„Poezja miłosna. Antologia najpiękniejszych wierszy”.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Antologię wierszy przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Czytelnicy mojego blogu, którzy zaglądają na niego regularnie wiedzą dobrze, że lubię czytać poezję i chętnie czytam zarówno tomiki nowych poetek lub poetów jak i nazwiska, że tak powiem kolokwialnie, stare i sprawdzone. 
Dlatego zainteresował mnie tomik wierszy miłosnych, jaki w lutym ukazał się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka a konkretnie antologia poezji miłosnej. 
Pierwsze, co mnie zachwyciło i nie ukrywam, skłoniło do zainteresowania, to piękna okładka zbioru zaprojektowane przez Pawła Panczakiewicza. Wzór serca składającego się z odcisków linii papilarnych dwóch kciuków, w kolorze czerwonym. W domyśle jak mniemam kciuków jej i jego, na różowym tle. Mogłoby wyjść kiczowato a wyszło według mnie, bardzo ładnie i oryginalnie.

Wracając jednak do zawartości antologii. Zaskoczona zostałam ale na plus, doborem nazwisk poetek i poetów, których wiersze o różnych obliczach miłości możemy tu przeczytać. Tak bowiem obok dość spodziewanych przeze mnie w tego typie antologii Haliny Poświatowskiej, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Konstantego Gałczyńskiego, Juliana Tuwima czy Bolesława Leśmiana są tu teksty Zuzanny Ginczanki, Jonasza Kofty, Agnieszki Osieckiej, Bohdana Urbankowskiego, Marii Konopnickiej czy nazwisko, które było dla mnie samej największym zaskoczeniem, Tadeusza Borowskiego. Tak bowiem kojarzę to nazwisko jedynie z literaturą tak zwaną obozową, że gdzieś zupełnie umknął mi fakt, że pisał on też poezję. 

Przeglądam zaznaczone przeze mnie wiersze, które najbardziej mi się w tym zbiorze spodobały i widzę, że jednak wychodzi mój tradycjonalizm czyli klasycznie, Gałczyński i jego „Rozmowa liryczna” i „Już kocham cię tyle lat”, wiersze Haliny Poświatowskiej, Leśmian i jego „Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz”. Po raz kolejny zachwycił mnie wiersz Wisławy Szymborskiej noszący tytuł „Miłość szczęśliwa”, w którym widzę zawarte nieco ironiczne poczucie humoru Noblistki. Moim prywatnym odkryciem było nazwisko Borowskiego w roli poety, o czym już pisałam i na przykład jego wiersz „Wciąż jesteś przy mnie”. Ujęły mnie i trafiły do mnie wiersze Bohdana Urbankowskiego, „Miłość dojrzała nad Nilem” i „Dlaczego”.

Dobór nazwisk jak już mówiłam, wydał mi się ciekawy bo nie do końca oczywisty (przez co właśnie oryginalny i na swój sposób świeży jak na tak można rzec, dość popularny gatunek jak poezja miłosna). Czego mi zabrakło w tym zbiorze? Datowania wierszy, które chętnie widziałabym na stronie z daną poezją. Lubię umiejscowienie w czasie i często nawet w przypadku nazwiska, które znam i czytuję, chętnie przypomniałabym sobie konkretną datę. Także nie ukrywam, chętnie wiedziałabym, z jakich konkretnie tomików poszczególnych poetek i poetów pochodzą konkretne wiersze. Tak, nawet w przypadku poezji lubię konkret. 

Jednak sam zbiór uważam za bardzo przyjemny. Upływa czas, ludzie niby sięgają coraz dalej i są coraz bardziej nowocześni a w sumie okazuje się, że tak naprawdę większość z nas dobrze czuje się wiedząc, że jest wokół nich miłość…

Moja ocena to 6 / 6. 

„Dama Kier”. Maria Ewa Letki.


Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1988).

Wstawiam wpis, który dodałam w jednej z książkowych grup, w których jestem ale w sumie nie chciało mi się pisać na nowo 🙂 Sięgnęłam po kolejną książkę z lat nie tyle dziecięcych co wczesnonastoletnich. I muszę powiedzieć, że książka zdecydowanie dalej mnie cieszyła. Ba, chichrałam się nad nią chyba więcej niż gdy czytałam ją za tamtych poprzednich czasów. Rodzina Pieczarkowsko-Sowińska to wielopokoleniowa rodzina mieszkająca w domu na obrzeżach małego miasteczka. W rodzinie bezprzecznie dominują kobiety a konkretnie jedna, Felicja Pieczarkowska. Babcia 🙂 I matka. Ale tu zdecydowanie podkreślona jest rola babci. Alina to jej córka i wraz z mężem i czwórką dzieci mieszka z rodzicami, na co nie narzeka bo wychodząc do pracy wie, że trójka starszych dzieci wróci na ciepły obiad a najmłodsza wnuczka będzie miała opiekę całodzienną. Ma trzy córki i jednego syna, który trochę czuje się przytłoczony takim nadmiarem kobiet i dziewczyn przypadających na jeden metr kwadratowy domostwa 🙂 Babcia Pieczarkowska wierzy w znaczenie snów i kart i w każdy ostatni piątek miesiąca w jej domu odbywa się uroczyste stawianie kabały zarówno żeńskiej części rodziny jak i sąsiadce z naprzeciwka 🙂 Książka zdecydowanie poprawiająca nastrój, humor. Sięgając po opinie teraz, zanim sama do niej wróciłam, spotkałam się ze stwierdzeniem porównującym ją z Musierowiczowską sagą ale nic bardziej mylnego. Nie nie nie i to tak piszę na plus. To dwie zupełnie inne rodziny i bardzo dobrze. Z biegiem lat muszę powiedzieć, że jeśli miałabym porównać, to ta rodzina o wiele bardziej mi się podoba i relacje w niej uważam za jakieś fajniejsze. Trochę się tu dzieje i jest miejsce na opowieść o tajemniczej kobiecie, która odwiedzi rodzinę i zostanie w niej na dłużej i na pierwsze zauroczenia i sympatie i na przyjaźnie nastoletnie i na fajną, kochającą się rodzinę, która jednakowoż nie spija sobie z dziubków , tylko po prostu się kocha. Czasem się pokłóci, owszem, ale kiedy trzeba, stanie za sobą murem i się wspiera. Tak jak to powinno być w dobrej rodzinie. Uwielbiam swoje powroty do książek, które zachwycały mnie kiedyś a o tym, że był to wówczas dobry wybór, świadczy fakt, że ponownie czytało mi się ją świetnie. Nie wiem czy ktoś z Was kiedyś ją czytal, ja mam zaczytany egzemplarz z roku 1988, wydany przez „Naszą Księgarnię” i czasem zastanawiam się czy ktoś czytywał to, co ja kiedy byłam młodzieżą. Moja ocena to 6 / 6.

„Kornik”. Layla Martinez.

Wydana w Bo.wiem. Seria Z Żurawiem. Kraków (2024). Ebook.

Przełożyła Maja Gańczarczyk. 

Tytuł oryginalny Carcoma.

Projekt okładki Małgorzata Flis.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Hmmmmm…mam z „Kornikiem” niemały problem. Muszę powiedzieć wprost a ci, którzy czytają mój blog wiedzą, że nie lukruję niepotrzebnie, nie piszę jak nie czuję (co dla niektórych może być cenne a innych denerwować, cóż, piszę blog tak długo, że wyrobiłam sobie markę a ci, którzy go czytają, wiedzą, że piszę szczerze), nie była to dla mnie najlżejsza lektura. Nie byłam w stanie czytać jej płynnie, niestety, robiłam przerwy wymuszone rzeczywistością a nie pomogłam tym sobie zdecydowanie ze wzgledu na styl, którym książka jest napisana. 
A styl jest tokiem narracji, opowieści dwóch kobiet, babki i wnuczki. Styl to chaotyczny, jakby ktoś odkręcił kran ze słowotokiem obu kobiet. W dodatku jest to pisane z dużą oszczędnością znaków interpunkcyjnych. Tak więc powiem tak, nie czytało mi się „Kornika” płynnie a na pewno łatwiej byłoby czytać tę króciutką przecież książkę, że się wyrażę kolokwialnie, „na raz”. Ja takiego komfortu niestety, nie miałam więc być może trochę na własne życzenie ta lektura stała się dla mnie nie tak płynną jakbym oczekiwała. 

Muszę powiedzieć, że kiedy ją zaczęłam i odczuwałam nad nią cały wachlarz emocji, zaczęłam się denerwować. Wiecie jak to jest, kiedy wydaje ci się, że powinno ci się bardziej spodobać, że ktoś ją polecił, że może ty się nie znasz, że nie budzi w tobie książka aż takiego zachwytu jakbyś oczekiwała a tu, no właśnie. Od irytacji do zaciekawienia, od stwierdzenia „O to to, właśnie tak jest !” przez „Niepotrzebne stwarzanie fałszywego obrazu, jakiegoś sztucznego podziału”. I wtedy napotkałam na Fb wpis Mariusza Szczygła, który odniósł się do czytanej przez Niego książki „Białość” zeszłorocznego Noblisty, Jona Fossego (co przypomniało mi, że mam na czytniku nabytą zaraz po ogłoszeniu wyników książkę Fossego). I ów wpis Szczygła uświadomił mi coś niesamowitego, że czytamy synchronicznie jakąś kótką treść, każde z nas inną, która budzi w nas zupełnie skrajne odczucia, opinie, wrażenia. Niesamowite. I nie ukrywam, to że przeczytałam, że ktoś ma podobne do moich myśli dotyczące lektury na swój sposób mnie uspokoiła. Ba, na swój sposób skierowała mój niepokój w stronę tego, że najwyraźniej może być lektura, która budzi w nas taki wachlarz emocji i wrażeń. Która jest w stanie i zachwycić i znużyć i podobać się i nie podobać się równocześnie.

„Kornik” to jak wspomniałam książka napisana w bardzo specyficznym stylu, tu kieruję swoje podziękowania w stronę pani tłumacz, Mai Gańczarczyk, która zrobiła według mnie niezwykle dobry kawałek translatorskiej roboty. Sądzę, że trudno było przełożyć tę prozę, tym większy mój podziw za efekt. Jak mówiłam, treść relacjonują naprzemiennie dwie kobiety, babka i wnuczka. Wnuczka, określająca babkę najczęściej krótkim mianem „starej”, chwilę przed rozpoczęciem opowieści opuściła areszt. Za co przebywała w tym miejscu, tego dowiadujemy się stopniowo z tego słowotoku, którym nas zarzuca. Jak już wspomniałam, nie czytało mi się tego najłatwiej.

Obie kobiety zamieszkują dom, który był prezentem ślubnym od ojca babki dla jej matki. Dom, który został wręcz spersonalizowany. Dom, który rządzi jego mieszkańcami. Czy może raczej, mieszkankami „(…) przez ten dom wypadają ci zęby i wysychają wnętrzności” (…). Tutaj wypadają ci zeby i włosy, odpadają fragmenty ciała, a jeśli stracisz czujność, będziesz się snuć z kąta w kąt albo zalegniesz w łóżku i więcej się nie podniesiesz”. Dom żyje własnym życiem, „(…) dom zaciskał się wokół nas”.

Zastanawiałam się przez całą lekturę czy ów dom to symbol po prostu złego domu czy wręcz odwortnie, mniej kameralnie, na przykład kraju, ojczyzny, która jak wiemy, miała burzliwą historię. Hiszpania dopiero od niedawna głośno krytykuje to, co ongiś musiano znosić, można powiedzieć, że na swój sposób zaczyna swoją opowieść, taką trochę jak styl tej książki, chaotyczną, rozedrganą…
Na pewno w tej książce głosem wiodącym i bardzo dobrze, jest głos kobiet. Kobiet, które opowiadają o tej dotychczasowej powtarzalności ich historii pełnych przemocy, okrucieństwa, zaszczucia, bólu. I, to ciekawe, młodsza z narratorek sama stwierdza, że to traktowanie wcale nie wiązało się w tym przypadku ze statusem materialnym a raczej właśnie z płcią. 

Dom stoi we wsi. Wieś jak wieś. Niedaleko Madrytu, otoczona winnicami. I jak to we wsi, są bogaci, właściciele ziem i owych winnic i zwykli szarzy ludzie. Często biedni i, co gorsza, na swój sposób tę biedę dziedziczący. Autorka nie ma złudzeń, ustami babki i wnuczki przekazuje nam to, co często odczuwamy chociaż jednocześnie staramy się taką myśl natychmiast wyprzeć z głowy. Bieda jest jak mocny klej, przykleja się i nie daje szansy zdrapać się z siebie. Dziedziczy się ją i wielkiej siły i mocy wręcz trzeba aby udało się ją pokonać. We wsi raczej od dziesiątek lat podział ról jest zatwierdzony i niezmienny. Bogacze kontra wieśniacy. Właściciele kontra wyrobnicy. Co ciekawe, taką przewidywalność przełamuje jednak to, o czym pisałam w kontekście traktowania kobiet. Tu nie ma różnicy, wykształcona czy nie, biedna czy bogata. Mąż potrafi zrugać kobietę lub znieważyć równie podle w willi jak i w chylącej się ku upadkowi chatynce. Ojciec nie wesprze zarówno w jednoizbowym domku jak i w wielkiej posiadłości.

W domu, w którym mieszkają babka i wnuczka żyją też cienie. Jak jest napisane, „(…) W rzeczywistości dom był pełen cieni. (…) Wyłaniały się z ciemności spowijającej studnię, wypełzały spod stołu, skradały się po korytarzach”. Cienie nie dają ci zapomnieć, że zajmują miejsce w domu. Potrafią złapać za kostki, gdy idziesz korytarzem, szarpnąć za ubranie.
Obie kobiety na swój sposób miały powiązania z jedną z najbogatszych rodzin w wiosce, rodziną Jarabo, poprzez pracę. Wnuczka jeszcze do niedawna była opiekunką sześcioletniego syna rodziny Jarabo. O wnuczce wiemy niewiele. Niechętnie opowiada nam o sobie.  W domu mieszka tylko z babką, wydaje się być przepełniona dziedziczonym gniewem. O babce również wiemy nie tak wiele ale więcej niż o młodszej z kobiet. Poznajemy historię jej rodziny, ojca, który parał się paskudnym zajęciem, poznajemy losy jej matki a potem i jej samej. Babka więcej niż z żywymi, ma kontaktu z cieniami, ze zmarłymi, a nadto ze świętymi, do których dużo się modli. Święte wiele jej opowiadają i stara o wszystkich mających się zdarzyć sprawach wie właśnie od nich. Nie czuje się więc często zaskoczona wydarzeniami, jakie mają miejsce w jej życiu lub życiu jej bliskich.

Tak naprawdę trudno jest mi napisać, o czym dokładnie jest ta książka. Ja odebrałam ją jako rodzaj manifestu kobiet, przypomnienia, że mamy w sobie, my kobiety, dużo siły i możliwości. A nadto, nie zapominamy i jesteśmy w stanie zebrać się w sobie i dokonać zemsty nawet jeśli od czynu, za który chcemy się mścić, minęły dziesiątki lat. 
Gdybym miała określić jednym zdaniem to, co myślę po książce, to to, że „Kobiety mają głos!” Wreszcie zrzucają z siebie tłamszące je więzy i zaczynają artykułować swój gniew, niezgdę i działać. 

Również, nie ukrywam, podczas lektury przyszła mi do głowy niezwerbalizowana tu wprost idea czegoś na kształt dziedziczonych traum (znowu przypominam sobie inną, czekającą na mnie książkę o tym problemie, ech, tyle książek, tak mało czasu !). 
Nie jestem w stanie rozstrzygnąć czy dom symbolizuje tu jednak na przykład ojczyznę autorki, takie zdanie jak „(…) W tym domu zmarli żyją zbyt długo, a żywi zbyt krótko”. 

Ciekawe dla mnie jest to, że piszę ten wpis o tej książce, akcentującej właśnie taką problematykę, w Światowym Dniu Sprawiedliwości Społecznej.  
Bo też i o tym ta książka mi się wydaje, że jest. Na swój sposób autorka zwraca uwagę nie tylko na sytuację kobiet ale na całokształt społeczeństwa. Niby dwudziesty pierwszy wiek a ludzie wciąż dzielą się na biednych i bogatych, na tych, którym z powodów materialnych jest prościej mieć dostęp do edukacji, opieki zdrowotnej i innych, wydawałoby się, podstawowych dóbr i wartości. Wciąż bycie kobietą oznacza w niektórych krajach z gruntu gorszą pozycję społeczną, mniejsze wynagrodzenie na stanowisku, na którym mężczyzna zarabia więcej itd itd. 

Ja mimo tego, że nieco irytowało mnie bardzo zero jedynkowe spojrzenia na pewne kwestie zgadzałam się jednak z autorką w większości jej postulatów. Zwłaszcza w jej refleksjach na temat tego, jak pomaga się w sytuacji dramatycznej (tu zaginięcie dziecka) osobom o wysokim statusie materialnym a jak biedniejszym, tak zwanym szarym ludziom, bez znajomości i prestiżu.

Podsumowując moje refleksje na temat „Kornika” Layli Martinez, sądzę, że to na pewno jedna z tych książek, które zapadają w pamięć. Na swój sposób wwierca się jak tytułowy kornik, w nasze myśli, w głowę, nie może z niej wyjść. Jednocześnie jednak uważam, że to jest jedna z tych książek, które nie każdemu może pasować, która może drażnić swoim specyficznym stylem, tą chaotycznością, rozedrganiem, które podkreślałam. 

Moja ocena jednak to 5 / 6. 

„Przedsmak zła”. Alex Kava.

 Wydana w HarperCollins Polska. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożyła Katarzyna Ciążyńska.

Tytuł oryginalny Before Evil. 

Lubicie powroty do znanych Wam a z jakiegoś powodu nieco porzuconych przez Was autorów? lub autorek, oczywiście? 
Bo ja tak. 
Parę dni temu na jednej z dwóch książkowych grup, w których się udzielam ktoś pisał o przeczytanej książce Alex Kavy i przypomniałam sobie, że dobre dwadzieścia lat temu lub nieco ledwo mniej, zaczytywałam się kryminałami, thrillerami jej autorstwa. 
A nawet korzystając z jakiejś promocji ebookowej parę książek sobie nabyłam. 
Czym prędzej więc „odkopałam” na czytniku parę tytułów i zaczęłam od tego, który co prawda został napisany chronologicznie stosunkowo niedawno, ale zapoczątkowuje serię o profilerce FBI, Maggie O’Dell. 
W „Przedsmaku zła” Maggie pracuje już jakiś czas w Wydziale Badań Behawioralnych w FBI ale dopiero teraz zostaje dopuszczona przez szefa, Kyle’a Cunninghana do swojej pierwszej sprawy w terenie. Jednym słowem, już nie będzie tworzyła profili przestępców na podstawie jedynie zdjęć z miejsc zbrodni a zaczyna jeździć z ekipą w teren. 
No i okazuje się, że ten zawodowy „chrzest” będzie o wiele cięższy niż ktokolwiek mógłby sądzić bo sprawa okazuje się być wyjątkowo ciężka. Śledczy szybko orientują się, że mają do czynienia z seryjnym zabójcą kobiet, w dodatku przemieszczającym się między stanami. Teraz jednak skupiają się na zbrodni, która wydarzyła się w bliższej odległości i muszą dowiedzieć się, kto usiłuje zrobić sobie swoistego rodzaju krwawe polowanie na kobiety. Muszą też dowiedzieć się czy istnieje powiązanie między tą zbrodnią a masakrą dokonaną w przyczepie mieszkalnej, podczas to której zabito trzy dorosłe osoby „przegapiając” jedną z potencjalnych ofiar. Oto bowiem w schronie niedaleko przyczepy udało się ukryć małej dziewczynce, Katie. Teraz wszystkie oczy, w tym niestety, pewnego złego człowieka, skupione są na małej Katie, która musi być bardzo strzeżona aby morderca nie wrócił i nie dokończył swej okrutnej zbrodni.

Liczyłam na dobry thriller, kryminał i nie mam żadnych zastrzeżeń. W końcu -czytałam już książki Alex Kavy  i zwyczajnie wiem, że mogę liczyć na dobry kawałek lektury.
Jednak oprócz samej warstwy kryminalnej ciekawy był opis historii samej Maggie, jej bliskich jak i współpracowników. Okazuje się, że ta sprawa, a właściwie sytuacja pozostałej przy życiu Katie, jest wyjątkowo trudna dla samej O’Dell jako, że i ona jako mała dziewczynka straciła nagle swojego tatę, który to był dla niej niezwykle ważny. Z matką nie ma (niestety, głównie za sprawą działań rodzicielki) właściwie zbyt ścisłych kontaktów. Co nie oznacza, że nie utrzymują ich ze sobą w ogóle. Ale matka nie jest osobą odgrywającą ważną rolę w bieżącym życiu Maggie, chociaż, jakby na to spojrzeć pod kątem tego, że jej postępowanie po śmierci męża było takie a nie inne, trudno jest jednak nie stwierdzić, że jednak na obecne życie śledczej ma pewien wpływ. A na pewno zdarzenia z przeszłości w wielu kwetiach zdeterminowały działania O’Dell jako już dorastającej i dorosłej kobiety.
Tak więc muszę powiedzieć, że mimo, że nie było to łatwe ale na swój sposób nie tyle może spodobało mi się, co pasował mi ten wątek obu osieroconych dziewczynek przedstawiony w akcji książki. Jednej dziewczynki dotkniętej tragedią obecnie a drugiej tej z przeszłości. Tamta dziewczynka na swój sposób uporała się ze swoją żałobą a nawet przekuła ją na swój sposób w wykonywany przez siebie obecnie zawód. 

Sama akcja bardzo ciekawa, szybka, co lubię przy tego typu książkach. Według mnie też ciekawe to to, że nie od razu domyśliłam się, kto jest sprawcą czy raczej może tak, w pewnym momencie nabrałam podejrzeń ale o tym czy miałam rację przekonałam się dopiero pod sam koniec książki. 

Według mnie jak najbardziej warta przeczytania dla osób, które lubią amerykańskie kryminały, śledztwa FBI a również nie do końca warstwę jedynie kryminalną. 
Bo jak się okazuje, trochę tej warstwy psychologicznej również w „Przedsmaku zła” było. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Garść popiołu”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2016). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Wróciłam do kryminałów autorstwa Wojciecha Wójcika. Nie ukrywam, że tę książkę zaczęłam dość dawno temu ale po drodze wpadło mi coś innego, czym się zajęłam ale po czasie stwierdziłam, że chcę zobaczyć kto stał za zabójstwem nauczyciela geografii w liceum w Legionowie.

Narratorem tej historii jest jeden z nauczycieli legionowskiego liceum, nauczyciel historii i WOS’u, Tomasz.
Pewnego popołudnia, akurat w dniu rady pedagogicznej, jeden z nauczycieli znajduje Mateusza uczącego geografii powieszonego na poddaszu szkoły. W miejscu, do którego rzadko się zagląda. O czym szybko się dowiadujemy, ktoś odebrał mu życie i jak to jest w książkach Wojciecha Wójcika, rozpoczyna się jakby dwutorowe śledztwo. Jedno to policyjne, drugie bardziej prywatne bo Tomek wraz z policjantką Kamilą rozpoczynają pościg za tym, kto pozbawił życia przyjaciela Tomka. Pościg ten trwa cztery dni ale są to dni szybkie i wypełnione dramatycznymi wydarzeniami. 

Po pierwsze, Tomek szybko odkrywa, że Mateusz miał przed nim sporo sekretów. I szybko okazuje się, że znalezienie tego, kto go skrzywdził może nie być takie łatwe. Prędko też wychodzi na jaw, że dawno temu zdarzyło się coś dramatycznego na jednym z obozów letnich ze szkoły, w którym to doszło do tragedii z udziałem jednej z uczennic. A opiekunami na tamtym obozie było trzech nauczycieli z liceum. Byli to Mateusz,  pan Leopold, matematyk i Szymon Pełka. Tamto wydarzenie zdecydowało o tym, co dzieje się obecnie. 
Po śmierci Mateusza znika bowiem nieoczekiwanie matematyk. Wcześniej Tomek widział jeszcze starego nauczyciela kłócącego się z dyrektorem szkoły. Po czym ślad po panu Leopoldzie ginie. 
Zaczyna się czas niepewności, tajemnic i narastającego poczucia niepokoju i grozy, że to wciąż nie koniec złych zdarzeń.

O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego giną nauczyciele liceum? Czemu Mateusz prowadził jakieś działania, o których nie mówił Tomkowi, który czuł się jego przyjacielem i który dopiero po śmierci geografa zaczyna go jakby na nowo poznawać?

Jak to u tego autora, akcja dzieje się w krótkim czasie, za to jest mocno zagęszczona w wydarzenia i postaci. Niemniej jednak czytało mi się ją dobrze i wbrew pozorom właśnie szybko.

Nie jest to jednak książka, którą uważam za najlepszą w dotychczas przeze mną czytaną książkę Wójcika ale też nie oceniam jej źle. 


Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Jak sprzedać nawiedzony dom”. Grady Hendrix.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Przełożył Tomasz Bieroń. 
Tytuł oryginalny : How to Sell a Haunted House.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Muszę powiedzieć, że to książka, od której nie mogłam się oderwać i jak na moje możliwości, to pochłonęłam ją w naprawdę szybkim tempie (a ma ona równo 400 stron tekstu).
Jest to też tego typu książka, po której spodziewałam się po prostu jednego gatunku (bo jest to jednak horror) a otrzymałam coś o wiele, wiele lepszego i więcej! 
Po pierwsze, muszę powiedzieć, że ogromnie spodobał mi się podział książki na rozdziały noszące tytuł poszczególnych etapów żałoby, jakimi są : Zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja i pogodzenie się. Bardzo dobrze to współbrzmi z tym, z czym praktycznie niemal od początku musi zmierzyć się bohaterka książki, Louise Joyner, trzydziestodziewięciolatka. Lata temu wyjechała z rodzinnego domu w Charleston na południu Stanów Zjednoczonych i po pomyślnym zakończeniu studiów została na stałe w San Francisco gdzie obecnie mieszka, pracuje i wychowuje pięcioletnią córkę, Poppy. 
Louise poznajemy na samym początku w chwili gdy oznajmia rodzicom, że spodziewa się dziecka a ci szczęśliwi natychmiast mają zamiar do niej przyjechać. To wstęp a następnie akcja dzieje się pięć lat później gdy kobieta odbiera najgorszy w jej dotychczasowym życiu, telefon.
Po pierwsze, dzwoni Mark, jej młodszy brat, z którym nie utrzymuje ścisłych kontaktów, a właściwie powiedzieć można, że niemal żadnych kontaktów. Po drugie, Mark oznajmia jej coś strasznego, ich rodzice nie żyją. 
I oto Louise, która na co dzień nie jest z ojcem Poppy, zostawia pięciolatkę pod opieką taty i rusza do rodzinnego miasta na pogrzeb rodziców.

Sto dwadzieścia pierwszych stron książki to szczerze mówiąc, nie jest żaden horror a raczej ogromnie dobrze napisana obyczajowo-psychologiczna książka. Oj, jakie to było życiowe, prawdziwe i mięsiste! Autor nie brał jeńców i opisał na tyle wiarygodnie rodzinę, w której jedno z dzieci było wyraźnie faworyzowane przez rodziców, że aż parę razy niemal dosłownie zazgrzytałam zębami ze złości. Kto z nas nie zna takich członków rodziny, którzy z bliżej niewiadomych powodów są faworyzowani i chyba wychowani w tymże przekonaniu, oczekują od innych bałwochwalczego podejścia i ustąpienia im we wszystkim.
Louise i Mark po latach niewidzenia się spotykają się w dodatkowo ciężkim momencie życia, tuż po stracie rodzicieli i w dodatku będąc w niezbyt przyjaznych stosunkach. 
W pewnym momencie wydaje się jakby u Louise puściła tama wspomnień i pretensji i poznajemy jej powody niechęci w stosunku do własnego brata. Jakby nie było, Mark zawsze był przez rodziców faworyzowany. Był tym dzieckiem, któremu odpuszczało się na zasadzie „Bo ty, córeczko, jesteś silna i dzielna i dajesz sobie radę a on…” (tu dyskretne zawieszenie głosu).
Tama wspomnień przedstawia nam, czytelnikom, rodzinny dom, w którym się wychowali,. Był on wystarczająco pełen emocji bo Nancy, ich matka,  zajmowała się lalkarstwem teatralnym. Kupowała lalki, pacynki, marionetki, sama takowe szyła i praktycznie można powiedzieć, że wczesnemu życiu i młodości Louise i Marka towarzyszyła liczna gromada lalek, którym mama nadawała oryginalne imiona. Swoją sztukę prezentowała jednak oczywiście nie tylko w rodzinnym gronie. A sztuka ta była właśnie pełna wzruszeń, emocji i takiego rzec można, zamieszania i zdecydowanie przenikania świata realnego z tym kreowanym przez matkę. Wystawiała przedstawienia i brała czynny udział w życiu środowiska lalkarskiego.
Ojciec kobiety, Eric, był ekonomistą i wykładowcą na miejscowej uczelni i być może stanowił dobre wyciszenie dla pełnej artyzmu i kochającej tę oryginalną sztukę, żony.

Pierwsze delikatne zapowiedzi tego, że „Jak sprzedać nawiedzony dom” to jednak horror a nie świetnie skrojona obyczajówka, są już właściwie na początku, gdy rodzeństwo spotyka się w domu rodziców a ongiś, swoim rodzinnym. Lalki, pozostawione w domu bliskich, zdają się bowiem żyć jakimś własnym tajnym życiem. Mają swoje preferencje dotyczące spędzania wolnego czasu i miejsca, w ktorym chcą przebywać. Kobieta znajduje je w miejscu, w którym na pewno nie powinny się znajdować, w dodatku w dziwnych sytuacjach. Ma dodatkowo wrażenie, że wszystkie lalki a dom jest nimi wręcz wypełniony, wpatrują się w nią i śledzą każdy jej krok.

Dodatkowym zaskoczeniem może być fakt, że po raz kolejny w jej życiu pojawia się Pupkin. Ulubiona lalka mamy, którą brała ze sobą wszędzie i która siłą rzeczy towarzyszyła Louise i jej bratu przez większość dzieciństwa. Ta niby niewinna pacynka okaże się nawiasem mówiąc równorzędnym bohaterem jak rodzeństwo Joynerów i córka Louise, Poppy.
Louise natyka się na Pupkina pewnego dnia gdy trafia do domu rodziców i ku swemu zaskoczeniu znajduje pacynkę siedzącą w ulubionym fotelu ojca i oglądającego jakiś telewizyjny program. Dziwne, bo po śmierci rodziców nikogo w domu nie ma i raczej wręcz nie powinno być. Kto więc posadził Pupkina i wyreżyserował taką sytuację?
Jednak sam początek książki nie zapowiadał horroru, który jednak jak najbardziej będzie się dział w dalszej jej książki. Na samym początku rodzeństwo głównie się kłóciło i wymawiało sobie sprawy sprzed bardzo wielu lat. Z czasem jednak narracja powoli, powoli się zmieniła a autor tak nam namieszał w tym, co poznajemy, co nam zdradza, że zaczynamy na wszystko, o czym do tej pory się dowiedzieliśmy zupełnie inaczej patrzeć. A o postaciach biorących udział w tej historii zaczynamy patrzeć w inny, niż do tej pory, sposób. 

Nie znam innych książek Hendrixa, trudno jest mi więc powiedzieć czy jest lepsza czy gorsza od poprzednich. Wiem, że „Jak sprzedać nawiedzony dom” podobała mi się do tego stopnia, że jak już wspomniałam, nie mogłam sie od niej oderwać. 

Również jak dla mnie, jest to jednak horror. Już nigdy nie spojrzę tak jak przed jej lekturą na lalki. I oczywiście dodatkiem jest świetny rys psychologiczny bohaterów jak również taki kalejdoskop emocjonalny jaki nam autor funduje, niemniej jednak jest to horror. Nie ma więc oczekiwać, że nie będzie jednak strasznie i dramatycznie. 
Miałam kiedyś możliwość poznania tematu lalek i to tak z najwyższej półki, nie takich lalek zabawkowych ale w kontekście lalek teatralnych, takich, jakie stanowiły sens życia dla Nancy Joyner. Bardzo żałuję,że gdy człowiek jest młodszy, nie dostrzega ogromu możliwości i okazji zgłębienia wiedzy, zwłaszcza na tematy, które są dla niego zupełnie obce. Z możliwości więc nie skorzystałam, bardzo tego żałowałam podczas lektury tej książki bo sądzę, że byłoby to idealnym do niej dodatkiem.

Mnie się podobała, o ile oczywiście tak można powiedzieć o horrorze. 
Oceniam „Jak sprzedać nawiedzony dom” : 6 / 6. 

„Arystokratka pod ostrzałem miłości”. VOL 2. Evzen Bocek.

 Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2024).

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginalny Aristokratka pod palbou lasky.

„Arystokratka pod ostrzałem miłości” została „rozbita” na dwie części w cyklu wydawniczym. Szczerze, to nie mam zielonego pojęcia, kto o tym zdecydował (bo mógł sam autor). Ja osobiście chyba wolałabym mieć już raz ale całość ale nie ja wydawałam 🙂
Tak czy inaczej, ta część kończy cykl o Marii Kostce z rodu Kostka i z Zamku Kostka. Dziewczynie, której przyszło przybyć z rodzicami do Czech ze Stanów Zjednoczonych, w których mieszkali, do odzyskanego wreszcie rodowego zamku albowiem okazało się, że są arystokracją. 
Czas zatoczył koło, ta część kończy się niemal w momencie gdy rok temu rodzina Kostków zlądowała w Pradze, skąd rozpoczęła się ich dalsza podróż do odzyskanego zamku i całej plejady oryginałów zamieszkujących go i pracujących w nim.

Czy warto było czytać cykl o Ostatniej Arystokratce? Oczywiście, że tak i jestem pewna, że po raz kolejny do niego wrócę (przed wydaniem ostatniej części zrobiłam sobie do niego powrót). A zresztą, nie wiem, nie mam żadnych informacji, żeby nie było ale coś tak czuję,że o ostatniej Arystokratce Evzen Bocek nie powiedział nam jeszcze ostatniego słowa. Chociaż przyznam się Wam, że pomimo tego, że kocham tę serię i uwielbiam do niej wracać, mam wrażenie, że czasem najlepsze co można zrobić, to zatrzymać wózek radości i dobra w najodpowiedniejszym momencie a nie odcinać w nieskończoność kupony. Tak więc kto wie, może to zakończenie jest w najlepszej chwili…czas pokaże czy nie zatęsknię i nie będę marudzić 😉 Ale niech Bocek się nie obawia, nie zamierzam jakby co ścigać go jak bohaterka książki „Misery”, autorstwa Kinga 🙂

W tej części miłości, którą ostrzeliwana dosłownie jest Maria Kostka jest wiele. Większość mieszkańców i pracowników zamku postanawia jakby oddać się we władzę Amora i rozpoczyna mniej lub bardziej intensywne działania zmierzające ku sparowaniu. Maria nie dość, że musi ogarniać całe to rozamorowane towarzystwo, to jeszcze nie zapominajmy, ma dwóch realnych kandydatów do ręki, których nie może przecież zwodzić w nieskończoność (jakkolwiek zabawne by to nie było). 

No ale w końcu na szczęście i ona podejmie decyzję i można powiedzieć, że świat uśmiecha się do Marii szeroko a ona z radością może ten uśmiech odwzajemnić.

Powiem tak, ostatnia część serii trzymała formę. Mnie wciąż dużo podczas czytania bawiło i naprawdę słychać było, że mam udaną lekturę. A to uważam za dużą umiejętność, tak poporowadzić cykl aby trzymać wysoki jego poziom aż do ostatniej strony.

U mnie „Ostatnia Arystokratka” trafia na półkę z książkami na pociechę, kiedy potrzeba się szczerze pośmiać a nie czytać nie wiadomo jak ambitne teksty. 

A moja ocena tej części to 6 / 6. 

„Słoneczniki”. Halina Snopkiewicz.

 Wydana w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej.  Warszawa (1980).

Powiem tak, trochę się tego powrotu obawiałam. Powrotu do książki, którą zaczytywałam się jako nastolatka. Skąd wzięłam „Słoneczniki”? Nie wiem. Dostałam ją chyba od Mamy bo na pewno nie kupiłam jej w ulubionym kąciku antykwariatu w księgarni na Broniewskiego, w którym tyle udanych książkowych zakupów nabyłam! A obawiałam się, że może okazać się nie tak zachwycająca jak kiedyś. Że może to, co podobało mi się gdy byłam równolatką Lilki Sagowskiej , narratorki, której pamiętnik poznajemy w tej książce, już teraz mnie nie zachwyci. Niepotrzebne to były lęki i obawy. 
„Słoneczniki” to jak napisałam, pamiętnik czternastoletniej Lilki (gdy kończą się zapiski i książka, autorka pamiętnika zdaje na studia), którego akcja dzieje się od trzynastego grudnia 1948 roku do siódmego lipca 1951 roku. 
I powiem, że pomimo oczywistych odniesień do tamtejszych realiów (bałagan z szkolnictwie, osoby uczestniczące w walkach powstańczych wtłoczone z powrotem do szkolnej ławy, ZMP, powojenna Polska i traumy z lat niemieckiej okupacji) książka ta jest po prostu niestająco aktualna. 
Dojrzewanie, pierwsze zauroczenia Lilki, rozgrywki na polu damsko-męskim. Ambicje, które są albo ich nie ma, miłość i nienawiść, niechciane ciąże. Przy tym wreszcie poczucie wolności po wojennych latach i tułaczce. Młodość jest tylko jedna i należy z niej wycisnąć wszystko aż do ostatniej kropli. Więcej nam się już nie przydarzy, nie powrócimy do niej aby wytrzeć gumką błędy i je poprawić a biografię napisać od nowa. 
Dodatkowo przedziwne relacje Lilki z jej matką, które to relacje nieustająco mnie dziwią i zatrważają ale które to teraz, jako osoba bliska pięćdziesiątki, jestem w stanie wyobrazić sobie (nie zrozumieć i usprawiedliwić ale przyjąć do zaistnienia) o wiele bardziej niż gdy czytałam ją jako nastolatka. 
W ogóle, to odnalazłam w „Słonecznikach” o wiele więcej treści teraz niż wtedy lub może inaczej, sądzę, że jest to dlatego tak dobra książka bo właśnie na każdym etapie wieku i jej lektury jestem w stanie wynieść z niej coś wartościowego, istotnego. 

Tak więc, okazuje się, że powroty do książek z dzieciństwa czy może, wczesnych lat nastoletnich bywa powrotem zdecydowanie udanym i godnym polecenia. 

Oczywiście, że daję tej książce notę 6 / 6. Nie może być inaczej. 

„Podpalacz”. Wojciech Chmielarz.

Wydało Wydawnictwo Czarne. Wołowiec (2012). Ebook.

Sięgam to zaległych zbiorów z czytnika i oto w końcu jakiś czas temu zaczęłam „Podpalcza” Wojciecha Chmielarza. Potem zrobiłam chwilę przerwy na któryś z kryminałów Wojciecha Wójcika ale wróciłam do „Podpalacza” i oto jestem po lekturze pierwszego z serii kryminalnej o komisarzu Jakubie Mortce.

Jak po lekturze? Powiem tak, pewnie trudno jest pisać o czymś, co wszyscy miłośnicy kryminałów Chmielarza już dawno znają ale spróbuję. Cóż, nie ukrywam, że jednak tematyka ciężka. Pożary a nawet co widać już po tytule, podpalenia. Jeden z bardziej przerażających żywiołów, ogień. Jeśli miałabym wymienić coś, co budzi we mnie jeden z większych lęków to jest to właśnie niemożliwy do opanowania ogień. Brrr…W dodatku w tej części, o czym przyznam, nie miałam pojęcia, jest jeden z tych motywów, których w książkach bardzo nie lubię. No ale do brzegu !
Jakub Mortka wraz ze swoim współpracownikiem i kolegą Dariuszem Kochanem musi jechać na Ursyów, gdzie w pożarze domu jednorodzinnego zginął człowiek. To, co początkowo straż pożarna wzięła za pożar, który wydarzył się z przyczyn losowych szybko okazuje się być niestety, podpaleniem. W dodatku nie pierwszym jakie zdarzyło się na osiedlu willi na Ursynowie. No i szybko okazuje się, że śledztwo dotyczyć będzie seryjnego podpalacza.

Jakub Mortka jest świeżo po rozwodzie. Ma dwóch małych synów, z którymi stara się nie tracić kontaktu i walczy z życiem. Gdyby zarabiał więcej, mógłby wynająć jakąś kawalerkę ale niestety, jest jak jest i po tym jak po rozwodzie zostawił mieszkanie na Kabatach rodzinie, wynajmuje pokój w mieszkaniu, w którym wynajmują pokoje studenci, a konkretnie dwójka studentów, dziewczyna i jej chłopak. Mortka usiłuje więc jakoś trwać we wciąż nowej dla siebie rzeczywistości rozwodnika, który chce pozostać w dobrych kontaktach z rodziną ale i jakoś ruszyć do przodu.

Szybko okazuje się, że śledztwo, które prowadzi wraz z kolegami, nie jest takie proste jak mogłoby się wydawać. Pojawia się w nim sporo postaci, różne motywy. Na samym końcu książki zostałam nawet przez Chmielarza zaskoczona tym, kto stał za całą tą historią i to dobrze, bo lubię kryminały, w których sprawa wyjaśnia się w sumie na ostatnich ich stronach.

Jak mi się podobała książka? Jak pisałam, tematyka ognia i jeden z motywów był dla mnie ciężki ale sam kryminał jako kryminał według mnie jest dobry. Są tam wplecione też wątki osobiste z życia bohatera, co czyni go bardziej ludzkim, są też poruszone ważne problemy takie jak nałogi, jak przemoc domowa, problemy młodych ludzi nie radzących sobie zbytnio z wejściem w świat dorosłych.

Akcja dzieje się dośż szybko i na plus to, o czym pisałam, zostałam zaskoczona na koniec kryminału osobą sprawcy więc jak dla mnie, bardzo to dobrze.

Moja ocena książki to 5 / 6 .

„Osada”. Michał Śmielak.

 Wydana w Wydawnictwie Skarpa Warszawska. Warszawa (2023). Ebook.

Miałam chęć na kryminał nabyty dość dawno temu i oto jak już przerobiłam to, co miałam w planach jak również jeden z prezentów świątecznych, sięgnęłam po tę książkę. 
„Osada” zainteresowała mnie przede wszystkim czasem, w którym dzieje się część akcji książki. Akcja bowiem dzieje się nielinearnie. Część dzieje się w dniu przed Wigilią 1978 roku a część w roku 2023. 

W roku 1978 do osady na Dolnym Śląsku wraca na Święta Jan Ryś. Wraca do dalszej rodziny ale zostaje bardzo serdecznie przyjęty. To młody człowiek, który po śmierci rodziców rozpoczął karierę w strukturach Milicji Obywatelskiej a konkretnie w kryminalnym wydziale. Poprzednio oddelegowany do stolicy, obecnie ma przydział w Jeleniej Górze więc cieszy się na święta spędzone z bliskimi bo pracę w wydziele zacznie i tak dopiero od stycznia.

Autor, co wyjaśnia na końcu, trochę zmienia faktyczny stan bo zimę stulecia, którą tu uczyni poniekąd jedną z bohaterek, nieco przyspieszył. Pamiętamy, że ów pogodowy kataklizm zaczął się w roku 1978 w sylwestrowy wieczór ale Michał Śmielak zaczyna ją w wieczór czy raczej noc po Pasterce. 

Ale zanim nastąpią Święta i Pasterka, jest czas przygotowań do świątecznych dni. W domu Antczaków dziadek został z wnuczkami i wnukami i opowiada im straszne historie, na przykład o Marze, która przybywa ze złą pogodą zimową porą aby porywać, bez różnicy, młodych, starych. Mara nie wybiera, a jedynie odbiera życie ludziom. Gdy słyszysz nocą wycie za oknem zimowym, wiedz, że to Mara zbliża się do domostwa…
Jednym ze słuchaczy tej opowieści, jest narrator z rokuktórym jest osiemnastoletni Michał. Michał Antczak to krewny Jana Rysia, milicjanta, który zjawił się w osadzie. Nastolatek nie pamięta Janka z czasów dzieciństwa, mimo, że podobno Ryś uczył go nawet wędkowania ale szybko nawiązują więź. Chłopak dostaje nawet od stryjka, kuzyna, elegancki prezent, nóż. 
Michał jest szczęśliwy bo ma około świąteczny plan oświadczyn Alicji, z którą spotyka się od pewnego czasu i którą z wzajemnością, kocha. Ach, młodość, ten wspaniały  czas kiedy wszystko wydaje się być przed nami i wszystko wydaje się być możliwe. Także piękne, wspólne życie z kimś, kogo się kocha.
Tymczasem jednak nastaje Wigilia i wspólne radowanie się czasem, pysznymi wigilijnymi potrwami, które dopisują na stole Antczaków i mieszkańców osady.
Pasterka to wydarzenie, w którym bierze udział niemal każdy mieszkaniec wsi. Andrzej Waligóra, zwany we wsi po prostu Andrzejkiem, to kierowca PKS. Organizuje autobus, którym wszyscy jadą do Wnyków, gdzie jest parafialny kościół. A po uroczystości kolędujący mieszkańcy wracają w radosnych nastrojach w osady. Radosne nastroje urywa sytuacja, która ma miejsce czyli wjechanie autobusem do rowu. Na szczęście pomimo tego, że sytuacja wygłądała niebezpiecznie, nikomu nic się nie stało. Ale powrót do wioski jest ciężki bo właśnie tej nocy rozpoczyna się wydarzenie do dziś wspominane przez wielu czyli osławiona Zima Stulecia. 
Jednak na szczęście, wszyscy do wioski docierają i czy to wziąwszy ciepłą kąpiel czy to napiwszy się jakiegoś rozgrzewającego trunku, lądują pod pierzynami z nadzieją na wyspanie się po ciężkiej sytuacji jaka miała miejsce. Jednak tak się nie dzieje i niewiele uda się wyspać Antczakom, do których drzwi załomocze przedarłszy się przez śnieg zasypujący świat, sąsiadka Zośka, która jest zdziwiona ale przede wszystkim zdenerwowana tym, że jej córka Anula zniknęła. Nie wróciła do domu po Pasterce. Ale przecież Bernard, sołtys, specjalnie zliczył wszystkich, którzy po ciężkiej wędrówce wchodzili do wsi, właśnie po to aby zorientować się, czy wszyscy są bezpieczni. Może Andrzejek, który o czym wszyscy wiedzieli, podkochiwał się w dziewczynie, coś o tym wie? Podobno odprowadził ją pod futrkę?
Szybko jednak okazuje się, że zaginięcie to początek zła, które wydarzyło się i będzie się dziać, w małej, z chwili na chwilę coraz bardziej odciętej od świata przez atak zimy, wsi.

Akcja książki dziejąca się współcześnie to z kolei nieoczekiwany powrót do wydarzeń sprzed lat za sprawą dwóch śledczych z Dolnośląskiego Archiwum X. Dwaj śledczy proszą o rozmowę emerytowanego już policjanta, Jana Rysia. Z ich relacji wynika, że śledztwo wówczas mające miejsce chyba nie poszło we właściwą stronę a co ich w tym utwierdza, to szereg dokumentów i zdjęć, których obecnie nie ma w archiwum. Gdzieś poginęły. Policjanci chcą więc dowiedzieć się czegoś więcej od wówczas naocznego świadka wydarzeń i poniekąd biorącego udziału w śledztwie, młodego wtedy milicjanta, Janka. 
Ale jak można opowiedzieć młodym z Archiwum X, że w tamtym momencie ludzie najwięcej wierzyli w powrót Mary, która nie bierze jeńców podczas swojej działalności…? 

Muszę przyznać, że wciągnął mnie ten kryminał ogromnie i o ile można tak określić, to zdecydowanie ta książka mi się podobała. Ciekawa byłam, kto okaże się mordercą bo oczywiście w żadną Marę nie wierzyłam. Ale ciekawe też było opisywanie ówczesnej zimy, tym bardziej,że podczas mojej lektury i u mnie w mieście zrobiło się i mroźno i, co ciekawe, zaczęło być mocno śnieżnie…I tak oto aura za oknem dostosowała swój nastrój w na szczęście nie tak silnym klimacie do tego opisywanego w „Osadzie”.

Moja ocena to 5 / 6.