…wodę Janeczkowi. Tym razem testujemy pewien kubeczek o zabawnym kształcie. Janeczek piję wodę ale i wydaje przy tym oryginalne odgłosy ni to oddychania ni ziajania?
P. zasłuchuje się i mówi „Brzmi jak Lord Vader”.
Kurtyna.
…wodę Janeczkowi. Tym razem testujemy pewien kubeczek o zabawnym kształcie. Janeczek piję wodę ale i wydaje przy tym oryginalne odgłosy ni to oddychania ni ziajania?
P. zasłuchuje się i mówi „Brzmi jak Lord Vader”.
Kurtyna.
…tradycyjnie ostatnio przegapiłam własną rocznicę pisania blogu. 30 lipca minęło dziewięć lat mojego pisania na bloxie.
W przyszłym roku zatem dekada. Jakby nie było, na blogu jest kawał mojego życia. Z tymi dobrymi, szczęśliwymi chwilami i wydarzeniami i tymi najgorszymi.
Wolałabym abym teraz mogła już pisać tylko o tych dobrych i szczęśliwych.
Życzcie mi tego, z okazji zapomnianej Rocznicy 🙂
Częstuję wirtualnie lodami o smaku waniliowym i zdecydowanie zimnymi napojami.
…popełnić jakowyś wpis ale doprawdy mózg się mi zlasował od temperatury za oknem. Siedzę ze śpiącym Janeczkiem na balkonie ucieszona, że mamy balkon bo dziś nie wyszłabym teraz za nic na zewnątrz. Na balkonie zaś miło, bo chłodek. Termometr wskazywał jakąś godzinę temu 43 C od słonecznej strony ale wierzyć mi się nie chce, żeby tak było, pewnie też się chłopak zlasował.
Zbiorowo będzie. Co dobrego widzieliśmy i co czytałam. Zacznę od książki, a więc czytałam „Umierającego detektywa”, Leif GW Perssona. Sama książka treścią w porządku (aczkolwiek niestety, nabyłam ją dawno z czyjegoś polecenia i niestety, ten ktoś nie poinformował mnie co będzie śledzone, a okazało się, że sprawa dotyczyła potwornej zbrodni na dziecku, więc niestety, to nie książka, którą miałabym ochotę czytać w przyszłości). Za to nie grało mi tłumaczenie, zdecydowanie nie. Powiedzmy, że wszystko to sprawia, że oceniam ją na jakąś 4.5 na 6.
Widzieliśmy dwa filmy, każdy z zupełnie innej bajki. Pierwszy to film, na który czekałam długo, kupiłam dawno (chwilę po narodzinach Janeczka) i na który czas znalazł się dopiero teraz ale…niestety, to jednak jeden z tych filmów, które zdecydowanie tracą oglądane w domu, powinny być bowiem smakowane na wielkim ekranie. Mowa tu o filmie „Młyn i Krzyż”, w reżyserii Lecha Majewskiego opowiadającym o malarstwie Pietera Bruegel’ starszego ze szczególnym skupieniu się na jego „Drodze krzyżowej”. Nie wiem Czaro, czy jeszcze czytujesz mój blog, ale jeśli nie widziałaś tego filmu, to jest to jeden z tych, które obejrzeć powinnaś. Jestem dziwnie pewna, że spodobałby Ci się. Jest specyficzny, to właściwie filmowy eksperyment, w którym widzimy ożywione postaci , które potem widzimy na płótnach Bruegel’a. Widzimy więc współczesnych malarzowi mieszkańców wsi,która tak intrygowała malarza, a którzy staną się potem modelami zaklętymi w obrazach.
Jako, że jest to jeden z moich ulubionych malarzy, przed płótnami którego zawsze spędzam wiele, wiele czasu odwiedzając europejskie muzea, film mnie zaciekawił ogromnie. Jednak sam w sobie oprócz wrażenia stricte wizualnego na mnie bardzo nie zrobił. Owszem, pomysł był ciekawy, jednak mam wrażenie, że na tym się skończyło. I też jest to jeden z powodów, dla których powinno się go oglądać raczej w kinie aby raczyć się możliwościami obrazu i tego pomysłu właśnie. Za pomysł jednak i niesamowite obrazy daję mu w prywatnej ocenie 4.5 na 6.
Obejrzeliśmy też film, który zapewne moi czytelnicy dawno już widzieli a mianowicie „Jak zostać królem” (dlaczego u nas zawsze musi być jakieś dziwne tłumaczenie tytułu, który oryginalnie był w porządku?). Tu świetna rola jednego z moich ulubionych aktorów, jakim jest Colin Firth. Nie będę streszczać, podejrzewam, że jednak większość z Was wie, czego dotyczył film. Jest to przyjemna opowieść o tym, że potrafimy dać sobie radę z największymi naszymi słabościami pod warunkiem, że wokół siebie znajdziemy osoby, które nas wspierać będą i pomogą nam w tych również gorszych momentach. Świetna rola Firtha. Moja ocena filmu to 5 na 6.
Mam nadzieję, że dobrze znosicie upały. Pozdrawiam i wybywam napić się wody mineralnej…bo czuję, że wysycham jak kaktus…
Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2012).
I znowu Rosja. Tym razem skusiłam się na reportaże autora publikowane już wcześniej w „Polityce”. Niemniej jednak tam ich nie czytałam.
Po lekturze tych reportaży stwierdzam jedno. Niewiele, naprawdę mało, czytałam o tym kraju rzeczy optymistycznych. Może to na zasadzie, wielki kraj, skomplikowana, niełatwa historia (a gdzież jest łatwa?) , przedziwna geografia (mieszkańcy Moskwy i mieszkańcy podbiegunowego Murmańska to wciąż obywatele Rosji) i co za tym wszystkim idzie, dużo problemów.
Reportaże Miecika nie zawiodły mnie. Są takie, jakie lubię czyli konkretne, na temat, poruszające sprawy ciekawe i być może dla mnie często wręcz niezrozumiałe. Dobór tematyki też niełatwy. Czyli w jednej książce i opowieść o rodzinach marynarzy z okrętu podwodnego Kursk, i o tych, którzy pozostali po ataku na szkołę podstawową w Biesłanie. I o ataku na Teatr Dubrowka.
Kolejny reportażysta, który zdaje się nie oceniać. On po prostu opisuje. Tak sobie czasem myślę, że chyba nikt rozsądny nie jest w stanie zebrać sensownych myśli na temat tego bardzo dziwnego kraju, jakim jest Rosja. Nikt tak naprawdę do końca nie jest w stanie ogarnąć tego mocarstwa. W którym jest takie nieposzanowanie ludzkiego życia i w którym człowiek często tak zależny jest od drugiego człowieka, który tę pomoc potrafi mu okazać. Kraj kontrastów, kraj wielkiego bogactwa i wielkiej biedy, kraj, w którym polityka miesza w życie codziennego człowieka. W którym politycy, zapewne jak na całym świecie, doskonale są w stanie wykorzystać tak zwane punkty zapalne, trudne, aby przeforsować rzeczy korzystne dla siebie.
Na mnie największe wrażenie zrobiła opowieść „post Kurska” jak ją nazywam. Przepełniona brakiem nadziei, pesymizmem, smutkiem. Po tym rozdziale musiałam zrobić sobie przerwę, odetchnąć, pomimo, że autor nie epatuje koszmarami, nie nastawia się na efekt nastawionymi opisami itd. Wystarczy sama prawda, i to, co działo się po samej katastrofie. Jak traktowano bliskich osób, które na Kursku zginęły.
Ciekawy też jest rozdział opowiadający o wyborach Miss Gułagu i tytułowe, pierwsze opowiadanie, w którym podróżujemy tydzień koleją transsyberyjską.
Tak naprawdę to każdy reportaż stanowił coś interesującego, z każdego z nich wyłaniał się jakiś obraz Rosji i ludzi ją zamieszkujących. Obraz? Obrazy, które to wszystkie stanowiły coś jak kolorowe szkiełka w kalejdoskopie. Rosja to taki kalejdoskop. Potrząśniesz, wychodzi różowo złoty obrazem, potrząśniesz i oko pada na czerń i brąz.
Podejrzewam, że wiele zależy jednak i od tego, kto patrzy i od tego, jak bardzo się przygląda i ma cierpliwość zmieniać układ szkiełek.
Z dwunastu reportaży w tym zbiorze wrażenie zrobiło na mnie jeszcze to o armii. Szczególnie w kontekście pozostawienia ludzi z powojennymi traumami samym sobie.
Ogólnie obraz Rosji z tych opowiadań wyłania się niewesoły. Raczej pesymistyczny. Co ciekawe, wcale nie mam wrażenia, że to był celowy zabieg autora. Ale tego oczywiście pewna być nie mogę. Pomimo to czyta się dobrze, chociaż, jak wspomniałam, są potrzeby przerwania lektury, zdystansowania się do tego, o czym się czyta.
Moja ocena to 5 / 6.
Wydana w Wydawnictwie Mamania. Warszawa (2013).
Przełożyła Jowita Maksymowicz-Hamann.
Tytuł oryginału Mi nino no me come.
Książka, która mnie uspokoiła.
Odkąd rozszerzamy dietę mamy różne doświadczenia. Nie ukrywam, jak na razie Janeczek nie podzielił dziecięcego apetytu Taty a raczej niejadkowość Mamy. Efektem były jak dotąd nerwy. Mamy, oczywiście. Nerwy wynikające nie z tego, że dziecko chudnie, bo nie chudnie czy widać jakieś zaburzenia rozwojowe, bo ich nie ma ale niestety, nerwy, które wynikały głównie z beznadziejnych tekstów pediatrów.
Carlos Gonzalez to lekarz, który brzmi świetnie. Dlaczego? A dlatego bo jest nie tylko pediatrą ale i szkoleniowcem w zakresie karmienia piersią. A właśnie opinii kogoś takiego szukałam. Pomocy wśród pediatrów, do których trafiłam, nie uzyskałam, prócz jednej. A przynajmniej jeśli nie pomoc, to ta pani doktor nie straszyła mnie bez sensu.
Nie ukrywam, że do sięgnięcia po książkę i zdecydowanie się na lekturę, sprowokowała mnie sytuacja, którą widziałam w pensjonacie podczas wakacji. Sytuacji wymuszania na dzieciach jedzenia widziałam niestety, całe masy. Ale rekord pobiła jakaś babcia chłopca, która wpychając mu kolejne łyżki do ust , z zaciętymi ustami cedziła „Jedz, twojego tatusia nauczyłam jeść to i ciebie nauczę”.
To było tak straszne, że powiedziałam sobie „HALO! Chiara, nie chcesz tak się zachowywać? A ponieważ ze strony pediatrów, do których chodzisz nie masz praktycznie wsparcia w tej dziedzinie, potrzebujesz rady kogoś, kto naprawdę wie, o czym mówi.”
A Carlos Gonzalez wie, bo i on miał dzieci, które na jakimś etapie życia nie rzucały się na jedzenie jak sęp na padlinę.
W swojej książce (to już kolejne jej wydanie ale mam wrażenie, że polskie pierwsze) doktor oczywiście traktuje problem dotykający dzieci zdrowych w sensie bez żadnych chorób obciążających itd. Nie lekceważy problemu i sam mówi, że dziecko, które chudnie, powinno znaleźć się u lekarza. Jednak skupia się głównie na problemach z niejedzeniem, które dotykają rodziców dzieci, które rozwijają się prawidłowo i są zdrowe a które po prostu mniej jedzą lub ich rodzicom wydaje się, że nie jedzą. Sama jestem tego przykładem. Moja Mama rwała włosy nade mną, ja nie chciałam za wiele jeść , a rosłam, zdrowa i zadowolona.
Co jeszcze? Ano, że pan Gonzalez jest wielkim zwolennikiem i propagatorem karmienia piersią, dlatego nie jestem pewna, czy odnaleźli by się w stu procentach w lekturze tejże zwolennicy mieszanek.
Ja, jako,że też jestem wielką zwolenniczką i propagatorką karmienia piersią, zdecydowanie się w tym nurcie odnalazłam.
Doktor Gonzalez ma niesamowite poczucie humoru. Widać to w całej książce ale apogeum tegoż następuje w specjalnie popełnionym na końcu opowiadaniu-epilogu.
Sam wytyka błędy lekarzom ale umie przyznać się do swoich i wspomina o zmianach w podejściu do diety dzieci. Jest zresztą interesujący rozdział poświęcony dietetycznym zaleceniom żywieniowym dzieci na przestrzeni ubiegłego wieku.
Parę słów dla siebie znajdą tam też zwolennicy wegetarianizmu.
Jeśli Twoje dziecko nie je a Ty czujesz, że zaczynasz nie ogarniać tematu i zaczynasz snuć teorie, że szpitale psychiatryczne z pewnością mają oddziały specjalnie dla matek dzieci nie jedzących – ta książka jest dla Ciebie.
Rzeczowe, konkretne rady doktora Gonzaleza, z których najważniejsza jest ta aby NIGDY nie zmuszać dziecka do jedzenia, pomogą Ci i uspokoją. Takie przynajmniej mam wrażenie bo tak stało się ze mną.
Bardzo polecam.
Moja ocena to 6 / 6.
Wydana w „Zeszyty poetyckie”. Gniezno (2011). Ebook.
Wisława Szymborska twierdziła w jednym ze swoich wierszy , że „Niektórzy lubią poezję”.
Dlaczego ten cytat przyszedł mi teraz do głowy? Bo sama zdaję sobie sprawę, jak niewiele poezji czytam. Myślę, że niesłusznie. Obiecywałam sobie czytać jej więcej przy kilku okazjach i rozmyło się na postanawianiu.
Tak więc miłą niespodzianką okazał się email od Pana Tomasza Ososińskiego , który zaproponował mi lekturę swojej książki poetyckiej pod tytułem „Pięć bajek”. Ucieszyłam się, że autor sam wziął w tym przypadku sprawy w swoje ręce i postarał się zaproponować czytelnikowi swoją poezję gdyż inaczej, nie ukrywam, ominęłaby mnie wspaniała poetycko literacka przygoda i wiele doznań.
„Pięć bajek” to zbiór krótkich…no właśnie, waham się jak je nazwać. Wierszy białą prozą? Prozy zwięzłej jak wiersze? Wierszy, które potrafią być jednozdaniowe? A mimo to być interesujące?
Nie lubię pisać swoich wrażeń wyniesionych z lektury poezji. Nie lubię bo mam wrażenie wielkiego osobistego obnażenia uczuć. Nie wiem dlaczego nie odczuwam tego tak podczas opisywania doznań po lekturze prozy ale tak właśnie jest.
Zawsze odnoszę wrażenie, że poezja jest bardzo intymna, zarówno dla samego autora jak i czytelnika.
Poezja Tomasza Ososińskiego przypomina mi malarstwo japońskie. Mam wrażenie, że poeta sam jest nim zafascynowany. Wiersze (jednak zdecyduję się na to określenie) są zwięzłe, nie ma w nich niepotrzebnych metafor czy wyśrubowanych ozdobników. Niby to proste a niezwykłe. Podziwiam sposób patrzenia Ososińskiego na świat, na otaczającą go rzeczywistość, na niby to oczywistości i zwykłości jak chociażby koncert, dzwony.
Jest w tym zbiorze kilka perełek, oczywiście, jak zwykle, to moje zupełnie osobiste i subiektywne odczucia. Mówię o wierszach „Fortepian” (pointa wiersza jest niezwykła i okraszona poczuciem humoru autora), „Miłośnicy opery” („Wiedzą z góry” , wspaniałe podsumowanie!), „Dzieci” (niezwykła interpretacja lęku, obaw, smutku? rodzica, że dziecko jednak kiedyś opuści gniazdo, stanie się na tyle samodzielne, że w jakiś sposób uwolni się), „Baśń”, „Indianin” (jednozdaniowy ale treściwy), „Wróżba” (zdanie, wróżba, która wypada z filiżanki). Poruszyły mnie one do głębi. Spowodowały wiele refleksji. Dużo myśli wyjęły z głowy, wiele pragnień i tęsknot wyjęły z głębi serca gdzie skrywały się myśląc, że nikt ich nie znajdzie………
Tytułowe „Pięć bajek” zebranych jest w osobnym rozdziale. Są niezwykłe. Do mnie przemawia ta o imieniu Ida. Wiem, wiem, że każdy z nas nosi w sercu swoją własną bajkę o jakimś imieniu. Nie musicie zaprzeczać. Tak jest.
Dziękuję Autorowi, że zdecydował się przysłać mi pdf swojego zbioru. Dzięki temu mam wrażenie, obcowałam z czymś niezwykłym. Dziękuję za poczucie zaufania, które mam wrażenie, takim gestem okazano mi. Oczywiście, że brzmieć to może naiwnie, wszak książka wydana została i można ją czytać. A mimo to, pozwólcie mi tak to czuć.
Moja ocena to 5.5 / 6.
Wydana w Wydawnictwie W.A.B, Warszawa (2013). Ebook.
Kolejny raz Zygmunt Miłoszewski mnie zaskoczył. Zaskoczył w sposób pozytywny, od razu dodam. Po jego horrorze „Domofon” i dwóch klasycznych kryminałach z inspektorem Szackim Miłoszewski popełnia klasyczną sensację. I to jaką! Dobrą. Dokładnie taką, jaką się chce przeczytać w letni czas, kiedy nie ma się ochoty na zbytnie filozofowanie a na rozrywkę z wyższej półki. I taką właśnie rozrywkę otrzymałam. Szkoda tylko, że jest tam trochę za dużo jak na mój gust publicystyki ale do tego w ostatnich książkach autor nas przyzwyczaja (ja się jakoś przyzwyczaić nie chcę bo trochę mi to przeszkadza, zwłaszcza, że szczerze mówiąc, kompletnie nic nie wnosi to do samej akcji książki).
Ale wracając do tematu. Jak wspomniałam, tym razem Miłoszewski stworzył bardzo dobrą sensację. Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie, biegnie wartko, nie da się odczuć, że „przystajemy” chociaż na chwilę a wręcz przeciwnie, że bierzemy udział w wydarzeniach wraz z bohaterami powieści.
Akcja książki rozgrywa się w przeszłości i obecnie. Przeszłości jest niewiele i na samym początku książki, natomiast wpływa ona oczywiście na akcję książki dziejącą się współcześnie.
Mamy do czynienia z wielką historią i wielką Sztuką. Przez duże „S”. Mamy do czynienia z czwórką osób, niesamowicie ciekawie dobranym zespołem awanturników, mających za zadanie odzyskanie obrazu, który zaginął po IIWŚ i który to obraz nadając tytuł książce, jest właśnie bezcenny.
W swojej książce autorowi udało się jak w smacznej potrawie , doprawić treść rozmaitymi przyprawami i tak oto mamy tu i intrygującą wartką akcję książki sensacyjnej dziejącej się nie tylko w Polsce ale i na różnych kontynentach, jak i coś z romansu . Przebija poczucie humoru autora i jego zamiłowanie do horroru, śmiałam się naprawdę głośno w „horrorowatych dialogach dwójki bohaterów w Chorwacji, ci, którzy czytali będą wiedzieć, co mam na myśli.
Jak mówię, mnie osobiście męczyła publicystyka, w tej książce według mnie oczywiście (przypominam, że opinie zawarte na tym blogu są zawsze subiektywne) kompletnie niepotrzebne.
Ciekawy pomysł na historię alternatywną. Muszę przyznać, że dał mi ten pomysł do myślenia.
Jak również intrygujący jest sam poruszony przez Miłoszewskiego temat. Zaginionych dzieł sztuki. Za ten temat brało się już kilku naszych autorów, poruszało je, jak chociażby Nienacki czy Chmielewska ale dopiero Miłoszewski według mnie ujął ten problem w tak szerokim spektrum i spowodował, że mocno zaczęłam nad tym tematem myśleć.
Marga powinna być przeszczęśliwa podczas lektury gdyż niechęć do naszego największego (podobno;) sojusznika aż z książki bucha:)
Ogólnie bardzo zadowolona jestem z samej sensacji i tematu poruszonego w niej (zaginionych po IIWŚ dzieł sztuki z polskich zbiorów). Publicystyka mnie znużyła i dlatego moja całościowa ocena tej książki to 5 / 6.
Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2013) Ebook.
Przełożył Maciej Muszalski.
Tytuł oryginalny Styckerskan fran Lilla Burma.
Kolejna książka Hakana Nessera, którą przeczytałam, kolejny kryminał być może powinnam napisać ale zawsze to podkreślam, że książki autorstwa jednego z moich ulubionych autorów szwedzkich są książkami psychologicznymi, obyczajowymi, w których wątek kryminalny co prawda jest ważny ale często zdaje się być niekoniecznie pierwszoplanowy. I tak, jak często pisałam, że autor tworzy postaci tragiczne, których nie sposób pomimo ich tragicznego życia polubić (przynajmniej ja miałam zawsze takie odczucia) tak w tej książce, ostatniej z cyklu o inspektorze Gunnarze Barberotti zdecydowanie to się zmienia. Poprzedniej książki z Barberottim w roli dochodzącego sprawiedliwości nie czytałam, z przyczyn osobistych, podobno była świetna. Trudno, ja ją zaczęłam i nie byłam w stanie czytać dalej, ci, którzy ją przeczytali, mogli się domyślić , dlaczego, zresztą, nieważne. Ważne, że ostatnia część opowieści okazała się bardzo dobra i wciągająca pomimo bardzo , bardzo trudnej tematyki, która rozgrywa się na kilku płaszczyznach książki. Bo i jest rozbudowany wątek żałoby owdowiałego nagle, nienagle (nie popełniam spoileru, dowiadujemy się o tym fakcie na samym początku książki) Barbarottiego, któremu przyszło zmierzyć się samemu z rzeczywistością i opieką nad piątką dzieci. Jest też wątek przemocy rodzinnej. Jest też oczywiście wątek kryminalny a nawet dwa wątki.
Jest też wątek powrotu do przeszłości w kilku najrozmaitszych wymiarach różnych ludzi.
Zaczyna się w chwili, gdy Gunnar otrzymuje od swojego mającego niebawem odejść na emeryturę przełożonego , sprawę zaginięcia pewnego mężczyzny. Sprawę niewyjaśnioną, sprzed pięciu lat. Sprawa ta poniekąd może łączyć się z inną a mianowicie, mężczyzna, który zaginął lat temu pięć, przed śmiercią mieszkał z kobietą, która z kolei naście lat temu została skazana za zamordowanie i poćwiartowanie swego męża, stąd nadano jej mało subtelne przezwisko „Rzeźniczka z Małej Birmy”. Obie sprawy, jak już napisałam, zdają się mieć jakiś punkt styczny, oczywiście główną bohaterkę, która zamieszana jest w nie obie ale czy coś jeszcze?
Początkowo Gunnar myśli, że sprawę tę otrzymał tylko i wyłącznie jako „zapchajdziurę” dla owdowiałego człowieka, któremu świat runął z dnia na dzień i który nie jest w stanie chwilowo stanąć na nogi. Dopiero pod sam koniec śledztwa dowie się jak bardzo się mylił. Ale będzie to już po tym, jak sprawa go wciągnie, jak okaże się, że sam ciekawy jest co się stało, zarówno te naście lat temu jak i pięć lat temu. I kim tak naprawdę jest „Rzeźniczka z Małej Birmy”.
Ta część opowieści o Barberottim jest chyba najbardziej przejmująca z psychologicznego punktu widzenia. A może to ja ją tak odebrałam ze względu na bardzo prawdziwie opisany etap żałoby. Żałoby, którą trzeba przejść. Która jest w jakiś sposób psychologicznie potrzebna.
Jest też przejmująca ze względu na główną bohaterkę, Ellen Bjarnebo, jej życie, jej losy i to, czego się o niej na samym końcu dowiadujemy.
Tragiczny jest więc przeżywający swój dramat inspektor, ale i tragiczna jest sama Ellen, która po morderstwie męża praktycznie utraciła możliwość spotykania własnego syna.
Nie wiem, czy Szwecja ma tak wielki problem z przemocą wobec kobiet, bo zauważmy, że naprawdę ten temat wraca w kryminałach z tamtego kraju jak bumerang. Ale być może i niestety, to problem nie większy niż w Polsce chociażby. I dobrze, że autorzy kryminałów piszą o tym i napiętnują zjawisko.
Ciekawa to książka. Bo i kryminał i psychologiczna i obyczajowa. Wszystkiego po trochu i dobrze wyważona. Dużo opisu ludzkich zmagań z losem, z życiem, z dawaniem sobie bądź nie rady w ekstremalnych pod różnym kątem, sytuacji.
Pokrzepiające stwierdzenie, że w takich chwilach najbardziej może pomóc drugiemu człowiekowi nikt inny jak właśnie drugi człowiek.
No i nareszcie Gunnar Barberotti chyba ostatecznie „dogaduje się” z Bogiem. To tez krzepi.
Ja z tej książki wyniosłam dla siebie coś co potraktuję jako radę w mojej własnej żałobie, ale pozwólcie, że nie będę się tym z Wami dzielić, pozostanie to moją prywatną sprawą.
Moja ocena tej książki to 5.5 / 6.
Wydana w wydawnictwie Iskry. Warszawa (2013). Ebook.
„Brzechwa nie dla dzieci” to druga biografia autorstwa Mariusza Urbanka po jego biografii Władysława Broniewskiego, o której pisałam w tym wpisie. I po tej przeczytanej teraz stwierdzam jedno, autor staje się jednym z moich ulubionych autorów biografii. Dlaczego? Bo według mnie oczywiście, pisze w sposób wyważony. Nie epatuje tanią sensacją opisując życie osób znanych. Jednocześnie nie ukrywa tego czy innego faktu z życia osób, których życie i twórczość analizuje. Jednym słowem, nie tworzy paszkwilu ani też hagiografii. Traktuje postaci przez siebie opisywane w sposób obiektywny, nie daje nam odczuć własnych opinii na temat wydarzenia czy wyboru życiowego osoby, którą się zajmuje. Dla mnie to wielki plus. Chętnie poczytam jeszcze inne biografie autorstwa pana Urbanka. Czekam na więcej!
Na biografię Jana Brzechwy czekałam od kiedy usłyszałam w radiowej Jedynce podczas Targów Książki, że takowa się ukazała. Potem czekałam na wydanie ebook. Doczekałam się wraz ze świetną promocją na Publio. Cena była banalna. Jednak po lekturze mogę powiedzieć jedno, i większą cenę zapłaciłabym za tak ciekawą biografię.
Wiem wiem, możemy zarzucić autorowi, że bierze się za życie osób oryginalnych, niesztampowych, których życie praktycznie było gotowym materiałem na książkę czy scenariusz filmowy. Oczywiście, niemniej jednak trudno mu się dziwić. A ja mam okazję poznać autorów poetów , pisarzy od zupełnie innej bo również prywatnej strony.
Przyznaję, że nie wiedziałam, że Jan Brzechwa posiadał wykształcenie prawnicze i zaczynał jako świetny prawnik zajmujący się i biorący udział w tworzeniu prawa autorskiego, prawa własności szeroko pojętego. Było więc kilku Brzechwów, poeta, prawnik, autor, mąż, ojciec, przyjaciel.
Do końca życia nosił w sobie niesprawiedliwie poczucie bycia gorszym jakoby dlatego, że znany był głównie ze swoich wierszy i opowiastek dla dzieci. Niesprawiedliwie dlatego, że faktycznie trzeba powiedzieć jedno, wiersze dla dzieci Brzechwy zachwycają do dnia dzisiejszego, nie zestarzały się ani trochę. A za jego czasów, o dziwo, były krytykowane! Ponoć dla dzieci miały być za trudne i za mało wychowawcze, niektóre wręcz gorszące. Ten ówczesny odbiór jego wierszy dla mnie stanowi interesujące studium ówczesnego wychowania dzieci, ogólnie podejścia do nich. A pomimo tego, że krytyka potrafiła mocno psioczyć na jego wiersze dla dzieci, pozostają one w moim mniemaniu świetne głównie dlatego, że pisane są na poważnie, bez traktowania odbiorców z góry czy moralizatorsko. Owszem, wiersze dla dzieci nie dość, że powstały późno, bo gdy Brzechwa zbliżał się do czterdziestki, i początkowo adresowane były praktycznie do dorosłych, ale przecież te późniejsze już były kierowane właśnie do dzieci.
Urbanek jak już mówię, obiektywnie i w wyważony sposób ujmuje w swojej biografii życie Jana Brzechwy. Opisuje i jego dzieciństwo na terenie Kresów Wschodnich, czasy Pierwszej Wojny Światowej, potem studia i działalność jako zarówno prawnika zajmującego się prawem autorskim, jak również autora tekstów kabaretowych do świecących triumfy przedwojennych kabaretów. Opisuje trudny i porażki Brzechwy jako początkującego poety wciąż porównywanego do słynnego kuzyna, Bolesława Leśmiana. Opisuje też jego podboje miłosne, kilka małżeństw, w tym pierwsze, wz którego narodziła się córka, Krystyna Brzechwa. Jest też opis życia za niemieckiej okupacji i wielka, początkowo niespełniona do końca miłość Brzechwy, która to dosłownie zamąciła mu i oczy i rozum i pozwoliła niemal nie zauważyć okupacji. Opisuje też życie po wojnie, jego rozliczne funkcje, które zajmował w życiu powojennym literackim ogólnie to ujmę, i to, jaką postawę przyjął wtedy po IIWŚ właśnie. Ogólnie mówiąc, nie walczył z ustrojem, nie buntował się, zresztą, jak mówili wszyscy, nie był po prostu typem opozycjonisty. Popełnił rozmaite utwory pochwalające nowy ustrój i wychwalający ówczesnych dygnitarzy. Wszystko to jednak jak pisałam, Urbankowi udaje się opisać w sposób wyważony bez chęci wywołania taniej sensacji czy nagonki na autora. Jest to dla mnie ogromnie wartościowa cecha, sama nie wiem, czy udałoby mi się zachować tak daleko idący obiektywizm. Tym wielki podziw dla autora biografii.
Oczywiście pod koniec książki zaszkliły się moje oczy (cóż, jestem wrażliwcem i to się raczej nie zmieni, już kilka razy o tym pisałam) gdy czytałam o końcówce życia Jana Brzechwy, który zdawał sobie sprawę z tego, że mimo, że udało się wywinąć śmierci , tym razem już czeka ona cierpliwie na progu jego domu, tym razem nie dając się zbyć.
Szczególnie przejmujące są jego wiersze na niemal chwilę przed śmiercią, kiedy to zdawał sobie sprawę z tego, że powoli gaśnie.
Urbanek poświęcił też osobny rozdział opisaniu walki, jaka miała miejsce po kolejnej zmianie ustroju w Polsce, gdy nagle zaczęły się czystki i chęć pozbycia się z nazw ulic czy szkół autorów takich jak Broniewski czy Brzechwa właśnie. O dziwo, nie wiedziałam, że jedna z takich walk miała miejsce na warszawskim Ursynowie, gdzie jedna ze szkół podstawowych chciała mieć Jana Brzechwę za patrona, zresztą, wola dzieci, które tego patrona zaproponowały, wygrała, Brzechwa patronem szkoły został. Przy okazji Urbanek opisuje los swojego prześmiewczego felietonu, który po napisaniu…zaczął żyć własnym życiem i jakby wymknął się spod kontroli i którego życie (felietonu) trwa w internecie do dziś dnia na swój sposób. Przy okazji, po raz kolejny okazuje się, że czytanie ze zrozumieniem nie jest dane wszystkim, niestety…
Podobnie jak to miało miejsce w biografii Broniewskiego, na koniec mamy wywiad z córką autora. Córką, której relacje z ojcem poetą, były co najmniej skomplikowane.
Podejrzewam, że nie każdemu taka biografia może się spodobać. Muszę powiedzieć, że ze zdumieniem zauważyłam dość niskie oceny na biblionetce. Cóż, zapewne to kwestia indywidualna. Dla mnie ta biografia napisana jest idealnie. Jak oczekiwałam, czyli podkreślam po raz kolejny, w sposób wyważony, obiektywny, spokojny, bez rzucania się jak sęp na padlinę na słabości Brzechwy jako człowieka (a któż z nas nie ma słabości?).
Przy tym wszystkim cieszę się, że poznałam Jana Brzechwę od zupełnie innej strony. Bo do tej, tak,przyznaję się, znałam Go głównie (chociaż nie tylko bo w domu rodzinnym posiadałam też inne niż te dla dzieci, wiersze poety) jako autora wierszy dla dzieci.
Moja ocena tej książki to 5.5 / 6.
…istnieje. I mieszka na naszym osiedlu. Wczoraj go widzieliśmy. NIEWIARYGODNE, jak facet jest idealny gdyby ktoś chciał znaleźć odtwórcę roli Jacka Reachera. Zgadza się praktycznie wszystko, no dobra, nie wiemy czy miał Reacherowe blizny). Ale wzrost, ogólna sylwetka, twarz itd itd, no, Reacher we własnej osobie. Jako, że wczoraj właśnie na tymże spacerze pierwotnie spacerowałam jedynie ja zaopatrzona w mój czytnik (kocham go;) i skończyłam najnowszą książkę o Reacherze, jaką jest „Poszukiwany” (bardzo dobra, Jack po raz kolejny pomaga posprzątać świat) więc obraz głównego bohatera wyłaniający się zza rogu budynku był naprawdę niesamowity. Potem do mnie i Janeczka doszedł P. i też widział faceta, potwierdził, reżyser następnych ekranizacji powieści Lee Childa powinien udać się do Warszawy.
To już drugi raz, gdy udało mi się „spotkać” w rzeczywistości postać fikcyjną, literacką. Pierwszą był ojciec Borejko z Musierowskiego Jeżycjadowego cyklu, który z kolei przebywał z rodziną na wywczasach w austriackich Alpach. Nie miał czterech córek, a przynajmniej nie przy sobie.
Czy Wam udało się kiedyś zobaczyć w rzeczywistości kogoś, kto do złudzenia wyglądał jak jakaś postać z czytanej przez Was kiedyś książki?
syracuse.blox.pl
Recenzje, Fakty i wiele innych...
nie tylko o książkach
Czytelnicze okno z widokiem na morze
Życie w Irlandii, Podróże po Irlandii i Europie, Tarot
Książki, kawa, święty spokój