze, są tu opisani zwykli ludzie i ich zwyczajne ale dla nich ważne, problemy i zmartwienia. Po drugie, jednymi z bohaterów są koty, zwierzęta, które raczej rzadko są jednymi z głównych bohaterów (mam wrażenie, że tu prym wiodą psy). Koty jednak pełnią tu rolę terapeutyczną. To nie koty z rozlicznych memów, w których każą się traktować jak królowie (lub mają wyższe ambicje), wokół których służalczo skacze człowiek zastanawiając się nad tym jak jeszcze może rozpieścić swojego pupila. To koty, które pozwalają człowiekowi stanąć na nogi po jego traumie, które są dla kobiet z opowiadań wiernymi przyjaciółmi, które to koty wreszcie są wierne i kochające i pobawione wszelkich postaw roszczeniowych wobec ludzi, z którymi mieszkają a których czasem sami wybierają na swoich opiekunów.

Na pewno książka „Ona i jej kot” stanowi miły prezent dla każdego kto lubi koty. Ale również dla kogoś, kto ma ochotę na coś nie bardzo wymyślnego ale napisanego w przyjemny sposób i również, co według mnie nie jest bez znaczenia, coś co człowieka pokrzepi, przekona, że po ciemniejszych chwilach, wydarzeniach może przyjść lepszy , twórczy , dobry czas.

Moja ocena to 6/ 6.

Jedenaście lat…

…minęło od narodzin Emilki.

Nie sposób nie myśleć o Niej dzisiaj w sposób bardziej intensywny niż zawsze (nie ma dnia, żebyśmy o Niej nie myśleli).

Jaka by była? Jakby wyglądała?

Te dni „rocznicowe” są dla nas wyjątkowo niełatwe ale dzięki temu, że mamy siebie, Jasia, rodzinę, przyjaciół, są one jednak nieco łatwiejsze.

Dziękuję Wszystkim tym, którzy pamiętają o Niej w tym dniu i przesyłają swoje słowa do nas. Doceniamy każdy taki gest, każde słowo, każdy gest pamięci.

Życzenia.

W Światowym Dniu Książki i Praw Autorskich przesyłam Najlepsze Życzenia zarówno znajomym Autorkom i Autorom jak i również nam, Czytelnikom, którzy to bez książek zapewne nie wyobrażają sobie życia. 

Ja to święto obchodzę czytając (nie ukrywam, że pod wpływem serialu) „Tokyo Vice” autorstwa Jake’a Adelstein’a. Książka wciąga i czyta się ją dobrze. 

A Wy? Z jakąś książką dzisiaj świętujecie nasze święto ? Z chęcią poczytam Wasze książkowe propozycje. 

„Kot w Tokio”. Nick Bradley.

 Wydawna w Wydawnictwie ZNAK. Kraków (2022). Ebook.

Przełożyła Maria Makuch.

Tytuł oryginalny The Cat and the City.

Szylkretowy kot przemykający się ulicami Tokio, grupa bohaterów, których losy poznajemy w poszczególnych rozdziałach książki funkcjonujących jako osobne opowiadania a których to bohaterów losy częściowo się ze sobą splatają. Brzmi jak schemat książki obyczajowej, którą gdzieś, kiedyś już czytaliśmy i znamy? Dokładnie tak. Debiut pana Nicka Bradleya nie jest niczym mega odkrywczym i innowacyjnym ale mimo tego, czytało mi się tę książkę bardzo dobrze. 
Nie ukrywam, lubię książki z motywem zwierząt a tu bohaterem jest ów tytułowy kot, który sporo namiesza w życiu niektórych bohaterów. Czasem spowoduje małą katastrofę, czasem pomoże komuś wyjść na prostą. Ot, jak w życiu.
Dodatkowo w książce ważny jest sam motyw kotów , za sprawą wykreowanego na potrzebę książki autora science fiction, Nishi Furuni, którego to opowiadanie ukazuje się również w tej ksiażce za sprawą tłumaczenia dokonanego przez jedną z bohaterek „Kota w Tokio”, Amerykanki, Flo Dunthorpe, która owo opowiadanie przetłumaczyła. 
Bohaterów jest tu sporo bo i bezdomny, który ongiś prowadził świetne życie a któremu własny alkoholizm przerwał dobrą passę, jest taksówkarz, który prowadzi zwyczajne, godne życie. Jest Amerykanka, która przyjechała do Japonii nie znając języka a teraz posługuje się nim świetnie. Ale też bohaterem jest wspomniany szylkretowy kot i samo miasto, Tokio. 
Tokio w tej książce nie jawi się specjalnie dobrze. Kilkakrotnie ma się wrażenie, że to miasto zbytnio wessało któregoś z bohaterów książki, powodując niemałe problemy w jego życiu zawodowo osobistym. Odnoszę wrażenie, że dla większości bohaterów było raczej labiryntem, w którym gubili się sami ale i tracili swoje relacje i emocje. 

Nie powiedziałabym, że „Kot w Tokio” jest jakąś niesamowicie oryginalną literaturą, która zmieniła coś w moim życiu ale z pewnością jest to kawałek literatury obyczajowej, która stanowi dobrą rozrywkę i zwyczajnie czyta się ją dobrze i z zainteresowaniem.

Moja ocena to 5 / 6.

Życzenia Świąteczne

 Trudne te Święta będą w tym roku. Trudne bo ciężko się radować gdy obok wojna i tyle okrucieństwa. 

Niemniej jednak, postaram się Wam życzyć tego, czego życzę mojej rodzinie a więc Zdrowych i Spokojnych Świąt Wielkanocnych! Abyśmy poczuli Odnowę i przekonanie, że Dobro zawsze pokona zło!
Spędzonych w gronie najbliższych tak, jak lubicie. Światu nieustająco życzę pokoju !

Tym, dla których to ważne, przeżyć duchowych wartościowych i owocnych a tym, którzy traktują to jedynie jako dni wolne od pracy, odpoczynku i spokoju. 

„Cisza”. Don DeLillo.

 Wydana w Wydawnictwie NOIR SUR BLANC. Warszawa (2022). Ebook.

Przełożył Michał Kłobukowski.

Tytuł oryginalny The Silence. 

„Cisza” to moje pierwsze zetknięcie z Donem DeLillo. No, tak się jakoś złożyło. Myślę,że nie ostatnie spotkanie literackie to będzie. Ta książka bowiem, która jak dla mnie jest właściwie nie tyle powieścią co dłuższym opowiadaniem (przeczytałam ją baaardzo szybko) zaostrzyła w jakiś sposób mój apetyt na dalsze poznanie książek amerykańskiego autora. 

Trudno jest mi napisać coś na temat „Ciszy” bo to bardzo specyficznie napisana książka. Nie ma w niej wielkich zwrotów akcji. Odnoszę wrażenie, że to co w zamierzeniu mogłoby być katastrofą zostaje w treści przykryte, czy zastąpione (nie wiem do końca, na które określenie się zdecydować) przez zupełnie inną katastrofę, większego kalibru. Emocje, które teoretycznie mogłyby być silniejsze, wyrazistsze, są jakieś stłumione jakby tytułowa cisza jak mgła wyciszała wszystko to, co może.

Akcja książki rozpoczyna się w samolocie lecącym z Paryża do Stanów Zjednoczonych a konkretnie do Nowego Jorku. Dwójka pasażerów, Jim Kripps i jego żona, Tessa Berens, wraca z dwutygodniowego wypadu do stolicy Francji i ma zamiar obejrzeć finał sezonu futbolu amerykańskiego wraz z dwójką swoich znajomych, Diane Lucas i Max’em Stennerem. U znajomych jest jeszcze dawny student Diane, niejaki Martin. 

Pierwsza część kończy się nagłym zdarzeniem. Samolot, w którym lecą Jim i Tessa, ma awaryjne lądowanie. Ale myliłby się ktoś , kto myślałby , że to wstęp do opisu jakiejś spektakularnej katastrofy. 
Jest to jedynie wynik tego, co się zdarzy wszystkim bohaterom a mianowicie, nagle zarówno podróżujący z Paryża do Nowego Jorku jak i oczekujący na nich w nowojorskim apartamencie małżonkowie i ich znajomy, staną w obliczu nagłej zmiany tego, do czego przywykli. Staje się nagły blakc out ale wydaje się, że jest on dopiero początkiem tego co może nadciągnąć. 

Właściwie „Cisza” wpasowuje się (niestety) w klimat sytuacji politycznej. Wojna w Ukrainie, która wciąż mimo tak głośnych przecież zapowiedzi i ostrzeżeń wciąż wiele osób zdziwiła, nasze uzależnienie od techniki ale przede wszystkim jasne pokazanie, że wystarczy nas od czegoś dramatycznie „odciąć” a zdarza nam się preludium końca świata. 

„Cisza” jest ewidentnie opowieścią -symbolem. Według mnie chociaż powstała zanim pandemia opanowała świat na dobre, jest to właśnie symbol narastających zagrożeń czyhających na nas a przed którymi nie możemy się obronić bo i jak? Jak na mało spraw mamy jakikolwiek wpływ. Nie jesteśmy w stanie kontrolować światowej pandemii, nie jesteśmy w stanie kontrolować wojny, która toczy się obok nas. 
Końce świata zdarzają się komuś , jakimś innym każdego dnia. Dla każdego oczywiście mogą być czymś innym. 
Co jednak, jeśli spektakularny koniec świata zdarzy się wszystkim nam na raz? I jak po tym końcu świata żyć? Jestem przekonana, że te pytania wybrzmiewają zdecydowanie głośniej dzisiaj, kiedy to, jestem o tym pewna, wszyscy mamy naznaczone poczuciem klęski i nieodwracalności, poczucie, że świat, który znaliśmy przed 24.02.2022 już zwyczajnie nie istnieje. 

„Cisza” według mnie genialna opowieść. Trudno mi pisać o niej jako o książce, gdyż jak mówię, objętościowo dla mnie to wciąż dłuższe opowiadanie. Niemniej jednak może być tak, że ją przegapicie a jak sądzę, byłaby to w waszym literackim doświadczeniu jakiegoś rodzaju szkoda. 

I dlatego ogromnie Was do przeczytania „Ciszy” zachęcam.

Moja ocena to 5 / 6.

„Rzym. Wędrówki z historią w tle”. Bożena Fabiani.

 Wydana w Wydawnictwie Naukowym PWN SA. Warszawa (2021).

„Rzym. Wędrówki z historią w tle” Bożeny Fabiani, to kolejna ze stosu książek, które otrzymałam na moje urodziny niemal miesiąc temu.

Opowieści o sztuce Bożeny Fabiani to tak zwany pewnik, przynajmniej dla mnie. Z tym wielką chęcią sięgnęłam po tę książkę akurat teraz gdy za oknem sami Wiecie. 
Czy miałam nadzieję, że książki o sztuce są w stanie pozwolić oderwać mi się od wojny w Ukrainie? Chyba trochę taką nadzieję rzeczywiście miałam. Czy mi się to udało? Chyba jednak trochę tak. Chociaż kiedy czytasz o tym całym dorobku sztuki, który opisuje Bożena Fabiani i myślisz sobie, że to niewiarygodne, że w czasach zamętu i niepokoju sztuka zawsze była ważna dla człowieka a potem śledzisz wiadomości w telewizji, gdzie są przede wszystkim Ofiary w ludziach a sztuka również jest zagrabiana bądź niszczona, to właściwie nie wiesz do końca jak te opowieści o sztuce masz interpretować. Czy jako jednak nadzieję na to, że w dzisiejszych czasach jednak sztuka może stanowić chociaż lekką namiastkę pocieszenia i nadziei czy że nie i że odnieśmy się do przeszłości aby chociaż na chwilę zapomnieć o teraźniejszości. 

Autorka książki proponuje nam, czytelnikom, odbycie piętnastu wedrówek po Wiecznym Mieście i poznawanie przy tej okazji zarówno historii Rzymu jak i dzieł sztuki rozmaitej bo i budowli i rzeźb i malarstwa, mozaik, fresków. Historii tu dużo ale proponowanej w sposób przystępny dla kogoś, kto samo miasto po prostu lubi czy wręcz kocha i chce o nim dowiedzieć się jak najwięcej. Nie trzeba więc być historykiem czy historykiem sztuki aby znaleźć przyjemność w tej lekturze. Poznajemy więc stolicę Włoch od czasów narodzin chrześcijaństwa aż do baroku a nawet leciutko zahaczamy o czasy bardzo nam współczesne za sprawą opisu dotarcia do konkretnego dzieła sztuki zaginionego swego czasu. 

Nie jest to z pewnością klasyczny przewodnik turystyczny i nie sądzę, aby była to książka, którą czytać należy pospiesznie (mimo sporej ilości zdjęć i reprodukcji warto według mnie posiłkować się jeszcze własnymi zasobami czy to albumami czy internetem), za to z pewnością to lektura, do której można wracać, chociażby do konkretnych jej fragmentów. 

Moja ocena jej to 6 / 6.

„Smętny szofer z Alster”. Hakan Nesser.

 Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2022).

Przełożyła Iwona Jędrzejewska. 
Tytuł oryginalny Den sorgsne busschaufforen fran Alster.

Kolejna na naszym rynku książka kryminalna autora Hakana Nessera z inspektorem Gunnarem Barbarottim w roli głównej. Tu z partnerką, nie tylko już zawodową, Evą Backman. 

Mnie udało się ją wygrać w konkursie Kawiarenki Kryminalnej na Facebooku. 


Akcja książki dzieje się nielinearnie i początkowo trzeba się pilnować (albo ja, mając myśli zajęte sytuacją za oknem jakoś nie do końca potrafiłam się skupić nad lekturą) aby pamiętać, że część akcji dzieje się w roku 2012 a część znacznie później bo w 2018. 
W 2012 roku na komisariat zgłasza się pewien mężczyzna, Albin Runge, który twierdzi, że ktoś grozi mu śmiercią. 
Mężczyzna otrzymuje anonimowe listy podpisane słowem Nemezis , w których wyraźnie nieprzyjazny mu człowiek wręcz określa datę jego śmierci. Kim jest i czy ma ku temu powody? 
Być może jest ktoś, kto źle życzy Rungemu. Może to być ktoś spośród bliskich osiemnastu ofiar wypadku autokarowego sprzed paru lat, kiedy to kierował tym autokarem Albin Runge właśnie. I chociaż mężczyzna za nic nie został skazany, być może jednak ktoś kto nie jest w stanie z tym się pogodzić, uknuł plan zemsty ostatecznej? To dzieje się w roku 2012 a sześć lat później Eva Backman i Gunnar Barbarotti muszą na jakiś czas zniknąć ze swojego komisariatu a nieplanowany wolny czas postanawiają spędzić w domku wypoczynkowym jednego z nowych kolegów w pracy. Domek znajduje się w pięknym miejscu na Północnej Gotlandii. Nie jest to żadna przaśna chałupka, posiada wszelkie udogodnienia a pogoda sprzyja więc kilka dodatkowych tygodni odpoczynku nie wydaje się wcale jakimś złem. 

Kiedy jednak w pewnym momencie Barbarotti zauważa dobrze znaną mu postać, z którą wymieniają wraz z Evą parę słów, przeszłość wraca ze zdwojoną siłą. I okazuje się, że myśli tej pary nie będą skupiały się na tym, z czym przyjechali do domku i z czym mieli nadzieję się uporać w lepszych okolicznościach odpoczynku a na tym, kogo tak naprawdę spotkali i czy może to być ta postać, o której w pierwszej chwili pomyśleli?

Jak to u Nessera, akcja książki dzieje się niespiesznie i w swoim własnym tempie. Trochę tu historii  i grzechów z przeszłości, trochę tu ponownie rozmów Gunnara z Bogiem, trochę też wreszcie współczesnych bolączek świata i społeczeństw. 
Nie była to według mnie najlepsza książka z cyklu o Barbarottim ale też i nie najgorsza. 

Moja ocena to 4.5 / 6.